Przyczynek do podróży Bougainville’a

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Denis Diderot
Tytuł Przyczynek do podróży Bougainville’a
Pochodzenie To nie bajka...
Wydawca Księgarnia J. Czerneckiego
Data wydania 1920
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

PRZYCZYNEK DO PODRÓŻY BOUGAINVILLE’A
(PISANE W R. 1772 — OGŁOSZONE DRUKIEM W R. 1798)
PODRÓŻ DOKOŁA ŚWIATA[1]
dokonana przez fregatę królewską La Boudeuse i statek l’Etoile, w roku 1766, 1767, 1768, 1769, pod dowództwem p. de BOUGAINVILLE.

Dzieło przypisane jest królowi; poprzedza je ustęp, w którym autor zdaje sprawę ze wszystkich podróży podjętych dokoła świata. P. de Bougainville jest pierwszym Francuzem, który pokusił się o tę trudną i niebezpieczną przeprawę. Młode lata strawił p. de Bougainville na studyach matematycznych, nakładających tryb życia raczej siedzący. Nie łatwo zrozumieć, w jaki sposób, od spokoju i swobody ustronnego i poświęconego medytacyi obyczaju, można przejść do chęci podróżowania; chyba, że się będzie uważało statek jako pływający dom, na którym człowiek przebywa olbrzymie przestrzenie, ściśnięty i nieruchomy w bardzo szczupłem zamknięciu, przebiegając morze na desce tak jak przestworza wszechświata na ziemi. Druga pozorna sprzeczność pomiędzy usposobieniem p. de Bougainville a jego zamiarem, to jego zamiłowanie do uciech towarzystwa. Lubi kobiety, widowiska, wykwintne biesiady; żyje w wirze wielkiego świata, poddając mu się z równą swobodą co kaprysom żywiołu na którym kołysał się tak długo. Jest miły; wesoły; jest to prawdziwy Francuz, obciążony z jednego brzegu Traktatem o rachunku całkowym i różniczkowym, z drugiego Podrożą dokoła świata. Był dobrze zaopatrzony w wiadomości potrzebne aby wyciągnąć korzyść ze swej długiej wędrówki; posiada filozoficzne spojrzenie, stanowczość, odwagę, szeroki horyzont, szczerość, rzut oka który chwyta prawdę i skraca czas spostrzeżeń; ostrożność, cierpliwość; pragnienie widzenia, pouczenia się i stania się użytecznym; wiedzę matematyczną, mechanikę; wiadomości z nauk przyrodniczych, geometryi i astronomii.
Można sprowadzić korzyść z jego podróży do trzech głównych punktów: lepsza znajomość naszej starej siedziby i jej mieszkańców; większe bezpieczeństwo mórz, które przebiegł z sondą w ręku, i większa poprawność map. Marynarze i geografowie nie mogą tedy ominąć przeczytania jego dzieła. Pisane jest bez przesady, zainteresowanie płynie wyłącznie z samej rzeczy, z prawdy i prostoty. Z rozmaitych cytatów starożytnych autorów widzi się, że Wergili znajdował się w głowie albo w walizce podróżnika.
P. de Bougainville wyrusza z Nantes, przerzyna Ocean aż do cieśniny Magellana, wpływa na Ocean Spokojny, przewija się między wyspami tworzącemi ów olbrzymi archipelag zawarty między Filipinami a Nową Holandyą, ociera się o Madagaskar, przylądek Dobrej-Nadziei, zamyka koło przez Atlantyk, opływa Afrykę i przybija do lądu w Saint-Malo.
Nie byłbym nigdy uwierzył, że zwierzęta zbliżają się do człowieka bez obawy i że ptaki siadają na nim, wówczas gdy nie znają niebezpieczeństwa tej poufałości; p. de Bougainville nie pozwala mi wątpić o tym fakcie.
Człowiek mógł przedostać się z lądu stałego na wyspę, ale w jaki sposób przedostał się tam pies, jeleń, sarna, wilk, lisy?
Wzywam wszystkie morskie potęgi, aby wysyłały do swoich zamorskich posiadłości jedynie dusze uczciwe, ludzi dobroczynnych, obywateli pełnych ludzkości, i zdolnych współczuć z niedolami podróżnika, który, nabłądziwszy się miesiące całe między niebem a ziemią, między życiem a śmiercią, skołatany przez burze, zagrożony po sto razy zagładą przez rozbicie, chorobę, brak chleba lub wody, przybywa, na strzaskanym statku, aby się rzucić, wycieńczony znużeniem i nędzą, do stóp potwora ze spiżu: i oto ten odmawia mu naglącej pomocy lub daje niemiłosiernie na nią wyczekiwać! Takie okrucieństwo jest zbrodnią godną surowej kary.
P. de Bougainville prześlizguje się z bardzo zręczną bezstronnością koło wypędzenia Jezuitów z Paragwaju, którego to wydarzenia był świadkiem. Nie mówi o tym fakcie wszystkiego co wie; niemniej jednak widocznem jest, że ci okrutni Spartanie w czarnych surdutach postępowali ze swymi indyjskimi niewolnikami tak jak z helotami postępowano w Lacedemonie; skazywali ich na wytężającą i nieustanną pracę; karmili się ich potem; nie zostawiali im żadnych praw własności; trzymali ich w tępocie zabobonu; kazali sobie świadczyć najgłębszą cześć, i kroczyli pośród tych nieszczęśliwych biedaków z podniesionym batem, którym ćwiczyli nie oglądając się na wiek i płeć; że, przez chytrość, usunęli się z pod powagi monarszej i że, o wiek później, wygnanie ich byłoby niepodobne lub też stałoby się przyczyną długiej wojny.
P. de Bougainville widział w Ziemi Ognistej owych Patagończyków, którymi kapitan Byron i doktor Maty narobili tyle hałasu; otóż, są to poczciwi ludzie, którzy ściskają przybysza wołając chaua, silni i krzepcy, ale nie przerastający wysokości pięciu stóp i pięciu do sześciu cali, ogromni jedynie swą barczystą postawą, wielkością głowy, oraz grubością członków. W jaki sposób człowiek, mający z natury pociąg do cudowności, miałby widzieć rzeczy tak jak są, skoro trzeba mu jakąś nadzwyczajnością usprawiedliwić trud, jaki sobie zadał aby je oglądać? Z pośród historyków podróżni, jak z pośród literatów erudyci muszą być uważani za najwięcej łatwowiernych i naiwnych ludzi: kłamią, przesadzają, oszukują, i to bez złej wiary.
Dzieło p. de Bougainville przedstawia, w wielu miejscach, człowieka dzikiego tak głupim, iż arcydzieła przemysłu ludzkiego nie wzruszają go, tak samo jak wielkie zjawiska przyrody; zawsze widywał te fenomeny; nie myśli o tem; nie cuduje się im; brakuje mu pewnej ilości elementarnych pojęć, któreby go doprowadziły do prawdziwego szacowania dzieł sztuki. Okrucieństwo charakteru, jakie spotyka się u nich niekiedy, może mieć pierwotne źródło w codziennej obronie przeciw dzikim zwierzętom. W odosobnionych okolicach, gdzie nic nie mąci ich spokoju i bezpieczeństwa, odznaczają się słodyczą i niewinnością. Wszelka wojna rodzi się ze wspólnej pretensyi do jednej i tej samej własności; tygrys ma wspólną pretensyę z człowiekiem do posiadania lasów, i to jest najstarszy, pierwszy ze sporów; człowiek ma wspólną pretensyę z drugim człowiekiem do posiadania pola, którego każdy z nich zajmuje jeden kraniec.
Jeżeli rzucicie okiem na wyspę Lansyerów, nie możecie się wstrzymać, aby nie spytać co mogło tam pomieścić tych ludzi? Jaka łączność wiąże ich z łańcuchem innych istot? w jaki sposób mogą się rozmnażać na wyspie, nie posiadającej więcej jak milę średnicy? P. de Bougainville nie umie tego wyjaśnić. Odpowiedziałbym na ostatnie pytanie, iż mordują się albo zjadają wzajem, lub też jakieś zabobonne prawo powstrzymuje ich mnożność, lub wreszcie giną pod nożem kapłana. Odpowiedziałbym jeszcze, iż, z czasem, pomieszczono niewątpliwie punkt honoru w tem aby się dać zarzynać; wszystkie urządzenia społeczne i narodowe utrwalają się i wyrodnieją z czasem w prawa nadnaturalne i boskie; naodwrót, wszystkie prawa nadnaturalne i boskie umacniają się i uwieczniają, wyrodniejąc w prawa społeczne i narodowe. Jestto jedna z najbardziej opłakanych dla szczęścia i oświecenia rodzaju ludzkiego palingezyj.
Tajemnica odsalania wody morskiej zapomocą przyrządu Poissonniera jest tedy odkryciem o bardzo istotnej użyteczności. Cieszy mnie to; w ciągu dwudziestu czterech godzin, można uzyskać beczułkę słodkiej wody.
Ach! panie de Bougainville, oddal swój okręt od brzegu tych niewinnych i błogosławionych Taitów; są szczęśliwi i możesz jedynie zaszkodzić ich szczęściu. Idą za zmysłem natury, a ty zatrzesz w nich ten dostojny i święty charakter. Wszystko należy do wszystkich, a ty wniesiesz pomiędzy nich złowrogie rozróżnienie pomiędzy mojem a twojem; żony i córki są im wspólne, a ty rozpalisz między nimi szały miłości i zazdrości. Są wolni, a oto ty wkładasz do szklanej butelki obłędne tytuły ich przyszłego niewolnictwa. Obejmujesz w posiadanie ich kraj, jakgdyby nie należał do nich; pomyśl, iż jesteś równie niesprawiedliwym, równie szalonym, wypisując na swej mosiężnej tablicy: „Ten kraj jest nasz“, dlatego że na nim postawiłeś stopę, co gdyby Taita wylądował na naszym brzegu i, postawiwszy na nim nogę, wyrył na której z naszych gór lub na naszym dębie; „Ten kraj należy do mieszkańców Taiti“. Jesteś silniejszy; i cóż to znaczy? Krzyczysz przeciw hobbizmowi społecznemu, a praktykujesz go w stosunku do obcego narodu. Handlujcież z nimi, kupujcie ich płody, zawieźcie im wasze, ale nie zakuwajcie ich w łańcuchy. Ten człowiek, którym rozrządzacie jak bydlęciem lub rośliną, jest dziecięciem natury jak wy. Jakie prawo macie nad nim? Zostawcie mu jego obyczaje: są uczciwsze i mądrzejsze niż wasze. Nieświadomość jego warta jest więcej niż cała wasza wiedza; na nic mu się nie zda wasza oświata. Nie znał zgoła plugawej choroby, wyście mu ją zanieśli, i niebawem rozkosze jego będą haniebnie zatrute. Nie znał zbrodni ani rozpusty, młode dziewczęta poddawały się pieszczotom młodych ludzi, w obecności rodziców, wśród kręgu niewinnych mieszkańców, przy dźwięku fletni, wśród tańców, a wy chcecie zatruć ich dusze swemi niedorzecznemi i fałszywemi poglądami i obudzić w nich świadomość występku zapomocą urojonych pojęć wstydliwości. Kryjcie się w ciemnościach ze skażoną towarzyszką waszych uciech, ale pozwólcie dobrym i prostym Taitom rozmnażać się bez wstydu w obliczu nieba i w biały dzień. Zaledwie zjawiliście się między nimi, stali się złodziejami; zaledwie stąpiliście na ich ziemię, zrumieniła się krwią; tego Taitę który przyjął was, wołając: Tayo, przyjaciel, przyjaciel, zabiliście; i dlaczegoście go zabili? Dlatego, że go skusił blask waszych europejskich łachów; dawał wam swoje owoce, dom, żonę, córkę, a wyście go zabili za kawałek szkiełka, który wam ściągnął. Widzę tych Taitów jak chronią się na góry, przejęci grozą i lękiem; gdyby nie ten czcigodny starzec, który was osłania, w jednej chwili wymordowaliby was wszystkich. O, czcigodny ojcze tej licznej rodziny, jak ja cię podziwiam, jak ja cię sławię! Kiedy rzucasz pogardliwe spojrzenia na tych cudzoziemców, nie zdradzając ani dziwu, ani niepokoju, ani obawy, ani ciekawości, twoje milczenie, twarz twoja pełna troski i zadumy, aż nadto odsłaniają twą myśl: wzdychasz w głębi serca nad zachodem pięknych dni swego kraju. Pociesz się: dochodzisz swoich ostatnich chwil i nie ujrzysz już klęski którą przeczuwasz!
Przechadzacie się, ty i twoi ludzie, mości de Bougainville, po całej wyspie; wszędzie was podejmują, korzystacie ze wszystkiego i nikt wam nie stawia tamy; żadne drzwi nie są wam zamknięte, ponieważ użytek drzwi jest nieznany; zapraszają was, siadacie; roztaczają pod wami całe bogactwo kraju. Chcecie młodych dziewcząt? nie porywajcie ich; oto matki prowadzą je ku wam całkowicie obnażone; oto chaty pełne mężczyzn i kobiet; oto jesteś posiadaczem młodej ofiary obowiązków gościnności. Zaściela się ziemię liśćmi i kwiatami, grajkowie nastroili instrumenty, nic nie zamąci słodyczy waszych uścisków; dziewczę odpowie im z całą swobodą; rozlega się hymn, hymn który zagrzewa cię abyś był mężczyzną, zachęca twoją kochankę aby była kobietą, kobietą uległą, rozkoszną i tkliwą; i oto, wyszedłszy z objęć tej kobiety, zabiłeś jej przyjaciela, jej brata, może ojca! Wreszcie, oddalacie się z Taiti, macie przyjąć pożegnania tych dobrych i prostodusznych mieszkańców; obyście mogli i wy i wasi współobywatele i inni mieszkańcy Europy znaleźć śmierć w odmętach morskich zanim powrócicie tu znowu! Od świtu spostrzegają iż narządzacie żagle; rzucają się na was, ściskają was, płaczą. Płaczcie, nieszczęśliwi Taici, płaczcie; ale płaczcie nad przybyciem, a nie nad odjazdem tych ludzi ambitnych, zepsutych i złych. Jednego dnia, poznacie ich lepiej; jednego dnia przybędą, z krucyfiksem w jednej a sztyletem w drugiej dłoni, mordować was lub zmusić abyście przyjęli ich obyczaje i wierzenia; jednego dnia, znajdziecie się pod ich jarzmem, prawie równie nieszczęśliwi jak oni.
P. de Bougainville wziął z sobą na pokład młodego krajowca; za pierwszym lądem jaki Taita ujrzał, sądził iż to ojczyzna podróżnika. Aoturu (to imię Taity) nie przestał wzdychać za swoim krajem; jakoż, p. de Bougainville odesłał go, pokrywszy cały wydatek i podjąwszy wszystkie możebne ostrożności dla zapewnienia mu bezpieczeństwa podróży. O Aoturu, jakże będziesz rad ujrzeć ojca, matkę, braci, siostry, kochankę i ziomków! co im opowiesz o nas?
Kawaler de Bournaud, towarzysz podróży p. de Bougainville, miał służącego imieniem Barré. Po wylądowaniu na wyspie Taiti, krajowcy otaczają Barrégo, krzyczą że to kobieta i gotują się wyświadczyć jej honory wyspy. Barré, była to w istocie dziewczyna rodem z Burgundyi, sierota, która przebrała się za mężczyznę, skuszona pragnieniem odbycia podróży naokoło świata. Nie była ani ładna ani brzydka; miała dwadzieścia sześć czy siedm lat i odznaczyła się, przez cały czas podróży, wielką odwagą i najskrupulatniejszą obyczajnością.
P. de Bougainville chwali wielce sposoby, za pomocą których Holendrzy zapewnili sobie powszechny handel korzeni, trzciny cukrowej, goździków i muszkatu: najpierw, zakupując liście z drzew, które-to drzewa, obdzierane przez trzy lata, musiały w końcu zginąć; następnie, niszcząc dokoła wszystkie szczepy i zamykając je w ogrodzeniu dość szczupłem aby go można było upilnować. Pierwsze usiłowanie wydarcia im tego bogactwa powiedzie się; i dziwnem jest, iż nie podjęto go w przeciągu dwóch lat.
Do opisu podróży p. de Bougainville dołączony jest mały słowniczek języka Taiti, z którego widzi się, iż alfabet tego ludu nie posiada ani a, ani c, ani d, ani f, ani g, ani q, ani x, ani y, ani z, co tłómaczy, dlaczego Aoturu, który był już w pewnym wieku, nie mógł zgoła nauczyć się mówić naszym językiem, w którym było zbyt wiele nowych dźwięków dla jego mało giętkich organów.
Po tym słowniku, znachodzi się kilka uwag p. Peirère, tłómacza królewskiego, który tembardziej usprawiedliwia młodego Taitę.
Oto jedyna podróż, której czytanie obudziło we mnie pociąg do innych ziem niż moja. Aż dotąd, ostatecznym wynikiem moich rozważań było, że nigdzie człowiekowi nie jest lepiej niż u siebie.
Pomówię, z okazyi podróży p. Anquetil do Indyów, o duchu podróży, którego nie jestem wielkim zwolennikiem, i przytoczę swoje racye. Nie rozwiodłem się nad najważniejszymi szczegółami tej podróży dokoła świata, ponieważ zasadzają się prawie wyłącznie na spostrzeżeniach nautycznych, astronomicznych i geograficznych, równie ważnych dla poznania globu i bezpieczeństwa podróżowania, jak opowieści wypełniające większość dzieł innych podróżników ważne są dla poznania człowieka, ale mniej od tych drugich zabawne. Aby mieć z nich korzyść, trzeba udać się do samego dzieła p. Bougainville, do którego odsyłam, ostrzegając wszelako, iż niewiele się zeń skorzysta nie będąc oswojonym z językiem marynarzy, dla których, zdaje mi się, autor szczególnie je przeznaczył, wnosząc z małego starania aby lekturę jego uczynić łatwą dla innych.





