Dżafar Mirza II/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Dżafar Mirza
Część druga
Wydawca Warszawska Spółka Wydawnicza „ORIENT“ R. D. Z. EAST
Data wydania 1927
Drukarz Zakł. Graf. A. Szachowicz i S-ka, Warszawa, Nowolipie 11
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
Karol May
Dżafar Mirza
Część druga
POWIEŚĆ

EAST - Spółka Wydawnicza "Orient" R.D.Z. logo2.png

1927


WARSZAWSKA SPÓŁKA WYDAWNICZA
ORIENT  R.  D.  Z.  EAST
W WARSZAWIE
17, PROSTA, 17


Zakł. Graf. A. Szachowicz i S-ka, Warszawa, Nowolipie 11.



WYMIANA

Jechaliśmy kłusem. Ślady Komanczów były wyraźne. Indsmani jechali z pewnością również szybko; okoliczność, że nie czekali na wodza, zdawała się wskazywać, że byli o niego spokojni. Na jakie dwie godziny przed zmrokiem oświadczyłem obydwom towarzyszom, że znajdujemy się wpobliżu Żółtej Góry. Perkins zapytał:
— Czy pojedziemy tam wprost?
— Nie. Gra byłaby przegrana.
— Dlaczego?
— Przecież wódz znajduje się wśród nas. Czerwoni nie powinni go ujrzeć, zanim nie oswobodzę jeńców; a i wtedy mogę go nie wydać, gdyż nie przyrzekłem mu wolności.
— Muszą się przecież dowiedzieć, że jest naszym jeńcem. Któż im to powie?
— Pan, mr. Perkins, odparłem poważnym tonem, choć właściwie był to tylko żart.
— Ja? — zawołał przerażony. — Może mam wręczyć im totem? A mr. Dżafar nie może spełnić tej misji?
— Nie. Nie zna Zachodu i Indjan, natomiast pan utrzymujesz, że masz w tym względzie wielkie doświadczenie.
— Jeżeli o to chodzi, znam kogoś, kto ma znacznie więcej doświadczenia ode mnie. Mr. Shatterhand, tylko pan może pójść do Komanczów!
— Muszę pozostać przy wodzu. Nie mogę powierzyć go nikomu.
— Jestem wprost przeciwnego zdania. Strzeżenie jeńca jest stokroć łatwiejsze od pertraktowania z wojownikami. Obawiam się, że mógłbym przy tej okazji popełnić szereg głupstw, któreby sprowadziły na naszą głowę niebezpieczeństwo.
— Lubię taką szczerość bez osłonek. Jakże jednak mogę panu powierzyć wodza, skoroś taki naiwny?
— A jednak pan powinien — odparł z ulgą. — Oddamy panu wodza w nienaruszonym stanie.
— Tak — potwierdził Dżafar. — Nie jestem ani tchórzem, ani idjotą.
Wiedziałem, że można mu ufać o wiele bardziej, niż Perkinsowi, Cóż mi wpadło do głowy, żem proponował Perkinsowi udanie się do Indjan? Przecież ta wyprawa djablo niebezpieczna. Ani Pers, nieznający stosunków tutejszych, ani tchórzliwy Perkins nie nadawał się do niej. Wypadało mi zostawić wodza pod ich opieką.
Miejsce grobów wodzów było mi znane. Na południowym stoku góry Makik-Natun widnieje wgłębienie o stromych ścianach. Cztery groby mieszczą się obok siebie na zachodniej stronie wgłębienia; niema tam drzew, rosną jedynie krzewy. Z kąta wgłębienia wytryska z żółtego kamienia źródełko. Według wszelkiego prawdopodobieństwa nad nim to Indsmani rozbili namioty. Plac wpobliżu grobów był pusty; rosnące tu niegdyś rośliny znikły z powierzchni pod wpływem częstych uroczystości pogrzebowych. Zato krzewy otaczały wgłębienie z prawej i lewej strony, tworząc rodzaj żywopłotu na wschód i zachód, co było dla mnie okolicznością korzystną. A więc tu, we wgłębieniu Makik-Natun, rozstrzygnąć się ma los jeńców! Oczywiście, moje życie również będzie wisiało na włosku. Indjanin bowiem, gdzie indziej nawet skłonny do pokojowego załatwiania zatargu, w obliczu grobów wojowników, którzy padli w walce, staje się uosobieniem nienawiści, upostaciowaną żądzą zemsty.
Jak widać, dla przeprowadzenia swych planów niezbyt bezpieczne wybrałem miejsce. Musiałem się na nie zdecydować, gdyż ze względu na możliwość egzekucji w dniu jutrzejszym, nie można było sprawy odkładać.
Dotarliśmy tymczasem śladami Komanczów do miejsca, odległego o jakieś pół godziny od Żółtej Góry. Skręciliśmy teraz na zachód. Jakiś czas jechaliśmy pod górę; wreszcie zatrzymaliśmy się, nie docierając do szczytu.
— Czy zsiądziemy z koni? — zapytał Perkins.
— Tak — odrzekłem. — Gdybyśmy dotarli aż na szczyt, porośnięty drzewami i krzewami, mógłby ktoś napaść na was podczas mej nieobecności. Jeden, jedyny czerwonoskóry mógłby zastrzelić was z zasadzki i oswobodzić wodza.
— Hm, to prawda!
— Tutaj okolica jest wolna i zdaleka widać każdego, kto się zbliży. Gdyby zjawiła się gromada czerwonoskórych, czego się zresztą nie należy spodziewać, możecie ich zaszachować lufami strzelb. A w najgorszym wypadku, gdybyście się nie mogli bronić z powodu przeważającej liczby przeciwników, wystarczy groźba, że zabijecie wodza. Pod jej wpływem nie odważą się was tknąć. No, teraz pójdę na poszukiwanie czerwonych. Oczywiście, nie mogę przewidzieć, jak długo potrwa moja nieobecność.
Well! — Przyznaję panu rację, sir. Zostaniemy tutaj! Zsiadajmy z koni.
Zeskoczywszy z wierzchowców, ściągnęliśmy na ziemię przymocowanego do siodła To-kei-chuna. Spętałem go sam dla pewności, że nie umknie. Gdy Dżafar i Perkins przywiązali konie do wbitych w ziemię pali— ków i usiedli obok jeńca, zwróciłem się do nich z następującą przestrogą:
— Nie zważajcie na żadne jego prośby ani obietnice. Nie pozwólcie się nikomu zbliżyć.
— Dobrze, dobrze, wiemy wszystko. Bądź przekonany sir, że będziemy go pilnować, jak oka w głowie.
Pomimo tych zapewnień oddaliłem się na wierzchowcu z pewnym niepokojem w sercu.
Była godzina przedwieczorna. Chciałem za wszelką cenę oswobodzić jeńców przed zapadnięciem zmroku. Wiedząc, że Indjanie bywają przy podobnych targach i pertraktacjach niezwykle powolni, musiałem się śpieszyć. Ruszyłem więc kłusem ku grobom wodzów, badając stan swoich strzelb i rewolweru.
Wspomniałem przed chwilą, że krzaki ciągnęły się na zachód od wzgórza. Pragnąłem jak najdłużej pozostać w ukryciu. Trzymałem się linji krzaków, które dawały doskonałą osłonę. Dotarłem wśród nich do wgłębienia i skręciłem w kierunku polany. Rzuciwszy przelotne spojrzenie na pusty plac, zobaczyłem, że Indjanie, zgodnie z mojem przypuszczeniem, obozują wtyle, nad źródłem. Kilku z nich pracowało przy czterech grobach wodzów; ze względu na jutrzejszą uroczystość wbijali w mogiłę lance i wieszali na nich swe leki. Konie pasły się na przednim planie.
Ujrzano mnie, gdym skręcił w kierunku polany.
Tu, w tem świętem miejscu, jakiś biały! I to w chwili, gdy wykopali topór wojny! Zjawisko tak niesłychane, że Indsmani zamilkli; dopiero po chwili cała gromada zaczęła przeraźliwie ryczeć. Chwycili za broń i poskoczyli ku mnie.
— Milczeć, cicho! — przekrzyczałem ich wrzaski. Słuchajcie, co wam powiem!
Po tych słowach wywinąłem ciężką niedźwiedziówką kilka młyńców wprzód i wtył, w prawo i w lewo, aby odsunąć od siebie paru młokosów, którzy napierali zbyt zaciekle. Dzięki tym manewrom, ten i ów poczuł ciężar kolby. Rycząc jeszcze głośniej, usiłowali podejść do mnie. Jakiś starzec przekrzyczał jednak wszystkich:
Uff, uff! Milczcie, wojownicy Komanczów! Dobry Manitou zesłał nam wielki połów. Człowiek ten należy do najsławniejszych białych twarzy. Jutro zginie przy palu męczarni wraz z tymi oto!...
Rzuciłem okiem we wskazanym przez starca kierunku i ujrzałem na ziemi sześciu białych jeńców.
Gdy czerwoni zamilkli, starzec podjął z triumfującą miną:
— Nie odrazu poznałem tego białego człowieka, ponieważ nie nosi stroju strzelca. Słuchajcie, jakie imię nosi, wojownicy Komanczów! To Old Shatterhand!
— Old Shatterhand — — Old Shatterhand! — rozległy się zdumione, groźne okrzyki. Równocześnie stojący obok mnie cofnęli się odruchowo.
— Tak, jestem Old Shatterhand, przyjaciel i brat wszystkich czerwonych mężów, którzy kochają dobro, a nienawidzą zła, rzekłem. — Nie umrę tu u was przy palu męczarni, ponieważ wysłał mnie wasz wódz, To-kei-chun. Przybywam jako jego wysłannik. Tego, kto się poważy mnie dotknąć, nie będę karać śmiercią, ukarze go bowiem To-kei-chun!
Wypowiedziałem te słowa z wielką pewnością siebie, nic więc dziwnego, że wywarły zamierzony skutek. Indjanie cofnęli się jeszcze bardziej i zaczęli coś szeptać między sobą. Patrzyli na mnie nieprzyjaźnie, ale poznać było, że uważają mnie za wroga nietykalnego. Tylko starzec podszedł nieco bliżej i zawołał:
— To-kei-chun cię wysyła? To kłamstwo!
— Kto śmie twierdzić, że Old Shatterhand kłamał kiedykolwiek?
— Ja! — odparł.
— Kiedy i gdzie?
— Gdyś zbiegł, nie bacząc na to, iż byłeś naszym jeńcem.
— Powiedz, jakie kłamstwo wypowiedziałem?
— Skłamałeś nie słowami, lecz czynem. Udawałeś naszego przyjaciela, a postępowałeś jak wróg.
— Twoje to usta przepełnione są kłamstwem. Czyż nie miałem w swej mocy syna To-kei-chuna? Czy nie darowałem mu życia i nie przyprowadziłem go do was? Jak mnie za to wynagrodzono? Potraktowaliście mnie jak jeńca. Czyj-że to postępek był godny nagany? Mój, czy wasz?
— Wolno ci było odejść, ale oswobodziłeś również resztę jeńców! — odparł z mniejszą już pewnością siebie.
— Byli moimi towarzyszami. Rada waszych mędrców zwróciła im wolność.
— Zmusiłeś ją do tego pięścią i strzelbami. Nie jesteś ani naszym bratem, ani przyjacielem. To-kei-chun nie wysłał cię do nas.
— Jest tak, jak powiedziałem: wysłał mnie tutaj!
— Możesz to udowodnić?
— Mogę.
Uff! Jakże wąż-dusiciel może udowodnić, że ukąszenie jego nie jest trujące? Otwórz usta, a przekonasz się, czy ci uwierzymy!
— Uwierzycie mi, gdy wręczę wam totem.
— Totem? To-kei-chuna? Wódz pozostał wtyle. Dlaczegóż śle wysłańca? Dlaczego sam nie przybywa?
— Nie może. Kto go tu zastępuje?
— Ja.
— A umiesz przeczytać totem?
Potrafi to wielu z pośród nas.
— Oto go masz!
Wyciągnąłem z kieszeni zapisane kartki i podałem starcowi. Wziął je do ręki i polecił swym ludziom:
— Otoczcie kołem tę bladą twarz i nie puszczajcie jej z miejsca! Chce nas oszukać. Totem powinien być nacięty na skórze, a nie wypisany na substancji, którą biali zowią papierem. Taki papier nie może mieć nigdy znaczenia totemu.
Ach! Nie może mieć nigdy znaczenia totemu! Więc stąd ten błysk zadowolenia w oczach wodza, gdym mu polecił pisać na papierze. To, co narysował, nie było równoznaczne z totemem i nie chroniło mnie! Nie zbiło mnie to jednak z tropu: miałem ochronę w czemś innem. Wskutek wezwania starca Indjanie znów się stłoczyli dokoła mnie. Podniosłem więc strzelbę i zawołałem:
— Odstąpcie precz! Słyszeliście o tej broni zaczarowanej, z której mogę strzelać bez przerwy? Kto wyciągnie po nią rękę, temu strzelę w łeb. Rozstąpcie się! Nie mam zamiaru odejść, chcę się tylko swobodnie poruszać.
Położyłem palce na cynglu strzelby, ująłem w prawą rękę rewolwer i dałem mlaśnięciem znak wierzchowcowi. Koń wykonał kilka susów i oczyścił mi drogę. Skręciłem w kierunku jeńców.
Wiedziałem, że mogę sobie na to pozwolić. Nie było chyba Komańcza, który nie słyszał o mojej „czarodziejskiej“ strzelbie. Jako ludzie przesądni, byli święcie przekonani, że nic nie zdoła się oprzeć tej broni. Widząc ją w mem ręku, i to w dodatku gotową do strzału, zaczęli się cofać. Tylko starzec znowu zbliżył się nieco i zawołał:
— Dokąd pędzisz? Do pojmanych bladych twarzy?
— Tak.
— Tego ci nie wolno!
Pshaw!
Spiąłem konia ostrogą. Starzec zbliżył się jeszcze bardziej, wyciągnął rękę ku lejcom i wrzasnął:
— Ani kroku dalej, bo wezmę cię do niewoli!
Spróbuj tylko! Ciekaw jestem, kto się odważy zabronić czegokolwiek Old Shatterhandowi!
Zatrzymałem konia i skierowałem lufę w starca.
Ufft, uff! — zawołał przerażony i znikł w tłumie czerwonoskórych. Nie ulegało wątpliwości, że gdyby ktoś inny był na mojem miejscu, Komanczowie poczynaliby sobie z nim zupełnie inaczej; bezwątpienia ściągnęliby go z konia i związali. Ale mnie nie tknęli. Dlaczego? Powodów było kilka. Przedewszystkiem wiedzieli dobrze, że jestem wysłańcem wodza. Po drugie, bali się jak ognia mej broni. Po trzecie zaś, cieszyłem się opinją śmiałka i mogłem sobie na wiele pozwolić. Dla kogo innego byłoby to zuchwalstwo; dla mnie zwykłe wyrachowanie, wykorzystanie okoliczności. Po czwarte wreszcie, wystąpienie moje oszołomiło ich poprostu. To, co uczyniłem, było dla nich postępkiem człowieka, wyposażonego w „wyższej miary leki“.
Znowu cofnąłem konia. Powitało mnie głośne wołanie:
— Old Shatterhand! Dzięki Bogu! Wi dok pana napełnia mnie prawdziwą rozkoszą.
Nie chcąc jeszcze bardziej podniecać czerwonoskórych, nie odpowiedziałem na te słowa Jima Snuffle. Wpobliżu białych, tuż pod skałą, zatrzymałem się, zsiadłem z konia i, oparłszy się o ścianę skalną, usiadłem na ziemi.
Indjanie otoczyli mnie półkolem, ale trzymali się w pokaźnej odległości, gdyż tajemniczą strzelbę miałem gotową do strzału. Przynajmniej chwilowo czułem się bezpiecznie.
Stary, który ochłonął z przerażenia, pokazał się znowu; skinąłem nań i rzekłem:
— Niechaj mój czerwony brat przeczyta totem. Zrozumie, że przybyłem tu, aby uchronić od śmierci wodza Komanczów, To-kei-chuna.
— Od śmierci? — zapytał z przerażeniem. — Znajduje się w niebezpieczeństwie?
— Nawet w bardzo wielkiem. Jeżeli w przeciągu okresu, który biali zowią pół godziny, nie wrócę do niego, umrze.
Uff — uff — uff! — — rozległo się w półkolu.
Starzec usiadł naprzeciw mnie i pochylił się nad kartkami, by odcyfrować totem. Przyjrzałem się teraz bacznie jego twarzy. Wydał mi się człowiekiem sprytnym. Po chwili podniósł głowę i spojrzał na mnie przenikliwie. Odgadł znaczenie pierwszej grupy figur, przekonał się z niej, że wódz jest moim jeńcem. Potrząsnął głową i znowu pochylił się nad totemem.
Odcyfrowywał go w dalszym ciągu z kamienną twarzą. Po odłożeniu ostatniej kartki, patrzył długo w ziemię, Widocznie namyślał się. Uważałem, że nie należy mu przeszkadzać. Po jakimś czasie spojrzał na mnie groźnie.
Skinął na jednego z Indjan, odznaczającego się silną i zgrabną budową, i kazał mu usiąść obok siebie. Szeptali, nie patrząc na mnie. Trwało to dosyć długo. Wreszcie wezwany przez starca Indjanin wstał i wrócił do towarzyszów, stojących w półkolu. Dziwne to zachowanie pod wpływem totemu nie podobało mi się wcale. Spodziewałem się wielkiego poruszenia, liczyłem na niebezpieczeństwo, a tymczasem ten spokój! Ogarnęło mnie niesamowite uczucie. Stary patrzył przed siebie w głębokiem milczeniu; czerwoni obrzucali go pytającemi spojrzeniami. Nie odpowiadał. Przerwałem ciszę następującem zapytaniem:
— Czy mój czerwony brat zrozumiał totem wodza?
— Zrozumiałem — odparł.
Po tych słowach podniósł się wolno i skierował do wojowników następujące, dziwne dla mnie wezwanie:
— Stało się coś, w co uwierzyć trudno. Bracia moi zaraz się dowiedzą. Wzywam ich jednak, aby nic nie mówili i zachowali zupełny spokój; jest to rozkaz, wydany dla dobra naszego wodza.
Zwrócił się teraz do mnie i zapytał:
— Old Shatterhand wziął To-kei-chuna do niewoli?
— Tak.
— Wódz został ranny?
— Nie.
— Czy stało się to w obecności dwóch białych, z których jeden znikł nam wczoraj w tajemniczy sposób?
— Tak.
— Cóż stanie się z To-kei-chunem?
— Umrze, jeżeli w ciągu kwadransa doń nie powrócę. Zastosuj się więc do poleceń, zawartych w totemie.
— Wódz mówi mi w totemie, że masz zamiar uwolnić go. Za cóż to?
— Za tych sześciu jeńców. Wzamian za odzyskanie leków, To-kei-chun chce zwrócić wolność tym sześciu białym. Kiedy sam odzyska wolność, niewiadomo. Zależy to od mojej dobrej woli.
— Tak. Taka jest treść totemu. Nie musimy jednak być totemowi posłuszni, gdyż nie został sporządzony na skórze. Dobrze o tem wodzowi wiadomo.
— W takim razie wódz zginie.
— Nie. Old Shatterhand jest naogół rozsądną blada twarzą, ale tym razem przeliczył się.
— Możesz być pewny, że mam rację.
Wyrzekłem te słowa, aby sprowokować jakieś nieostrożne oświadczenie. Nie ulegało dla mnie wątpliwości, że coś ukrywa. Osiągnąłem swój cel, odparł bowiem:
