Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Długiemu poecie wyciągnęły się usta od ucha do ucha i wyrzucił rękę daleko przed siebie, co miało być gestem pogardy; potem podniósł swego riflesa, aby się złożyć, ale opuścił go zaraz, bo stracił stosowną chwilę; podczas jego poetycznego wylewu, samica, przerażona śmiercią swego towarzysza, postanowiła się oddalić. Ptak odleciał już dość daleko.
— Niemożliwe trafić, — rzekł Humply. — Czy nie, uncle?
Zapytany podniósł obie dłonie ku niebu w tę stronę, gdzie widać było sępa i odpowiedział tonem, jakby chciał zmarłych obudzić:
— Niosą go skrzydła hen, w przestwory, — gdzie widać w dali ciemne bory — i ku swej wielkiej radości — uniósł stąd zdrowe swe kości; — a ktoby go chciał zastrzelić, — musiałby lot z nim dzielić!
— Głupstwo! — krzyknął lord. — Czy sądzicie rzeczywiście, że nie można go trafić?
— Tak, sir! — Odpowiedział Humply. — Żaden westman tego już nie dokona.
— Tak?
Kiedy lord wypowiedział to słowo, przez twarz jego przeszło jasne, szybkie jak błyskawica drgnienie. Przystąpił śpiesznie do konia, zdjął z rzemienia jeden ze swych karabinów, odsunął bezpiecznik, złożył się, wycelował, nacisnął kurek, — a wszystko to w jednej chwili, — spuścił sztucer ku ziemi, usiadł, chwycił udo jelenie, aby odciąć z niego jeszcze kawałek, i rzekł:
— No, czy można go było trafić, czy nie?
Na twarzach obu myśliwych pojawił się wyraz najwyższego zdumienia, a nawet podziwu. Ptak został