Przyczynek do podróży Bougainville’a,
czyli
dyalog pomiędzy A. i B.
o niewłaściwości wiązania pojęć moralnych z pewnemi czynnościami fizycznemi które ich nie znoszą.
At quanto meliora monet, pugnanti aque istis,
Dives opis natura suae, tu si modo recte
Dispensare velis, ac non fugienda petendis
Immiscere; tuo vitio, rerumne labores,
Nil referre putas?
HORAT. Satir. lib. I, sat. 2, v. 73 et seq.
I. Sąd o podróży Bougainville’a.

a. — To wspaniałe gwieździste sklepienie, pod którem spotkaliśmy się wczoraj i które zdawało się uręczać piękny dzień, nie dotrzymało słowa.
b. — Cóż można wiedzieć?
a. — Mgła jest tak gęsta, iż zasłania widok poblizkich drzew.
b. — To prawda; ale, jeżeli ta mgła, która zajmuje niższą część atmosfery jedynie dlatego iż jest ona dostatecznie naładowana wilgocią, opadnie na ziemię?
a. — A jeżeli, przeciwnie, podniesie się i zajmie wyższą warstwę, gdzie powietrze jest mniej gęste, i może, jak mówią chemicy, nie być nasycone?
b. — Trzeba czekać.
a. — A w oczekiwaniu, cóż robisz?
b. — Czytam.
a. — Zawsze Podróż Bougainville’a?
b. — Zawsze.
a. — Nie rozumiem zgoła tego człowieka. Studya matematyczne, które wymagają życia siedzącego, wypełniły jego młode lata; i oto nagle, z obyczaju ustronnego i poświęconego medytacyi, przechodzi do czynnego, pełnego trudów, wędrownego i rozprószonego zawodu podróżnika.
b. — Zgoła nie. Jeżeli okręt jest jedynie pływającym domem, i jeżeli wyobrazisz sobie żeglarza, który przebywa niezmierzone przestrzenie zamknięty nieruchomo w przestrzeni dość ciasnej, ujrzysz, iż odbywa on podróż dokoła ziemi na desce, jak ty i ja podróż dokoła wszechświata na posadzce.
a. — Drugą osobliwością, to sprzeczność charakteru człowieka i jego przedsięwzięcia. Bougainville smakuje w uciechach towarzystwa, lubi kobiety, widowiska, wykwintne biesiady; rzuca się w wir świata z równą ochotą z jaką się wystawia na kaprysy rozbujanego żywiołu. Jest wesoły i miły; jestto prawdziwy Francuz, obciążony po jednej stronie rachunkiem różniczkowym i całkowym, a po drugiej podróżą dokoła świata.
b. — Robi jak wszyscy: szuka rozrywek po skupieniu pracy, a skupia się odetchnąwszy rozrywką.
a. — Co myślisz o jego Podróży?
b. — O ile mogę sądzić z lektury dość powierzchownej, pomieściłbym jej korzyści w trzech głównych punktach: lepsza znajomość naszej starej siedziby i jej mieszkańców; więcej pewności na morzach które on przebył z sondą w ręku, i więcej ścisłości w naszych mapach geograficznych. Bougainville wyruszył z potrzebną wiedzą i przymiotami sposobnymi do tych celów: posiada wykształcenie, odwagę, prawdomówność, szybki rzut oka który ogarnia zjawiska i skraca czas obserwacyi; rozwagę, cierpliwość, pragnienie widzenia, oświecenia się i pouczenia; znajomość rachunku, mechaniki, geometryi, astronomii, oraz wystarczające wiadomości z zakresu nauk przyrodniczych.
a. — A styl?
b. — Niewymuszony, dający ton danej rzeczy, prosty i jasny, zwłaszcza jeżeli się posiada język marynarzy.
a. — Czy przeprawa jaką odbył była długa?
b. — Naznaczyłem ją na tym globie. Widzisz tę linię złożoną z czerwonych punktów?
a. — Która wychodzi z Nantes?
b. — I biegnie aż do cieśniny Magellana, wchodzi w Ocean Spokojny, wije się wężowo między temi wyspami tworzącemi olbrzymi archipelag który rozciąga się od Filipinów do Nowej Holandyi, ociera się o Madagaskar, przylądek Dobrej Nadziei, przedłuża się przez Atlantyk, ciągnie się wzdłuż wybrzeży Afryki i schodzi się wreszcie z punktem w którym podróżnik wsiadł na okręt.
a. — Czy wiele wycierpiał?
b. — Każdy podróżnik naraża się, i to z całą świadomością, na niebezpieczeństwa powietrza, ognia, wody i ziemi; ale żeby, nabłądziwszy się miesiące całe pomiędzy niebem a morzem, pomiędzy życiem a śmiercią, stawiwszy czoło burzom, zajrzawszy w oczy śmierci z rozbicia, chorobie, brakowi wody i chleba, nieszczęśliwy, którego okręt rozbił się w drzazgi, padł, konający z wyczerpania, i nędzy, do stóp zakamieniałego potwora który mu odmawia najpilniejszej pomocy lub każe mu jej nielitościwie wyczekiwać, to okrucieństwo...
a. — Zbrodnia godna kary.
b. — Jedna z tych klęsk, na które podróżnik nie liczył.
a. — I nie powinien był liczyć. Sądziłem, iż potęgi europejskie wysyłają, jako komendantów zamorskich posiadłości, jedynie dusze uczciwe, osobników pełnych ludzkości, zdolnych współczuć...
b. — Właśnie im to najbardziej w głowie!
a. — Są, doprawdy, osobliwe rzeczy w tej Podróży Bougainville’a.
b. — Tak, dużo.
a. — Wszak on twierdzi, że dzikie zwierzęta garną się do człowieka i że ptaki siadają na nim, skoro nie znają niebezpieczeństwa tej poufałości?
b. — Inni powiadali to już przed nim.
a. — W jaki sposób tłómaczy on obecność pewnych zwierząt na wyspach oddzielonych od stałego lądu olbrzymią przestrzenią morską? Co zaniosło tam wilka, lisa, psa, jelenia, węża?
b. — On nie tłómaczy, stwierdza fakt.
a. — A ty, jakże go tłómaczysz?
b. — Któż zna pierwotną historyę naszego globu? Ileż ziemi, dziś oddzielonych, łączyło się niegdyś z sobą? Jedyne zjawisko, na którem możnaby budować jakieś przypuszczenie, to kierunek masy wód, która je rozdzieliła.
a. — A to jak?
b. — Przez ogólną formę wyrw. Któregoś dnia, zabawimy się tem dociekaniem, jeżeli cię to zajmuje. Na razie, czy widzisz tę wyspę, którą zowią wyspą Lansyerów? Widząc miejsce jakie zajmuje ona na kuli ziemskiej, niemasz człowieka, któryby nie zapytał, skąd się tam mogli wziąć ludzie? Jaka styczność łączyła ich niegdyś z resztą ich rodzaju? Jak mogą żyć w warunkach, które każą się im rozmnażać na przestrzeni mającej nie więcej niż milę średnicy?
a. — Tępią się wzajem i zjadają; stąd może pierwsza epoka, bardzo dawna i bardzo naturalna, ludożerstwa, jest pochodzenia wyspiarskiego.
b. — Lub też rozmnażanie jest ograniczone przez jakieś zabobonne prawo: dławi się dziecko w łonie matki, deptanej stopami kapłanki.
a. — Lub też mężczyzna, zarżnięty, ginie pod nożem kapłana; lub też szuka się ucieczki w trzebieniu samców...
b. — Lub w zszywaniu części rodzajnych u samic; lub w tylu innych obyczajach równie nieodzownych jak dziwacznych i okrutnych, a których przyczyna zagubiła się w nocy czasów i staje się udręką filozofów. Dość stale można oglądać zjawisko, jak nadnaturalne i boskie instytucye umacniają się i uwieczniają, przekształcają się, z biegiem czasu, w prawa społeczne i narodowe, instytucye zaś społeczne i narodowe uświęcają się i wyradzają w przepisy nadnaturalne i boskie.
a. — Jestto jedna z palingenez nad wyraz opłakanych dla ludzkości.
b. — Źdźbło więcej, dodane do więzów w których się dławimy.
a. — Nieprawdaż, ten Bougainville był w Paragwaju w samej-że chwili wypędzenia Jezuitów?
b. — Tak.
a. — I cóż mówi o tem?
b. — Mniej niżby można powiedzieć; ale dość, aby nas pouczyć, że ci okrutni Sparcyaci w czarnych sutannach obchodzili się ze swymi indyjskimi niewolnikami jak Lacedemończycy z Helotami, skazywali ich na ustawną pracę, kąpali się w ich pocie, nie zostawili im żadnego prawa własności, trzymali ich w ogłupieniu zabobonu wymagając głębokiej czci, chodzili wśród nich z batem w dłoni i okładali nim bez względu na wiek i płeć. Jakie sto lat więcej, a wypędzenie ich stałoby się niemożliwe, albo też dałoby przyczynę do długiej wojny między tymi mnichami a monarchą, którego powagę zdołali pomału strząsnąć.
a. — A owi Patagończycy, którymi doktor Maty i akademik la Condamine narobili tyle hałasu?
b. — To dobrzy ludzie, którzy przychodzą do ciebie i ściskają cię wołając Chaua; silni, krzepcy, nie przekraczający wszelako wysokości pięciu stóp i pięciu do sześciu cali, ogromni jedynie swoją korpulencyą, rozmiarami głowy i tęgością członków. Zrodzony z pędem do cudowności, która wszystko przesadza wkoło niego, w jakiż sposób człowiek zostawiłby właściwe proporcye przedmiotom, skoro trzeba mu, że tak rzekę, usprawiedliwić drogę jaką odbył i trudy jakie sobie zadał dla oglądania ich tak daleko?
a. — A o dzikich, co myśli?
b. — Zdaje się, iż okrutny charakter jaki w nich się niekiedy objawia, tłómaczy potrzebą codziennej obrony przeciw drapieżnym zwierzętom. Są oni niewinni i łagodni wszędzie tam, gdzie nic nie mąci ich spokoju i bezpieczeństwa. Wszelka wojna rodzi się ze zobopólnych uroszczeń do jednego i tego samego przedmiotu. Człowiek cywilizowany ma z drugim człowiekiem cywilizowanym wspólne pretensye do posiadania pola, którego zajmują dwa krańce, i pole to staje się między nimi materyą do waśni.
a. — A tygrys ma z dzikim człowiekiem wspólne uroszczenia do posiadania lasu, i oto najpierwsza niezgoda i przyczyna najdawniejszej z wojen... Czy widziałeś mieszkańca Otaiti, którego Bougainville wziął na pokład i przewiózł do kraju?
b. — Widziałem; nazywał się Aoturu. Pierwszy ląd jaki spostrzegł, wziął za ojczyznę podróżników; czy to że go oszukano co do długości przeprawy czy że, ulegając naturalnej omyłce co do pozornego oddalenia brzegów morza które zamieszkiwał od okolicy gdzie niebo zdaje się stykać z widnokręgiem, nie znał prawdziwej rozciągłości ziemi. Zwyczaj wspólności kobiet był tak silnie zakorzeniony w jego umyśle, iż rzucił się na pierwszą Europejkę która wyszła na jego spotkanie, i gotował się bardzo poważnie wyrazić jej swoje uczucia modą Otaiti. Nudził się między nami. Ponieważ alfabet otajski nie zna ani głoski b, ani c, ani d, ani f, ani g, ani q, ani x, ani y, ani z, nie mógł się w żaden sposób nauczyć mówić naszym językiem, który nastręczał jego pozbawionym giętkości narządom zbyt wiele obcych artykulacyj i nowych dźwięków. Nie przestawał wzdychać za swoim krajem, i nie dziwię się temu. Podróż Bougainville’a jest jedynym opisem, który obudził we mnie pociąg do innych stron niż moje; aż do tej lektury, myślałem, że nigdzie nie jest równie dobrze jak u siebie. Uważałem, iż musi to być wrodzonem uczuciem każdego mieszkańca ziemi; naturalnym wynikiem przywiązania do swej gleby; przywiązania, wynikłego z dogodności jakich się tam zażywa, a których nie ma się pewności znaleść gdzieindziej.
a. — Jakto! nie sądzisz, aby mieszkaniec Paryża był przekonany, że równie dobrze rośnie zboże w Campagna romana co na polach Beauce?
b. — Na honor, nie. Bougainville odesłał Aoturu do ojczyzny, zapewniwszy mu koszta i bezpieczeństwo podróży.
a. — O, Aoturu! jakiż będziesz rad ujrzeć ojca, matkę, braci, siostry, nałożnice, krajanów! co im opowiesz o nas?
b. — Niewiele rzeczy, w które zresztą nie uwierzą.
a. — Dlaczego niewiele?
b. — Ponieważ niewiele z nich był w stanie ogarnąć, i ponieważ nie znajdzie w swoim języku żadnego terminu, odpowiadającego tym o których ma jakieś pojęcie.
a. — A dlaczego mu nie uwierzą?
b. — Dlatego, iż, porównując swoje obyczaje z naszymi, będą raczej woleli wziąć Aoturu za kłamcę, niż uważać nas za tak niedorzecznych.
a. — W istocie?
b. — Nie wątpię o tem: życie dzikich jest tak proste, a nasze społeczeństwo jest machiną tak zawikłaną! Mieszkaniec Otaiti sięga początków świata, Europejczyk zaś sięga jego starości. Przestrzeń, jaka go dzieli od nas, jest większa, niż oddalenie między nowonarodzonem dzieckiem a zgrzybiałym starcem. Nie rozumie nic z naszych zwyczajów, z naszych praw; widzi w nich jedynie zapory, poprzebierane w setkę rozmaitych form; zapory, zdolne jedynie zrodzić oburzenie i wzgardę u istoty, w której poczucie wolności jest najgłębszem z uczuć.
a. — Czy ty wierzysz w tę bajkę o Otaiti?
b. — To nie bajka; i nie miałbyś żadnej wątpliwości w szczerość Bougainville’a, gdybyś znał Przyczynek do jego Podróży.
a. — I gdzież znajduje się ów Przyczynek?
b. — Tu, na tym stole.
a. — Czy mi go nie użyczysz?
b. — Nie; ale możemy go przebiedz razem, jeżeli zechcesz.
a. — Oczywiście że zechcę. Oto mgła opada, i lazur nieba zaczyna się pojawiać. Zdaje się, że moim losem jest być zawsze pobitym przez ciebie, aż do najmniejszych drobiazgów; muszę być widocznie bardzo dobry, skoro ci przebaczam wyższość równie ustawiczną!
b. — Masz, masz, czytaj; opuść ten wstęp, który nie ma znaczenia, i idź prosto do pożegnania, jakiem jeden z naczelników wyspy udarzył naszych podróżników. To ci da niejakie pojęcie o wymowie tych ludzi.
a. — W jaki sposób Bougainville zrozumiał to pożegnanie, wygłoszone w nieznanym mu języku?
b. — Dowiesz się. To starzec przemawia do niego.