— Wkrótce przekonasz się, żeś się mylił. Zaczekaj, aż się naradzę ze starszyzną naszych wojowników.
— Śpieszcie się, gdyż jeżeli podany przeze mnie termin upłynie, nic nie zdoła uratować wodza.
Pomimo tego wezwania, nie śpiesząc się wcale, zebrał kilku z pośród Indjan i obradował z nimi szeptem. Wojownicy, stosownie do rozkazu, zachowywali bezwzględny spokój; tylko błyszczące spojrzenia, ku mnie skierowane, świadczyły o ich podnieceniu.
— „Wkrótce przekonasz się, żeś się mylił, “ — brzmiała odpowiedź, do której przywiązywałem wielką wagę. Skrywał jakieś zamiary. Może już w czyn je wprowadza. Cóż ma na myśli? Chodzi z pewnością o oswobodzenie wodza. Gdyby się to udało, Dżafar i Perkins dostaliby się do niewoli, a mnie tu obezwładnią.
Jeżeli istotnie powziął taki zamiar, nietrudno mu będzie go zrealizować. Z totemu wiadomo mu, że wodza pilnuje tylko dwóch ludzi. Termin, który mu naznaczyłem, określa w przybliżeniu odległość od miejsca, w którem znajduje się To-kei-chun. Miejsce to łatwo znaleźć; wystarczy pójść w tył za śladami. Jeżeli przypuszczenie moje okaże się słuszne, wszystko zależne będzie od tego, czy Dżafar i Perkins zachowają się tak, jak im rozkazałem.
Szeptał coś z uczestnikami narady, którzy raz po raz obrzucali mnie szyderczem spojrzeniem. Ponadto chytry wyraz jego twarzy umocnił mnie w przekonaniu, że się nie mylę. Starzec bawił się poszczególnemi kartkami, potem zaczai składać je razem. Przyzwyczajony do zwracania na wszystko uwagi, zauważyłem że jednej kartki brak.
Czyżby ją dał czerwonemu, z którym się niedawno naradzał? Być może, żem tego przedtem nie zauważył. Pod wpływem tej kartki obydwaj towarzysze gotowi popełnić jakąś nieostrożność. Wystarczy aby któryś z Indjan zbliżył się do nich, pokazał im kartkę i powiedział, że to kartka ode mnie. Ogarnął mnie niepokój. Muszę za wszelką cenę rozproszyć wątpliwości. Trzeba ustalić liczbę Indjan! W tym celu wstałem z ziemi. Aby upozorować zmianę pozycji, sięgnąłem do kulbaki i wyciągnąłem z niej mięso zajęcze, któreśmy przedtem upiekli. Jadłem, stojąc. Oko moje ogarniało wszystkich Indjan, mogłem ich więc policzyć.
W pierwszej chwili zmiana pozycji zwróciła uwagę czerwonych; uspokoił ich widok mięsa. Biały, spokojnie zajadający pieczeń w wrogim obozie indjańskim, z pewnością nie żywi groźnych zamiarów. Zacząłem więc liczyć: brak pięciu ludzi, wśród nich tego, z którym starzec mówił na początku. Odeszli, czy też odjechali konno? Druga ewentualność była bardziej prawdopodobna ze względu na to, że nie zechcą tracić czasu. Nie widziałem, kiedy podeszli do koni, ponieważ byłem zewsząd otoczony. Czy mam czekać spokojnie na to, co się stanie dalej? Nie! Jeżeli wódz odzyska wolność i zdąży dotrzeć do obozu, gra jest przegrana. Skoro go jednak spotkam po drodze, błąd może da się jeszcze naprawić.
Niedźwiedziówkę miałem przewieszoną przez plecy, drugą strzelbę trzymałem w ręku. — A więc stary wysłał tylko pięciu wojowników! Uspokoiło mnie to nieco, jakkolwiek zdawałem sobie sprawę, że tem większa ilość zagrażać mi będzie bezpośrednio.
Stary skinął na kilku Indjan, aby usiedli obok niego. Odwróciło to uwagę od mojej osoby. Wykorzystywując pomyślny moment, wskoczyłem na siodło, spiąłem konia ostrogami i pomknąłem przez szeregi Indjan. Umyślnie skierowałem wierzchowca ku miejscu, w którem najliczniej byli zebrani, wiedziałem bowiem, że im większe wywołam zamieszanie, tem później się opamiętają i tem później zaczną mnie ścigać.
Powaliwszy kilkunastu czerwonych, skierowałem konia ku zakrętowi, z poza którego przybyłem. W pierwszej chwili Indjanie oniemieli; ochłonąwszy, zaczęli ryczeć jak dzikie bestje. Zapewne skoczyli później na koń. Zniknąłem im z oczu za zakrętem i zacząłem pędzić po własnych śladach. Jeden rzut oka, a przekonałem się, że jechało już tędy pięciu Komanczów.
Każda chwila była mi teraz niezwykle droga. Wydobyłem z wierzchowca największą szybkość; lecieliśmy jak wicher przez rzadkie zarośla. Po jakimś czasie wydobyłem się z nich, by rzucić okiem na równinę. Ach, w kierunku góry i krzaków pędzi galopem oddział jeźdźców! A więc wyprawa udała się pięciu Komanczom! Oswobodzili wodza, schwytali Dżafara i Perkinsa. — Miałem teraz przed sobą pięciu Indjan, za sobą zaś przeszło sześćdziesięciu. Zdawałem sobie sprawę, że muszę znowu pochwycić wodza i uwolnić obydwóch towarzyszów. Przyszłoby mi to łatwo, gdybym zastrzelił tych pięciu czerwonych. Jednakże chciałem tego uniknąć nawet w tak niebezpiecznej sytuacji. Musiałem się natomiast zdecydować na zabicie ich koni.
Jeśli już pominę przeciwników, następujących mi na pięty, miałem przed sobą wrogów, których nie mogłem lekceważyć. Ludzie, których się wysyła celem schwytania wrogów, są zwykle dobrze uzbrojeni. Nadobitek wódz odzyskał swój nóż i strzelbę.
Rozważając to wszystko, galopowałem przez zarośla. Dotarłszy do miejsca, w którem ślady zbaczały ku otwartej równinie, zatrzymałem konia i pogłaskałem go po szyi, aby stał spokojnie. Nie zsiadłem z siodła. Liczyłem się z tem, że będę zmuszony powalić kilku Indjan przy pomocy wierzchowca.
Wziąłem strzelby do ręki i wychyliłem się nieco z poza krzaków. Czy przybędą do miejsca, na którem teraz stoję? Ależ tak, pędzą tu kłusem! Można już było rozpoznać twarze.
Na przodzie jechał wódz ze strzelbą opuszczoną lufą ku ziemi. Za nim gęsiego trzej Indjanie, za nimi zaś jeszcze dwaj, prowadząc konia, na którym siedzieli Dżafar i Perkins. Kiedy się zbliżyli na odległość czterdziestu kroków, przyłożyłem strzelbę do ramienia. Koń mój stał jak wryty. Pierwszy strzał trafił wierzchowca wodza; koń zwalił się po paru krokach. Nie mogłem śledzić, co się stało z To-kei-chunem, musiałem bowiem skierować całą uwagę na wierzchowców jego ludzi; pięć strzałów powaliło je na ziemię. Teraz dopiero obejrzałem się za wodzem. Leżał pod koniem i robił rozpaczliwe wysiłki, aby wyrwać nogę ze strzemienia; strzelba wypadła mu z ręki i potoczyła się gdzieś daleko. Dwaj Indjanie tarzali się jeszcze na ziemi; pozostali trzej podnieśli się i patrzyli z przerażeniem na miejsce, z którego rozpoczęła się strzelanina. Wydałem bojowy okrzyk Indjan i popędziłem ku nim w pełnym galopie. Ujrzawszy mnie, zrezygnowali z oporu i rzucili się do ucieczki. Dwaj towarzysze podążyli wnet za nimi, wydając nadludzkie wrzaski. Posłałem im na drogę dwa strzały i w ten sposób pozbyłem się całej piątki.
A teraz do wodza! Właśnie się podnosił. Dopadłem go na swym wierzchowcu i zdzieliłem kolbą po łbie z taką siłą, że się zwalił nieprzytomny. Należało teraz pomyśleć o towarzyszach. Nie mogli kierować koniem, gdyż ręce mieli przywiązane do pleców, a nogi przytwierdzone do strzemienia. Zeskoczywszy z konia, poprzecinałem im rzemienie i rzekłem:
— Później pomówimy. Teraz jazda! Ściga mnie przeszło sześćdziesięciu czerwonych. Wsadźcie mi wodza na konia. Prędko, prędko!
Dosiadłem wierzchowca, oni żeś zeskoczyli z konia i podnieśli To-kei-chuna. Umieściłem go na swem siodle w tej samej prostopadłej pozycji, co poprzednio, poczem w pełnym galopie ruszyliśmy przez równinę. Po upływie jakichś trzydziestu sekund usłyszeliśmy za sobą przeciągły ryk, wydobywający się z wielu piersi. Obejrzawszy się, zobaczyłem, że ścigający Indjanie przybyli na miejsce, w którem położyłem trupem piątkę koni, i zauważyli towarzyszów, którzy ochłonąwszy z pierwszego przerażenia, zdaleka przyglądali się moim poczynaniom. Zgraja Indjan ujrzała oprócz towarzyszów i naszą grupkę, unoszącą wodza. Wydając jeszcze straszliwsze okrzyki, podwoiła szybkość.
— Do djabła, dogonią nas! — jęknął Perkins, dzwoniąc ze strachu zębami.
— Nie dopuszczę do tego uspokoiłem go. — Niema powodu do obawy. Wygraliśmy partję.
— Oby tak było! Jakimże jednak sposobem?
— Nie śpieszmy się; chciałbym dopuścić Indjan na bliższy dystans.
Indjanie zbliżyli się na taką odległość, że mogłem ich dosięgnąć niedźwiedziówką. Wódz miotał się na koniu. Musieliśmy więc zatrzymać się, aby go związać. Trzeba było zsiąść z koni. Przywiązaliśmy To-kei-chunowi ręce do pleców; oprzytomniał teraz zupełnie. Widząc, że wojownicy nadciągają, zaczął się opierać. Wtedy zabraliśmy się doń ostro.
— Wsadź go pan na wierzchowca, mr. Dżafar, — rzekłem — i przywiąż mocno.
— Dlaczego właśnie na wierzchowca? — zapytał Perkins.
— Niech wojownicy ujrzą, jak piękny i wyraźny cel mam przed sobą.
To-kei-chun zrozumiał, że nie żartuję, i przestał się opierać. Mimo to straciliśmy nieco czasu — Komanczowie zbliżyli się znacznie.
— Za chwilę tu będą — jęknął scout.
— Przeciwnie, w tej chwili zatrzymają się — odparłem, Poproszę ich o to.
Przyłożyłem do ramienia niedźwiedziówkę i dwukrotnie dałem ognia. Zwaliły się dwa wierzchowce, ciągnąc za sobą jeźdźców. Nie bacząc na moje strzały, Indjanie pędzili za nami w dalszym ciągu. Skierowałem więc ku nim sztuciec. Sześć kolejnych strzałów położyło sześć koni. Teraz zatrzymali się, wydając wściekłe okrzyki. Skorzystałem z tego; nabiłem broń i rzekłem groźnie do To-kei-chuna:
— Słońce stoi już bardzo nisko. Skoro zniknie za horyzontem, zastrzelę cię, o ile do tej chwili blade twarze nie zostaną mi wydane. Old Shatterhand nie przysięga nigdy, ale te słowa są równoznaczne z przysięgą. Nie licz więc na moją pobłażliwość. Przebrała się miarka!
Uśmiechnął się wyniośle i rzekł:
Rozsądek nie pozwoli ci na to. Jestem w twych rękach zakładnikiem, którego nie wolno ci zabić. Ratunek bladych twarzy zależy od tego, czy będziesz mnie miał w swej mocy. Dlatego śmieję się z twoich pogróżek.
W odpowiedzi, roześmiałem mu się w nos i odparłem:
— To-kei-chun uważa się za mądrego i jest przekonany, że przebiegłością wyprowadzi w pole Old Shatterhanda; otóż wiedz, że to, co uważałeś za przebiegłość, jest poprostu krótkowzrocznością. Prawda, traktuję cię jako zakładnika, którego zamierzam wymienić na blade twarze; dlatego też wezwałem cię, abyś obecnie umożliwił tę zamianę. Ociąganie się twoje wywoła najgorsze skutki. Wyznaję zasadę: wolność za wolność, życie za życie. Jeżeli mi wydasz jeńców, puszczę cię wolno. Jeżeli nie — będzie to dla mnie dowodem że pragniesz śmierci. Nie targuj się i nie trać napróżno czasu! Słońce niedługo już zajdzie; z tą samą chwilą zgaśnie również światło twego życia.
Z ponurą miną, nie mówiąc ani słowa, wódz czekał do chwili, w której słońce niemal już tknęło horyzontu. Wtedy Dżafar zdjął strzelbę z ramienia i rzekł:
— Już czas, mr. Shatterhand. Kto ma strzelać? Pan, czy ja?
— Obydwaj — odrzekłem.
— Nie, wszyscy trzej, — wtrącił Perkins. — Chcę, żeby i mnie przypadła w udziale zasługa uwolnienia ludzkości od tego łotra. Daj tylko znak, sir!
Po tych słowach, wypowiedzianych pod moim adresem, wycelował w kierunku wodza. Podniosłem strzelbę, i spojrzawszy na zachodzące słońce, odparłem:
— Dobrze, zgadzam się. Mierz pan prosto w głowę. Niechaj śmierć zniszczy słaby mózg. Potem zeskalpujemy go, zabierzemy mu leki i rzucimy je na pożarcie wilkom prerji, by dusza jego nie mogła ulecieć ku Wiecznym Ostępom.
Widząc trzy lufy, skierowane ku czołu, To-kei-chun zrezygnował z oporu i zawołał:
— Nie strzelajcie! Jestem gotów zgodzić się na wszystko, czego żądacie.
— Każ swoim wojownikom uwolnić jeńców i odesłać ich do nas — zażądałem. — Muszą im zwrócić wszystko, co zabrali. Jeżeli zbraknie choćby drobiazgu, nie minie cię kula.
— Wszystko odzyskają. A czy wtedy zwrócisz mi wolność?
— Tak. Okażę ci tę łaskę, ale dopiero wtedy, gdy blade twarze zjawią się tutaj wraz z całem swojem mieniem. Poręczymy to fajką pokoju.
— A więc przywołam jednego z wojowników; dam mu odnośne rozkazy.
— Odpowiada mi to bardziej, niż dawanie rozkazów na odległość.
To-kei-chun wymienił głośno jakieś imię, polecając, aby człowiek, który je nosi, przybył doń natychmiast; zapewnił go również, że mu się nic złego nie stanie. Wymieniony wojownik usłuchał rozkazu. Rzecz zrozumiała, że zbliżył się niepewnym krokiem. Nie odstępowały go podejrzenia. To-kei-chun wydał mu zlecenia. Wojownik zdumiał się — słowa wodza rozczarowały go z pewnością. Nie rzekł jednak ani słowa i odszedł. Z wielkiem napięciem patrzyliśmy wślad za nim, zaciekawieni do głębi, jakie wrażenie wywrze nakaz wodza.
Otoczyli wysłańca kołem. Z głębokiego ich milczenia wywnioskowaliśmy, że zrozumieli, iż muszą ustąpić wobec konieczności. Po chwili koło otworzyło się; ujrzeliśmy jeńców na koniach. Zwrócono im broń. Jechali szybko w naszą stronę, prowadząc za sobą konia mr. Perkinsa. Nie towarzyszył im nikt z Indjan.
Na przodzie jechali na swych mułach bracia Snuffles. Jim zawołał:
— Chwała Bogu, żeśmy znowu razem, mr. Shatterhand! Powiadam panu, że to prawdziwa rozkosz. Niechaj nas pożre pierwszy spotkany niedźwiedź, gdybyśmy kiedyś zapomnieli panu tej przysługi. Racja, stary Timie?
Yes. Tym razem śmierć pełzała koło nas bliziutko. Ale też byliśmy głupcami...
— Nie martwcie się o to, mr. Tim, — rzekłem z uśmiechem — i nie dziękujcie. I mnie zdarzało się już kilka razy spaść z pieca na łeb. Ale, ale, odzyskaliście swoje rzeczy?
— Tak.
— Wszystkie? Może czegoś brak?
Okazało się, że czerwoni zatrzymali parę drobiazgów bez wartości. Ponieważ zaczęło się ściemniać, zrezygnowałem z dosłownego wypełnienia swego żądania. Kazałem wodzowi zdjąć więzy, aby mógł zsiąść z konia. Oswobodzeni przed chwilą jeńcy wdali się w ożywioną rozmowę z Dżafarem i Perkinsem. Poleciwszy im odłożyć ją na później, wezwałem wodza, aby usiadł na ziemi. Ulokowałem się obok niego i napełniłem tytoniem swą fajkę pokoju. Powtórzyłem raz jeszcze warunki, na których go zwalniam, podkreślając, że zobowiązał się powstrzymać od zaczepnych kroków przeciw komukolwiek z nas.
Potem, stosownie do przyjętych zwyczajów, pociągnąłem z fajki sześć razy i, puściwszy dym w czterech kierunkach wiatru, do nieba i ku ziemi, wezwałem wodza, aby uczynił to samo. Spełniwszy me żądanie, wstał i zapytał:
— A więc wymieniliśmy między sobą kalumety. Czy jestem już wolny?
— Tak — odparłem. — Możesz wrócić do swoich wojowników.
Oddaliwszy się na kilka kroków, zatrzymał się, odwrócił i rzekł:
— Old Shatterhand jest najchytrzejszy pośród wszystkich bladych twarzy. Zna zwyczaje czerwonoskórych prawie tak dobrze, jak ich samych. Ale jednego nie zna.
— Czego?
— Niechaj o tem sam pomyśli i niechaj nie wymaga ode mnie, bym go pouczał!
Po tych słowach oddalił się.
— Słyszałeś, sir? — zapytał Jim. — Brzmiało to, jak groźba. Poślij mu kulkę, ale zaraz!
— Ani mi się śni! Darowałem mu życie i wolność. Dotrzymam słowa.
— Ale czy To-kei-chun dotrzyma?
— To jego sprawa. Mnie to obecnie już nie interesuje. Przedewszystkiem musimy się stąd jak najprędzej oddalić. Siadajcie na koń!
— Dokąd pojedziemy?
— Musimy czerwonym zejść z oczu.
Indjanie powitali wodza takiem samem milczeniem, z jakiem przedtem przyjęli jego rozkaz. Gdy zobaczyli, że się oddalamy, żaden z nich nie pomyślał nawet o pościgu. Wkrótce znikliśmy im z oczu.
Licząc się z powierzchnią gruntu, obrałem kierunek zachodni. Gdy zapadła ciemność zupełna i nie mogło już być mowy o tem, aby nas dojrzał któryś z Komanczów, nawet w pościgu, zatrzymałem się i rzekłem:
— Teraz musimy ustalić, w którą się zwrócimy stronę. Mr. Dżafar, chciałeś się udać do Nowego Meksyku? Czy nakreśliłeś sobie plan podróży?
— Tak — odrzekł zamiast Dżafara Perkins. — Obraliśmy sobie drogę między Beaver-Creek a Hazelstraits. Czy pan zna to miejsce?
— Byłem tam niegdyś.
— Uważa pan, że wybraliśmy dobrą drogę?
— Tak.
Well. Ale zamiast nad Beaver-Creekiem, znajdujemy się u stóp Makik-Natun. Teraz, wśród nocy, będzie trudno się zorjentować.
