Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Yes!
— Jaki wasz zawód?
— Lord.
— Do stu piorunów! Angielski lord z okrągłem pudłem na kapelusze na głowie! Trzeba się wam dokładniej przyjrzeć! Chodź, uncle! Ten człowiek może nas nie ugryzie! Mam wielką ochotę uwierzyć jego słowom. Albo jest niespełna rozumu, albo to rzeczywiście angielski lord z pięciu hektolitrami spleenu!
Teraz ukazały się na szczycie najbliższego pagórka dwie postacie, leżące dotąd w tratwie; jedna długa, druga bardzo mała. Obie były odziane zupełnie jednakowo, całe w skórze, jak na prawdziwych westmanów przystało; nawet kapelusze z szerokiemi kresami nosili ze skóry. Postać długa stała na pagórku sztywnie, jak słup; mały zaś był garbaty i miał nos krogulczy, którego grzbiet wyglądał ostro jak nóż. Karabiny ich były to bardzo stare, długie „rifles’y“ — strzelby. Garbus oparł swą kolbę o ziemię, a mimo to koniec lufy wystawał o kilka cali nad jego kapelusz. Zdawało się, że przemawia on za obu, bo kiedy długi nie wyrzekł ani słowa, mały mówił dalej:
— Stójcie jeszcze chwilę, master, inaczej strzelamy! Jeszcześmy ze sobą nie skończyli!
— Założymy s|ę? — zapytał Anglik.
— O co?
— O dziesięć, pięćdziesiąt, sto dolarów! Zresztą, jak chcecie!
— O co?
— Że ja was prędzej zastrzelę, niż wy mnie.
— To przegracie!