II. Pożegnanie starca.

Był ojcem licznej rodziny. Za przybyciem Europejczyków, obrzucił ich wzgardliwem spojrzeniem, nie okazując ani zdziwienia, ani przestrachu, ani ciekawości. Podeszli ku niemu; odwrócił się plecami i odszedł do chaty. Milczenie i troska odsłaniały aż nadto jego myśl: wzdychał sam w sobie nad minionymi pięknymi dniami swego kraju. Przy odjeździe Bougainville’a, podczas gdy mieszkańcy cisnęli się tłumnie na brzegu, czepiali się odzieży cudzoziemca, ściskali jego towarzyszy i płakali, starzec ów wysunął się z surową twarzą naprzód, i rzekł: „Płaczcie, nieszczęśliwi mieszkańcy Otaiti! płaczcie, ale niechaj to będzie z powodu przybycia, a nie odjazdu tych złych i ambitnych ludzi. Przyjdzie dzień, iż poznacie ich lepiej; pewnego dnia, powrócą, uzbrojeni w ten kawałek drzewa, który widzicie oto u pasa jednych, z tem żelazem w dłoni, które wisi u boku drugich, aby was zakuć w łańcuchy, mordować was, lub uczynić niewolnikami swoich szaleństw i występków. Przyjdzie dzień, iż będziecie służyli pod nimi, równie zepsuci, równie plugawi, równie nieszczęśliwi jak oni. Ale pocieszam się: sięgam kresu moich dni; nie będę patrzał na klęskę którą wam zwiastuję. O Otajczycy! o moi przyjaciele! mielibyście jeden sposób uniknięcia złowrogiej przyszłości, ale wolałbym raczej umrzeć, niż go wam doradzić. Niechaj się oddalą i niechaj żyją“.
Następnie, zwracając się do Bougainville’a, dodał:
„A ty, wodzu rozbójników, podległych twym rozkazom, umknij corychlej swój okręt z naszych brzegów; jesteśmy niewinni, jesteśmy szczęśliwi, a ty możesz jedynie zmącić nasze szczęście. Jesteśmy posłuszni czystemu instynktowi natury, a ty siliłeś się zatrzeć w naszych duszach jego głoski. Tutaj, wszystko należy do wszystkich, a ty obwieszczałeś nam jakąś niedorzeczną różnicę pomiędzy twojem a mojem. Córki nasze i żony są nam wspólne; dzieliłeś ten przywilej z nami i zażegłeś w ich piersiach nieznane szały. W objęciach twoich, stały się jak obłąkane; ty, w ich ramionach, stałeś się okrutnym. One jęły nienawidzić się wzajem; wyście zaczęli się mordować o nie; wróciły do nas zmazane waszą krwią. Jesteśmy wolni, i oto ty rzuciłeś w naszą ziemię nasienie przyszłego niewolnictwa. Nie jesteś ani bogiem ani demonem; kimże jesteś tedy, aby czynić niewolników? Oru! ty, który rozumiesz język ludzi, powiedz nam wszystkim, tak jak powiedziałeś mnie, co oni wypisali na tej blaszce metalu: „Ten kraj jest nasz“. Gdyby Otajczyk wylądował kiedy na waszych brzegach, i gdyby wyrył na kamieniu lub na korze jakiego drzewa: „Ten kraj należy do mieszkańców Otaiti“, cobyś o tem mniemał? Jesteś silniejszy! I cóż to znaczy? Kiedy ci zabrano jeden z tych nędznych drobiazgów jakimi statek twój jest napełniony, okrzyknąłeś się, zemściłeś się; i, w tej samej chwili, zamierzyłeś w sercu swojem kradzież całej krainy! Nie jesteś niewolnikiem; raczej ścierpiałbyś śmierć niż niewolę, a chcesz nas ujarzmić! Sądzisz zatem, że mieszkaniec Otaiti nie umie bronić swojej wolności i umrzeć? Ten Otajczyk, nad którym chcesz zawładnąć jak nad bydlęciem, jest twoim bratem. Jesteście obaj dziećmi natury: jakie masz prawo nad nim, którego on nie miałby nad tobą? Przybyłeś: czyśmy się targnęli na twą osobę? Czy złupiliśmy twój statek? Czyśmy cię pochwycili i wydali na pastwę grotom naszych nieprzyjaciół? Czyśmy cię zmusili, abyś uprawiał pola, na równi z naszemi bydlęty? Szanowaliśmy w tobie nasz obraz. Zostaw nam nasze obyczaje: są rozsądniejsze i uczciwsze od twoich; nie chcemy zmieniać tego co ty nazywasz naszem nieuctwem na twoje bezużyteczne wiadomości. Znamy wszystko, co nam jest potrzebne i dobre. Czy jesteśmy godni wzgardy, ponieważ nie umieliśmy sobie stworzyć zbytecznych potrzeb? Kiedy jesteśmy głodni, mamy co jeść; kiedy nam zimno, mamy się w co odziać. Odwiedzałeś nasze chaty: czegóż, wedle ciebie, w nich brakuje? Ścigaj, dokąd ci się podoba, to, co nazywasz „udogodnieniami życia“, ale pozwól rozsądnym istotom zatrzymać się przy mecie, poza którą owocem ciężkich i ustawnych wysiłków byłyby jedynie dobra urojone. Skoro nas skłonisz, abyśmy przekroczyli ciasną granicę potrzeby, kiedyż skończymy pracować? Kiedyż będziemy się cieszyli życiem? Uczyniliśmy sumę naszych rocznych i dziennych trudów najmniejszą jak tylko możebne, ponieważ nic nie wydaje nam się cenniejsze, niż spoczynek. Wracaj do swego kraju miotać się, dręczyć ile ci się podoba; pozwól nam zażywać wczasu: nie wpieraj w nas ani swoich sztucznych potrzeb, ani urojonych cnót. Spójrz na tych mężczyzn: patrz, jacy prości, zdrowi i krzepcy. Spójrz na te kobiety: patrz, jakie proste, zdrowe, świeże i ładne. Weź ten mój łuk, zawołaj na pomoc jednego, dwóch, trzech, czterech towarzyszy i próbójcie go napiąć. Ja go napinam sam jeden. Uprawiam ziemię, wspinam się na góry, przedzieram przez lasy, przebiegam milę drogi w niespełna godzinę. Twoi młodzi towarzysze zaledwie mogli mi nadążyć, a mam przeszło dziewięćdziesiąt lat. Biada tej wyspie! Biada mieszkańcom Otaiti dzisiaj, i biada im na przyszłość, od dnia w którym nas odwiedziłeś! Znaliśmy tylko jedną chorobę; tę, na którą skazany jest człowiek, zwierzę i roślina: starość; a ty nam przyniosłeś inną: skaziłeś naszą krew. Trzeba nam będzie może wytępić własnemi rękami nasze córki, żony, dzieci; tych którzy zbliżyli się do twoich kobiet; te które zbliżyły się do twoich mężczyzn. Pola nasze przesiąkną nieczystą krwią, która przeszła z twoich żył w nasze, albo w nasze dzieci, skazane na hodowanie i utrwalenie cierpienia, które wszczepiłeś ojcom i matkom, a które oni przekażą na wieki potomstwu. Nieszczęśliwy! będziesz winien albo spustoszeń, jakie staną się następstwem złowrogich pieszczot twojej zgrai, albo też mordów, jakie popełnimy aby powstrzymać ich truciznę. Mówisz o zbrodniach! Czy wyobrażasz sobie większą zbrodnię niż twoja? Jaka jest u ciebie kara na tego, który zabija sąsiada? Śmierć od żelaza; jaka na nikczemnika, który go otruje? Śmierć od ognia. Porównaj swoją zbrodnię z tą ostatnią, i powiedz, trucicielu narodów, na jaką karę zasłużyłeś? Jakże niedawno temu, młoda Otajka poddawała się bez troski pieszczotom, uściskom młodego Otajczyka; dojrzewająca dziewczyna czekała z niecierpliwością chwili wyzwolenia, w której matka zdejmie jej zasłonę i obnaży piersi. Dumna była, iż budzi żądze i ściąga miłosne spojrzenia obcych, krewnych, braci; przyjmowała, bez lęku i wstydu, w naszej obecności, pośród koła niewinnych Otajczyków, przy dźwięku fletni, wśród pląsów, pieszczoty tego, którego jej młode serce i tajemny głos zmysłów wskazywały. Pojęcie zbrodni i niebezpieczeństwo choroby wstąpiły z tobą pomiędzy nas. Rozkoszom naszym, niegdyś tak słodkim, towarzyszą obecnie wyrzuty i groza. Ten czarny człowiek, który stoi obok ciebie i który mi się przysłuchuje, dawał jakieś nauki naszej młodzieży; nie wiem, co takiego mówił; ale, od tego czasu, chłopcy nasi wahają się, dziewczęta płoną rumieńcem. Kryj się, jeśli twoja wola, w mrocznym lesie, wraz z wyuzdaną towarzyszką swoich rozkoszy, ale pozwól dobrym i prostym Otajczykom rozmnażać się bez wstydu w obliczu nieba i w biały dzień. Jakież zacniejsze i wyższe uczucie mógłbyś pomieścić w miejsce tego jakieśmy im tchnęli i jakie ich ożywia? Mniemają, iż chwila wzbogacenia narodu i rodziny nowym obywatelem nadeszła, i szczycą się z tego. Jedzą, aby żyć i aby rosnąć; rosną, aby się rozmnażać, i nie znajdują w tem grzechu ani wstydu. Słuchaj dalszego ciągu swych zbrodni. Zaledwie pokazałeś się między nimi, stali się złodziejami. Zaledwie stąpiłeś na naszą ziemię, zaczęła dymić krwią. Otajczyka, który biegł na twe spotkanie, który powitał cię i przyjął wołaniem: „Taio! przyjaciel, przyjaciel,“ zabiłeś. I dlaczego zabiłeś? Ponieważ go uwiódł blask twoich błyszczących perełek. Dawał ci swoje owoce; ofiarował własną żonę i córkę; ustępował ci chaty, a ty go zabiłeś za garstkę tych ziarn, które zabrał ci, nie poprosiwszy o nie. Na odgłos twojej morderczej broni, uciekł w góry. Ale bądź pewien, iż, gdyby nie ja, w jednej chwili zginęlibyście wszyscy. Ha! dlaczego ich uspokoiłem? dlaczego ich powściągnąłem? dlaczego powstrzymuję ich jeszcze w tej chwili? Nie wiem; nie zasługujesz bowiem na żadne uczucie litości; masz duszę okrutną, która nie zaznała go nigdy. Przechadzałeś się, ty i twoi, po naszej wyspie; uszanowano cię; zażywałeś wszystkiego; nie znalazłeś na swej drodze zapory ani odmowy; zapraszano cię, siadałeś, roztaczano przed tobą cały dostatek kraju. Pragnąłeś młodych dziewcząt? Z wyjątkiem tych, które nie mają jeszcze przywileju ukazywania twarzy i piersi, matki przedstawiły ci wszystkie inne zupełnie nagie: oddano w twoje ręce tkliwą ofiarę obowiązków gościnności; usłano dla niej i dla ciebie ziemię liśćmi i kwiatami; grajkowie nastroili instrumenty; nic nie mąciło słodyczy, ani nie krępowało swobody twoich i jej uścisków. Odśpiewano hymn, hymn który zagrzewał cię abyś był mężczyzną, który upominał nasze dziecię aby było kobietą; kobietą chętną i pełną rozkoszy. Tańczono dokoła waszego legowiska; i oto, wychodząc z ramion tej kobiety, doświadczywszy na jej łonie najsłodszych upojeń, zabiłeś jej brata, przyjaciela, jej ojca może! Zrobiłeś gorzej jeszcze: spójrz w tę stronę, popatrz na to zakole najeżone grotami; tę broń, która groziła jedynie nieprzyjaciołom, widzisz obróconą przeciw naszym własnym dzieciom; widzisz nieszczęśliwe towarzyszki naszych uciech; patrz na ich smutek, patrz na boleść ich ojców, na rozpacz matek, tamto skazane są, aby zginęły z naszych rąk, albo z choroby której im udzieliłeś. Oddal się, chyba że twoje okrutne oczy lubują się w widowisku śmierci; oddal się; idź, i oby występne morza, które oszczędziły cię w czasie podróży, mogły zmazać swą winę i pomścić nas, pochłaniając cię zanim powrócisz! A wy, mieszkańcy Otaiti, schrońcie się do waszych chat, schrońcie się wszyscy; niechaj ci niegodni cudzoziemcy słyszą przy swoim odjeździe jedynie ryczące fale i widzą jedynie pianę której wściekłość bieli opustoszałe wybrzeże!“
Zaledwie skończył mówić, gromada mieszkańców znikła, wielka cisza zapanowała na całej przestrzeni wyspy, słychać było jedynie ostry poświst wiatru i głuchy łoskot wód; możnaby rzec, iż powietrze i morze, poruszone głosem starca, gotowały się go usłuchać.