— Nie obawiajcie się. Doprowadzę was do miejsca, w którem już sami dacie sobie radę.
— Tylko do tego miejsca? A więc pan nie będzie nam przez cały czas towarzyszyć?
— Nie. Muszę śpieszyć na południe. Skoro poznacie drogę, nie będę wam potrzebny.
Dżafar wtrącił:
— Może zrezygnowalibyśmy z pana znajomości topografji, ale nie możemy zrezygnować z pana towarzystwa. Pomyśl tylko, sir, z jakich opresyj wyszliśmy dopiero niedawno i jakie nas jeszcze czekają niebezpieczeństwa!
— Wiedzieliście przecież o nich i byliście przygotowani na wszelkie przeciwności. Pan ma trzech przewodników i dwuch służących. Jeżeli dodasz do tego, sir, braci Snuffles, będziesz miał orszak z ośmiu ludzi, którzy nie noszą duszy na ramieniu. Ja przybyłem tu sam z gór Gros-Ventre, droga moja prowadziła prawie ciągle przez teren wrogich mi Indjan, a jednak nie czułem lęku.
— Pan, cóż w tem dziwnego! Czy nie mógłby pan pozostać z nami, przynajmniej dopóki nie przestanie nam grozić niebezpieczeństwo Komanczów?
— Hm. Właściwie nie mam czasu.
— Mimo to proszę jeszcze raz, pozwól się, sir, przebłagać. Jestem dla pana obcym człowiekiem, nie zechcesz zapewne ponieść dla mnie takiej ofiary. Uczyń to więc przez wzgląd na swego Hadżi Halefa Omara, którego byłem gościem!
Yes, zgódź się, sir, — wtrącił mało rozmowny Tim Snuffle. — Mogę dowieść, że jesteś nam bardzo potrzebny.
— Tak? Proszę bardzo, stary Timie!
— Nic w tem trudnego. Oto pięciu gentlemanów, to jest ten cudzoziemiec, jego dwóch służących i trzech scoutów. Czy nie wpadli w ręce czerwonych?
— No tak.
— A więc pan przyznaje, że potrzebują opieki?
— Przecież wy będziecie im towarzyszyć.
— My? Pshaw! Bracia Snuffles! Dotychczas wierzyłem naprawdę, że jesteśmy Bóg wie jakiemi zuchami, ale obecnie... Wpakowaliśmy się w łapy czerwonych jak greenhorny. Nie jesteśmy odpowiednią ochroną dla tych pięciu gentlemanów. Gdyby nie pan, wszystkich nas przybitoby jutro do pala. Czyż to nie wystarczający dowód, że i nadal pan jesteś nam potrzebny? Mam rację?
— Cóż ci się stało, stary Timie? — zawołał zdumiony Jim. — Nie poznaję cię! Nigdy w życiu nie wypowiedziałeś takiej tyrady.
Well. Również obecnie nie przyszło mi to łatwo. Wolę spać całą noc z niedźwiedziem grizzly, niż mówić. Sądziłem jednak, że tym razem jest to moim obowiązkiem. Nie jesteś tego samego zdania, mr. Shatterhand?
Dżafar powtórzył swą prośbę, pozostali przyłączyli się do niej również, Po chwili odrzekłem:
— Zgoda, niechaj się stanie zadość waszej woli. Odprowadzę was do granicy Nowego Meksyku, ale pod jednym warunkiem.
— Słucham — rzekł Jim.
— Musicie się stosować do mojej woli; nie wolno wam niczego przedsięwziąć bez uprzedniego uprzedzenia mnie.
Jim wahał się z odpowiedzią. Brat odparł jednak w jego imieniu:
— Ależ, oczywiście, to się samo przez się rozumie. Gdy Old Shatterhand jest z nami, musimy podporządkować nasze chęci jego woli.
Dżafar zgodził się chętnie. Służących nie pytano o zdanie. Perkins nie protestował; pozostali dwaj scouci byli ludźmi ograniczonymi i, zadowoleni, że ktoś chce wziąć na swe barki całą odpowiedzialność, zgodzili się z ochotą. Wobec takiej sytuacji Jim musiał również złożyć następujące oświadczenie:
— Nie mam nic przeciw temu, spodziewam się jednak, że w sprawach wielkiej wagi zostaniemy również wysłuchani.
— Żądanie to jest zbyteczne. Nie mam wcale zamiaru postępować z wami jak tyran. Jesteśmy sobie równi; nikt nie powinien wywyższać się ponad drugiego. Sądzę jednak, że w chwilach niebezpieczeństwa nie może działać każdy na własną rękę, że musi być ktoś, do którego wskazówek i poleceń wszyscy stosować się będą. Zaproponowałem siebie, przyznaję jednak, że każdy ma prawo swoją osobę zaproponować. Czy pan chce być przywódcą, Jim?
— Nie, dziękuję sir! Nie chcę za nic odpowiadać. Myślałem tylko o tem, że, jako człowiek obdarzony mową, powinienem mieć prawo do wspólnych decyzyj. — A więc jest pan przekonany, że mimo ciemności znajdziesz drogę?
— Tak.
— Jak długo będziemy jechali? Bez przerwy do świtu?
— Nie. Tego od was żądać nie mogę. Byliście przecież skrępowani i z pewnością małoście spali.
— Racja. Przynajmniej ja nie zmrużyłem oka. Muszę się zdrzemnąć choćby na godzinę.
— Będziecie mogli spać dłużej. Gdy oddalimy się na taką odległość, że Komanczowie nie będą mogli napaść na nas z nastaniem ranka, rozbijemy obóz.
— Ach! Więc niedowierza pan Indsmanom? Mimo fajki?
— Tak, nawet mimo niej. Ostatnie słowa wodza brzmiały przecież jak wyraźna groźba.
— Spodziewam się tego! Oświadczył, że przeoczył pan pewien szczegół podczas ceremonji. Gdyby można odgadnąć, co miał na myśli!
— Wypaliliśmy kalumet, ale jego fajki nie tknęliśmy.
— Czy to stanowi jakąś różnicę?
— Właściwie nie. Między uczciwymi ludźmi niema różnicy, czy jedna, czy druga strona dostarczyła kalumetu. Jeżeli jednak Indjanie skrywają wrogie zamysły, nie dają do tej ceremonji własnej fajki pokoju, lecz palą fajkę przeciwnika. Stąd na przyszłość pretekst do wymówki, że umowa jest ważna tylko wtedy, gdy została przypieczętowana własnym kalumetem.
— Czy nie pomyślał pan o tem, wypalając fajkę?
— Owszem.
— I mimo to wziąłeś, sir, własną fajkę. Dlaczegóż to?
— Bo nie dałby swojej i szukał wykrętów. Tymczasem termin byłby minął i wódz osiągnąłby swój cel.
— Jaki cel?
— Doczekałby się nastania zmroku. Wtedy nie bylibyśmy w stanie obserwować jego ludzi — zbliżyliby się więc i zaatakowali nas. Chciał zyskać na czasie. Aby temu zapobiec, wolałem nie żądać od niego fajki.
— No tak, ale zato nie dotrzyma słowa i będzie nas ścigać.
— To bardzo prawdopodobne. Nie odnajdzie nas jednak, ponieważ odjedziemy tak daleko, że czerwoni nie będą mogli jutro rano rozpoznać naszych śladów. Wprowadzimy ich w błąd przez wciągnięcie w fałszywy kierunek. Hazelstraits, najbliższy cel naszej podróży, leży na zachód; tymczasem ruszymy na południe, a na zachód zboczymy dopiero wtedy, gdy znajdziemy twardy teren.
Well! To bardzo sprytnie pomyślane, sir! Komanczowie będą nas ścigać w kierunku południowym. Skoro ślady nasze się skończą, będą przekonani, że ruszyliśmy dalej w tym samym kierunku, i nie zboczą z niego. W ten sposób pozbędziemy się ich. Chyba zesłała nam pana Opatrzność, mr. Shatterhand. Prowadź nas więc według swej woli. Nie powinniśmy pozostawać tu dłużej.
— Tak, musimy uciekać. Indsmani widzieli, że ruszyliśmy na zachód, nie jest więc wykluczone, że będą ścigać nas w tym kierunku.
Objąłem rolę przywódcy. Do północy jechaliśmy w kierunku południowym, potem zboczyliśmy na zachód. Byłem przekonany, że czerwoni, przybywszy na to miejsce jutro około jedenastej rano, nie znajdą już naszych śladów i nie będą mogli stwierdzić, żeśmy im umknęli. Po jakiejś godzinie jeźdźcy byli już tak wyczerpani, że rozbiliśmy obóz. Ze względu na ogromne przemęczenie towarzyszy wyznaczyłem porządek czuwania jedynie dla formy i objąłem wartę na pierwsze dwie godziny. Skoro ten czas upłynął, nie obudziłem swego następcy. Pozostałem na posterunku aż do nadejścia dnia. Towarzysze dziękowali mi serdecznie za tę drobną ofiarę.
Dżafar zaopatrzył się obficie w prowiant. Obładował nim swego muła, który wpadł również czasowo w łapy Komanczów. Spałaszowali sporą część żywności, ale coś-niecoś jeszcze pozostało. Więc nie traciliśmy czasu na polowanie i po skromnem śniadaniu, spożytem w pośpiechu, ruszyliśmy natychmiast w dalszą drogę.
Ubiegłego wieczora jechałem przodem, nie biorąc udziału w rozmowach towarzyszy. Nie wiedziałem o czem mówili, gdyż z powodu ciemności całą moją uwagę pochłonęło badanie terenu i przyglądanie się gwiazdom, które oświetlały nam drogę. Zresztą, nie warto było słuchać ich opowiadań, ponieważ sam widziałem i słyszałem to wszystko, co było z pewnością przedmiotem ich rozmów. Natomiast dziś rano zapytałem jadącego obok mnie Perkinsa:
— Pewnie zapomnieliście wczoraj o tem, o co was tak usilnie prosiłem. Powtarzałem przecież, abyście dobrze pilnowali wodza i nie dali się przez żaden podstęp wyprowadzić w pole.
— Spodziewałem się tych wyrzutów, mr. Shatterhand.
— Może pan nie zasłużył na nie?
— Hm! Łatwo panu o tem mówić. Teraz, gdy widzisz, sir, jak kij popłynął, wiesz również, jak go rzucono w wodę. Ale myśmy o tem wiedzieć nie mogli.
Pshaw! Byliście przecież w szczerem polu i mogliście się bronić kulami; jeniec zaś był mocno związany. Możecie sobie wyobrazić moją minę, gdym w drodze powrotnej ujrzał, co się stało. Wódz był wolny, a was wzięto do niewoli! I kto tego dopiął? Kilku nędznych Komanczów, których można było bez trudu odstraszyć strzałami. Zresztą, nawet i to było zbyteczne. Gdybyście im pokazali lufy, nie odważyliby się podejść bliżej.
— Pokazaliśmy je przecież.
— I mimo to napadnięto na was?
— Wszystkiemu winien głupi papier.
— Ach tak! Wyobrażałem to sobie.
— Gdyśmy krzyknęli, by się zatrzymali, bo w przeciwnym razie poślemy im parę kulek, zsiedli z koni, a jeden z nich pokazał z odległości strzału listek papieru i podniósł go wgórę. Oświadczył donośnym głosem, że „mówiący papier“ pochodzi od pana i że ma go nam wręczyć.
— Uwierzyliście mu?
— Dlaczegóżby nie? Powiedział, że nastąpiło porozumienie, że pan został przy jeńcach, którzy odzyskają wolność, gdy tylko przyprowadzimy wodza, że to wszystko napisał pan na tym papierze. Ażeby odczytać pismo, pozwoliliśmy zbliżyć się tym łotrom.
— Co za nieostrożność! Wystarczyłoby przecież, gdyby przyniósł papier jeden człowiek.
— Zupełnie słusznie. Nie pomyśleliśmy jednak o tem w chwili, gdy te świnie pokazały nam dowód czarno na białem. Wziąłem papier, by go odczytać; równocześnie niemal rzucili się na nas. Wszystko trwało tak krótko, że nie mieliśmy czasu do obrony. Związano nas, zanim zdążyliśmy się obejrzeć. Nie wątpisz chyba, sir, że w mig uwolnili wodza.
— Tak, o tem nie wątpię! W przyszłości będę ostrożniej szafował swem zaufaniem.
Mruknął jeszcze coś i oddalił się. Reszta miała również rzadkie miny; wszyscy popełnili szereg błędów i w obawie przed monitami stronili ode mnie. Jechałem więc sam na czele oddziału. Tylko Dżafar zjawił się parę razy u mego boku, by zacytować kilka specjalnie pięknych ustępów ze swego Hafisa. Ciągle wgłębiał się w swą książkę i zostawał wtyle; od czasu do czasu rzucałem mu z tego powodu karcące spojrzenia.
W południe pozwoliliśmy koniom wypocząć dwie godziny, wieczorem rozbiliśmy namiot nad jedynym w tej okolicy stawem. Sami z niego pić nie mogliśmy, zato napoiliśmy konie.
Wyznaczyłem dziś warty w ten sposób, aby wcale nie pełnić służby, czułem bowiem wielką potrzebę snu. Wczoraj byłem tak samo zmęczony i wyczerpany, jak reszta towarzyszów, mogłem więc żądać teraz pewnych względów, tem bardziej, że przez cały dzień troska o kierownictwo wyprawy tylko na moich spoczywała barkach.
Właściwie, powinniśmy już byli dziś wieczorem przybyć do Hazelstraits. Ponieważ jednak pierwsze pięć godzin jechaliśmy w kierunku południowym, należało przypuszczać, że przybędziemy tam nieprędzej, niż dnia następnego w południe.
Rozbiliśmy obóz o zmroku, nie mogłem więc zbadać okolicy. Nawet śladów nie byłem w stanie rozpoznać. Obszedłem tylko krzaki, stojące nad wodą, i przekonałem się, że jesteśmy w tych stronach sami. Następnego ranka zjedliśmy śniadanie. Konie pasły się całą noc wśród krzewów, otaczających staw. Mój wierzchowiec zajęty był jeszcze obskubywaniem młodych gałązek. Podszedłem ku niemu, by podciągnąć popręgi. Przy tej sposobności wzrok mój padł na krzak, którego liśćmi posilał się rumak. Odrazu zauważyłem, że niedawno popasali tu ludzie i konie. Po zbadaniu jeszcze kilku krzaków, okazało się, że przypuszczenie moje było słuszne. Zacząłem więc szukać śladów na ziemi. Gdy to zauważyli towarzysze, Jim Snuffle zapytał:
— Zgubiliście coś, sir? Pomożemy panu szukać.
— Niczego nie zgubiłem, — odparłem — ale mimo to czegoś szukam.
— Czegóż to?
— Śladów po jeźdźcach, którzy tu przybyli wczoraj przed nami.
— Jeźdźcy? Tutaj? Skądże panu to przyszło do głowy?!
— Spójrz pan tylko na pogryzione gałęzie krzaków!
— Ach, ma pan rację mr. Shatterhand! Nie wszystkie, widać, gałęzie złamano równocześnie. Ale to się da łatwo wytłumaczyć.
— Czem?
— Nasze konie odłamywały je przecież i wczoraj wieczorem i dzisiaj rano. Wniosek więc, że byli tu przed nami jacyś ludzie, jest niesłuszny.
— Przeciwnie, jest najzupełniej słuszny; widzę to teraz dokładnie. Przypatrz się pan temu krzakowi! Biegły obserwator przysięgnie, że gałąź ta nie została obgryziona wczoraj wieczorem, a już dawniej. Miejsce, w którem gałąź odłamano, poczerniało.
— W takim razie powinniśmy dojrzeć ślady stóp i kopyt.
— Zatarły je ślady naszych koni. Zresztą, moglibyśmy je dojrzeć jedynie na wilgotnym brzegu. Przeszukajmy brzeg!
Po chwili rozległy się okrzyki zdumienia. Na brzegu wyciśnięte były ślady mokasynów i niepodkutych kopyt.
— Byli to z pewnością Indjanie! — zawołał Jim Snuffle. Czy jesteś tego samego zdania, stary Timie?
Yes — przytaknął zapytany i pochylił się, aby dokładnie zbadać ślady.
— Mam wrażenie, że było tu moc Indjan. A pan, jak sądzi, mr. Shatterhand?
— Tak, było ich niemało, — odrzekłem. — Szkoda, żeśmy tu przybyli wieczorem i nie mogliśmy wskutek ciemności ani zauważyć ani policzyć śladów.
— Czy nie można tego naprawić teraz?
— Niełatwa to sprawa. Przypuszczam, że było tu przeszło trzydziestu. Dokładniej nie zdołamy określić.
— Któż to mógł być?
— Oczywiście Komanczowie, inne bowiem plemiona nie grasują w tych stronach.
— Ale chyba nie nasi? Mam na myśli To-kei-chuna i jego ludzi.
— Hm. Nie jest to wykluczone, jeżeli To-kei-chun, zamiast ścigać nas, ruszył odrazu, nie bacząc na nocną porę, ku Hazelstraits.
— Czegóżby tam szukał?
— Nasuwa mi się to samo pytanie. Przecież zamierzał odtańczyć wojenny taniec przy grobach wodzów i zapytać wyrocznię o zdanie; o Hazelstraits nie było mowy.
— A więc byli to inni Indjanie?
— Zapewne. Ale, ale, oto co mi przyszło do głowy: może To-kei-chun dowiedział się, dokąd zmierzamy.
— Musiałby go któryś z nas poinformować.
— Oczywiście.
— Chyba takiego głupca niema między nami.
— No, jeżeli chodzi o głupstwa, to popełniono ich niemało. Czy jeńcy w obecności czerwonych wartowników nie mówili o Hazelstraits?
— Ani słowa — zapewnił jeden z pojmanych przewodników; drugi przewodnik i obydwaj służący przytaknęli.
— A wy, Jimie i Timie?
— Również ani słowa — rzekł Jim. — Nie mogliśmy wcale o tem mówić, gdyż o jeździe do Hazelstraits dowiedzieliśmy się dopiero po odzyskaniu wolności.
— W takim razie pozostawałaby jedynie możliwość, że mr. Dżafar rozmawiał na ten temat z mr. Perkinsem po mojem udaniu się do czerwonych.
Perkins zaprotestował energicznie:
— Co też pan o mnie myśli, sir! Byłbym warjatem, gdybym temu czerwonemu djabłu opowiadał, jaką ruszymy drogą!
— A więc i wy nie! W takim razie może ciągnął tędy inny oddział Komańczów. Niestety, nie można stwierdzić, skąd ci czerwoni przybyli, ślady bowiem są zupełnie nieczytelne. Należy zbadać, dokąd ruszyli, choć i to będzie prawie niemożliwe.
Bez rezultatu obszedłem cały szeroki plac. Na ziemi nie wykryłem żadnych śladów. Indjanie przybyli tu z niewiadomej strony i oddalili się w niewiadomym kierunku. Podstawy do przypuszczenia, że udali się ku Hazelstraits nie było. W każdym razie, pod wpływem tego, co zaszło, postanowiliśmy zwracać baczną uwagę na każdy szczegół, spotkany w drodze.
Opuściwszy obozowisko, przybyliśmy na szeroką równinę, wznoszącą się nieco ku zachodowi. Prowadziła do Hazelstraits. Miejscowość ta otrzymała swą nazwę od krzaków orzecha, które rosły w takiej liczbie i tak wysoko, że można w nich było ukryć pokaźny oddział jeźdźców[1]. —  —

