Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czołgali ostrożnie na górę. Trawa zakrywała ich ciała, a głowy podnosili tylko tyle, ile było koniecznem, aby rozejrzeć się dookoła.
— Hm, jak na nowicjusza, zaczynacie, sir, wcale nieźle, — chwalił Humply. — Ja sam mógłbym zaledwie to lepiej zrobić. Czy widzicie tego człowieka tam na drugim pagórku, wprost przed nami?
— Yes, Indjanin, jak się zdaje.
— Tak, to czerwony. Czyżbym — ah, sir, pobiegnijcie na dół i przynieście waszą perspektywę, byśmy mogli zobaczyć twarz tego człowieka.
Lord usłuchał wezwania.
Indjanin leżał w trawie na pagórku i patrzył uważnie ku wschodowi, gdzie jednak niczego widać nie było. Kilkakrotnie podnosił górną część ciała wyżej, aby rozszerzyć swój widnokrąg, zaraz jednak opuszczał się szybko na ziemię. Jeśli oczekiwał kogo, musiała to być zapewne tylko osoba wroga.
Tymczasem lord przyniósł perspektywę, nastawił ją i podał garbusowi, a właśnie, gdy Humply skierował szkła na Indjanina, ten spojrzał na krótką chwilę wtył tak, że można było zobaczyć twarz jego. Garbus odjął natychmiast lunetę od oczu, zerwał się zupełnie, aby czerwony mógł ze swego stanowiska dojrzeć całą jego postać, przyłożył ręce do ust i zawołał głośno:
— Menaka szecha, menaka szecha! Niech mój brat przyjdzie do swego białego przyjaciela!
Indjanin obrócił się szybko, a poznawszy garbatą postać wołającego, zsunął się błyskawicznie ze szczytu pagórka i znikł w dolinie.
— Teraz, mylordzie, będziecie musieli zaraz zapłacić