B. — I cóż, co o tem myślisz?
A. — Przemowa wydaje mi się wcale gwałtowna; ale, poprzez jakąś powłokę surowości i dzikości, mam wrażenie iż odnajduję w niej myśli i zwroty europejskie.
B. — Pomyśl, że to to jest przekład z otajskiego na hiszpańskie i z hiszpańskiego na francuzkie. Starzec udał się w nocy do tego Oru którego zagadnął, a w którego chacie język hiszpański przechowywał się od niepamiętnych czasów. Oru napisał po hiszpańsku mowę starca, i Bougainville miał jej odpis w ręku, w chwili gdy Otajczyk ją wygłaszał.
A. — Nie rozumiem w takim razie, czemu Bougainville usunął ten fragment. Ale wszak to nie wszystko: wyznaję, iż bardzo byłbym ciekaw reszty.
B. — To co następuje, być może nie tak cię już zajmie.
A. — Mniejsza.
B. — Jestto rozmowa kapelana załogi z jednym z mieszkańców wyspy.
A. — Oru?
B. — Właśnie. Skoro okręt Bougainville’a zbliżał się do Otaiti, niezliczona ilość wyżłobionych drzew zaroiła się na wodzie; w jednej chwili otoczyły one jego statek; w jakąkolwiek stronę obrócił spojrzenia, widział objawy zdziwienia i życzliwości. Rzucali mu zapasy żywności, wyciągali doń ręce, czepiali się lin, drapali się na deski, wypełnili jego szalupę, krzyczeli w stronę brzegu skąd rozlegał się odzew. Zbiegli się mieszkańcy wyspy; wszyscy tłoczą się na brzegu; chwytają ludzi i załogę i dzielą ich między siebie. Każdy prowadzi swego gościa do chaty; mężczyźni ściskają ich, obejmując w pół ciała, kobiety głaszczą rękami po twarzy. Uzmysłów sobie ten obraz; bądź świadkiem, myślą, widoku tej gościnności, i powiedz jak ci się przedstawia rodzaj ludzki?
A. — Uroczo.
B. — Ale zapomniałbym może wspomnieć ci o wydarzeniu bardzo osobliwem! Tę scenę przyjaźni i ludzkości zmąciły nagle krzyki człowieka, który wołał o pomoc; był to służący jednego z oficerów Bougainville’a. Młodzi Otajczycy rzucili się nań, rozciągnęli go na ziemi, rozbierali go i gotowali się wyświadczyć mu pewną uprzejmość.
A. — Jakto! te ludy tak pełne prostoty, ci dzicy tak dobrzy, tak uczciwi...?
B. — Mylisz się! ów służący był kobietą przebraną za mężczyznę. Załoga nieświadoma była jego płci przez cały ciąg długiej przeprawy, Otajczycy natomiast odgadli ją na pierwszy rzut oka. Dziewczyna ta była rodem z Burgundyi, nazywała się Barré, nie była ani ładna ani brzydka. Nie opuściła nigdy swojej wioski, a pierwszym jej zamysłem podróży było objechać ziemię dookoła: okazywała się w każdej okoliczności dzielna i roztropna.
A. — Te wątłe organizmy mieszczą niekiedy dusze bardzo silne.


III. Rozmowa kapelana i Oru.

Wedle sposobu, w jaki Otajczycy rozdzielili między siebie załogę Bougainville’a, kapelan stał się gościem Oru. Kapelan i Otajczyk byli mniejwięcej w równym wieku: trzydzieści pięć do trzydziestu sześciu lat. Oru miał wówczas w domu jedynie żonę i trzy córki, imieniem Asto, Palli i Thia. Rozebrały gościa, umyły mu twarz, ręce i nogi, oraz podały zdrowy i skromny posiłek. Skoro nadeszła godzina spoczynku, Oru, który oddalił się był wraz z rodziną, zjawił się, przedstawił cudzoziemcowi żonę i trzy córki zupełnie nagie, i rzekł:
— Podjadłeś sobie, jesteś młody, zdrów: jeżeli będziesz spał sam, źle ci się będzie spało: mężczyzna potrzebuje w nocy towarzyszki przy boku. Oto moja żona, oto córki, wybierz tę która ci się nadaje; ale, jeżeli chcesz mi wyświadczyć grzeczność, dasz pierwszeństwo najmłodszej z nich, która nie ma jeszcze dzieci.
Matka dodała: — Niestety! nie mogę czynić jej wyrzutów; biedna Thia! to nie jej wina.
Kapelan odparł, iż religia jego, stan, dobre obyczaje i przystojność nie pozwalają mu przyjąć tej ofiary.
Oru rzekł:
— Nie wiem, co to za rzecz, którą nazywasz religią, ale mogę mieć o niej jedynie złe mniemanie, skoro broni ci kosztować niewinnej przyjemności, do jakiej natura, wszechwładna pani, zaprasza nas wszystkich; dać istnienie jednemu z podobnych sobie; wyświadczyć przysługę, o jaką ojciec, matka i dzieci cię proszą; wypłacić się gospodarzowi, który zgotował ci dobre przyjęcie, oraz wzbogacić naród, pomnażając go o jednego poddanego. Nie wiem, co to za rzecz, którą nazywasz stanem, ale twoim pierwszym obowiązkiem jest być człowiekiem i być wdzięcznym. Nie zamierzam nieść do twego kraju obyczajów Oru, ale Oru, twój gospodarz i przyjaciel, błaga cię abyś się poddał obyczajom Otaiti. Czy obyczaje Otaiti lepsze są czy gorsze niż wasze? to pytanie łatwe do rozstrzygnięcia. Czy ziemia, w której się urodziłeś ma więcej ludzi, niż może ich wyżywić? W takim razie, obyczaje jej nie są ani lepsze ani gorsze niż nasze. Czy może wyżywić więcej niż ma mieszkańców? — nasze obyczaje lepsze są niż twoje. Co do przystojności jaką się zasłaniasz, rozumiem cię: przyznaję że zbłądziłem i proszę o przebaczenie. Nie wymagam, byś szkodził swemu zdrowiu; jeżeli jesteś zmęczony, trzeba abyś spoczął; ale mam nadzieję, że nie zechcesz długo czynić nam przykrości. Patrz na troskę, jaką rozlałeś na twarzach kobiet; lękają się, że zauważyłeś w nich jakąś skazę, która ściągnęła na nie wzgardę. Ale, gdyby nawet tak było, czyż przyjemność uczczenia jednej z mych córek pośród jej sióstr i towarzyszek, oraz chluba spełnienia dobrego uczynku nie powinny ci wystarczyć? Bądź wspaniałomyślny!
kapelan. — To nie to: wszystkie cztery są zarówno piękne; ale moja religia! ale mój stan!
oru. — Należą do mnie i ja ci je ofiaruję; należą do siebie i oddają się tobie. Mimo wszelkich skrupułów sumienia, jakie nakłada ci owa jakaś religia i ów stan, możesz przyjąć bez obawy. Nie nadużywam mej powagi, i bądź pewien że znam i szanuję prawa jednostki.

