Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ścigany przez wrogów.
Mimo niebezpieczeństwa, które mu groziło i mogło być już blisko, zbliżył się Indjanin bardzo powoli, a nie zwracając początkowo uwagi na Anglika, podał rękę obu myśliwym i rzekł spokojnie najczystszą angielszczyzną:
— Poznałem zaraz głos i postać mojego brata i przyjaciela; cieszę się, że mogę was powitać.
— My cieszymy się również, możesz być tego pewnym, — odpowiedział Humply, a długi uncle, trzymając obie ręce wyciągnięte nad głową czerwonego, jakby go chciał pobłogosławić, zawołał:
— Witaj mi po tysiąc razy, — gdyś zestąpił na te głazy, — wielki wodzu, skarbie mój, — siądź tu przy mnie i nie stój, — i uciąwszy kęs pieczeni — zjedz, usiadłszy, ot na ziemi! — Tu wskazał na trawę, gdzie leżało to, co lord z uda zostawił, mianowicie kość z kilku żyłami, których nawet nożem nie można było przeciąć.
— Cicho, uncle! — nakazał Humply. — Teraz rzeczywiście niema czasu na twoje poezje. Czy nie widzisz, w jakim stanie wódz się znajduje?
— Związany, lecz uwolniony, — umknął szczęściem w nasze strony — i tu będzie ocalony, — odpowiedział złajany deklamując.
Garbus odwrócił się od niego, wskazał na lorda i rzekł do Osagi:
— Ta blada twarz jest mistrzem w strzelaniu, a naszym nowym przyjacielem. Polecam go tobie i twemu szczepowi.
Teraz czerwonoskóry podał także Anglikowi rękę i odpowiedział:
— Jestem przyjacielem każdego dobrego i uczciwego