Po drodze znowu musiałem popędzać Dżafara. Perski esteta w dalszym ciągu poświęcał więcej uwagi swemu poecie, niż okolicy, którąśmy mijali. — — —

NOWE PRZESZKODY

Jechaliśmy aż do południa, nie natrafiwszy na nic, coby wskazywało, że dziś lub wczoraj przeszła tędy ludzka stopa. Uspokoiło to wszystkich z wyjątkiem mnie; podczas jazdy bowiem skrystalizowało się we mnie pewne podejrzenie. Na pytanie, czy przypadkiem nie było mowy o Hazelstraits, Perkins odpowiedział zbyt pośpiesznie, Dżafar zaś pominął je milczeniem. To mnie uderzyło. Jeżeli istotnie rozmawiali o najbliższym celu podróży, To-kei-chun mógł ruszyć naprzód i spaść na nas znienacka. Przeczuwając, które miejsce do ewentualnego napadu obierze, postanowiłem podkraść się naprzód i zbadać je dokładnie.
Na horyzoncie zarysowały się sylwetki drzew orzechowych. Oczom naszym ukazały się zwarte grupy orzechów, rosnących bujnie na obydwóch stromych brzegach kotliny. Na dnie kotliny płynął strumień. Pozostało tu kilka ścieżek z dawnej, sławnej epoki bawolej; po ścieżkach tych jeźdźcy mogli dotrzeć aż do brzegów kotliny. Jeżeli To-kei-chun puścił się za nami w pogoń, nie ulega wątpliwości, że tu właśnie czatuje. Jakże łatwo wpaść w ręce ukrytych w krzakach Indjan, jakże łatwo mogą nas w przeciągu kilku minut obezwładnić, a nawet pozabijać!
Byłem przekonany, że niebezpieczeństwo będzie na nas czyhać dopiero z chwilą zbliżenia się do kotliny. Mimo to zdwoiłem czujność znacznie wcześniej, gdyśmy tylko dotarli do pierwszych krzaków. Z tego powodu nie mogłem oglądać się za siebie. Zwróciłem uwagę towarzyszy na grożące niebezpieczeństwo, pozostawiając ich własnej przemyślności.
Jechaliśmy naprzód w głębokiej ciszy. Wskutek rozmiękłego terenu nie słychać było uderzenia kopyt. Chwilami tylko rozlegał się trzask gałęzi, muśniętej przez konia lub jeźdźca. Natężyłem wzrok i słuch; dzięki temu usłyszałem coś, co w normalnych warunkach z pewnością byłoby uszło mej uwagi. Miałem wrażenie, że słyszę głos ludzki, przytłumiony gęstwiną krzaków.
— Pst, cicho, słyszałem coś, — rzekłem, wstrzymując konia.
Znowu dobiegło mnie, tym razem wyraźniej:
Faryahd —  — faryahd —  —!
Słowo to oznacza po persku: „na pomoc!“. Jak wiadomo, ludzie na obczyźnie, władający nawet biegle obcym językiem, w chwili przerażenia lub niebezpieczeństwa wydają zwykle okrzyki w ojczystym języku.
— Wielkie nieba! Gdzie mr. Dżafar? — zapytałem.
— Niema go, znowu został wtyle, — odpowiedzieli towarzysze, a Perkins, jadący ostatni w szeregu, dodał: — Mam wrażenie, że jedzie tuż za mną.
— Co za nieostrożny człowiek! Grozi mu niebezpieczeństwo, wzywa pomocy. Muszę wrócić, aby mu pomóc!
Odwróciłem konia, by ruszyć wtył.
— A my? — zapytał Jim Snuffle. Cóż mamy począć? Zostać tu i czekać?
— Nie. Niewiadomo, gdzie tkwią czerwoni; mogą być zupełnie blisko. Ruszajcie więc za mną!
Mimo ostrego kłusa, przybyliśmy za późno. Gdyśmy dotarli do słabo zadrzewionego miejsca, zauważyłem, że ziemia obok naszych śladów poryta jest kopytami końskiemi.
— Mr. Dżafar dojechał do tego miejsca i tu napadnięto nań — rzekłem. — Napadu dokonało kilku ludzi.
— Bezwątpienia, — potwierdził Jim Snuffle — z jednym byłby sobie dał radę. Szukajmy śladów.
— Patrzcie, oto linja śladów, prowadząca ku zaroślom. To ślady koni i trzech ludzi, którzy mieli mokasyny na nogach.
— A więc ta trójka napadła nań i obezwładniła go! Stali tu wszyscy na warcie i obserwowali nasze przybycie. Widząc, że Dżafar odłączył się od nas, postanowili go schwytać.
— Chytre bestje!
— Chytre? Nie, zdemaskowali się tym postępkiem. Nie ulega obecnie wątpliwości, że w grę wchodzi To-kei-chun i jego ludzie. W każdym razie otrzymali rozkaz, aby natychmiast zawiadomić wodza o naszem ukazaniu się, lecz zamiast bezzwłocznie polecenie wykonać, zatrzymali się, by schwytać nieostrożnego marudera.
— Cóż uczynimy, sir?
— Musimy go oswobodzić.
— Jakto? Przez otwarty atak na tych łotrów?
— Tak, o ile inna droga zawiedzie. Może, zresztą, wydobędziemy go drogą podstępu. Tak, czy inaczej musimy wiedzieć, gdzie się kryją Komanczowie.
— Kilku z nas uda się na zwiady. Pójdę wraz z bratem. Zgoda, stary Timie?
Yes — skinął zapytany.
— Nie, nie zgadzam się, — odparłem. — Sam zbadam tę sprawę. Wyście tutaj potrzebni. Przypuszczam, że To-kei-chun, dowiedziawszy się o nierozważnym kroku, popełnionym przez wywiadowców, będzie przekonany, że, nie zastawszy tu mr. Dzafara, zawrócimy. Wie również o tem, iż znajdziemy ślady, świadczące o napadzie, i że będą wystarczającą pobudką do odwrotu. Wyśle więc zapewne kilku ludzi na zwiady. Skoro się tu zjawią, pochwyćcie ich, ale bez hałasu. Broń jest mi obecnie zawadą; zostawiam ją u was wraz z wierzchowcem. Rozumiecie chyba, co wam powierzam.
Wypowiedziałem powyższe słowa w wielkim pośpiechu, gdyż każda chwila była mi droga. Może uda się dogonić trzech jeźdźców i porwanego przez nich Dżafara, zanim dotrą do ukrytego obozu Komanczów!... Nie miałem żadnych wątpliwości, że, gdyby się to udało, nietrudno mi będzie odebrać im jeńca. Wręczywszy więc towarzyszom strzelby, puściłem się na poszukiwanie śladów, idących w kierunku zarośli.
Trzej Indjanie, którzy schwytali Dżafara, wiedzieli na pewno, że jedziemy przodem. Nie chcąc więc natknąć się na nas, nie ruszyli do swoich prostą drogą, lecz zatoczyli łuk. Po linji tego łuku nie byłbym w stanie ich dogonić. Zdecydowałem się przeto łuk przeciąć.
Z początku trzymałem się śladów, aby poznać wielkość i wklęsłość łuku; zorjentowawszy się, zboczyłem z linji śladów i wpadłem wprost w zarośla, szybko, z zachowaniem najgłębszej ciszy; muszę przyznać, że nie przyszło mi to łatwo.
Przebywszy jakieś pięćset kroków, natrafiłem znowu na ślady, wracające z boku; wynikało z tego, że przeciąłem łuk jak cięciwą i według wszelkiego prawdopodobieństwa znajduję się wpobliżu Komanczów. W chwili, gdym znowu ujrzał ślady, usłyszałem jakiś szmer. Zacząłem więc nadsłuchiwać. Szmer ucichł. Czyżby trójka Indjan z Dżafarem była tu przed chwilą? Posuwałem się naprzód, zachowując jak największą ciszę. Po niedługim czasie musiałem zatrzymać się, gdyż dobiegły mnie głosy.
Uff! — zawołał ktoś. — Przybywacie z tej strony i...
Urwał, zapewne, pod wpływem zdumienia, że przyprowadzili białego. Odrazu poznałem głos To-kei-chuna.
— Tak, przybywamy z lewej strony, — rzekł jeden z trójki — i prowadzimy tę białą twarz.
Uff! Przecież to ten sam biały, który się przedtem ulotnił. Zciągnijcie go z konia i zwiążcie. Gdzieście go schwytali?
— Za Old Shatterhandem.
— Za Old Shatterhandem? Jak mam to rozumieć?
— Ujrzeliśmy Old Shatterhanda, który jechał wraz z resztą białych; ten zaś obcy pozostał wtyle. Wzięliśmy go więc do niewoli.
Uff! Gdzież były wasze mózgi i rozsądek? Teraz cały piękny plan djabli wzięli! Nie schwytamy Old Shatterhanda! Pocoście się zajmowali tą bladą twarzą? Trzeba mi było zameldować, żeście ujrzeli białych. Dotarliby aż tutaj — pochwycilibyśmy wszystkich, gdyż nie przeczuwali wcale, że tu jesteśmy. Teraz odkryją zasadzkę!
— Skądże się dowiedzą? — bronił się skarcony.
— Od was! Zauważyli, że jednego białego niema, a skoro się przez dłuższy czas nie zjawił, zawrócili i dotarli do miejsca, w któremście go pochwycili. Czy się bronił?
— Tak, ale tylko rękoma. Nie na wiele mu się to zdało.
— Wskutek tego powstały jednak ślady, które jego towarzysze odnajdą.
— Staraliśmy się nie pozostawiać widocznych śladów.
Pshaw! Kto, jak kto, ale Old Shatterhand zauważy je z pewnością! Daliście im przestrogę, wydarliście ich z moich rąk. Zły duch podszepnął wam najgorszą myśl. Z rozkoszą zabrałbym wam za karę leki!
Przez długą chwilę panowała głucha cisza. Wódz zastanawiał się widocznie, co począć dalej. Znajdowałem się wpobliżu kryjówki czerwonych — dzieliło mnie od niej kilka krzaków. Gdybym przybył o minutę wcześniej, byłbym spotkał całą trójkę i uwolnił Dżafara.
Rozległ się znowu głos wodza:
— Widzicie, nikt nie przychodzi. Old Shatterhand otrzymał przestrogę. Prawdopodobnie ujdzie wraz ze swoimi ludźmi, gdyż jest to najchytrzejszy z pośród lisów sawany. Zato tem mocniej trzymać będziemy tego białego; niechaj przynajmniej on zginie przy palu na Makik-Natun, opodal grobów wodzów. Teraz musimy się przedewszystkiem dowiedzieć, gdzie są blade twarze.
— Czy mam ich poszukać? — zapytał jeden z Indjan. — Niechaj To-kei-chun pozwoli!
— Nie, pójdę sam. Niechaj bracia moi będą bardzo czujni i ostrożni podczas mej nieobecności. Old Shatterhand również wyśle wywiadowców, by nas szukać; kto wie, czy sam się nie uda na zwiady. Jeżeli będziemy ostrożni, sam wpadnie nam w ręce. A więc pójdę...
Dalszego ciągu nie słyszałem, gdyż nie wolno mi było ani chwili dłużej pozostawać na tem miejscu.
Wódz chce nas wyśledzić; kwestja teraz, w jakim się uda kierunku. Przypuszcza, że udam się również na zwiady, i z pewnością to samo zagadnienie go interesuje. Zdaje sobie sprawę, że nie pójdę na chybi trafi, lecz podążę tropem trzech Komanczów i Dżafara. A chcąc mnie pochwycić, będzie kierował się temi śladami. Wypadnie mu więc droga przez to właśnie miejsce, w którem leżę. Chcę go ująć; ale nie tutaj, ze względu na bliskość czerwonych, którzy w każdej chwili pośpieszyć mogą z pomocą.
Wobec tego cofnąłem się na taką odległość, z której nie byliby w stanie usłyszeć jego wołania na wypadek, gdybyśmy się spotkali.
Leżałem cicho i czekałem. Minęło pięć minut, dziesięć — nie zjawił się. Czyżby obrał inny kierunek? E, chyba nie! Taki stary, doświadczony wojownik musi przecież postąpić tak, jak wyliczyłem. A może został jeszcze przy swych ludziach, aby im udzielić szczegółowych instrukcyj? Po upływie dalszych pięciu minut nie zjawił się również. Zaczęło mnie to niepokoić. Powiedział przecież wyraźnie: — Odchodzę. — Trudno więc przypuszczać, że się gdzieś na cały kwadrans zatrzymał. Opuściłem przeto swoje stanowisko i pośpieszyłem do towarzyszy, do których, niestety, nie miałem zaufania. Jakże łatwo jeden z nich mógł popełnić nieostrożność!
Stało się, jak przypuszczałem. Dotarłszy do miejsca, w którem ich pozostawiłem, zauważyłem, że Jima niema.
— Co tu się stało, mr. Snuffle? Brata niema. Dokądże poszedł? — zapytałem Tima.
— Niema go i basta! — odparł Tim lakonicznie.
— Widzę to. Ale dokąd się udał?
— Do czerwonych. Chce się do nich przyczołgać.
— Co też z was za ludzie! Nikt nie miał prawa się oddalać. Powinien był tu zostać.
— Wróci.
— Wódz Komanczów udał się na poszukiwanie nas. Jeżeli spotka pańskiego brata, może się stać coś, za co brat nie będzie mógł przyjąć odpowiedzialności.
— Przyjmie ją z pewnością.
— W jakiejże to formie?
— Poprostu weźmie tego łotra do niewoli.
— Albo tamten jego, co jest bardziej prawdopodobne. Gdyby pozostał tutaj, moglibyśmy spokojnie czekać na przybycie wodza i wzięlibyśmy go do niewoli. Muszę pójść w ślady waszego brata. Może uda się jeszcze całą sprawę...
Przerwałem, gdyż od strony, w której ujrzałem Indjan, rozległ się głośny trzask gałęzi. Rozległo się sapanie — po chwili stanął przed nami — — Jim Snuffle. Był bardzo podniecony; z prawej jego ręki spływała krew. Ujrzawszy mnie, zawołał:
— Ach, to pan! Gdybyś był poszedł ze mną, mielibyśmy go!
— Kogo?
— Wodza. Ujęcie go byłoby prawdziwą rozkoszą.
— Największą rozkoszą byłoby dla mnie natarcie twoich uszu, sir!
— Do licha! Cóżto za żarty! Jim Snuffle nie jest z tych, co pozwala sobie uszu natrzeć.
— Ale zasłużył na to!
Oho! Czemże to?
— Tem, że opuścił to miejsce bez mego pozwolenia. Nie potrzebujemy takich kompanów, którzy działają na własną rękę. W jaki sposób wpadłeś pan na pomysł oddalenia się stąd?
— Chciałem zobaczyć, gdzie się kryją czerwoni. Spotkałem wodza.
— Czy być może? A to niemiła sprawa!
— Przeciwnie, bardzo miła. Złościło mnie tylko to, że pana ze mną nie było. Ten czerwony łotr byłby bezwątpienia wpadł w nasze ręce.
— Gdybyś pan pozostał tutaj, schwytalibyśmy go o wiele łatwiej. Gdzieś go pan spotkał?
— O jakieś trzysta kroków stąd. Pełzałem cicho wśród zarośli, on zaś pełzał w moim kierunku. W pewnej chwili omal nie zderzyliśmy się głowami. Rozpoczęła się niema walka.
— I w rezultacie żaden z was nie zmógł przeciwnika.
Well. Ma pan rację. Wolę jednak, żem go nie schwytał, niż gdybym miał zostać jego jeńcem. Kanalja! Wywinął mi się z rąk, jak piskorz. Trzymał nóż; nie miałem czasu na wyciągnięcie bagnetu; musiałem bardzo uważać, aby mnie nie przebił. Gdym mu chciał wytrącić nóż z ręki, ugodził mnie ostrzem. Rana niewielka, zgoi się wkrótce.
— Jakżeście się rozeszli?
— Za obopólną zgodą. Widząc, że tego łotra pokonać nie zdołam, postanowiłem go puścić; wyswobodziliśmy się więc z żelaznych objęć, poczem bez słowa pożegnania obydwaj daliśmy nurka w krzaki. Powtarzam, gdybyś był ze mną, sir, prawdopodobnie mielibyśmy go w garści. Szkoda!
— Tak, mielibyśmy go w garści, gdybyś nie kierował się własnym rozumem.
— Muszę się nim kierować, drugiego nie mam! Nie sądzisz, stary Timie?
No — odparł zapytany wbrew oczekiwaniu.
— Nie? Jakto? — zapytał Jim.
— Mr. Shatterhand jest naszą głową. Mogłeś spokojnie pozostać.
— Ach! Więc i ty przeciw mnie?
Yes.
— Zamilknij lepiej i przypatrz się, jak krwawię! Wyciągnij nieco płótna z kulbaki i przewiąż mi ranę. Co się stało, nie odstanie, i nie warto nad tem biadać. No i cóż, mr. Shatterhand? Czy czerwoni będą nadal dybać na nasze życie?
— Nie sądzę.
— Odwróćmy więc ostrze i napadnijmy na nich.
— Z kilkoma ludźmi na siedemdziesięciu?
— Okazało się przecież, że się nas boją.
— Wcale nie o to chodzi.
— A o co?
— O to, że nie chciałbym doprowadzić do przelewu krwi.
— A więc pan znowu myśli o swych ulubionych fortelach?
— Obawiam się, że fortel zawiódłby w tym wypadku wskutek zbyt częstego używania. Ledwie człowiek uwolni jednego, drugi leci w łapy Indjan, jak ćma do ognia. Muszę się znowu podkraść ku czerwonym, aby wyśledzić, jak sprawy stoją. Odchodzę więc, ale przyrzekam, że jeżeli po powrocie nie dorachuję się tutaj wszystkich, pojadę swoją drogą i zdam was na łaskę Opatrzności. Pamiętajcie!
Nie obrałem tej samej drogi, co przedtem, gdyż To-kei-chun mógł wpaść na pomysł zgotowania na mnie zasadzki. Wiedziałem dokładnie, gdzie się kryjówka Indjan znajduje, więc mogłem podkraść się do niej z innej strony. Wybrałem drogę okrężną, dłuższą, lecz pewniejszą.
Po upływie pół godziny zbliżyłem się na taką odległość, że powinienem był dosłyszeć rozmowy. Panowała dokoła głucha cisza. Wobec tego zdwoiłem ostrożność. Czołgając się ostrożnie, dotarłem wreszcie do miejsca, w którem się Indjanie ukryli. Było —  — puste!
Czyżby to był podstęp? Po chwili doszedłem do przekonania, że Indjanie istotnie stąd odjechali. Wypadało jeszcze sprawdzić, czy w istocie opuścili Hazelstraits.
Postępując śladami Indjan, dotarłem nad brzeg stojącej wody; nagle usłyszałem dwukrotne wołanie Jima:
— Mr. Shatterhand, mr. Shatterhand!
Skoro krzyczał na całe gardło, to widocznie był przekonany, iż nie dosłyszą go Indjanie. Dlatego odpowiedziałem równie głośno:
— Co takiego?
— Pan szuka napróżno. Jeżeli chcesz coś zobaczyć, sir, wracaj czem prędzej!
Usłuchałem wezwania i pośpieszyłem wzdłuż wody. Ujrzawszy mnie, Jim wskazał na otwartą równinę i rzekł:
— Sir, a widzisz, pędzą tam. Uciekają. A to tchórze!
Istotnie, jechali z wielką szybkością w kierunku północnym. Policzyłem jeźdźców: wraz z jeńcem było ich siedemdziesięciu dwóch. A więc To-kei-chun zabrał do Hazelstraits wszystkich wojowników. Ci, pod którymi zastrzeliłem konie, dosiadali jucznych zwierząt. W takim razie na Makik-Natun, gdzie leżą pozostawione zapasy, niema ani jednego czerwonego.
— Istotnie, zachowali się jak tchórze, — odparłem. — Ale przypisać to należy mojemu sztućcowi. Gdybym go nie miał, bezwątpienia napadliby na nas.
Pshaw! Boją się poprostu. Czerwoni niechętnie zaczepiają braci Snuffles. Ciekaw jestem, czy zabrali mr. Dżafara?
— Oczywiście!
— Więc co u djabła poczniemy? Puścimy się w pościg?
— Tak, natychmiast po napojeniu koni. Prawdopodobnie do jutrzejszego wieczora będą musiały obejść się bez wody.
— Nie sądzę. Czerwoni jadą przecież na północ. Jeżeli się nie mylę, dotrą do rzeki Cimarone, nad którą również przybędziemy. A w rzece wody poddostatkiem!
— No, no, jaki z pana mądrala, — rzekłem z uśmiechem. — Czerwoni wcale nie podążają na północ.
— Naprawdę? A dokąd?
— Zpowrotem nad Makik-Natun.
— Czyś pan tego pewny?
— Najzupełniej. Kiedy pan, powziąwszy swój genjalny pomysł, puściłeś się na poszukiwanie Indjan, leżałem niedaleko i podsłuchiwałem. Wódz oświadczył, że o ile nie uda mu się schwycić nas wszystkich, trzeba będzie przynajmniej mr. Dżafara przewieźć na Żółtą Górę i przybić go do pala.
— Musimy więc dostać się tam przed Indjanami! Potem uwolnimy mr. Dżafara. W każdym razie ja i brat mój uczynimy wszystko, co w naszej mocy. Nieprawdaż, stary Timie?
Yes — przytaknął Tim.
Napoiwszy aż do nadmiaru konie, ruszyliśmy w drogę powrotną. Pociągnęło to za sobą pewną stratę czasu. Byłem z tego powodu wściekły. Gdyby towarzysze słuchali moich wskazówek, dawno przestalibyśmy wodzić się za łby z Komanczami.
Już mrok zapadał, gdyśmy przybyli nad staw, nad którym wczoraj spędziliśmy noc. Konie tu popasały i wypoczęły. Potem puściliśmy się w dalszą drogę. Noc całą spędziwszy w siodle, nad ranem zatrzymaliśmy się na godzinę. Tym razem koniom przypadło ciężkie zadanie. Po moim wierzchowcu nie znać było przemęczenia; pozostałe natomiast opadały z sił coraz bardziej; gdy więc po ostatnich kilku godzinach ukazały się przed nami kontury Makik-Natun, wierzchowce ledwo już robiły bokami.
— Przybyliśmy tu znowu! — westchnął Perkins, wskazując na górę. — Jestem zmęczony, jak pies pędzony z miejsca na miejsce. Dwa dni i dwie noce w siodle, z trzema krótkiemi przerwami, to nawet dla westmana nie byle co. Czy pojedziemy wprost ku grobom, sir?
— Tak — odrzekłem
— Obawiam się, że popełnimy błąd.
— Nie panu mówić o błędach, mr. Perkins! Spójrz na lewo. Oto miejsce, na którem leżeliście wraz z wodzem i daliście się wyprowadzić w pole. To się nazywa błąd! Wiem, co czynię, jadąc wprost ku grobom. Konie są śmiertelnie spragnione. Jedynie tam można je napoić. Musimy więc bezwarunkowo ruszyć na Makik-Natun. Zapewne przypuszczacie, że szczyt jest obsadzony przez kilku Komanczów. Otóż tak nie jest. W lesię orzechowym policzyłem czerwonych. Nie brakowało ani jednego. Na Żółtej Górze niema żywej duszy; najwyżej znajdziemy pozostawiony dobytek Komanczów.
— Zgadzam się z panem w zupełności, mr. Shatterhand. Ale pozostaną przecież nasze ślady, które czerwoni po przybyciu zauważą.
— Nie. Przedewszystkiem nie rozwinęli takiej szybkości, jak my, gdyż są bezwątpienia przekonani, że nas wyprowadzili w pole i żeśmy ruszyli na północ. Po drugie, musi pan pamiętać, że właśnie poto, aby nas zmylić, nadłożyli drogi.
— Więc pan przypuszcza, że przybędą dopiero rano?
— Nie wcześniej, niż nocą. Ponieważ nie znajdą wody ani dla siebie, ani dla koni, należy się liczyć z tem, że nie rozbiją obozu, lecz ruszą wprost na górę. Dlatego powiadam: nocą.
Well! W jakiż sposób oswobodzimy Persa?
— Tego jeszcze nie wiem. Musimy czekać, aż się zjawią; wtedy dopiero zdecydujemy.
— A więc nie ma pan zamiaru obozować opodal grobów i tam ich przyjąć?
— Ani mi się śni. Oddalimy się po napojeniu wierzchowców.
— Dokąd?
— Zastanowię się jeszcze. W każdym razie trzeba się będzie ukryć w takiem miejscu, abyśmy mogli ich obserwować. — —
Dotarliśmy do grobów czterech wodzów i zsiedliśmy z koni. Konie zaczęły chciwie pić; jeźdźcy dreptali wokoło, aby rozprostować zesztywniałe podczas długiej jazdy członki. Pilnie badałem okolicę. Powziąłem zamiar podczołgania się pod obóz czerwonych i wyciągnięcia Dżafara. Nie wiedząc, czy osiągnę ten cel podstępem i zręcznością, byłem zdecydowany w razie konieczności użyć broni. Ze współpracy towarzyszów zrezygnowałem zgóry, a to w obawie, że popsują mi szyki.
Nie wątpiłem ani przez chwilę, że uda mi się dotrzeć do jeńca. Przecież czerwoni nie przeczuwają nawet, że tu jestem. A jeżeli nawet wystawią warty i będą wyglądać niebezpieczeństwa, sawana pochłonie ich uwagę.
Jak wspomniałem, plac z drugiej strony otaczały strome ściany skalne, do których dostęp był niemal niemożliwy, zwłaszcza w nocy. Pamiętałem o tem dobrze, że Komanczowie, jako ludzie prerji, nie umieją chodzić po górach i będą uważali te skały za niedostępne, podczas gdy ja znajdę miejsce, z którego będę mógł podkraść się do nich z góry. O podejściu od strony sawany nie można było nawet myśleć. Wkrótce znalazłem, czegom był szukał. Tam, gdzie podczas ostatniej mojej bytności leżeli jeńcy a gdzie teraz spoczywał zawinięty w koce dobytek Komanczów, skała nie była wyższa nad siedem metrów. Podłoże jednego z jej cyplów, wysuniętego nieco naprzód, nie było skaliste; na żyznej ziemi rosły drzewa i krzewy. Nawet w mrokach nocy mogłem się upewnić, że wdrapanie się na cypel stromej skały i zejście z niego nie będzie rzeczą zbyt trudną. Gałęzie drzew i krzewów, tworzyły aż nazbyt dogodne oparcie. A na cyplu można do któregokolwiek drzewa przymocować lasso i spuścić się po niem nadół.
Po napojeniu koni ruszyliśmy wzdłuż podnóża gór. Po pewnym czasie natrafiliśmy na miejsce, doskonale nadające się na kryjówkę.
— Zostawiam was tutaj, messurs, — rzekłem — oddaję pod waszą opiekę konia i broń. Mam niepłonną nadzieję, że tym razem zastosujecie się do mych poleceń.
— Pan odchodzi? — zapytał Jim zaniepokojony.
— Tak. Poszukam miejsca, z którego będę mógł obserwować zbliżających się Indjan.
Nie nadmieniłem nic o swym planie. Nużby mi znowu spłatali figla! Jim odparł:
— Możemy przecież pójść razem z panem.
— No, no! Ledwie pana zganiłem, a już się wynosisz! Czy istotnie tak trudno panu zastosować się do mojej prośby?
Tim Snuffle rozdziawił usta, jakgdyby miał zamiar wygłosić wielką tyradę, i rzekł:
— Nie obawiaj się, sir! Tym razem Jim będzie musiał pozostać.
— Obiecujesz?
Yes.
— Obiecujesz również zatrzymać go, gdyby miał zamiar się oddalić?
Yes.
— Nikomu wogóle nie wolno się oddalać.
Well! Kto zechce się oddalić, temu wpakuję nóż między żebra. Nazywam się Tim Snuffle i zwykłem dotrzymywać słowa!
Po tym wielkim wysiłku westchnął głęboko i, chcąc swej groźbie nadać powagę, uderzył dłonią po rękojeści noża.
— Dziękuję, stary Timie! Wypowiedziałeś mądre słowa. Mam nadzieję, że aż do mego powrotu nie zmienisz postanowienia.