Tutaj, prawdomówny kapelan przyznaje, iż nigdy Opatrzność nie wystawiła go na równie naglącą pokusą. Był młody, kręcił się, dręczył; odwracał spojrzenia od lubych suplikantek, ściągał je z powrotem ku nim; podnosił ręce i oczy ku niebu. Thia, najmłodsza, ściskała jego kolana i mówiła:
— Cudzoziemcze, nie martw mego ojca, mej matki, nie martw mnie! Uczcij mnie w tej chacie i pomiędzy moimi; wznieś mię do rzędu sióstr, które drwią sobie ze mnie. Asto, najstarsza, ma już troje dzieci; Palli, druga z kolei, dwoje, a Thia nie ma ich zgoła. Cudzoziemcze, zacny cudzoziemcze! nie odtrącaj mnie! uczyń mnie matką: daj mi dziecko, którebym mogła kiedyś prowadzić za rękę po Otaiti, któreby, za dziewięć miesięcy, widziano przyczepione do mojej piersi, z któregobym była dumna i któreby stanowiło część mojego wiana, kiedy przejdę z chaty mego ojca do innej. Być może, lepiej mi się powiedzie z tobą, niż z naszymi młodymi Otajczykami. Jeżeli mi użyczysz tej łaski, nie zapomnę o tobie nigdy, będę cię błogosławiła przez całe życie, wypiszę imię twoje na mojem ramieniu i na ramieniu twego syna; będziemy je wymawiali bez przerwy z radością, i, kiedy opuścisz te brzegi, życzenia moje będą ci towarzyszyć na morzu, póki nie przybędziesz do swego kraju“.
Dobry kapelan powiadał, iż ściskała go za ręce, wlepiała w jego oczy wymowne i wzruszające spojrzenia, płakała; że ojciec, matka i siostry oddalili się, że został z nią sam na sam, i że, powtarzając: „Ależ moja religia, ależ mój stan“, znalazł się nazajutrz na posłaniu obok tej młodej dziewczyny, która obsypywała go pieszczotami i zapraszała ojca, matkę i siostry, skoro zbliżyli się rano do ich łoża, aby dołączyli do jej wdzięczności swoje dziękczynienia.
Asto i Palli, oddaliwszy się na chwilę, wróciły, niosąc krajowe potrawy, napoje i owoce; uścisnęły siostrę i składały jej życzenia. Spożyli śniadanie wszyscy razem; poczem Oru, zostawszy sam z kapelanem, rzekł:
— Widzę, iż córka rada jest z ciebie, i dziękuję ci. Ale czy mógłbyś mnie pouczyć, co znaczy słowo religia, które powtarzałeś tyle razy i z taką boleścią?
Kapelan, podumawszy chwilę, odpowiedział:
— Kto uczynił twoją chatę i sprzęty które się w niej mieszczą?
oru. — Ja sam.
kapelan. — Otóż, my wierzymy, że ten świat i wszystko co zawiera jest dziełem niejakiego robotnika.
oru. — Ma zatem nogi, ręce i głowę?
kapelan. — Nie.
oru. — Gdzież on mieszka?
kapelan. — Wszędzie.
oru. — Tu także?
kapelan. — Tak.
oru. — Nigdyśmy go nie widzieli.
kapelan. — Nie daje się oglądać nikomu.
oru. — To mi jakiś ojciec bardzo obojętny! Musi być stary, jest bowiem conajmniej w wieku swego dzieła.
kapelan. — Nie starzeje się. Przemówił do naszych przodków; dał im prawa; przepisał sposób w jaki chce aby go czczono; nakazał pewne uczynki jako dobre, zabronił zaś innych jako złych.
oru. — Rozumiem; i jednym z tych uczynków zabronionych jako złe, to mieć sprawę z kobietą albo z dziewczyną? Dlaczego tedy uczynił dwie płcie?
kapelan. — Aby się ludzie kojarzyli, ale za dopełnieniem pewnych warunków, po dokonaniu pewnych uprzednich ceremonij, w następstwie których mężczyzna należy do kobiety i należy tylko do niej; kobieta należy do mężczyzny i tylko do niego.
oru. — Na całe życie?
kapelan. — Na całe życie.
oru. — W ten sposób, iż, gdyby się zdarzyło kobiecie mieć sprawę z innym niż własnym mężem, lub mężowi z inną niż swą żoną... ale to się nie zdarza; skoro bowiem ów stwórca jest obecny i skoro mu się to nie podoba, umie im tego zabronić.
kapelan. — Nie, zostawia im swobodę; wówczas grzeszą przeciw prawu Boga (tak bowiem nazywamy wielkiego robotnika), przeciw prawom kraju, i popełniają wielką zbrodnię.
oru. — Przykroby mi było dotknąć cię; ale, gdybyś pozwolił, powiedziałbym moje zdanie.
kapelan. — Mów.
oru. — Te osobliwe przepisy wydają mi się sprzeczne z naturą i przeciwne rozumowi; ustanowione poto, aby mnożyć zbrodnie i martwić w każdej chwili starego robotnika który wszystko zrobił bez rąk, bez nóg, bez narzędzi, który jest wszędzie i którego nie widzi się nigdzie; który trwa dziś i jutro a nie ma ani dnia więcej; który rozkazuje i nie znachodzi posłuchu; który może zapobiedz a nie zapobiega. Są przeciwne naturze, ponieważ przypuszczają, iż istota myśląca, czująca i wolna może być własnością istoty jej podobnej: na czem miałoby się opierać to prawo? Czy nie widzisz, iż pomięszano, w twoim kraju, rzecz, która nie ma ani czucia, ani myśli, ani pragnienia, ani woli, którą się porzuca, bierze, zatrzymuje, wymienia, bez cierpienia i skargi z jej strony, z rzeczą której się nie da wymienić ani nabyć, która ma wolność, wolę, chęć; która może się oddać lub wzbronić na chwilę, oddać się lub wzbronić na zawsze; która się skarży i cierpi, i która nie może stać się przedmiotem handlu bez zapoznania jej charakteru i pogwałcenia jej natury. Słowem, przepisy te są sprzeczne z ogólnem prawem istot żywych. Czy możesz, w istocie, wyobrazić sobie coś bardziej niedorzecznego, niż prawo które potępia przemianę jaka w nas zachodzi; które nakazuje stałość do jakiej nie jesteśmy zdolni; gwałci wolność mężczyzny i kobiety skuwając ich z sobą na wieki? coś bardziej szalonego niż wierność która ogranicza najbardziej kapryśną z rozkoszy do jednego i tego samego osobnika; niż przysięga nieodmienności, jaką czynią dwie osoby z krwi i ciała, w obliczu nieba które nie jest ani przez chwilę jednakie, pod sklepieniem groty która grozi zawaleniem, w pobliżu skały która rozsypuje się w proch, u stóp drzewa które murszeje, na kamieniu który się obluźnia? Wierzaj mi, uczyniliście dolę człowieka gorszą od doli zwierzęcia. Nie wiem, co to jest ten twój wielki robotnik, ale cieszę się, że nie mówił do naszych ojców, i pragnę, aby nie przemówił do naszych dzieci, mógłby bowiem, przypadkiem, powiedzieć im te same głupstwa, a oni popełniliby może to głupstwo aby mu uwierzyć. Wczoraj, przy wieczerzy, opowiadałeś nam o sędziach i o księżach; nie wiem co to są za osobistości które ty nazywasz sędziami i księżmi i których władza miarkuje wasze postępki; ale powiedz mi, czy oni są panami dobrego i złego? Czy mogą sprawić, aby to co jest sprawiedliwe stało się niesprawiedliwem, to zaś co niesprawiedliwe było sprawiedliwem? Czy jest w ich mocy związać dobro z uczynkami szkodliwymi, a zło z uczynkami niewinnymi lub pożytecznymi? Niepodobna abyś tak myślał; w ten sposób bowiem nie byłoby prawdy ani fałszu, dobrego ani złego, piękna ani szpetoty, chyba tylko to, coby się podobało wielkiemu robotnikowi, sędziom, i kapłanom ogłosić za takie; i, z chwili na chwilę, byłbyś zmuszony zmieniać swe pojęcia i uczynki. Pewnego dnia, powiedzianoby ci, w imię jednego z twoich trzech mistrzów, „zabijaj“, i byłbyś obowiązany, wedle sumienia, zabijać; drugiego dnia: „kradnij“, i byłbyś zniewolony kraść; lub też: „nie jedz tego owocu“, i nie ważyłbyś się go jeść: „zabraniam ci tej jarzyny lub tego zwierzęcia“, i wystrzegałbyś się ich dotknąć. Nie byłoby dobrej rzeczy którejby ci nie było można zabronić, ani niegodziwości którejby nie można nakazać. A jakiż byłby twój los, gdyby twoi trzej panowie, nie mogąc się zgodzić ze sobą, zechcieli — każdy z osobna — pozwolić ci, nakazać i zabronić tę samą rzecz, jak sądzę iż musi się zdarzać często? Wówczas, aby przypodobać się kapłanowi, będziesz musiał poróżnić się z sędzią; aby zadowolnić sędziego, trzeba ci będzie narazić się wielkiemu robotnikowi; aby się zaś zasłużyć wielkiemu robotnikowi, będziesz musiał wyprzeć się natury. I wiesz, co z tego wyniknie? To, iż będziesz lekceważył wszystkich trzech, i że nie będziesz ani człowiekiem, ani obywatelem, ani pobożnym; że nie będziesz niczem, że będziesz w niezgodzie ze wszystkimi rodzajami władzy, w niezgodzie z sobą samym, staniesz się złym, udręczonym przez własne serce; prześladowanym przez swoich niedorzecznych panów, i nieszczęśliwym, jak nim byłeś oto wczoraj, kiedy ci przywiodłem córki i żonę, i kiedy krzyczałeś: „Ależ moja religia! ale mój stan!“ Czy chcesz wiedzieć, w każdym czasie i miejscu, co jest dobre i złe? Miej na względzie naturę rzeczy i uczynków; stosunków ze swym bliźnim, wpływ twoich postępków na twój osobisty pożytek i na dobro powszechne. Jesteś w obłędzie, jeśli mniemasz, iż jest cośkolwiek, czy to w górze; czy na dole, we wszechświecie, coby mogło przyczynić coś lub ująć prawom natury. Jej wiekuistą wolą jest, aby przekładać dobro nad zło, a dobro ogólne nad dobro jednostki. Możesz nakazywać rzecz przeciwną, ale nie znajdziesz posłuchu. Będziesz mnożył złoczyńców i nieszczęśliwych zapomocą lęku, zapomocą kar i wyrzutów; znieprawisz sumienia, skazisz dusze ludzi, i nie będą już sami wiedzieli co należy im czynić a czego unikać. Wystraszeni w stanie niewinności, spokojni w zbrodni, zatracą gwiazdę polarną swej drogi. Odpowiedz szczerze: czy, na wspak wyraźnym nakazom trzech prawodawców, młody człowiek w twoim kraju nie ma nigdy, bez ich zezwolenia, sprawy z młodą dziewczyną?
kapelan. — Skłamałbym, gdybym ci to zaręczał.
oru. — Żona, która przysięgła należeć jedynie do męża, czy nie oddaje się nigdy innemu?
kapelan. — Nic pospolitszego.
oru. — Twoi prawodawcy karzą ich, albo też nie: jeżeli karzą, są to dzikie zwierzęta które znęcają się nad przyrodą; jeżeli nie karzą, to głupcy, którzy, przez daremny zakaz, podali na wzgardę swą powagę.
kapelan. — Winni, którzy uchodzą surowości praw, znajdują karę w powszechnem potępieniu.
oru. — To znaczy, że funkcye sprawiedliwości wypełnia brak zdrowego rozumu w narodzie, i że niedorzeczność opinii uzupełnia prawo.
kapelan. — Dziewczyna zbezczeszczona nie może znaleźć męża.
oru. — Zbezczeszczona! dlaczego?
kapelan. — Żonę niewierną otacza, mniej lub więcej, wzgarda.
oru. — Wzgarda! dlaczego?
oru. — Młody człowiek nazywa się nikczemnym, uwodzicielem.
oru. — Nikczemnym! uwodzicielem! dlaczego?
kapelan. — Ojciec, matka i dziecko są w rozpaczy. Mąż niewierny jest rozpustnikiem, mąż zdradzony podziela hańbę żony.
oru. — Cóż za potworną sieć niedorzeczności przedstawiasz mi oto! a jeszcze nie mówisz wszystkiego; skoro tylko bowiem pozwolono sobie rozrządzić, wedle swego widzimisię, pojęciami sprawiedliwości i własności, odjąć albo nadać rzeczom dowolny charakter, kojarzyć z pewnymi uczynkami lub też wyłączać z nich dobro i zło, radząc się jedynie swego kaprysu, wypływają z tego wzajemne przygany, oskarżenia, podejrzenia, tyrania, zawiść, zazdrość, oszukaństwa, zgryzoty, ukrywanie się, obłuda, szpiegostwo, pułapki, waśnie, kłamstwa; córki okłamują rodziców, mężowie żony, żony mężów; córki, tak, jestem tego pewny, będą dusiły własne dzieci; podejrzliwi ojcowie będą lekceważyć i zaniedbywać swoje; matki opuszczą je i zdadzą na łaskę losu, a zbrodnia i rozpusta wyłonią się we wszelakiej postaci. Wiem to wszystko, jakgdybym żył pośród was. Tak jest, ponieważ tak musi być; i owo społeczeństwo, którego piękny porządek wychwala wam jego naczelnik, musi być jedynie zbiorowiskiem obłudników, którzy potajemnie depcą nogami prawo, lub też nieszczęśliwców, którzy, w swej uległości, stają się sami narzędziem własnej kaźni; albo głupców, w których przesąd do szczętu zdławił głos natury, lub wreszcie istot niewydarzonych, w których natura nie domaga się swoich praw.
kapelan. — Jakbyś na to patrzał. Ale wy się przecież nie żenicie?
oru. — Żenimy się.
kapelan. — Cóż to jest, to wasze małżeństwo?
oru. — Pozwolenie mieszkania we wspólnej chacie i sypiania we wspólnem łożu, dopóki nam to odpowiada.
kapelan. — A skoro wam przestanie odpowiadać?
oru. — Rozłączamy się.
kapelan. — A cóż staje się z dziećmi?
oru. — O cudzoziemcze! to pytanie do reszty mi odsłania głęboką niedolę twego kraju. Wiedz, mój przyjacielu, że tutaj, urodzenie dziecka jest zawsze szczęściem, a śmierć jego przedmiotem łez i żalów. Dziecko jest bardzo cenne, ponieważ ma się stać człowiekiem; toteż, dbamy o nie o ileż więcej niż o rośliny i zwierzęta! Urodzenie dziecka staje się przyczyną radości domowej i publicznej; jestto pomnożenie majątku dla chaty, i siły dla narodu; to para ramion i rąk więcej w Otaiti; widzimy w niem rolnika, rybołowcę, myśliwca, żołnierza, małżonka, ojca. Wracając z chaty męża do domu rodziców, żona zabiera z sobą dzieci które wniosła w posagu; dzieli się po połowie te, które urodziły się w czasie wspólnego pożycia, wyrównując, o ile to możliwe, płeć męzką i żeńską, w ten sposób aby przypadła każdemu mniej więcej jednaka ilość dziewcząt i chłopców.
kapelan. — Ależ dzieci są długi czas ciężarem; zanim zaczną oddawać usługi.
oru. — Przeznaczamy na ich wychowanie i na utrzymanie starców szóstą część wszystkich owoców kraju; ta danina idzie za niemi wszędzie. Widzisz tedy, że, im bardziej rodzina Otajczyka jest liczna, tem jest bogatsza.
kapelan. — Szóstą część!
oru. — Tak, to jest pewny sposób zachęty do rozmnażania się, oraz pobudzenia do szacunku dla starców i troskliwości o dzieci.
kapelan. — Czy małżonkom zdarza się wracać niekiedy do siebie?
oru. — Bardzo często; jednakże, najkrótszy czas małżeństwa jest od jednego księżyca do drugiego.
kapelan. — Chyba, że kobieta zajdzie w ciążę; wówczas, pożycie musi trwać najmniej dziewięć miesięcy?
oru. — Mylisz się: ojcostwo, tak jak danina, idzie za dzieckiem wszędzie.
kapelan. — Mówiłeś mi coś o dzieciach, które kobieta wnosi mężowi w wianie...
oru. — Oczywiście. Oto moja starsza córka ma troje dzieci; chodzą, są zdrowe, ładne, zapowiadają iż będą silne; skoro przyjdzie jej ochota wydać się za mąż, weźmie je z sobą, należą do niej: mąż przyjmie je z radością, a żona byłaby mu tem milszą, gdyby była brzemienna czwartem.
kapelan. — Przez niego?
oru. — Przez niego lub przez innego. Im więcej nasze dziewczęta mają dzieci, tembardziej są poszukiwane; im bardziej chłopcy są krzepcy i silni, tem są bogatsi; toteż, o ile dajemy pilne baczenie aby uchronić młodych od zbliżenia z drugą płcią przed wiekiem płodności, o tyle zachęcamy do parzenia się, skoro chłopcy są dojrzali, a dziewczęta sposobne do zapłodnienia. Niepodobna ci ocenić doniosłości usługi jaką oddałeś córce mojej Thii, jeżeli uczyniłeś ją brzemienną. Matka nie będzie jej już powtarzała przy każdym księżycu: „Ależ, Thio, o czem ty myślisz? Nie zachodzisz w ciążę; masz dziewiętnaście lat; powinnabyś już mieć dwoje dzieci, a nie masz żadnego. Kto zechce wziąść cię do domu? Jeżeli stracisz w ten sposób młode lata, co będziesz robić na starość? Widocznie, Thio, musisz mieć jakąś wadę, która oddala od ciebie mężczyzn. Popraw się, moje dziecko; w twoim wieku, byłam już trzy razy matką“.
kapelan. — Jakich ostrożności używacie, aby chronić dorastających chłopców i dziewczęta?
oru. — To główny przedmiot domowego wychowania i najważniejszy punkt obyczajności publicznej. Chłopcy nasi, aż do dwudziestudwu lat, dwa lub trzy lata poza wiek dojrzałości, chodzą okryci długą tuniką, z biodrami opasanemi cienkim łańcuszkiem. Przed wiekiem dojrzałości, dziewczętom nie wolno wychodzić bez zasłony. Zdjąć łańcuszek, podnieść zasłonę, to wykroczenia, które zdarzają się rzadko, ponieważ tłómaczymy młodym zawczasu przykre ich następstwa. Ale, z chwilą gdy chłopiec doszedł pełni sił, gdy oznaki męzkości ujawniają się wyraźnie i gdy częsty wypływ oraz jakość płynu nasiennego daje nam tego pewność; z chwilą gdy młoda dziewczyna więdnie, smutnieje i dochodzi dojrzałości sposobnej do powzięcia pragnień, budzenia ich i zaspakajania z pożytkiem, ojciec odwiązuje synowi łańcuch i obcina mu paznokieć przy pośrednim palcu prawej ręki; matka zdejmuje córce zasłonę. Chłopiec może zabiegać się o kobietę i być celem jej zabiegów; dziewczyna może przechadzać się publicznie z odkrytą twarzą i obnażoną piersią, przyjąć lub odtrącić pieszczoty mężczyzny. Wskazuje się jedynie z góry chłopcu dziewczęta, dziewczynie chłopców, którym należy dać pierwszeństwo. Dzień wyzwolenia dziewczyny albo chłopca jest wielkiem świętem, jeżeli chodzi o dziewczynę, w wilię, młodzi chłopcy zbierają się dokoła chaty: przez całą noc powietrze rozbrzmiewa śpiewem oraz dźwiękami instrumentów. W dzień, ojciec i matka prowadzą ją w zakole, gdzie młodzież tańczy i ćwiczy się w skokach, pasowaniu się i wyścigach. Roztacza się przed nią nagiego mężczyznę pod wszelką postacią i we wszelkich pozach. Jeżeli chodzi o chłopca, wówczas młode dziewczęta raczą go swoim widokiem, i ukazują jego spojrzeniom nagą kobietę bez ograniczeń i tajemnic. Reszta ceremonii odbywa się na łożu z liści, jak to widziałeś za przybyciem do nas. O schyłku dnia, dziewczyna wraca do chaty rodziców, lub też przechodzi do chaty tego którego wybrała, i zostaje tam jak długo się jej podoba.
