Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


który z rafterów. Ponieważ jednak wszędzie panowała cisza, zbliżył się ku drzwiom baraku. Właśnie miał zbadać, w jaki sposób te zostały zamknięte, kiedy nagle chwycono go za gardło i rzucono na ziemię. Kilku ludzi klęczało na nim:
— Mamy przynajmniej jednego i ten nam za wszystko zapłaci, — odezwał się któryś.
Kornel poznał głos mówiącego i zdumiał się, lecz zarazem ucieszył; uczynił gwałtowny wysiłek, aby oswobodzić gardło, i udało mu się wykrztusić:
— Woodward! Czyś oszalał? Puść mię przecież!
Woodward był to poddowódca trampów. Poznał głos kornela i puścił go.
— To kornel! — zawołał odepchnąwszy innych. — Naprawdę kornel! Skąd się zjawiasz? Sądziliśmy, żeś został schwytany!
— Tak było, — dyszał rudy, prostując się, — ale uciekłem. Czy nie mogliście być ostrożniejsi? O mało nie zadusiliście mnie! Co robicie tutaj?
— Spotkaliśmy się zupełnie przypadkowo tam wdole. Jest nas trzech; gdzie są inni, nie wiemy. Widzieliśmy, że rafterzy pozostali przy ognisku, więc postanowiliśmy przyjść tutaj i wypłatać im figla.
— Słusznie! Ta sama myśl i mnie przywiodła. Chętnie spaliłbym im budę!
— Taki zamiar mamy i my, ale przedtem należy zobaczyć, co chata zawiera. Może znajdziemy coś potrzebnego dla nas?
— Na to trzeba światła. Te łotry zabrały mi wszystko, a wewnątrz możemy szukać do sądnego dnia, zanim znajdziemy krzesiwo.