Odszedłem w przekonaniu, że dziś towarzysze nie zgotują mi zawodu. Zabrałem ze sobą lasso i sporą ilość rzemieni. —  — —

ŻÓŁTA GÓRA

Słońce zaszło przed chwilą. Przyśpieszyłem kroku, aby dostać się na cypl przed zapadnięciem nocy.
Zwróciłem się znowu ku grobom wodzów. W połowie drogi skręciłem w kierunku urwiska nad grobami. Wdrapałem się na cypel po ścianie skalnej. Z dołu perspektywa była o wiele groźniejsza, niż obecnie. Ku wielkiemu zadowoleniu doszedłem do wniosku, że nawet nocą będzie można wracać tędy bez obawy. Gdym dotarł do cyplu, było jeszcze tak jasno, że dojrzałem leżącą w dole kotlinę. Zacząłem badać stan drzew. Nadawały się doskonale do moich celów, gdyż korzenie tkwiły mocno w ziemi. Do jednego z najpotężniejszych pni przywiązałem koniec lassa, poczem położyłem się na ziemi. Bądź co bądź liczyłem się z możliwością, że moje przewidywania nie okażą się słuszne. Ileż przeszkód może wstrzymać Komanczów od przybycia na to miejsce i uniemożliwić wykonanie moich planów! Równocześnie jednak miałem poczucie zupełnej pewności, które mnie nigdy nie zawodzi.
Upływały godziny. Gwiazdy lśniły coraz jaśniej na firmamencie. Wyczytałem z położenia konstelacyj, że zbliża się północ. Nagle jakiś szmer obił się o moje uszy. Wytężyłem słuch. Czy to oni? Odgłosy zbliżały się powoli. Już można było rozróżnić dźwięk kopyt końskich, uderzających o miękki piasek sawany. Tak, to oni! Po chwili dotarły do mnie ich głosy. Byli teraz zupełnie blisko. Pozsiadali z koni, rozpalili ogniska; mogłem się im dokładnie przyjrzeć. Czuli się tu tak bezpiecznie, że nie myśleli wcale o przeszukaniu okolicy. Po napojeniu koni, zaprowadzili je na sąsiednią polankę, aby się pasły spokojnie. Potem zebrali się dokoła ogniska. Po niedługiej chwili poczułem ostry zapach pieczonego mięsa. Wywnioskowałem, że upolowali po drodze zwierzynę.
Ujrzałem również jeńca; leżał związany przy ognisku, najbardziej ode mnie odległem. Indsmani byli zmęczeni dłuższą od naszej, męczącą jazdą. Więc przewidywałem, że ułożą się do spoczynku natychmiast po jedzeniu. Tak się też stało. Wódz wydał rozkazy, ustalił porządek wart, poczem, oddaliwszy się od swych ludzi, położył się pod skałą i okrył kocem.
Uświadomiłem sobie dokładnie, że wykonanie mego planu nie będzie wcale łatwe Wszystkie ognie pogasły. Paliło się jedynie ognisko jeńca, przy którem siedziało dwóch wartowników.
Zamierzałem potajemnie wykraść Dżafara. W dole było ciemno, spuszczenie się więc po lassie nie nastręczało żadnych trudności. Ale co potem? Jeżeli się zbliżę do ogniska, obydwaj wartownicy zobaczą mnie z pewnością. A gdyby nawet udało mi się ich powalić, zdążą podnieść alarm. Czy potrafię więc wyzwolić Dżafara z więzów? Czy wiem, dokąd się z nim udać? Na sawanę? Przecież tam stoją warty! Podciągnąć go na lassie? Gdyby nawet Dżafar umiał drapać się po górach, czerwoni pochwycą nas, zanim zdążymy dotrzeć do cyplu.
Nie chcąc się narażać na zbyt wielkie niebezpieczeństwo, zrezygnowałem z tego planu.
Cóż jednak począć? Dżafara muszę uwolnić. Sprawa jest bardzo prosta. Na dole leży wódz. Próba obezwładnienia go grozi wprawdzie również gardłem, ale bądź co bądź łatwiejsze to, niż schwytanie Persa. Jeżeli mi się manewr uda, oswobodzę jeńca przez wymianę.
Po krótkim namyśle przerzuciłem koniec długiego lassa i spuściłem się po niem. Dotarłszy nadół, zacząłem nadsłuchiwać. Cisza, żadnego szmeru. Wódz leżał opodal. Śpi z pewnością; gdyby czuwał, usłyszałby szelest.
Podczołgałem się ku niemu po ziemi. Leżał z głową opartą o skałę. Przybliżyłem ucho; oddychał miarowo. Podniosłem się nieco, ująłem go lewą ręką za szyję, równocześnie zaś wymierzyłem mu dwa potężne uderzenia pięścią. Zadygotał jak w febrze, potem zamarł w bezruchu. Gdym cofnął rękę od szyi, leżał jak trup.
Pierwsza połowa planu udała się. Teraz trzeba wciągnąć wodza na górę Wyprostowałem się, wziąłem go na ręce i zaniosłem na miejsce, w którem zwisało lasso. Tu położyłem go na ziemi i spojrzałem w kierunku ogniska, nad którem siedzieli wartownicy. Nic nie spostrzegli. Zauważyłem jednak, że właśnie w tej chwili jeden z czerwonych wstaje od ogniska i idzie w moim kierunku. Okoliczność ta mogła pokrzyżować cały plan.
Przedewszystkiem chciałem wodza związać i skneblować; niestety, nie miałem na to czasu, gdyż wartownik mógł się w każdej chwili do mnie zbliżyć. Zdołam go wprawdzie unieszkodliwić, ale kto wie, czy przy tej okazji nie zakłócę ciszy. Tak, trzeba jak najprędzej uciekać. Podciągnąłem więc pod ramiona wodza końce lassa, zadzierzgnąłem mocny węzeł i począłem się wdrapywać po tym grubym z pięciu włókien plecionym sznurze. Dotarłszy na górę, zacząłem obserwować wartownika. Był już niedaleko. Jeżeli nie zboczy, przejdzie wkrótce obok wodza w odległości jakichś piętnastu kroków. W pierwszej chwili gotów byłem przeczekać, aż minie mego jeńca. Natychmiast jednak porzuciłem ten zamiar; przecież wartownik może zauważyć po drodze, że wódz opuścił legowisko pod skałą, i pocznie go szukać wzrokiem dookoła. Dlatego postanowiłem jak najszybciej wciągnąć oszołomionego To-kei-chuna na górę.
Nie była to łatwa sprawa. Skała, o którą lasso się ocierało, nie była, niestety, bryłą jednolitą. W pewnej chwili obsunął się jakiś kamień i spadł na dół. Usłyszawszy rumor, wartownik szybkim krokiem pobiegł w kierunku skały. Wódz zwisał o jakiś metr pode mną; zacząłem go wciągać z pośpiechem, co również nie obeszło się bez hałasu. Czerwonoskóry dotarł aż do skały. Mimo ciemności ujrzał zapewne unoszące się na lassie ciało.
Uff! — zawołał zdumiony i podbiegł ku miejscu, w którem leżał wódz. Widząc, że To-kei-chuna tam niema, wrócił pod skałę.
— Co To-kei-chun robi na górze? — zapytał w chwili, gdym wciągał wodza na cypl. — Czy wódz Komanczów umie latać?
Nie było żadnej odpowiedzi. Milczenie to musiało obudzić w wartowniku podejrzenie; gdyby postać, która przed chwilą wzleciała wgórę, była istotnie postacią wodza, otrzymałby przecież odpowiedź na pytanie. Czerwonoskóry nie wiedział w pierwszej chwili, co począć. Wszcząć alarm? Wódz nie dał przecież żadnej odpowiedzi, więc może wzlot swój chce zachować w tajemnicy.
Tymczasem zwolniłem z lassa To-kei-chuna, skrępowałem mu nogi powrozem, a ręce zacząłem przywiązywać do piersi. W trakcie tego odzyskał przytomność. Gdyby leżał spokojnie, oprzytomniałby z pewnością znacznie później; ponieważ jednak musiałem go wciągać na górę i ocierać o kamienie, stan oszołomienia minął prędzej. Poruszył się, zanim skończyłem wiązać mu ręce. Czując, że nie ma swobody ruchów, otworzył oczy. Pochyliłem się nad nim, twarze nasze niemal się dotknęły. Poznał mnie mimo ciemności. W tej samej chwili wartownik zapytał z dołu:
— Dlaczego To-kei-chun nie odpowiada? W jaki sposób dostał się na górę? Czy nikt nie powinien wiedzieć o tem, że się oddalił?
Wódz krzyknął donośnym głosem:
— Old Shatterhand jest tutaj! Uprowadził mnie. Na pomoc, na pomoc! Biegnijcie prędzej na róg...
Ścisnąłem mu usta lewą ręką, w prawą zaś ująłem nóż i, mierząc ostrzem prosto w pierś, rzekłem groźnie:
— Milcz!
Wiedział, że go nie przekłuję, gdyż w takim razie nie mógłbym odzyskać Dżafara. Zależało mu więc na tem, by dać zlecenie swym ludziom, jak się mają zachować. Szamocąc się, odsunął na chwilę mą rękę od ust; zamknąłem je znowu i znowu zaczęliśmy się szamotać. W krótkich momentach wyzwolenia z pod uścisku mojej dłoni mógł wydobywać ze siebie urywane okrzyki:
— Biegnijcie na róg... aż do miejsca... w którem można się... wdrapać na górę... leżę tu... na skale i...
Nie mogłem mu wpakować knebla w usta, ponieważ zagryzł wargi, musiałem go więc obezwładnić znowu potężnem uderzeniem pięści.
Tymczasem Komanczowie zerwali się na równe nogi. Byłoby mi bardzo na rękę, gdyby podnieśli krzyk. Niestety, zachowali spokój. Dzięki temu mogli zrozumieć każde słowo wodza. Ponieważ przytrzymywałem mu usta ręką, wołania jego brzmiały nad wyraz rozpaczliwie. Groza podnieciła Indsmanów. Ledwie wódz zamilkł, rozległ się wściekły ryk. Wprost wierzyć się nie chciało, że wrzaski te wychodzą z ust ludzkich. Usłyszałem, że biegną w zaleconym kierunku. Nie trzeba chyba podkreślać, że zależało mi na tem, aby nie spełnili jego rozkazu. Dlatego, przekrzykując ich wrzaski, zawołałem:
Hola! Wstrzymajcie się i słuchajcie, co wam powiem.
Zaległa cisza. Ciągnąłem dalej:
— Jestem Old Shatterhand. Znowu wziąłem To-kei-chuna do niewoli. Jeżeli pozostaniecie w obozie, nic mu się złego nie stanie. Jeżeli jednak ruszycie na górę, zakłuję go. Chcę, aby schwytana blada twarz odzyskała wolność. Gdy nastanie dzień, dowiecie się, czego żądam od was i od waszego wodza.
Przez niedługą chwilę panowało głębokie milczenie. Komanczowie namyślali się. Wreszcie usłyszałem głos:
Uff! Old Shatterhand nie zabija bezbronnych jeńców. Niechaj bracia moi czynią, co im To-kei-chun rozkazał!
Uff, uff, uff, hiiiiiiiiiih! — odpowiedziała reszta, wydając wojenne okrzyki, poczem wszyscy pobiegli.
Znalazłem się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Słusznie sądzili — nie miałem zamiaru zabijać wodza. Groźba moja nie odniosła skutku. Miałem przed sobą ciężką perspektywę dźwigania wodza i uciekania z nim wśród ciemności po nieznanym skalistym terenie.
Gdyby pobiegli wszyscy, nietrudno byłoby mi uciec. Poprostu spuściłbym się nadół wraz z jeńcem, dotarłbym przez opuszczone obozowisko na równinę i odszukałbym na niej swoich towarzyszów. Śmiały ten krok nie pociągnąłby niebezpiecznych skutków. Niestety, część Indsmanów pozostała; pięciu czy sześciu pilnowało jeńców przy ognisku, dziesięciu zaś stało naprzeciw skały i obserwowało mnie bacznie. Nie mogłem nawet marzyć o spuszczeniu się nadół.
Trzeba się było zdecydować na niebezpieczne drapanie się po górach. W tym celu musiałem uzyskać zupełną swobodę rąk, Z wielkim trudem przywiązałem wodza do swoich pleców. Obrałem tę samą drogę, po której przybyłem. Ryki Indjan zamilkły; słychać tylko było odgłos moich kroków, którego, niestety, nie mogłem stłumić. Co krok musiałem chwytać za skałę, lub za drzewo. Rozlegał się trzask gałęzi; od czasu do czasu słychać było, jak stacza się kamień. Czerwoni zachowywali się spokojnie, musiał więc dojść do nich każdy szmer. Drapali się na górę w głębokiej ciszy. Odgłos mych kroków był im przewodnikiem. Jedyna moja nadzieja opierała się na tem, że znam drogę, natomiast Komanczowie nie znają jej i będą mieli do pokonania cały szereg trudności.
Z wodzem na plecach szedłem i szedłem, to drapiąc się na górę, to znowu chwytając się gałęzi, aby nie spaść ze stromego urwiska.
Na nieszczęście, nie udało mi się dotychczas zakneblować To-kei-chuna. Powoli odzyskiwał przytomność; zauważyć to można było po ruchach. Nie mógł oderwać ramion od piersi ani rozstawić nóg. Ale mógł zginać kolana, do czego uciekał się z pasją, kopiąc mnie potężnie w plecy. Utrudniało to mą wyprawę, która jednak postępowała naprzód. Nagle wódz wpadł na pomysł, że lepiej będzie pracować językiem, niż kolanami i wrzasnął:
— Pójdźcie tu, wojownicy Komanczów! Jestem tutaj, niesie mnie na rękach!
— Milcz! — rzuciłem groźnie. — Nie mam zamiaru żartować. Jeżeli się nie uspokoisz, zakłuję cię nożem.
— Proszę, proszę! — odpowiedział ironicznie. — Jakże będziesz mógł uwolnić jeńca, skoro mnie zamordujesz?
Wrzeszczał nadal, tylko od czasu do czasu milknąc na jedno mgnienie dla złapania oddechu. Nie ulegało wątpliwości, że przy takim stanie sprawy wpadnę w ręce Indjan. Wyciągnąłem więc nóż i, przykładając ostrze do gardła To-kei-chuna, rzekłem:
— Jeżeli nie przestaniesz wrzeszczeć, przepiłuję ci gardło.
Łotr tak ufał w moje uczucia humanitarne, że nie bacząc na ostrze noża, przyłożone do gardła, ryknął.
— Komanczowie, jestem tutaj!
Sytuacja stawała się nieznośna. Ryk To-kei-chuna wskazuje Indjanom dostęp do mnie, ponadto, jeżeli się zbliżą, nie dosłyszę w tym hałasie ich kroków. Czy mam ogłuszyć go po raz trzeci? Uważałem to za środek ryzykowny. Zamiar może się nie udać; kto wie zresztą, czy go tym razem nie zabiję? Ponadto trzebaby go było odwiązywać od pleców, co pochłonęłoby sporo czasu. Nie odwracając się więc, wbiłem mu ostrze noża w górną część piersi, bacząc pilnie, by ukłucie nie było zbyt głębokie.
— Psie! — ryknął.
— Jeszcze słowo, a wpakuję nóż aż po rękojeść!
Zamilkł. Zatrzymałem się więc na chwilę. Nadsłuchiwałem. Martwa cisza. Nagle dobiegło od podstawy góry niewyraźne echo ludzkich głosów. Zrozumiałem, co zamierzają Indjanie. Nie mogli się wdrapać na górę. Głos wodza wskazał im, że znoszę go nadół. Wystarczyło więc czekać na dole. Nie wiedząc, w którem miejscu zejdę z góry, musieli utworzyć łańcuch. Zamkną go, skoro się tylko zjawię. Wywnioskowałem to ze wzajemnych nawoływań czerwonych.
Czy jednak sztafeta Indjan dotrze do miejsca, gdzie leżą ukryci moi towarzysze? Gdyby się tak stało, sytuacja nasza nie byłaby najłatwiejsza. Niewiadome bowiem, czy nawet sprytnym i energicznym braciom Snuffles uda się odeprzeć atak i kryć mój odwrót. Z tego względu bałem się o nich więcej, niż o siebie.
Najcięższą część drogi miałem już za sobą; schodziłem więc nadół o wiele prędzej, niż do tej pory. W przeciągu dziesięciu minut mogłem być na dole. Nagle rozległ się odgłos strzału i ktoś zawołał:
— Masz za swoją ciekawość, czerwona świnio! Teraz będziesz wiedział, kim jesteśmy!
Był to głos Jima Snuffle. A więc Komanczowie odkryli naszą kryjówkę! Skutki nie dały na siebie czekać. Kilku czerwonych podniosło alarm, a po chwili zawtórowała im reszta. Po tych głosach mogłem oszacować długość łańcucha, który utworzyli.
Po chwili padł drugi strzał, tym razem z większego oddalenia. Bezpośrednio po tym strzale usłyszałem głos Jima:
— Znam odgłos tych strzałów. Toś ty strzelił, stary Timie, nieprawdaż?
Yes.
— Słusznie! Pokaż im, gdzie raki zimują! Zobaczymy, czy nas pochwycą. Byłaby to dla nich rozkosz prawdziwa!
Padło jeszcze kilka strzałów, na które czerwoni odpowiedzieli rykiem. Poznałem po tym ryku, że się oddalają. Otrzymali nauczkę!
Przybywszy szczęśliwie nadół, ujrzałem tylko wierzchowce i jednego z lokajów Dżafara.
— Jesteś sam? Gdzież reszta? — zapytałem.
— Niema ich! Kiedy czerwoni się zbliżyli, Jim Snuffle uznał, że trzeba ich przepędzić.
Usłyszałem trzask gałęzi i po chwili ujrzałem Jima we własnej osobie.
— Niema ich, — mówił Jim, nie widząc mnie, — i nieprędko, powrócą. Oby tylko Old Shatterhand zjawił się jak najprędzej! Krzyk z góry zdezorjentował mnie zupełnie. Można było przypuszczać...
Naraz mnie ujrzał. Przerwał więc, podszedł ku mnie i zaczął mówić dalej:
— Do licha! Któż to taki? Takiego grubego ananasa nie widziałem jeszcze...
— To złudzenie, że jest grubasem, — przerwałem. — Ma pan przed sobą dwóch ananasów, mr. Snuffle!
— Ach, więc to pan? — zawołał z zadowoleniem. — Dzięki Bogu, żeś...
— Cicho, cicho! Krzyczysz, sir, jakgdybyś chciał, żeby cię usłyszano w całym Meksyku. Czy nie wiesz, że czerwoni wpobliżu?
— Wpobliżu? — rzekł z uśmiechem. — Ani im się śni! Byli wpobliżu, ale teraz już niema ich na lekarstwo.
— Czyś pan tego pewien?
Yes. Widziałem na własne oczy, jak uciekali. Zbliżyli się gęsiego, zapewne chcieli utworzyć łańcuch celem schwytania was. Ale udaremniliśmy ich zamiar!
— Czy aby całkowicie?
— Całkowicie! Mój stary Tim ściga ich wraz z resztą towarzyszów; ja zaś wróciłem tutaj, by na pana czekać.
— Jeżeli tak, spisaliście się dobrze i winienem wam wdzięczność, żeście przepędzili Indjan. Oto moja ręka, mr. Snuffle. Przekonałem się, że mogę na pana liczyć.
— Nie ma pan za co dziękować. Wczoraj wyciągnąłeś mnie, sir, ze znacznie gorszej opresji. Mimo to... proszę o rękę. Uścisk dłoni Old Shatterhanda, to dla mnie rozkosz prawdziwa! — Cóż za łotra dźwiga pan na sobie?
— Zdejm go, sir! Nie poznaliście go po głosie? Przecież ryczał, jak nieboskie stworzenie.
Popuściłem jeńcowi lassa; Jim umieścił go na ziemi. Spojrzawszy w oczy Indjaninowi, zawołał ze zdumieniem:
— Do licha! Przecież to ten stary lis, To-kei-chun! W jaki sposób schwytałeś go, sir? Przez przypadek?
— Nie.
— Czyż być może? Chyba pan nie twierdzi, żeś nas opuścił z gotowym planem wykradzenia Indjanom ulubionego wodza?
— Tego nie twierdzę. Odszedłem stąd aby oswobodzić mr. Dżafara. Aliści zbyt pilnie go strzeżono. Postanowiłem więc ująć wodza, co na jedno wychodzi, gdyż, mając go w swej mocy, mamy właściwie mr. Dżafara.
— To już chyba czwarty majstersztyk, mr. Shatterhand!
— Istotnie, sprawa nie była tym razem łatwa. Obecnie jednak musimy gdzie indziej skierować uwagę. Czerwoni będą całkowicie pochłonięci myślą u uwolnieniu wodza. W dzień nie odważą się podkraść do nas, ponieważ, jak już to nieraz dowiedli, boją się nas, niby ognia. Ale pod osłoną nocy gotowi spróbować szczęścia. Indjanie zorjentują się po strzałach, gdzie jesteśmy. Leżymy tu na skraju równiny, u stóp góry. Gdyby utworzyli łańcuch, ciągnący się ku równinie, z drugiej zaś sięgający góry, bylibyśmy zamknięci, a czerwoni mogliby...
Przerwałem, gdyż zjawił się Tim Snuffle.
— Słuchaj, stary Jimie, — rzekł — mam wrażenie, że czerwoni... Ach, ależ to Old Shatterhand we własnej osobie! Któż to leży tutaj?
— To-kei-chun — odrzekłem.
— Do pioruna! Schwytałeś go, sir?
— Tak. Przybywa pan z meldunkiem?
Yes. Mam wrażenie, że Indjanie coś knują.
— Z czego to pan wnosi?
— Pełzają w kierunku równiny.
— No i cóż, Jimie, nie miałem racji? Sprowadźcie tu natychmiast resztę towarzyszów. Niech się zbliżą, zachowując najgłębsze milczenie, i niechaj będą gotowi do ruszenia w dalszą drogę. Ja tymczasem stawię opór Indsmanom.
Ująwszy sztuciec Henry’ego, przedarłem się przez zarośla ku otwartej prerji. Dotarłszy do niej, padłem na ziemię i zacząłem pełzać po średnicy półkola, które, według moich obliczeń, utworzyć mieli Indjanie. Po jakimś czasie zatrzymałem się. Przypuszczenia moje okazały się słuszne. Z lewej strony wyrastały pochylone postacie, posuwające się wolno naprzód. Indjanie szli gęsiego. Gdy idący na przedzie znalazł się w odległości jakichś czterech kroków ode mnie, dałem w jego kierunku trzy czy cztery strzały, — oczywiście nie celując ani w niego, ani w tych, którzy szli za nim, i zawołałem:
— Cofnijcie się! Tu stoi Old Shatterhand. Kto się odważy iść dalej?
Wydawszy kilka okrzyków przerażenia, łotry w mig się ulotnili. Posłałem za nimi jeszcze kilka strzałów, zanim wróciłem do naszej kryjówki.
Wszyscy towarzysze byli już zebrani. Słyszeli odgłos moich strzałów. Jim Snuffle zapytał:
— Strzelałeś, sir? Do kogo?
— Oczywiście do czerwonych. Chyba nie wyobraża pan sobie, że usiłowałem zestrzelić kilka gwiazd z nieba!
— A więc Komanczowie istotnie pełzali ku nam?
— Tak.
— A potem?
— Dali drapaka.
— Możemy tu pozostać?
— Nie. Jestem przekonany, że ponowią próbę, ale tym razem w większej odległości. Musimy się więc ulotnić.