kapelan. — Zatem, ta uroczystość jest albo nie jest dniem małżeństwa?
oru. — Rzekłeś...
a. — Co ja tu widzę na kraju...
b. — To notatka, w której dobry kapelan powiada, że przepisy rodziców co do wyboru chłopców i dziewcząt są pełne rozsądku oraz bardzo zmyślnych i użytecznych spostrzeżeń, ale że usunął ten katechizm, który ludziom tak zepsutym i powierzchownym jak my wydałby się bezgranicznie rozwiązły. Dodaje wszelako, iż nie bez żalu odrzucił te szczegóły, w których widziałoby się, po pierwsze, jak daleko naród, który zajmuje się nieustannie ważnym przedmiotem, może dojść w swoich poszukiwaniach bez pomocy fizyki i anatomii; powtóre, różnice w pojmowaniu urody w kraju gdzie patrzy się na formy z punktu widzenia chwilowej przyjemności, a u ludu który ocenia je wedle bardziej trwałego pożytku. U nas, aby kobietę uznano za piękną, wymaga się lśniącej cery, wyniosłego czoła, pięknych oczu, harmonijnych i delikatnych rysów, wiotkiej kibici, małych ust, małych rąk, małej stopy... Tam, prawie żaden z tych czynników nie wchodzi w rachubę. Kobietą, na którą zwracają się wszystkie oczy i którą ścigają pragnienia, jest ta, która przyrzeka wiele dzieci, i która wróży, iż będą czynne i inteligentne, odważne, zdrowe i silne. Niema prawie nic wspólnego pomiędzy Wenus ateńską a Wenus Otaiti: jedna jest bóstwem miłostek, druga płodności. Pewna Otajka mówiła raz do drugiej kobiety z tego kraju: „Jesteś ładna, ale rodzisz brzydkie dzieci; ja jestem brzydka, ale rodzę ładne dzieci; toteż, mężczyźni przekładają mnie nad ciebie“.
Po tej notatce kapelana, Oru ciągnie dalej.
oru. — Szczęśliwym momentem, dla młodej dziewczyny i jej rodziców, jest chwila, w której spostrzeże oznaki ciąży. Wstaje; przybiega; zarzuca ramiona dokoła szyi matki i ojca; pośród wybuchów zobopólnej radości oznajmia im to wydarzenie. „Mamo! ojczulku! uściskajcie mnie; jestem w ciąży! — Czy to tylko pewne? — Zupełnie pewne. — I z kim? — Z takim a takim“...
kapelan. — W jaki sposób może wymienić imię ojca?
oru. — Jakże chcesz aby go nie znała? Czas trwania miłości jest u nas określony tak samo jak małżeństwo: sięga conajmniej od jednego do drugiego księżyca.
kapelan. — I przepisu tego przestrzega się ściśle?
oru. — Zaraz osądzisz. — Po pierwsze, przeciąg księżyca nie jest długi; dalej, skoro dwóch ojców ma uzasadnione pretensye do dziecka, przestaje ono należeć do matki.
kapelan. — Do kogóż tedy należy?
oru. — Do tego z dwóch, któremu woli je oddać; oto cały jej przywilej; że zaś dziecko jest samo w sobie przedmiotem szacunku i bogactwa, pojmujesz, iż, pośród nas, rozpustnice są rzadkie i że młodzi chłopcy stronią od nich.
kapelan. — Macie zatem u siebie także rozpustnice? Bardzom rad z tego.
oru. — Mamy ich nawet niejeden rodzaj; ale odciągasz mnie od przedmiotu. Skoro tedy dziewczyna zajdzie w ciążę, jeżeli okaże się iż ojciec dziecka jest to młody człowiek piękny, dobrze zbudowany, dzielny, inteligentny i pracowity, nadzieja iż dziecko odziedziczy jego cnoty budzi nową radość. Wstyd ponosi dziewczyna jedynie w razie złego wyboru. Wyobrażasz sobie, jaką wagę przywiązujemy do zdrowia, piękności, siły, bystrości, odwagi: pojmiesz tedy, w jaki sposób, bez przymusu z naszej strony, przywileje krwi muszą się u nas przechowywać wiecznie. Ty, który przebiegłeś rozmaite okolice, powiedz, czy zauważyłeś w jakim kraju tylu pięknych mężczyzn i tyle pięknych kobiet co w Otaiti? Patrz na mnie: jak ci się wydaje? Otóż, jest tutaj dziesięć tysięcy mężczyzn bardziej rosłych, silnych, ale ani jednego dzielniejszego odemnie; toteż, matki polecają mnie często córkom.
kapelan. — Ale, ze wszystkich dzieci które możesz spłodzić poza własną chatą, cóż ci się dostaje?
oru. — Co czwarty chłopiec lub dziewczyna. Ustaliły się u nas prawa obiegu mężczyzn, kobiet i dzieci, lub też ramion wszelkiego wieku i do wszelakich funkcyj, o wiele zaiste donioślejsze niż rozdział waszych produktów, które są jedynie ich owocem.
kapelan. — Rozumiem. A co są te czarne zasłony które spotykam niekiedy?
oru. — Oznaka bezpłodności wskutek przyrodzonej wady lub podeszłego wieku. Ta, która zdejmie zasłonę i zbliży się do mężczyzn, jest rozpustnicą; ten, który podniesie zasłonę i zbliży się do kobiety niepłodnej, jest rozpustnikiem.
kapelan. — A szare zasłony?
oru. — Znak przewlekłej choroby. Ta, która porzuci zasłonę i zbliży się do mężczyzn, jest rozpustnicą; ten, który jej uchyli i zbliży się do kobiety chorej, jest rozpustnikiem.
kapelan. — Czy macie jakie kary na rozpustę?
oru. — Żadnej, prócz nagany.
kapelan. — Czy ojciec może mieć sprawę z własną córką, matka z synem, brat z siostrą, mąż z cudzą żoną?
oru. — Dlaczego nie?
kapelan. — Niechby już było porubstwo; ale kazirodztwo, ale cudzołoztwo!...
oru. — Co mają oznaczać te słowa: porubstwo, kazirodztwo, cudzołoztwo?
kapelan. — Zbrodnie, straszliwe zbrodnie, za które palą w moim kraju na stosie.
oru. — Czy za to w twoim kraju palą czy nie palą, mało mnie obchodzi. Ale nie będziesz sądził obyczajów Europy na podstawie obyczajów Otaiti, ani, tem samem, odwrotnie: trzeba nam bardziej pewnego prawidła; gdzież je znajdziemy? Czy znasz jakie inne niż dobro powszechne i poszczególny pożytek? A teraz, powiedz mi, w czem owo rzekome kazirodztwo sprzeczne jest z tym podwójnym celem? Mylisz się, przyjacielu, skoro sądzisz, iż raz ogłosiwszy prawo, wymyśliwszy zelżywą nazwę, uchwaliwszy karę, przesądziło się już o rzeczy. Odpowiedz tedy, co rozumiesz pod kazirodztwem?
kapelan. — Ależ, kazirodztwo...
oru. — Kazirodztwo?... Czy dawno twój robotnik bez głowy, bez rąk i narzędzi sporządził świat?
kapelan. — Nie.
oru. — Czy uczynił cały rodzaj ludzki naraz?
kapelan. — Nie. Stworzył jedynie mężczyznę i kobietę.
oru. — Czy mieli dzieci?
kapelan. — Oczywiście.
oru. — Przypuśćmy, że tych dwoje pierwszych rodziców miało jedynie córki i że ich matka, zmarła pierwsza; lub że mieli jedynie synów, i że kobieta straciła swego małżonka?
kapelan. — Przypierasz mnie do muru; ale darmobyś gadał, kazirodztwo jest potworną zbrodnią; mówmy o czem innem.
oru. — Wyborny sposób argumentacyi. Nie odezwę się ani słowem, dopóki mi nie powiesz, na czem polega okropność kazirodztwa.
kapelan. — A więc, przyznaję, iż, być może, kazirodztwo nie obraża w niczem przyrody; ale czy nie wystarcza iż grozi ustrojowi społecznemu? W co obróciłoby się bezpieczeństwo monarchy i spokój państwa, gdyby cały naród, składający się z wielu milionów ludzi, skupiał się około jakich pięćdziesięciu ojców rodziny?
oru. — Najgorszą możliwością byłoby to, iż tam gdzie jest tylko jedno duże społeczeństwo, byłoby pięćdziesiąt małych; więcej szczęścia a mniej zbrodni.
kapelan. — Sądzę wszelako, iż, nawet tutaj, syn rzadko zbliża się do matki.
oru. — Chyba iż ma dla niej bardzo wiele szacunku, oraz czułość, która mu każe zapomnieć o nierówności wieku i przełożyć kobietę czterdziestoletnią nad dziewiętnastoletnią dziewczynę.
kapelan. — A stosunki ojców z córkami?
oru. — Też są nie częste, chyba że córka jest brzydka i mało poszukiwana. Jeżeli ojciec ją kocha, troszczy się o to, aby jej zapewnić posag w dzieciach.
kapelan. — To każe mi przypuszczać, iż los kobiet upośledzonych przez naturę nie musi być zbyt szczęśliwym w Otaiti.
oru. — To dowodzi, że nie masz wysokiego pojęcia o wspaniałomyślności naszej młodzieży.
kapelan. — Co do związków braci z siostrami, nie wątpię iż muszą być bardzo pospolite.
oru. — I bardzo pochwalane.
kapelan. — Wedle tego co mówisz, ta namiętność, która powoduje tyle zbrodni i nieszczęść w naszych stronach, byłaby tutaj zupełnie niewinna.
oru. — Cudzoziemcze! okazujesz brak rozsądku i pamięci: rozsądku, ponieważ, wszędzie gdzie jest zakaz, musi on rodzić pokusę czynienia rzeczy zakazanej i czynienie jej w istocie; pamięci, ponieważ nie pomnisz już o tem co ci powiedziałem. Mamy stare rozpustnice, które wychodzą w nocy bez czarnej zasłony i przyjmują mężczyzn, mimo iż nic nie może wyniknąć z tego zbliżenia; jeżeli się je rozpozna albo przydybie, wygnanie na północną część wyspy albo niewolnictwo staje się ich karą; toż samo tyczy nieletnich dziewcząt, które uchylą białej zasłony bez wiedzy rodziców (mamy dla takich zamknięte miejsce w naszej chacie); młodych ludzi którzy zdejmują łańcuszek przed czasem przepisanym przez naturę i prawo (karcimy za to ich rodziców); kobiety, którym czas ciąży wydaje się zbyt długim; kobiety i dziewczęta nie przestrzegające szarej zasłony; ale, w rzeczy, nie przywiązujemy wielkiej wagi do wszystkich tych błędów. Nie zdołałbyś uwierzyć, do jakiego stopnia pojęcie osobistego lub powszechnego bogactwa, zespolone w naszych głowach z pojęciem zaludnienia, oczyszcza obyczaje w tej mierze.
kapelan. — A czy namiętność dwóch mężczyzn dla jednej i tej samej kobiety, lub pociąg dwóch kobiet albo dziewcząt do jednego mężczyzny nie powoduje zaburzeń?
oru. — Widziałem w życiu zaledwie parę przykładów czegoś podobnego: wybór kobiety lub mężczyzny kładzie kres wszystkiemu. Gwałt ze strony mężczyzny byłby poważnym błędem; ale trzeba publicznej skargi, jest zaś prawie niesłychanem, aby dziewczyna lub kobieta poskarżyła się. Jedyną rzeczą jaką zauważyłem, to iż kobiety mniej okazują współczucia dla szpetnych mężczyzn, niż młodzi ludzie dla upośledzonych kobiet, i nie jesteśmy z tego nieradzi.
kapelan. — Nie znacie zgoła, wedle tego co widzę, zazdrości; ale tkliwość małżeńska, miłość ojcowska, te dwa uczucia tak potężne i tak słodkie, jeżeli nie są wam zupełnie obce, muszą być, w każdym razie, wątłe.
oru. — Zastąpiliśmy je innem, które jest o wiele bardziej powszechne, mocne i trwałe: interesem. Połóż rękę na sumieniu; usuń na bok tę fanfaronadę cnoty, która jest bezustanku na ustach twoich towarzyszy, a która nie mieszka w głębi ich serca. Powiedz mi, czy, w jakiejkolwiek okolicy świata, istnieje ojciec rodziny, który, gdyby nie wstyd co go powstrzymuje, nie wolałby raczej stracić żony niż mienia i dostatku całego życia? Bądź pewny, iż, wszędzie gdzie człowiek będzie przywiązany do życia swego bliźniego jak do swego łóżka, swego zdrowia, spokoju, swojej chaty, owoców, pola, uczyni dlań wszystko co mu będzie możebne. Tutaj-to łzy zraszają łoże dziecka które cierpi; tutaj pielęgnuje się matkę w chorobie; tutaj szanuje się płodną kobietę, dziewczynę dojrzałą dla męża, dorastającego chłopca; tutaj rodzice zajmują się ich wychowaniem, ponieważ zachowanie ich jest zawsze wzrostem, a strata uszczupleniem mienia.
kapelan. — Obawiam się, że ten dziki ma słuszność. Biedny chłopek z naszych stron, który zamęcza żonę aby ulżyć koniowi, daje ginąć dziecku bez pomocy, a wzywa lekarza do chorego wołu.
oru. — Nie bardzo rozumiem to co rzekłeś; ale, skoro wrócisz do swej tak pięknie urządzonej ojczyzny, staraj się wprowadzić tam tę sprężynę, a wówczas uczujecie wartość rodzącego się dziecka oraz znaczenie zaludnienia. Czy chcesz, abym ci odsłonił jedną tajemnicę? ale uważaj abyś jej nie zdradził. Przybywacie: ofiarujemy wam nasze żony i córki; dziwicie się temu, objawiacie wdzięczność która nas pobudza do śmiechu, dziękujecie nam, podczas gdy my wymierzamy na ciebie i twoich towarzyszy najważniejszy ze wszystkich podatków. Nie zażądaliśmy od ciebie pieniędzy; nie rzuciliśmy się na twoje towary; wzgardziliśmy twymi zapasami żywności; ale żony nasze i córki postarały się wycisnąć krew z twoich żył. Skoro się stąd oddalisz, zostawisz nam dzieci; ten haracz ściągnięty z waszych osób, z waszej własnej istoty, czyż nie jest, twojem zdaniem, tyle wart co inny? A jeżeli chcesz ocenić jego wartość, wyobraź sobie, że masz przebiedz dwieście mil wybrzeża, i że, co każde dwadzieścia mil, nakładają na ciebie podobny podatek. Mamy olbrzymie przestrzenie ziemi leżące odłogiem, brak nam rąk, i ciebie poprosiliśmy o nie. Mamy klęski zaraźliwych chorób do wyrównania, i ciebie użyliśmy dla zapełnienia szczerb. Mamy nieprzyjaciół, potrzeba nam żołnierzy: poprosiliśmy ciebie, abyś nam ich sporządził. Liczba kobiet i dziewcząt jest u nas zbyt duża na liczbę mężczyzn: zaprzęgliśmy cię do naszych zadań. Pomiędzy temi kobietami i dziewczętami, znajdują się takie z których nie mogliśmy uzyskać dzieci, i te właśnie podsunęliśmy pierwsze waszym uściskom. Mamy zapłacić haracz w ludziach gniotącemu nas sąsiadowi: ty i twoi towarzysze pokryjecie jego koszta: za pięć lub sześć lat, poślemy mu waszych synów, jeżeli będą mniej warci od naszych. Jesteśmy silniejsi, zdrowsi od was, ale rychło spostrzegliśmy iż przewyższacie nas inteligencyą: natychmiast przeznaczyliśmy garstkę najładniejszych kobiet i dziewcząt, iżby przyjęły nasienie rasy lepszej niż nasza. Jestto próba o jakąśmy się pokusili i która może się powieść. Wydobyliśmy z ciebie i z twoich jedyną korzyść jaką mogliśmy wydobyć; wierzaj mi, mimo iż dzicy, umiemy także rachować. Udaj się gdzie chcesz, wszędzie znajdziesz człowieka równie chytrego jak sam jesteś. Da ci zawsze jedynie to, co nie zda mu się na nic, a zażąda od ciebie zawsze tego, co mu jest użyteczne. Jeżeli ci ofiaruje kawałek złota za kawałek żelaza, to dlatego, iż nie dba zgoła o złoto a ceni żelazo. Ale, powiedz mi, dlaczego ty nie jesteś ubrany tak jak drudzy? Co znaczy ten długi płaszcz który otula cię od stóp do głów, i ten szpiczasty worek jaki opuszczasz na ramiona lub naciągasz na uszy?
kapelan. — Znaczy, iż, tak jak mnie widzisz, zaciągnąłem się do społeczności ludzi, których nazywa się, w mojej ojczyźnie, mnichami. Najświętszym z ich ślubów jest ten, iż nie zbliżą się nigdy do żadnej kobiety i nie będą płodzić dzieci.
oru. — Cóż tedy robisz?
kapelan. — Nic.
oru. — I władze twoje znoszą to plemię próżniaków, najgorsze ze wszystkich?
kapelan. — Czynią więcej: szanują ich i nakazują ich szanować.
oru. — Pierwszą moją myślą było, iż natura, jakiś przypadek lub wybryk okrucieństwa pozbawiły cię zdolności płodzenia istot podobnych sobie i, że przez litość, współobywatele woleli raczej zostawić was przy życiu niż zabijać. Ale, mnichu, córka powiedziała mi, że ty jesteś mężczyzną, i to mężczyzną krzepkim niegorzej Otajczyka, i spodziewa się, iż twoje mnogie pieszczoty nie będą bezowocne. Teraz zrozumiałem, dlaczego wykrzykiwałeś wczoraj wieczór; „Ale moja religia! ale mój stan!“ Czy mógłbyś mnie pouczyć o pobudkach względów i szacunku jakich rząd wam użycza?
kapelan. — Nie znam ich.
oru. — Wiesz bodaj, dla jakiej racyi, będąc mężczyzną, skazałeś się dobrowolnie na zaparcie własnej męzkości?
kapelan. — Toby było zbyt długie i trudne do tłómaczenia.
oru. — A co się tyczy owych ślubów bezpłodności, czy mnichy przestrzegają ich ściśle?
kapelan. — Nie.
oru. — Byłem tego pewny. Czy macie także i mniszki żeńskiego rodzaju?
kapelan. — Owszem.
oru. — Równie cnotliwe jak mnichy-mężczyźni?
kapelan. — Poddane ściślejszemu zamknięciu, usychają z boleści, giną z nudy.
oru. — I zniewaga uczyniona naturze jest pomszczona. O, szpetny kraj! Jeżeli wszystko tam odbywa się tak jak prawisz, jesteście większymi barbarzyńcami od nas“.
Dobry kapelan opowiada, iż spędził resztę dnia przechadzając się po wyspie, odwiedzając chaty, i że wieczór, po spożyciu posiłku, ojciec i matka błagali go aby się przespał z drugą córką; że Palli pojawiła się w tym samym negliżu co Thia, i że miał sposobność wykrzyknąć kilka razy w ciągu nocy: „Ale moja religia! ale mój stan!“ Trzeciej nocy, miotały nim te same wyrzuty z Asto, najstarszą; czwartą zaś poświęcił, przez uprzejmość, żonie gospodarza.

