Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzi uderzył wiosłem, jakby chciał płynąć w górę rzeki.
— Źle! — zawołał przywódca. — Popłyniemy wdół!
— Ależ mamy przecież udać się do Kanzas na wielki meeting trampów! — odrzekł tamten.
— Naturalnie! Ale o tem dowie się Old Firehand, bo z pewnością nie omieszka wydobyć tej wiadomości z jeńców. Będzie więc szukał nas rano w górze rzeki i dlatego musimy płynąć wdół, aby go wyprowadzić w pole!
— Ogromne zboczenie z drogi!
— Wcale nie. Popłyniemy aż do najbliższej prerji, dokąd dostaniemy się rano; zatopimy czółna i postaramy się skraść konie tamtejszym Indjanom. Potem pojedziemy już szybko na północ i naprawimy tę małą zwłokę w ciągu jednego dnia, gdy tymczasem rafterzy będą szukać naszych śladów powoli, mozolnie i bezskutecznie.
Łodzie trzymano w cieniu brzegu, aby nie padł na nie blask ognia, płonącego wgórze. Po pewnym czasie kornel skierował łódkę ku środkowi rzeki; równocześnie rafterzy przybyli z końmi i jeńcami na polanę.
Widząc, że ich mienie zginęło w ogniu, podnieśli niemały krzyk, rzucając tysiące przekleństw i dosadnych życzeń na głowy podpalaczy. Old Firehand uspokoił ich jednak, mówiąc:
— Spodziewałem się, że kornel coś podobnego uczyni. Niestety, przybyliśmy za późno. Ale nie bierzcie tego zbytnio do serca; jeśli zgodzicie się na propozycję, jaką zamierzam wam zrobić, to wkrótce otrzymacie więcej, niż wynosi strata. Lecz o tem później. Teraz musimy się przedewszystkiem upewnić, czy niema gdzie