Wódz słyszał całą rozmowę. Nie uważałem za potrzebne ukrywać jej przed nim. Milczał jak zaklęty; nie dawał znaku życia. Przerzuciwszy broń przez ramię, wsiadłem na konia. Podsadzono mi wodza, poczem ruszyliśmy w kierunku równiny. Dotarłszy do miejsca, w którem podczas ostatniej niszej bytności odbyła się wymiana pojmanego wodza za białych jeńców, zeskoczyliśmy z koni i rozsiedliśmy się na ziemi, dookoła To-kei-chuna kołem. Teraz dopiero mogłem opowiedzieć towarzyszom, w jaki sposób udało mi się znowu porwać wodza. Najtrudniejszym momentem był bezwątpienia odwrót, za który wszyscy obsypali mnie pochwałami. Nie skończyłem jeszcze opowiadania, gdy od strony góry rozległ się piekielny hałas.
— To czerwoni — rzekł Perkins. — Powiedz, mr. Old Shatterhand, co oznacza ten piękny śpiew?
— Odpowiedź jest bardzo prosta. Mimo, że ich przepędziliśmy, nie zrezygnowali z napaści na nas. Otoczyli naszą kryjówkę i, na umówiony znak, wpadli do niej.
— A tymczasem ptaszki z niej wyleciały!
— Wielkie to dla nas szczęście. Czerwoni są tak wściekli, że ryczą, jak nieboskie stworzenia.
Tego już było wodzowi za wiele. Syknął więc:
— Powiadasz, że ryczą z wściekłości? A ja ci mówię, że będą jeszcze ryczeć z radości!
Pshaw! — odparłem. — Ryk ten jest dowodem głupoty, słowa zaś twoje są jeszcze wyraźniejszym dowodem, niż ich wrzaski.
— Milcz! To-kei-chun nigdy nie rzuca słów na wiatr.
— Znam twoje myśli nawylot. Twoi wojownicy wiedzą, że chcę wymienić cię za pojmaną bladą twarz i że wskutek tego będę musiał pomówić z nimi jutro. Są więc przekonani, że się nie oddalę od ich obozu. Głowili się nad tem, gdzie pozostanę i gdzie będę z nimi prowadzić układy. Odpowiedzieli sobie z pewnością, że Old Shatterhand będzie z nimi mówić w tem samem miejscu, w którem już raz prowadził układy. Skorzystają więc z ciemności nocy, aby raz jeszcze spróbować napadu.
Uff!
— Ale to im się nie uda, — ciągnąłem dalej — choć pokładasz w napadzie całą nadzieję. Gdybyś jej nie miał, nie groziłbyś nam. Widzisz więc, że twoje słowa są czcze, jak ryk twych wojowników.
Nie odpowiedział. Ciągnąłem dalej:
— Nie jesteś wcale wart tego, aby wojownik rozmawiał z tobą, gdyż zbezcześciłeś kalumet i nie dotrzymałeś obietnicy pokoju.
— Jedynie własny kalumet jest dla mnie świętością! Dlaczego nie wypaliłeś mego? Old Shatterhand jest znacznie głupszy od tych, których nazywa głupcami.
— Nie postąpiłem ani głupio, ani lekkomyślnie. Ja, gdybym pociągnął z twojej fajki pokoju, uważałbym obietnicę za równie świętą, jakgdybym wypalił własny kalumet. Przewidziałem twój wykręt i wyjawiłem go towarzyszom. Mimo to nie zmusiłem cię do posługiwania się własnym kalumetem. Albowiem nie lękam się ciebie. Jesteś wobec mnie robakiem, którego mogę w każdej chwili zdeptać.
— Cóż się tedy stanie z bladą twarzą, którą pojmaliśmy?
Pshaw! Potrafiłbym uwolnić tego białego, gdybyś nawet nie był w naszej mocy.
Zdawałem sobie sprawę, że Indjanie wkrótce znowu nas okrążą. Poleciłem przenieść wodza na ubocze, aby nie wtajemniczać go w nasze zamysły, i naradzałem się z towarzyszami. Postanowiliśmy, że bracia Snuffles, Perkins i obydwaj przewodnicy ruszą wraz ze mną przeciw ewentualnym wywiadowcom; obydwaj zaś lokaje pozostaną przy wodzu. Po chwili zaczęliśmy pełzać naprzód. Zatrzymaliśmy się po pewnym czasie. Zleciłem towarzyszom rozwinąć tyraljerkę w kierunku Żółtej Góry. Odległość między każdym z nas wynosiła około czterdziestu kroków. Postanowiłem zająć wysunięty nieco środek szeregu. Nie wątpiłem, że wywiadowca wpadnie między nas, jak ryba w sieć.
I tym razem nie omyliłem się. Po upływie niespełna pół godziny Jim Snuffle zawołał:
— Ktoś się tu chce przedostać. Trzymaj go mocno, stary Timie!
Yes!
Obydwaj bracia leżeli na prawo ode mnie; bliżej Tim, dalej Jim. Odwróciłem się i zobaczyłem, że Tim biegnie w kierunku jakiejś postaci, która przed chwilą podniosła się z ziemi i rzuciła do ucieczki. Postać biegła w wielkich susach ku wysuniętemu miejscu, w którem leżałem. Był to czerwony. Pozwoliwszy mu zbliżyć się na odległość dziesięciu kroków, podniosłem się niespodzianie. Przerażony Indjanin zatrzymał się na mgnienie oka. Wystarczyło mi to w zupełności. Doskoczyłem doń w dwóch potężnych susach, przewróciłem na ziemię i przytrzymałem tak długo, dopóki nie podeszli bracia Snuffles i nie związali go. Stało się wszystko bez hałasu, Indjanin bowiem stawiał bardzo słaby opór.
— No, tego mamy! — rzekł Jim z zadowoleniem. — Ciekaw jestem, czy przyszedł tu w towarzystwie.
— Zgodnie z taktyką Indjan powinien być sam. W przeciwnym razie zauważylibyśmy innych równocześnie z nim — odparłem. — Zaprowadzimy go do wodza, potem ruszymy dalej.
— Dokąd?
— Niedaleko. Udamy się do miejsca, gdzie nas nie będą szukać. Przed chwilą powziąłem pewien plan. Oświadczyłem niedawno wodzowi, że potrafię uwolnić bladą twarz i bez wymiany. Ta przechwałka naprowadza mnie na pierwotny mój zamiar. Przekradnę się ku grobom wodzów, przy których leży nasz jeniec.
— Sam się wydasz w ręce Indsmanów, sir!
— Niema ich tam.
— Kto to panu powiedział?
— Wywiadowca. Uciekał przed nami. Nie ulega wątpliwości, że biegł w kierunku towarzyszów. A przecież biegł ku mnie od prawej strony. Dowodzi to, że znajdują się na lewo; zatrzymali się tam, nie znalazłszy nas w kryjówce. Zdaniem więc mojem, sytuacja przedstawia się tak: podczas mego przebywania na cyplu skalnym około dziesięciu Indjan stało na dole, sześciu zaś pilnowało mr. Dżafara. Skorom się oddalił uznali to za zbędne. Jeńca pilnuje najwyżej dwóch wartowników, z którymi łatwo dam sobie radę; reszta przyłączyła się do tych, którzy zamierzają na nas napaść. Przekradnę się więc ku grobom wodzów; zmienimy przedtem kryjówkę, by nas nie znaleziono. — —
To-kei-chun obrzucił nowego jeńca osłupiałem spojrzeniem, nie mówiąc ani słowa.
— No i cóż? — zapytałem. — Czy wojownicy twoi oswobodzą cię, wodzu? Schwytaliśmy ich wywiadowcę.
— Ale mimo to przyjdą! — mruknął.
— Może zjawią się tutaj; nie ulega jednak wątpliwości, że nie dotrą do nas. Zawiedziesz się, jak przedtem, kiedy nas chciałeś oszukać.
Uwolniliśmy z więzów nogi wodza i wywiadowcy, aby mogli iść swobodnie; po jakimś czasie zatrzymaliśmy się w miejscu, odległem o jakąś milę angielską. Obrałem tak wielki dystans, aby Komanczowie nie usłyszeli ewentualnych krzyków wodza. Objaśniwszy towarzyszów, jak się powinni zachować, opuściłem ich, aby wykonać nowy plan. Na wszelki wypadek zabrałem ze sobą obydwie strzelby.
Nasze nowe legowisko znajdowało się w dosyć wielkiej odległości od grobów. Dotarłem przeto do celu po upływie dobrej godziny od chwili schwytania wywiadowcy. Mimo to byłem święcie przekonany, że czerwoni trwają jeszcze na swem przypuszczalnem stanowisku. Fakt że wywiadowca oddalił się na godzinę, nie powinien ich wyprowadzać z równowagi. Należało więc liczyć się z tem, że na dole, przy grobach, napotkam na niewielki opór.
Przypuszczenie okazało się słuszne. Gdym wpobliżu grobów zaczął się przedzierać przez rzadkie zarośla, ujrzałem przy ognisku tylko dwóch wartowników. Siedzieli przy jeńcu, odwróceni do mnie plecami. Jeżeli nie usłyszą szmeru moich kroków, wykonanie planu uda mi się z pewnością.
Przypadłem do ziemi i czołgałem się w ich kierunku. Nie było to rzeczą łatwą, gdyż krzaki się urwały, a niska trawa nie dawała żadnej osłony. Musiałem się trzymać linji cienia, który obydwaj Indjanie rzucali w moim kierunku. Niebezpieczną sytuację komplikowała osoba tego, którego miałem zamiar oswobodzić. Nie był obeznany z życiem Dzikiego Zachodu i nie posiadał daru panowania nad sobą w niespodziewanych sytuacjach. Jeżeli mnie ujrzy zdaleka i zdradzi się z tem w jakikolwiek bądź sposób, mogę dostać kulkę w łeb przed dotarciem na miejsce. Trzeba więc było posuwać się naprzód w ten sposób, by ciągle zasłaniał mnie przed nim jeden z Indjan. Mimo trudności udało mi się tego dokonać. Oto wreszcie znalazłem się w odległości kilku kroków od Dżafara. Podniosłem się teraz z ziemi i, trzymając w ręku nabity rewolwer, w dwóch susach stanąłem za plecami czerwonych. Na odgłos kroków odwrócili się obaj. Pod wpływem zdumienia nie mogli wykrztusić ani słowa, lecz pozostało im jeszcze tyle przytomności, że chwycili za rękojeści nożów i zerwaliby się z ziemi, gdybym nie rozkazał:
— Siedźcie, nie ruszajcie się, bo was zastrzelę!
Uff, uff! — stęknął jeden. — To Old Shatterhand!
— Tak, jestem Old Shatterhandem. Jeżeli nie będziecie mi bezwzględnie posłuszni, zginiecie wraz ze swym wodzem. Odłóżcie więc noże!
Usłuchali rozkazu.
Podszedłem do Dżafara i przeciąłem mu więzy; w lewej ręce trzymałem rewolwer, lufą skierowany ku wartownikom. Po chwili rzekłem do Dżafara:
— Weź pan te rzemienie i zwiąż niemi ręce i nogi tych czerwonych gentlemanów.
Wstał, by wykonać polecenie; jeden z czerwonych odezwał się na to:
— Nie damy się związać!
— Jeżeli nie będziecie posłuszni, zastrzelę was, a leki wasze i skalpy wrzucę w ogień.
Uff! — zawołał przerażony.
Groźba złamała opór. Pers związał ich bez hałasu.
— Ograbiono cię, sir? — zapytałem go.
— Tak — odparł.
— Kto?
— Wódz.
— Wszystko zabrał?
— Tylko drobiazgi. Rzeczy wartościowe ukryłem w siodle.
— Siodło jest w naszem posiadaniu. Drobiazgi wódz będzie musiał zwrócić.
Rzekłem do wartowników:
— Oto owoce waszego wiarołomstwa. Jeniec wasz odzyskał wolność, zato To-kei-chun jest znowu w mej mocy i nie tak łatwo wydostanie się z niewoli. Teraz opuszczamy to miejsce. Jeden z was odprowadzi nas, będzie świadkiem mojej rozmowy z wodzem i wróci tu jako wysłannik. To-kei-chun pozostanie z nami aż do chwili, w której czuć się będziemy bezpieczni. Zabieram mu konia. Czy później wodza uśmiercimy, czy też podarujemy mu życie, będzie to zależało od jego zachowania.
Dżafar przyprowadził wierzchowce, swego i To-kei-chuna, później przyniósł broń i parę drobiazgów, które pozostały pod skałą po To-kei-chunie. Zdjąłem więzy z nóg jednego z wartowników i przywiązałem mu ręce do strzemienia. Towarzysza jego skneblowałem tak, by nie mógł pisnąć. Potem zgasiłem ognisko i ruszyliśmy.
Gdyśmy wydostali się na równinę, Pers odezwał się w te słowa:
— Sir, ileż panu zawdzięczam! Dług mój względem pana rośnie z dnia na dzień. Teraz znowu mnie pan uwolnił.
— Ale po raz ostatni! — rzekłem poważnie.
— Jestem tego pewien. Nie wpadnę już w łapy tych djabłów.
— Jeżeli będziesz, sir, ostrożniejszy, niż dotychczas.
— Zaręczam.
— Daj Boże. Słuchaj sir!
Za nami rozległy się głośne ryki.
— Dlaczego tak wrzeszczą? — zapytał Pers. — Chyba nie schwytali naszych towarzyszów?
— Nie. Towarzysze znajdują się przed nami. To ryk wściekłości Komanczów, którzy uświadomili sobie, że nie będą w stanie oswobodzić wodza. Wrócili do obozu i zauważyli, żeś pan zniknął i że ponadto zabrano im jednego z wojowników.
— Będą nas ścigać!
— Niech spróbują! Bądź pan zadowolony, że wyprawa moja się udała. Gdyby nie to, dzień dzisiejszy byłby ostatnim dniem twego życia, sir.
— Sądzi pan naprawdę, że byliby mnie zamordowali?
— Bez litości.
— Okropni ludzie! U nas żyją także półdzikie ludy, przed któremi trzeba się mieć na baczności, ale nie tak krwiożercze jak Indjanie.
— Na podstawie doświadczenia twierdzę coś wręcz przeciwnego. Jakże często na Wschodzie dybano na moje życie jedynie dlatego, że nie jestem muzułmaninem. Tymczasem Indjanin nie zna nienawiści na tle religijnem. Białych uważa za wrogów dlatego, że jego byt podkopują. Broni swych praw do życia, oto wszystko.
— Cóż uczyniłem złego tym Komanczom?
— Przedewszystkiem, należy pan do wrogiej Komanczom rasy białej. Sprawa pana osobistego stosunku do tego zagadnienia nie interesuje ich wcale. Ponadto, podróżuje pan po ich kraju, nie pytając wcale, czy im się to podoba.
— Cóż mogą mieć przeciw temu?
— Odpowiem pytaniem: czy mógłbym podróżować po Persji tak, jak pan tutaj?
— Oczywiście!
— Naprawdę? Wolnoby mi było obozować i sypiać, gdzie mi się podoba? Mógłbym swobodnie polować? Wolnoby mi było zabierać żywność prawowitym mieszkańcom kraju i nie słyszałbym ani jednego słowa protestu?
— Hm!
— Tak, hm! Czy na waszej granicy każdy szeik nie żąda okupu od podróżnego, który chce się dostać do kraju?
— Racja.
— A gdyby zażądał tego któryś z tutejszych wodzów, dostałby kulkę w łeb. Był czas, gdy miljonowe rzesze czerwonych panowały nad całą częścią świata. Z tych miIjonów została nędzna garstka, pędzona z miejsca na miejsce. Któż więc jest okrutnikiem — czerwoni, czy biali?
Pers milczał. Zato przywiązany do mego strzemienia Indjanin szczepu Komanczów zawołał:
Uff, uff! I to mówi Old Shatterhand, mimo że jest bladą twarzą!
— Zawsze to mówiłem.
— W takim razie jesteś prawdziwym przyjacielem wszystkich czerwonych mężów!
— Tak. Moglibyście już przestać ścigać mnie i moich towarzyszów.
— Powiedziałbym to moim wojownikom, ale nie wiem, czy mi wolno do nich powrócić. Czy Old Shatterhand puści mnie wolno?
— Owszem. Będziesz obecny przy mojej rozmowie z wodzem. Po ukończeniu jej odzyskasz wolność i będziesz mógł powtórzyć wojownikom Komanczów, co powiedziałem To-kei-chunowi.
Tymczasem dotarliśmy w pobliże miejsca, w którem zostawiłem towarzyszów. Na otwartej prerji panowała głucha noc. Gwizdnąłem; po chwili odpowiedziano mi, co wskazywało, że nie zboczyłem z drogi. Rozległ się głos Jima:
Halloo, sir! Tyś to gwizdnął przed chwilą?
— Ja.
— Czy, czy... ach, ależ widzę trzy osoby zamiast jednej! Czy mr. Dżafar...
— Jestem wolny — przerwał Pers, zeskakując z konia. — Mr. Shatterhand oswobodził mnie!
— Więc znowu się udało! Kimże jest ten trzeci gentleman? Ależ to przechodzi wszelkie oczekiwania! Nie sądzisz, stary Timie?
Yes — potwierdził brat. I, łamiąc zasadę milczenia, dorzucił: — Przyznaję, że rozum mój zaczyna się pod wpływem tego zdarzenia ulatniać.
— Rozum ci się ulatnia? Wypraszam to sobie stanowczo! Dziękuję za brata, pozbawionego rozumu. Toby dla mnie wcale nie było rozkoszą!
Zsiadłem z konia. Gdy To-kei-chun ujrzał, żem sprowadził jeńca i jednego z Komanczów, rzucił tylko ponure:
Uff!
Na zapytanie towarzyszów, w jaki sposób oswobodziłem Dżafara, odparłem:
— Odłóżmy to na później. Gdy będę miał wolną chwilę, dowiecie się o wszystkiem. Przedewszystkiem chcę pomówić z To-kei-chunem. Muszę się zabezpieczyć przed powtórnem złamaniem słowa.
Zwróciłem się do pojmanego wodza:
— Niechaj To-kei-chun posłucha, co mu powiem. Złamał słowo. Powinienem go za to zabić. Ale daruję mu życie. Tymczasem jednak nie odzyska wolności, gdyż znowu gotów następować mi na pięty.
— Nie — rzekł.
— Nie wierzę! Kto raz okłamał Old Shatterhanda, ten nigdy nie odzyska jego zaufania. Przywiążemy cię do konia i zabierzemy ze sobą. Wojownicy twoi muszą pozostać i czekać tu na twój powrót. Jeżeli będą nas napastować, zastrzelę cię jak psa.
Uff! Nie zechcą pozostać.
— Będą musieli, ponieważ wydasz odpowiedni rozkaz.
— Któż ich poinformuje o treści rozkazu?
— Wojownik, którego przyprowadziłem.
Uff! Uwolnisz go?
— Tak. Ruszymy natychmiast. Zabiorę twoje leki. Jeżeli będę z ciebie zadowolony, zwrócę ci je wraz z wolnością. Jeżeli nie będziesz mnie słuchał, zdepczę twój honor.
— Naprawdę dotrzymasz słowa i pozwolisz mi wrócić do swoich wraz z lekami?
— Tak.
— A reszta bladych twarzy? Tobie wierzę, ale czy towarzysze twoi zastosują się do twej woli?
— Przyrzekam solennie, że wpakuję kulę w łeb każdemu, kto się poważy naruszyć moją obietnicę.
— Wierzę ci! Przypieczętujemy to fajką pokoju.
— Właściwie jest to zbyteczne, gdyż Old Shatterhand dotrzymuje słowa i bez kalumetu. Niech się jednak stanie zadość twojej woli. Zapalimy twoją fajkę. Wiesz chyba, dlaczego na to nalegam.
Po wykonaniu tego uroczystego obrzędu, wydał wojownikowi podyktowane przeze mnie zlecenia.
Uwolniłem wojownika z więzów. Po chwili znikł w ciemnościach. Schwytany przedtem wywiadowca ruszył za nim. Wziąłem leki wodza; przywiązano teraz To-kei-chuna do konia i puściliśmy się w dalszą drogę. Jechaliśmy całą noc. Do rana konie tak się wyczerpały, że trzeba było im pozwolić wypocząć.
Podczas popasu Jim Snuffle doradzał, aby jeden z nas zawrócił, celem przekonania się, czy Komanczowie nie rozpoczęli pościgu. Odrzuciłem tę propozycję. Byłem głęboko przekonany, że tym razem usłuchają rozkazu wodza. Przecież chodziło tu nietylko o jego życie, lecz o rzecz znacznie ważniejszą: o jego leki! — —
Po trzech dniach dotarliśmy do granicy Nowego Meksyku. Uważałem, że czas najwyższy rozstać się z towarzyszami i ruszyć w planowaną poprzednio drogę. Uwolniłem To-kei-chuna z więzów i oświadczyłem, że jest wolny, polecając zarazem, aby zrezygnował z zamiaru napaści na osady białych, gdyż znajdę środki i sposoby ostrzeżenia ich przed niebezpieczeństwem. Odjechał w milczeniu. Znowu darowałem mu życie. Nie ulega wątpliwości, że przy ewentualnem spotkaniu wystąpi przeciw mnie jako zdeklarowany wróg.
Pożegnanie z Perkinsem i z obydwoma przewodnikami, którzy w tej całej przygodzie grywali rolę raczej bierną, zabrało niewiele czasu. Jim Snuffle wyciągnął obie dłonie i rzekł:
— Sir! Podczas podróży nieraz panowała między nami rozbieżność zdań. Ale rozsądny człowiek musi kierować się rozsądkiem i dlatego przyznać teraz muszę, że miałeś zawsze rację. Przebaczasz nam?
— Ależ chętnie, kochany Jimie!
— Dziękuję. Powiedziałeś kochany Jimie, nieprawdaż, sir? Dziękuję, stokrotnie dziękuję! Słowa „kochany Jimie“ z ust Old Shatterhanda sprawiają mi prawdziwą rozkosz! Mam rację, stary Timie?
Yes!
Well! A więc rozstajemy się jak przyjaciele. Będę się bardzo cieszyć, jeżeli kiedyś spotkamy się jeszcze. Pojedziemy z mr. Dżafarem. Może odprowadzimy go aż do Santa Fé, gdzie znajdzie dobrych przewodników, którzy go doprowadzą do San Francisco. Bądź więc zdrów, mr. Shatterhand, a nie zapominaj o braciach Snuffles!
Uścisnąwszy dłonie obydwóch braci, rzekłem:
— Z przyjemnością będę wspominać spędzone razem chwile. A może wolicie, abym o nich zapomniał, kochany Timie?
No! — odparł lakonicznie wzruszonym głosem i ruszył za bratem.
Pozostałem sam z mr. Dżafarem.
— Sir, — rzekł — nie mogę teraz rozwodzić się nad długiem, który od pana zaciągnąłem. Chciałbym tylko znaleźć kiedyś okazję do odwdzięczenia się za wszystko. Czy mogę się spodziewać?
— Powiadają, że wszystko na świecie możliwe.
— Przybędziesz, sir, kiedyś do Arabów plemienia Szammar?
— Kto wie.
— A może przybędziesz do Persji?
— I to prawdopodobne.
— Czy możesz określić termin?
— Nie. Jestem jak ptak bez gniazda, który lata po świecie.
— A więc trudno ustalić, gdzie i kiedy się spotkamy. Niewiadomo, kim wtedy będę. W każdym razie jestem przekonany, że usłyszysz o mirzy Dżafarze, synu mirzy Masuka. Zapamiętaj sobie to imię. Chciałbym, abyś od czasu do czasu pomyślał o mnie; przyjmij więc tę broń na pamiątkę. Dzięki niej poznałem cię, sir, i zachowałem życie. Wyświadcz mi łaskę i przyjmij tę broń.
Podał mi handżar.
— Właściwie nie powinienem przyjąć tego sztyletu, gdyż jest zbyt kosztowny, ale pragnąłbym...
— Zbyt kosztowny dla tego, kto mi uratował życie? — przerwał. — Ale to drobiazg, wolałbym obdarować cię czemś znacznie droższem, sir! Może się kiedyś sposobność nadarzy. Przyrzekam, iż uczynię wszystko, czego zażądasz, oczywiście w granicach możliwości. Bądź zdrów, przyjacielu! Towarzysze są już tak daleko, że ledwo ich rozpoznaję...
— Bądź zdrów, sir! Dziękuję za sztylet. Nie życzyłbym sobie jednak, aby go ktoś panu przyniósł w mojem imieniu.
Podawszy sobie dłonie, rozjechaliśmy się w różne strony; Dżafar ruszył na zachód, a ja na południe.