IV. Dalszy ciąg dyalogu.

a. — Podoba mi się ten uczynny kapelan.
b. — A mnie o wiele więcej obyczaje Otaiti i wywody Oru.
a. — Mimo iż nieco przybrane po europejsku.
b. — Nie wątpię o tem.

Tutaj, dobry kapelan skarży się, iż krótkość pobytu w Otaiti nie pozwoliła mu lepiej poznać obyczajów tego narodu, dość roztropnego aby, z własnego instynktu, zatrzymać się na mierności, lub też dość szczęśliwego aby zamieszkiwać klimat którego żyzność pozwala mu trwać w błogosławionem uśpieniu; dość czynnego aby zabezpieczyć się co do koniecznych potrzeb życia, a dość obojętnego aby jego niewinność, spokój, i szczęśliwość nie potrzebowały się obawiać zbyt szybkiego postępu wiedzy. Nic tam, w mniemaniu i w prawach, nie było złem, prócz tego co było złem wedle natury. Prac i zbiorów dokonywano wspólnie. Pojęcie słowa własność było tam bardzo ciasne; uczucie miłości, sprowadzone do prostego fizycznego łaknienia, nie rodziło żadnego z właściwych nam zaburzeń. Cała wyspa przedstawiała obraz jednej szczęśliwej rodziny; chaty, to były niby poszczególne apartamenty naszych pałaców. Kończąc, kapelan zaręcza, że ci Otaiczycy zawsze mu będą przytomni w pamięci; nieraz, wręcz doznawał pokusy aby porzucić swoje szaty i spędzić resztę dni między nimi; a obawia się, iż niejeden raz przyjdzie mu żałować że tego nie uczynił.

