Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Twarz kornela wykrzywiła się w szyderczym śmiechu i zawołał tonem bezgranicznej nienawiści:
— No, ty kłamco i potwarco, gdzie jest peruka? Łatwo to oskarżyć fałszywie człowieka z tego powodu, że podobny jest do kogoś innego. Daj dowód, że jestem tym, za kogo mię uważasz!
Blenter spoglądał to na niego, to na Firehanda i rzekł wreszcie bezradnie do ostatniego:
— Sir, co o tem sądzicie? Tamten miał rzeczywiście włosy czarne i kręcone, a ten ma gładkie i rude. A mimo to przysięgnę, że to on. Niemożliwe, żeby mię oczy myliły.
— A jednak możecie się mylić, — odpowiedzał myśliwy. — Jak się zdaje, to tu jest tylko podobieństwo.
— To chybabym już nie mógł ufać swoim oczom!
— Otwórz je lepiej! — szydził kornel. — Niech mię djabli wezmą, jeśli wiem o tem, że gdzieś tam zamordowano kogo, albo też na śmierć zaćwiczono!
— Ale znasz mnie jednak? Sam to mówiłeś!
— Jeśli cię nawet widziałem, to czy muszę być koniecznie tym, o którym mówisz? Ten chłopiec również się pomylił. W każdym razie człowiek, o którym wspomniał, jest tym samym, o którym ty mówiłeś, a ja nie znam tego chłopca i...
Nagle przerwał, jakby przerażony, ale w mgnieniu oka opanował się i mówił dalej: — i nigdy go nie widziałem. A teraz wnieście skargę przeciwko mnie, ale dajcie dowody! Jeśli chcecie mię potępić dla przypadkowego podobieństwa i zlynchować, to jesteście mordercami, a tego nie przypuszczam po sławnym Old Firehandzie, i — oddaję się pod jego opiekę!
To, że poprzednio przerwał rozpoczęte zdanie