Ze słów Dżafara biła jakaś dziwna pewność siebie, oparta na przekonaniu Persa, że dojdzie kiedyś do władzy i wpływów. Kim jest teraz? Nie wiem, nie umiem rozwiązać tej zagadki. Nie mówił nic o swych stosunkach i planach, ja zaś nie nalegałem. Właściwie mógł sobie pozwolić wobec mnie na większą szczerość; przecież zawdzięczał mi życie. Zresztą, nie takie to ważne; kto wie, czy się jeszcze kiedyś spotkamy. — — Ma sza, Allah kan; wama lam jasza, lam jekun! — Stanie się tak; jak Bóg zechce; a gdy nie zechce, nie stanie się! —  — —

HADDEDIHNOWIE

Nieraz już podkreślałem w swych opowiadaniach, że nie należę do bałwochwalców przypadku. Przeciwnie, wierzę niezachwianie, że ludźmi kieruje ręka Wszechpotężnego, Wszechmądrego i Nieskończonego w Swej dobroci Stwórcy i że bez jego woli — mówiąc słowami Pisma Świętego — ani jeden włos z głowy naszej spaść nie może. Ci, którzy się z pod tej ręki wyrwali, którzy wędrują po własnych drogach i przeczą przeznaczeniu, nie zachwieją mem głębokiem przekonaniem. Bardziej ufam własnemu doświadczeniu, niż sądom ludzi nawet bardzo światłych, którzy dlatego jedynie nie widzą wpływu Opatrzności, ponieważ z niego zrezygnowali.
Zdarzało mi się niejednokrotnie, że jakieś odległe, nieznane, dawno zapomniane zdarzenia po latach odzywało się niespodziewanem echem. Echo wkraczało nieraz z taką siłą w sferę mych czynów, że chyba niewidomy i głuchy twierdziłby, iż dawne przeżycia, myśli i zdarzenia wyniósł na widownię przypadek.
To, co powiedziałem, odnosi się również do spotkania z Dżafarem; spotkanie to było w mem życiu jedynie przelotnym epizodem, do którego nieczęsto powracałem myślami. Wyznaję szczerze, że zczasem handżar Persa utracił dla mnie charakter pamiątki. Biorąc go do ręki, nie myślałem wcale o dumnym jego posiadaczu, podróżując z nim od czasu do czasu, nie wyobrażałem sobie, że sztylet Dżafara będzie mi czemś więcej, niż zwykłą bronią. A jednak napół zapomniane przeżycie zrodziło po latach doniosłe następstwa; dowodzą tego zdarzenia, o których opowiem. —  —
Czytelnicy moich opowieści wiedzą, że w swoim czasie, kiedy wraz z wiernym Hadżi Halefem Omarem napotkaliśmy karawanę śmierci w drodze z Bagdadu do Karbela, zaraza powalila nas z nóg. Cudem tylko uniknęliśmy śmierci, gdyż wypadki, które zaszły przed chorobą, wyczerpały nas docna. Te dni boleści, w których obaj, bezbronni, skazani byliśmy jedynie na własne siły, wryły się w naszą pamięć; cóż w tem dziwnego, przecież całe tygodnie, tuż obok siebie leżąc, pasowaliśmy się ze śmiercią!
Przybywszy później do Bagdadu; postanowiliśmy odwiedzić te miejsca, w których tyle się przecierpiało.
Muszę podkreślić, że dzielny mój Hadżi Halef awansował tymczasem na naczelnego szeika Haddedihnów i zdobył sobie szacunek odwrotnie proporcjonalny do jego wzrostu. Jak wiadomo, lilipuci ten człowieczek był niezwykle dumny ze swej brody, którą, wcale trafnie, określał czasami następującemi słowy:
— Broda jest ozdobą mej twarzy. Składa się z trzynastu włosów; sześć rośnie po prawej stronie, siedem po lewej-
Pomimo nikłej postaci był jednak niezwykle odważny. Kochał mnie tak gorąco, że trudnoby mi było odpowiedzieć na pytanie, czy przypadkiem nie jestem milszy jego sercu niż żona, którą zwykł być nazywać „najukochańszym kwiatem z pośród wszystkich róż“.