a. — Niezależnie od tej pochwały, jakież użyteczne wnioski możnaby wydobyć z dziwacznych zwyczajów i obyczajów tego pierwotnego ludu?
b. — Co do mnie, widzę jasno, iż, skoro niektóre przyczyny fizyczne, takie n. p. jak konieczność pokonania oporności gruntu, wprawiły w ruch przemyślność człowieka, rzut ten prowadzi go o wiele poza zamierzony cel, i, przekroczywszy granice potrzeby, niesie go w bezkreśny ocean urojeń, z których już się nie wydobędzie. Oby szczęśliwy mieszkaniec Otaiti mógł się zatrzymać tam gdzie się znajduje! Widzę, iż, wyjąwszy ten ustronny zakątek naszego globu, nie było nigdzie obyczajów i nie będzie ich może nigdzie.
a. — Co rozumiesz tedy przez „obyczaje“?
b. — Rozumiem powszechne poddanie prawu, dobremu lub złemu, oraz zgodne z niem postępowanie. Jeżeli prawa są dobre, obyczaje są dobre; jeżeli złe, obyczaje są złe; jeżeli prawa, dobre lub złe, nie są przestrzegane, co jest najgorszym stanem społeczeństwa, niema wogóle obyczajów. Owóż, jakże chcesz, aby prawa zażywały posłuchu, kiedy kłócą się między sobą? Przebiegnij dzieje wieków i narodów, zarówno dawnych jak nowych, a ujrzysz wszędzie ludzi podległych trzem kodeksom: kodeksowi natury, społeczności i religii, oraz zniewolonych naruszać kolejno te trzy kodeksy które nigdy nie były z sobą w zgodzie; z czego wynikło, iż nie było nigdy w żadnym kraju, jak to Oru odgadł mówiąc o naszym, ani człowieka, ani obywatela, ani religianta.
a. — Z czego wyciągniesz zapewne wniosek, iż, skoro moralność oprze się na wiecznych stosunkach istniejących między ludźmi, prawo religijne stanie się może zbytecznem, prawo zaś społeczne powinno być jedynie wyrazem prawa natury.
b. — O ile nie chce mnożyć ludzi złych, zamiast czynić dobrych.
a. — Lub też, jeżeli się uzna potrzebę zachowania wszystkich trzech praw, dwa ostatnie powinny być jeno ścisłem odbiciem pierwszego, które przynosimy wyryte na dnie naszych serc i które będzie zawsze najsilniejsze.
b. — To nie jest ścisłe. Przynosimy, rodząc się, jedynie podobieństwo organizacyi z innemi istotami; te same potrzeby, pociąg do tych samych przyjemności, wspólną niechęć do tych samych przykrości: oto co czyni człowieka tem czem jest, i powinno być podstawą jego moralności.
a. — To nie jest łatwe.
b. — To jest tak trudne, iż skłonny jestem wierzyć, że najbardziej dziki lud na kuli ziemskiej, Otajczycy, o ile się trzymają ściśle prawa natury, bliżsi są dobrego prawodawstwa niż jakikolwiek naród cywilizowany.
a. — Ponieważ łatwiej im jest pozbyć się zbytniego nieokrzesania, niż nam cofnąć się z drogi i wyleczyć z naszych przesądów.
b. — Zwłaszcza tych, które tyczą związków kobiety z mężczyzną.
a. — Być może. Ale zacznijmy od początku. Zapytajmy poprostu natury i przyjrzyjmy się, bez uprzedzenia, co nam ona odpowie w tym względzie.
b. — Zgadzam się.
a. — Czy małżeństwo jest rzeczą naturalną?
b. — Jeżeli rozumiesz przez małżeństwo skłonność jaką samica okazuje jednemu samcowi wśród wszystkich innych, lub też jaką samiec zdradza dla jednej samicy; wzajemną skłonność, w której następstwie powstaje związek mniej lub więcej trwały, uwieczniający gatunek przez rozmnożenie osobników, w takim razie małżeństwo jest rzeczą naturalną.
a. — Myślę jak i ty; skłonność taką bowiem można zauważyć nietylko w rodzaju ludzkim, ale i wśród innych gatunków zwierząt: dowodem ów liczny hufiec samców, które na wiosnę oblegają jedną i tę samą samicę, a z których jeden tylko uzyskuje prawa małżonka. A zaloty?
b. — Jeżeli rozumiesz przez zaloty tę rozmaitość środków, gwałtownych lub tkliwych, jakie namiętność podsuwa czy samcowi czy samicy dla uzyskania tego wyróżnienia, prowadzącego do najsłodszej, najważniejszej i najpowszechniejszej ze wszystkich rozkoszy, zaloty są rzeczą naturalną.
a. — Jestem twojego zdania. Dowodem owe przeróżne przymilności, jakie rozwija samiec aby się spodobać samicy, samica zaś aby podniecić namiętność i utrwalić skłonność samca. A kokieterya?
b. — Jestto kłamstwo, polegające na udawaniu namiętności której się nie czuje i przyrzekaniu wyróżnienia którego się nie użyczy. Samiec-kokiet drwi sobie z samicy. Samica-kokietka drwi sobie z samca; przewrotna igraszka która sprowadza niekiedy najbardziej opłakane nieszczęścia; śmieszna komedya, za którą oszukujący i oszukiwany jednaką ponoszą karę przez stratę najszacowniejszych chwil swego życia.
a. — Zatem kokieterya, wedle ciebie, nie jest objawem naturalnym?
b. — Tego nie mówię.
a. — A stałość?
b. — Nie powiem ci w tej materyi nic lepszego niż Oru powiedział kapelanowi. Biedna próżnostka dwojga dzieci, które nie znają samych siebie i którym pijaństwo chwili przesłania niestałość wszystkiego co ich otacza!
a. — A wierność, ten rzadki fenomen?
b. — U nas, jest, prawie zawsze, uporem i męczarnią uczciwego mężczyzny i uczciwej kobiety; w Otaiti, chimerą.
a. — A zazdrość?
b. — To namiętność ubogiego i skąpego bydlęcia, które lęka się iż mu czegoś braknie; uczucie niegodne człowieka; następstwo naszych fałszywych obyczajów oraz prawa własności rozciągniętego na przedmiot czujący, myślący, obdarzony wolą i swobodą.
a. — Zatem zazdrość, wedle ciebie, nie jest uczuciem naturalnem?
b. — Tego nie mówię. Przywary i cnoty, wszystko zarówno jest w naturze.
a. — Zazdrośnik jest ponury.
b. — Jak tyran, ponieważ ma świadomość swej tyranii.
a. — A wstyd?
b. — Ależ ty mnie wyciągasz na wykład psychologii miłosnej. Człowiek nie chce aby go niepokojono ani też przeszkadzano mu w jego rozkoszach. Słodycze miłości wiodą za sobą niemoc, która zdałaby go bez obrony na łup nieprzyjaciela. Oto i cała naturalna podstawa wstydu; reszta jest narzucona.
W trzecim ustępię, którego ci nie odczytałem, kapelan czyni uwagę, iż Otajczyk nie rumieni się za mimowolne drgnienia jakie budzą się w nim w sąsiedztwie żony, w pośrodku córek, i że te przyglądają się im, niekiedy ze wzruszeniem, nigdy z zakłopotaniem. Skoro tylko kobieta stała się własnością mężczyzny, ukradkowe zaś posiadanie dziewczyny zaczęto uważać jako kradzież, zrodziły się pojęcia wstydu, powściągliwości, przystojności, urojonych cnót i występków; jednem słowem, silono się stworzyć, między dwiema płciami, zapory, któreby im przeszkodziły zapraszać się wzajem do pogwałcenia naruszonych praw; które to zapory wywierały często wręcz przeciwny skutek, rozpalając wyobraźnię i drażniąc pragnienia. Skoro widzę drzewa zasadzone dokoła naszych pałaców, oraz chusteczkę która kryje i odsłania zarazem część piersi kobiecej, mam wrażenie, iż rozpoznaję bezwiedny powrót ku lasowi, oraz tajemne wołanie do pierwotnej swobody naszego dawnego pomieszkania. Otajczyk rzekłby nam: „Dlaczego się kryjesz? Czego się wstydzisz? Czy robisz co złego, poddając się najdostojniejszemu popędowi przyrody? Mężczyzno, wystąp szczerze, jeżeli budzisz sympatyę. Kobieto, jeżeli ten mężczyzna ci odpowiada, przyjmij go z tą samą szczerością“.
a. — Nie złość się. O ile zaczynamy jak ludzie cywilizowani, rzadkiem jest abyśmy nie kończyli na sposób Otajski.
b. — Tak, te przedwstępne komedye konwenansu pochłaniają połowę życia genialnego człowieka.
a. — Zgoda; ale cóż to szkodzi, jeżeli ten zgubny pęd ducha ludzkiego, przeciw któremu tak się okrzykiwałeś przed chwilą, ulega, o tyleż, osłabieniu? Pewien współczesny filozof, zapytany dlaczego mężczyźni zabiegają się o kobiety, a nie kobiety o mężczyzn, odpowiedział, iż naturalnem jest prosić o coś tego, kto może w każdej chwili użyczyć.
b. — Argument ten wydawał mi się zawsze bardziej zmyślny niż przekonywujący. Natura, nieobyczajna jeżeli chcesz, prze, bez różnicy, jedną płeć ku drugiej; otóż, u dzikiego i bydlęcego człowieka, którego można sobie wyobrazić, ale który, być może, nie istnieje nigdzie...
a. — Nawet w Otaiti?
b. — Nawet... przestrzeń, dzielącą mężczyznę od kobiety, przebyłby ten któryby był najbardziej rozkochany. Jeżeli się ociągają, jeżeli umykają przed sobą, jeżeli się ścigają, unikają, zaczepiają, bronią, to dlatego, iż namiętność, nierówna w swych, postępach, nie działa w obojgu z jednaką siłą. Z czego wynika, że rozkosz rozlewa się, trawi i gaśnie z jednej strony, wówczas kiedy zaczyna się ledwie budzić z drugiej; stąd obustronne uczucie smutku. Oto wierny obraz tego, coby się działo między dwojgiem istot młodych, wolnych i zupełnie niewinnych. Ale, kiedy kobieta poznała, przez doświadczenie lub wychowanie, mniej lub więcej okrutne następstwa słodkiej chwili, serce jej drży za zbliżeniem mężczyzny. Serce mężczyzny nie drży; zmysły jego rozkazują, on słucha. Zmysły kobiety przemawiają również; ale ona lęka się dać im uszu. Rzeczą mężczyzny jest sprawić, iżby zapomniała o tej obawie, upoić ją i porwać. Mężczyzna pozostaje pod działaniem całego naturalnego popędu do kobiety; naturalny popęd kobiety do mężczyzny, powiedziałby geometra, jest wypadkową z linii prostej namiętności i odwrotnie działającej linii obawy. Wypadkowa ta wikła się u nas mnóstwem rozmaitych czynników społecznych; czynników, które wszystkie prawie zmierzają ku temu aby pomnożyć lękliwość jednej płci, a trwanie pościgu z drugiej. Jest to rodzaj taktyki, w której równolegle rozwijają się zasoby obrony i ataku. Uświęcono obronę kobiety; okryto hańbą gwałt mężczyzny; gwałt, który byłby jedynie lekkiem wykroczeniem w Otaiti, a który stał się zbrodnią w naszem społeczeństwie.
a. — Ale w jaki sposób utrwaliło się, iż akt, którego cel jest tak podniosły, i do którego natura zaprasza zapomocą najsilniejszego pociągu; iż największa, najsłodsza, najniewinniejsza z rozkoszy stała się dla nas najobfitszem źródłem zepsucia i nieszczęść?
b. — Oru wytłómaczył to po dziesięć razy kapelanowi; posłuchaj go tedy raz jeszcze i staraj się zapamiętać.
Przez tyranię mężczyzny, który zmienił posiadanie kobiety w prawo własności.
Przez zwyczaje i obyczaje, które uzależniły związek małżeński od mnóstwa warunków.
Przez prawa społeczne, które poddały małżeństwo nieskończonym formalnościom.
Przez charakter naszego społeczeństwa, w którem nierówność majątku i stanu wytworzyła stosowność lub niestosowność małżeństwa.
Przez dziwaczną sprzeczność, wspólną wszystkim istniejącym społeczeństwom, w których urodzenie dziecka, zawsze uważane jako wzrost bogactwa dla narodu, jest, częściej i pewniej jeszcze, wzrostem ubóstwa w rodzinie.
Przez polityczne widoki monarchów, którzy wszystko ściągnęli do swej korzyści i swego bezpieczeństwa.
Przez instytucye religijne, które przywiązały miano cnót i występków do spraw nie dopuszczających żadnej moralności.
Jakże daleko jesteśmy od natury i szczęścia! Władztwa natury nikt nie zdoła zniweczyć: darmo stawiać mu przeszkody i zapory; będzie trwało. Piszcie, ile wam się podoba, na tablicach spiżowych — aby się posłużyć wyrażeniem roztropnego Marka Aurelego — że rozkoszne pocieranie się o siebie dwóch naskórków jest zbrodnią; serce ludzkie będzie się dławić pomiędzy groźbą waszego napisu a gwałtownością swego popędu. Ale to nieujarzmione serce nie przestanie się buntować; i, po sto razy, w biegu życia, wasze przerażające głoski znikną naszym oczom. Wyryjcie na marmurze: „Nie będziesz jadł ixyona ani gryfa; będziesz miał sprawę tylko z własną żoną; nie poślubisz swojej siostry“, ale nie zapomnijcie wzmagać kar w miarę niedorzeczności zakazów; dojdziecie do okrucieństwa, a nie zdołacie wyrodzić we mnie głosu natury.
a. — Jakżeż szczupłym byłby kodeks narodów, gdyby się go ściśle dostroiło do kodeksu natury! Ileż błędów i występków oszczędziłoby się człowiekowi!
b. — Czy chcesz poznać skróconą historyę prawie całej naszej nędzy? Oto ona: był człowiek naturalny; wprowadzono we wnętrze tego człowieka człowieka sztucznego, i wraz wszczęła się w tem wnętrzu wojna domowa, która trwa całe życie. To człowiek naturalny jest mocniejszy, to miażdży go człowiek moralny i sztuczny; w jednym i drugim wypadku, to smutne monstrum, szarpane, rwane kleszczami, udręczone, rozciągnięte na kole, bezustanku jęczy, bezustanku jest nieszczęśliwe, czy to że przejmuje je i upaja fałszywy zapał dumy, czy też powala i gnębi fałszywa hańba. Mimo to, istnieją przemożne okoliczności, które sprowadzają człowieka do jego pierwotnej prostoty.
a. — Nędza i choroba, dwaj wielcy czarnoksiężnicy.
b. — Rzekłeś. W istocie, cóż dzieje się wówczas z wszystkiemi temi narzuconemi cnotami? W nędzy, mężczyzna jest bez sumienia; w chorobie zaś, kobieta jest bez wstydu.
a. — Uważałem to.
b. — Ale drugim fenomenem, który również zapewne nie uszedł twej uwagi, jest to, iż powrót człowieka sztucznego i moralnego idzie krok w krok za postępem od stanu choroby do stanu zdrowienia, i od stanu zdrowienia do zupełnego zdrowia. Chwila, w której niemoc się kończy, jest chwilą w której wojna domowa zaczyna się na nowo, i prawie zawsze z ujemnym wynikiem dla intruza.
a. — To prawda. Ja sam doświadczyłem, że człowiek naturalny objawia w rekonwalescencyi siłę zgubną dla człowieka sztucznego i moralnego. Ale, ostatecznie, powiedz mi, czy trzeba człowieka cywilizować, czy też zostawić instynktowi?
b. — Mam odpowiedzieć szczerze?
a. — Oczywiście.
b. — Jeżeli zamierzasz być jego tyranem, cywilizuj go; zatruj go, ile tylko zdołasz, moralnością przeciwną naturze; stawiaj mu zapory wszelkiego rodzaju; otocz widmami które go będą straszyć; utrwal na wieczność wojnę w jego wnętrzu; niechaj człowiek naturalny wciąż będzie w łańcuchach i pod stopami człowieka moralnego. Chcesz, aby był szczęśliwy i wolny? nie mieszaj się do jego spraw: dosyć nieprzewidzianych wydarzeń doprowadzi go do oświaty i skażenia. Bądź zawsze przekonany, że to nie dla was, ale dla siebie owi roztropni prawodawcy urobili was i wychowali na takich jakimi jesteście. Odwołuję się do wszystkich urządzeń politycznych, społecznych i religijnych; zbadaj je do głębi: ujrzysz, jak rodzaj ludzki, z wieku na wiek, ugina kark w jarzmo, które garść hultajów stara się mu nałożyć. Miej się na baczności przed tym kto chce wprowadzać porządek. Urządzać, to znaczy zawsze narzucać się za pana innym, zakuwając ich w pęta: Kalabryjczycy są prawie jedynymi, których nie zdołały jeszcze omamić pochlebstwa prawodawców.
a. — I ten kalabryjski bezrząd podoba ci się?
b. — Zdaję się na wyrok doświadczenia, i zakładam się że ich barbarzyństwo mniej jest opłakane niż nasza cywilizacya. Ileż drobnych łajdactw równoważy u nas okrucieństwo paru wielkich zbrodni, o które się robi tyle hałasu! Ludzie niecywilizowani przedstawiają mi się jako mnogość sprężyn rozprószonych i oddzielnych. Bezwątpienia, gdyby zdarzyło się niektórym z owych sprężyn zderzyć się, wówczas jedna albo druga, lub też obie, skruszyłyby się. Aby zapobiedz temu niebezpieczeństwu, osobnik o głębokiej mądrości i wzniosłym geniuszu skupił te sprężyny i złożył z nich machinę; i w tej machinie, nazwanej społecznością, wszystkie sprężyny stały się czynne, zależne jedna od drugiej, bezustanku napięte. Otóż, w ciągu jednego dnia, skruszyło się ich, w tym prawodawczym porządku, więcej, niż wprzódy w ciągu roku w bezładzie przyrody. A cóż za hałas! cóż za spustoszenie! cóż za olbrzymie zniszczenie małych sprężynek, skoro dwie, trzy, cztery z tych ogromnych machin zderzą się o siebie gwałtownie!
a. — Zatem, wybrałbyś raczej stan natury dzikiej i nieokrzesanej?
b. — Dalibóg, nie śmiałbym rozstrzygać; ale wiem, że widywano nieraz człowieka z miasta jak zrzucał szaty i wracał do lasu, nigdy zaś nie widziano człowieka z lasu aby się ubrał i osiedlił w mieście.
a. — Często przychodziło mi na myśl, że suma dobra i zła zmienna jest dla każdej jednostki; ale że dola i niedola danego gatunku zwierzęcego ma swoje niepodobne do przekroczenia granice, i że, być może, wysiłki nasze przynoszą nam, w ostatecznym wyniku, tyleż utrapień co korzyści; tak, iż zadajemy sobie mnóstwo trudu aby pomnożyć dwa człony zrównania, pomiędzy którymi zachodzi wiekuista i konieczna równość. Mimo to, nie wątpię iż przeciętna długość życia człowieka cywilizowanego jest większa niż u człowieka dzikiego.
b. — A jeżeli trwanie machiny nie jest właściwą miarą jej większego lub mniejszego zużycia, cóż stąd wyciągniesz za wniosek?
a. — Widzę, iż, wszystko zważywszy, byłbyś skłonny uważać ludzi za tem bardziej złych i tem bardziej nieszczęśliwych, im bardziej są cywilizowani?
b. — Nie będę przebiegał wszystkich okolic świata, ale uprzedzam cię, iż stan człowieka wyda ci się szczęśliwym jedynie w Otaiti, a znośnym jedynie w pewnym zakątku Europy. Tam, podejrzliwi i zazdrośni o swoje bezpieczeństwo władcy dołożyli starań, aby go utrzymać w tem co nazywasz ogłupieniem.
a. — W Wenecyi może?
b. — Dlaczego nie? Nie zaprzeczysz przynajmniej, że nigdzie niema mniej nabytej oświaty, mniej sztucznej moralności i mniej urojonych cnót i przywar.
a. — Nie spodziewałem się pochwały tego rządu.
b. — Toteż go nie chwalę. Wskazuję ci rodzaj rekompensaty za niewolę, jaką wszyscy cudzoziemcy odczuli i wysławiali.
a. — Nędzna kompensata!
b. — Być może. Grecy skazali na śmierć człowieka, który dodał jedną strunę do lutni Merkurego.
a. — I zakaz ten jest krwawą satyrą na ich pierwszych prawodawców. Należało przeciąć pierwszą strunę.
b. — Zrozumiałeś mnie. Wszędzie gdzie jest lutnia, są i struny. Dopóki naturalne popędy będą podlegały fałszerstwu, spodziewaj się spotkać niegodziwe kobiety.
a. — Jak pani Reymer.
b. — Okrutnych mężczyzn.
a. — Jak Gardeil.
b. — I ludzi nieszczęśliwych bez żadnej przyczyny.
a. — Jak Tanié, panna de la Chaux, kawaler Desroches i pani de la Carlière. To pewna, iż napróżno szukałoby się w Otaiti przykładów podobnego zepsucia jak u dwojga pierwszych i podobnego nieszczęścia jak u tamtych trojga. Cóż tedy uczynimy? Wrócimy do natury? Czy poddamy się prawom?
b. — Będziemy przemawiali przeciw niedorzecznym prawom póty, póki nie uzyskamy ich naprawy; zanim to zaś nastąpi, będziemy im posłuszni. Ten, który, mocą własnej powagi, narusza złe prawo, uprawnia każdego innego do naruszenia dobrych. Mniej przedstawia niebezpieczeństw być szalonym z szaleńcami, niż być rozsądnym samemu. Powtarzajmy to samym sobie, krzyczmy bezustanku, iż przywiązano wstyd, karę i hańbę do uczynków niewinnych w swojem założeniu; ale nie popełniajmy ich, ponieważ wstyd, kara i hańba są największemi ze wszystkich nieszczęść. Naśladujmy dobrego kapelana, który był mnichem we Francyi, dzikim w Otaiti.
a. — Radzisz tedy wdziewać habit kraju do którego się jedzie, a zachować habit kraju w którym się jest.
b. — A zwłaszcza być uczciwym i szczerym aż do ostatnich granic w odniesieniu do kruchych istot, które nie mogą spełnić naszego szczęścia nie wyrzekając się najszacowniejszych przywilejów społecznych... A owa gęsta mgła, i cóż się z nią stało?
a. — Opadła.
b. — Będziemy zatem mogli, dziś popołudniu, wybierać między przechadzką a pozostaniem w domu?
a. — To będzie zależało, jak sądzę, raczej od kobiet niż od nas.
b. — Zawsze kobiety! Nie można uczynić kroku, aby ich nie spotkać wpoprzek drogi.
a. — Gdybyśmy im przeczytali rozmowę kapelana i Oru...?
b. — Jak myślisz, coby powiedziały?
a. — Nie wiem zgoła.
b. — A coby pomyślały?
a. — Być może, coś przeciwnego temu coby powiedziały.





Przypisy

  1. P. de Bougainville ogłosił sprawozdanie ze swojej podróży w r. 1771. W tym samym roku, skreślił Diderot tę notatkę, aby ją później rozwinąć jako ów Przyczynek do podróży Bougainville’a. Oba utwory krążyły tylko rękopiśmiennie, jak większość pism Diderota z ostatniego okresu jego życia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Denis Diderot i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.