Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cie tego portfelu nikomu. Moglibyście tego pożałować, a może nawet przypłacić to życiem. Nie wiem doprawdy, co mam o was myśleć i co z wami począć. Zdaje mi się, że w waszej głowie nie wszystko jest w porządku. Musimy was wziąć na próbę. Lecz chodźcie kilka kroków dalej!
Wyciągnął rękę, aby wziąć konia Anglika za uzdę, gdy wtem w obu rękach lorda, błysnęły dwa rewolwery i ten krzyknął krótko surowym tonem:
— Ręce precz, albo strzelam!
Mały cofnął się przerażony i chciał chwycić za swój karabin.
— Puścić! Ani jednego ruchu, inaczej strzelam!
Postawa i twarz Anglika zmieniły się nagle. Nie były już te rysy, jak przedtem, nacechowane głupotą, a oczy jego błyszczały tak wielką inteligencją i energją, że obu przeciwnikom odebrały moc wykrztuszenia choćby jednego słowa.
— Czy myślicie naprawdę, że jestem szalony? — rzekł lord. — Uważacie mnie rzeczywiście za takiego, wobec którego możecie się zachowywać, jakby prerja była tylko waszą własnością? To się mylicie. Dotąd wy pytaliście mnie, a ja odpowiadałem. Teraz jednak ja także chcę wiedzieć, kogo mam przed sobą. Jak się nazywacie i kim jesteście?
Pytanie zwrócone było do małego; ten spojrzał w bystro badające oczy obcego, które wywarły na niego szczególne wrażenie, i odpowiedział napół gniewny, napół zmieszany:

— Jesteście obcym i dlatego nie wiecie, że od Mississippi aż do Frisco[1] znają nas jako uczciwych my-

  1. San Francisco.