Halef odznaczał się kwiecistym stylem, nietylko w żywej mowie; w listach był jeszcze bardziej szczodry. Pisywaliśmy do siebie od czasu do czasu; listy nasze docierały zwykle do celu po długiej wędrówce. Posyłałem je do Mossulu, Halef sprowadzał je przez któregoś z Beduinów. Do Mossulu również wysyłał listy raz na miesiąc, lub raz na rok, zależnie od tego, kiedy jego plemię rozbijało namioty wpobliżu miasta. W rezultacie korespondencja nie była zbyt regularna. Każdy list Halefa odznaczał się niepowszednią formą i treścią; rekord jednak pobiła ostatnia epistoła. Przed dziewięcioma miesiącami zawiadomiłem go, że wybieram się do Persji i mam zamiar odszukać pastwiska jego plemienia. Odpowiedział na to w arabsko-tureckim dialekcie:

Hadżi Halef Omar, Szeik Haddedihnów
wielkiego plemienia Szammar
do
Emira Hadżi Kara Ben Nemzi Effendi,
swego przyjaciela.

Cześć! Wielbię Cię! Jeszcze raz cześć!

List Twój, o sihdi, nadszedł podczas modlitwy Asr. Dzięki! Jaka łaska, co za przychylność! Zaświeciło mi słońce, gdyż miałeś dosyć atramentu, aby go napisać. Radość dokoła; Hamdulillah! Niech do twej duszy nie wkrada się niepokój, odpiszę natychmiast. O pióro, o atramencie! Atrament zasechł, poślę po wodę i wleję trochę do kałamarza! Atrament rozmięknie, nabierze znowu przejrzystości. Maszallah! Pismo jest bardzo blade, ale będziesz je mógł odczytać, gdyż zjadłeś rozumy wszystkich uczonych Wschodu i Zachodu. Przysięgam na to! Hanneh, żona moja, najpiękniejszy kwiat z pośród wszystkich kobiet, pachnie tak samo, jak przed dziesięcioma Iaty. Ty nie masz żony. Niechaj Allah ulituje się nad tobą! Syn mój Kara ben Halef, który nosi twe imię, wkrótce rozumem prześcignie ojca. Cieszy to mą duszę, a jednak wołam: biada, biada! Trzody moje rosną, namiot powiększa się. O złoto, bogactwo, wielbłądy, konie, owce, kozy, barany! Czy u ciebie tak samo? Czy zbierasz grube tłuste mleko? A może owoce daktyli twoich toczą robaki. Jeżeli tak, używaj daktyli tylko na pokarm dla koni. O biedo, o trosko, o klęska! Jakże rośnie trawa w Dżermanistanie? Czy wiatry nie poszarpały twego namiotu? Jeżeli są w nim dziury, załataj! Niepozorny otworek rozrasta się szybko. O deszcze, wiatry — oszczędzajcie namiot emira Kara ben Nemzi effendi! U nas pełnia, a u ciebie? Uciekaj przed występkami, gdyż rozmnażają się jak mrówki po stepie. Nie dawaj wielbłądom zbyt wiele paszy, ćwicz w nich cierpliwość. Niechaj konie twe śpią pod gołem niebem; tylko klacz ukochaną zabieraj do namiotu! Nie dokuczajcie jej, o nocy, i ty, roso! Strzeż się przeziębienia i grzechu. Przeziębienie zabija ciało, grzech duszę, a byłoby mi żal przyjaciela! Wierzaj mi, jestem twym przyjacielem i obrońcą. Myśli twoje są w Persji, moje również. Pojadę bowiem z tobą. Jakżebym miał pozwolić, abyś pojechał sam, o sihdi! Chcę znowu żyć i umierać z tobą. Przybywaj! Ben Rih, najwspanialszy z pośród koni, będzie cię nosił. Ojciec jego był twoją własnością. Darowałeś mi go, weź teraz jego syna. Zwrócisz mi go później. Posłuchaj, jak cię kocham i uwielbiam: rozpocząłem ten list trzeciego dnia miesiąca tisz-rihn el auwal, a kończę dziś, dziesiątego dnia miesiąca kanun eI tani. Pisałem go dłużej niż trzy miesiące. Oto, jak wielkie ochłapy mego serca są twoją własnością! Gdy przybędziesz, nie będę pisał, lecz powiem ci znacznie więcej. Bądź cierpliwy w obcowaniu z plemionami, ale bądź równocześnie słowny w stosunku do starych bab; jeżeli o tem nie zapomnisz, będziesz mądrze rządzić i zbierzesz żniwo chwały. Nie kochaj się w swych błędach, gdyż gotowe wyróść nakształt lwów i rozerwać cię w strzępy. Ciągle jeszcze pijasz wino? O Mohammedzie! Przecież Tyś wzbronił tego napoju! Lecz ty, sihdi, jesteś chrześcijaninem. Ja muszę słuchać koranu! Jeżeli jednak przywieziesz ze sobą nieco wina, wypijemy je razem! O rozkoszy! Czekać będziemy na ciebie już od jutra. Skoro się zjawisz, uczcimy twe przybycie zarznięciem owcy o najtłustszym ogonie. Ofiara odda chętnie swą krew dla ciebie. Zawsze podciągaj mocno popręgi siodła; jeżeli tego zaniedbasz, siodło obsunie się, a ty połamiesz sobie ręce, nogi i żebra! Hanneh, najwspanialsza wśród kobiet, nie sprzeciwia się mojej podróży z tobą. Staje się coraz piękniejsza. O szczęście, błogosławieństwo, o stanie małżeński! Bacz, abyś nie popadł w chorobę! Zapewniam cię, jako szczery przyjaciel, że choroba szkodzi zdrowiu. Nie obcuj z niewiernymi i zbrodniarzami, bierz przykład z tych, których, naprowadziłeś na prawą drogę. Dziś czwarty dzień miesiąca nisahn; list stał się w ten sposób dłuższy o całe trzy miesiące. O długości czasu, o liczbo wielu dni! Myj się pięć razy dziennie przed każdą modlitwą; jeżeli nie masz wody pod ręką, używaj piasku. O czystości ciała, o przejrzystości duszy! Obozujemy wpobliżu Qalat Szerkaht; wkrótce ruszymy na zachód; dlatego też wysyłam gońca do Mossulu. Wstawaj wcześnie, ranna bowiem modlitwa jest lepsza od snu! Przywieź swe sławne strzelby i przybywaj jak najprędzej. Pokłon, cześć, zapewnienie miłości i czci od przyjaciela i obrońcy.
Hadżi HaIef Omar Ben Hadżi Abul
Abbas Ibn Hadżi Dawud al Gossarah

List mój, na który Halef wysłał przytoczoną wyżej odpowiedź, przeleżał w Mossulu szereg miesięcy. Pisanie odpowiedzi trwało pełnych sześć miesięcy. Zanim więc Halef zdążył w pocie czoła dokończyć swej epistoły, byłem już nad Tygrysem. Po jakimś czasie udało mi się ustalić, że Haddedihnowie powinni się znajdować wpobliżu Dżebel Chonuka. Wyruszyłem więc w drogę. Była to wyprawa niebezpieczna, gdyż mogłem łatwo napotkać na wrogów tego plemienia. Jeżeli mnie poznają, trzeba będzie bronić się przed nimi. Byłem sam, konia miałem nieszczególnego; nie kupiłem droższego wierzchowca, wiedząc, że uszczęśliwię Halefa przez przyjęcie jego daru.
Szczęście mi sprzyjało. Aż do chwili, w której na południu rysować się zaczęły szczyty Chonuki, nie spotkałem nikogo. Tu dopiero ujrzałem jakiegoś jeźdźca. Na mój widok zatrzymał konia i chwycił za strzelbę. Okazałem mu więcej zaufania, niż on mnie; zbliżyłem się doń i pozdrowiłem przyjaznem sallam aaleikum. W pierwszej chwili nie odpowiedział, obrzucając mnie ponurem spojrzeniem. Dopiero po jakimś czasie nie odpowiadając na me pozdrowienie, rzekł:
— Jesteś Turkiem, wysłanym przez paszę Mossulu?
— Nie — odparłem.
— Nie zaprzeczaj! Twoja twarz ma jasny połysk mieszkańców miast.
Nie zdążyłem się jeszcze w podróży opalić. — Wiedząc, że Beduini nie znoszą urzędników paszy, zwłaszcza poborców, rzekłem:
— Cóż mnie pasza obchodzi? Jam wolny człowiek, a nie jego poddany.
— Jakże Turek mienić się może wolnym człowiekiem? — odparł pogardliwie. — Tylko Bedawi[2] jest wolny.
— Nie jestem Turkiem.
— Możeś Frankiem? — spytał ironicznie. — Cóż za kłamstwo! Żaden Frank nie miałby odwagi zapuścić się tu bez towarzysza.
— Sądzisz, że tylko Beduini bywają odważni?
— Tak.
— I mimo to zatrzymujesz konia na mój widok? Natomiast ja pojechałem zupełnie spokojnie. Któż więc wykazał odwagę?
— Milcz! Brak obawy przed jednym człowiekiem nie jest jeszcze dowodem odwagi. Chcę wiedzieć, do jakiego narodu czy plemienia należysz!
Brzmiało to jak groźba. Równocześnie bawił się cynglem swej strzelby. Nie znam tej twarzy, nie jest zatem Haddedihnem. Odparłem więc tym samym tonem:
— Ciekaw jestem, który z nas ma prawo drugiemu stawiać pytania? Kto zajmuje wyższe stanowisko, ja, czy ty?
— Ja!
— Dlaczegóż to?
— Stada mego plemienia pasą się tutaj.
— Jakiego plemienia?
— Plemienia Haddedihnów.
— Nie jesteś Haddedihnem.
— Jak śmiesz twierdzić coś podobnego? — huknął.
— Gdybyś nim był, znałbym cię.
— Znasz wszystkich ludzi, należących do tego plemienia? — zapytał zdumiony.
— Wszystkich, którzy mają tyle lat, co ty.
Allah! Jesteś ich przyjacielem, czy wrogiem?
— Przyjacielem.
— Udowodnij to!
Roześmiałem mu się w nos i rzekłem:
— To ty powinieneś udowodnić, że jesteś Haddedihnem!
Skierował ku mnie lufę i zawołał groźnie:
— Jeżeli mnie obrazisz, wpakuję ci kulę w łeb. Jestem teraz Haddedihnem. Dawniej należałem do sławnego plemienia Ateïbehów.
— To zmienia postać rzeczy. A więc miałem rację. Znałeś szeika Ateïbehów Maleka?
— Tak. Nie żyje.
— Racja. Był dziadkiem Hannah, żony mego przyjaciela Hadżi Halefa.
— Twego... przyjaciela...? — rzekł z powątpiewaniem.
— Tak. Jestem Kara ben Nemzi effendi. Z pewnością słyszałeś o mnie?
Na twarzy nieznanego jeźdźca zjawił się naprzód wyraz zdziwienia. Ustąpił po chwili przed wyrazem powątpiewania, wkońcu pogardę wyczytałem z oczu Beduina.
— Człowieku, nie okłamuj mnie! Jeżeli sądzisz, że ci uwierzę, nie masz mózgu w głowie! Ty masz być Kara ben Nemzi?
— Jestem nim.
— Gdyby tak było, el assur[3] byłby el nisrem[4].
— Znasz emira Kara ben Nemzi?
— Nie, gdyż jestem Haddedihnem dopiero od roku. Ale słyszałem o nim tak wiele, że śmiało mogę ci zarzucić kłamstwo. To jedyny Frank, który śmiałby się zapuścić bez towarzystwa w te strony. Dlatego nie możesz być Frankiem, tylko służalcem paszy.
Maszallah! Dziwnie rozumujesz! Właśnie dlatego, że jestem sam, muszę być emirem Kara ben Nemzi — oto jedyny logiczny wniosek z twego twierdzenia.
— Mam wrażenie, że chcesz, bym cię wyśmiał. Udowodnię, że się podszywasz pod fałszywe miano.
— Naprawdę?
— Słuchaj więc i spal się ze wstydu! Jadę do Mossulu z listem, który ma odejść do Bilad el Alman do emira Kara ben Nemzi. Czyż Kara ben Nemzi może być tutaj, jeżeli ma odebrać list w swej ojczyźnie?
— Dlaczego nie? Przed dziewięcioma miesiącami pisałem do szeika Haddedihnów, Hadżi Halefa Omara, że udaję się do Persji i mam zamiar odwiedzić go przy tej okazji. Czyż miałem czekać, aż po latach nadejdzie odpowiedź? Przybyłem wcześniej, niż się spodziewał, — oto wszystko! Zresztą, przesłałem mu parę kopert z moim adresem. Jeżeli masz jego list, na kopercie musi być taki napis.
Wyciągnąłem z kieszeni notes, napisałem na kartce adres w ten sam sposób, jak na kopertach przeznaczonych do listów Halefa, i podałem mu kartkę. Włożył rękę za pas, wyciągnął list, zaczął porównywać obydwa adresy. Po długiem, skrupulatnem badaniu zawołał:
Allab akbar! Nie znam ani pisma, ani słów, lecz znaki są te same. Czyżbyś był naprawdę emirem Kara ben Nemzi effendi? W takim razie musisz mieć dwie strzelby, jedną wielką, drugą małą, o których każdy wie, że...
Przerwał, gdyż zdjąłem strzelby z pleców. Wyglądał teraz arcykomicznie. Niestety, niedługo delektowałem się pysznym wyrazem jego twarzy. Szybkim ruchem wręczył mi list i notes, i zawołał:
Ia Suruhr, ia Suruhr, Hamdulillah! — O radości bezgraniczna! Sława Allahowi! Kara ben Nemzi przybył! Wracam, aby obwieścić tę radosną nowinę!
Zawrócił konia, połaskotał go piętami po bokach i pognał w kierunku, z którego przybył. Roześmiałem się na całe gardło. Człowiek ten w oryginalny sposób przyjmuje mnie na pastwiskach swego plemienia! Nie miałem pojęcia, jak daleko stąd obozują Haddedihnowie; mógłby mnie przynajmniej poinformować. Na szczęście, pozostawił ślady, które będą mi wystarczającym drogowskazem. Zeskoczyłem z konia i usiadłem na bujnej, wiosennej murawie, aby z odpowiednią godnością i szacunkiem odczytać epistołę Hadżi Halefa. Kapryśny styl łokietka był mi dobrze znany; nim otworzyłem kopertę, już wiedziałem, że list zawierać będzie cały szereg bezpodstawnych upomnień. Nie pomyliłem się i tym razem. Mam łatać dziury namiotu, unikać występków, nie powinienem przekarmiać wielbłądów, muszę się strzec przeziębienia i grzechu etc. etc. W ten sposób wyrażał swą troskę o mnie i o mój dobrobyt. Bawiło mnie to serdecznie. Pisał przed trzema miesiącami: — „od jutra czekamy na twe przybycie!” — Mimo że upłynął tak długi okres czasu, przybyłem jednak znacznie wcześniej, niż się mógł spodziewać. Przewidywałem, jakie wrażenie wywoła w obozie moje przybycie. Nie ulega wątpliwości, że w namiotach pozostaną tylko niemowlęta; reszta skoczy na koń, aby mnie jak najprędzej przywitać.
Przeczytawszy list z prawdziwą rozkoszą, wskoczyłem na siodło i ruszyłem po śladach porywczego Ateïbeha. Ślady prowadziły na południe, w kierunku gór Dżebel Chonuka.
Miałem wrażenie, że obóz Haddedihnów mieści się gdzieś niedaleko. Szeroki step podobny był do morza świeżych kwiatów wiosennych. Wierzchowiec mój nurzał się w kwieciu; nie zauważyłem jednak śladu płatków ani wonnego pyłku na wierzchowcu Ateïbeha — stąd wniosek, że człowiek ten spotkał mnie po przebyciu niewielkiego szmatu drogi. Z pewnością nie posiada się z radości, że na samym początku jazdy do Mossulu spotkał tego, któremu miał list doręczyć.
Po upływie jakiegoś kwadransa przypuszczenie moje okazało się słuszne. Dwóch jeźdzców pędziło ku mnie w pełnym galopie. Jeden siedział na karym wierzchowcu, drugi na siwku. Nie ulegało wątpliwości, że starszy jeździec to Hadżi Halef Omar. Dosiada siwej wspaniałej klaczy, która należała niegdyś do Mohammeda Emina, później zaś przeszła na własność jego syna Amada el Ghandur. Na karym zaś wierzchowcu, na Assilu ben Rih, potomku mego niezapomnianego Riha, siedzi z pewnością Kara ben Halef. W pewnej odległości od tej pary pędził ktoś na pstrym bułanku. Był to Omar ben Sadek na zdobytym kiedyś przeze mnie wierzchowcu Aladżi. Za tą trójką pędziła jak szalona gromada jeźdźców. Halef i jego syn mieli najlepsze konie, więc dotarli do mnie pierwsi. Zeskoczyłem z siodła, aby ich przyjąć w pozycji stojącej. Naśladowali mnie w biegu. Halef otworzył szeroko ramiona i zawołał:
— Sihdi, drogi mój, kochany sihdi, rozkosz moja nie znajduje granic, a zachwyt daremnie szuka słów! Pozwól, abym milczał; radość odejmuje mi mowę!
Otoczył mnie ramionami i, kładąc głowę na mej piersi, zaczął głośno szlochać. Ucałowawszy go w czoło, policzki i usta, rzekłem:
— Zamilkł we mnie głos tęsknoty, który mnie gnał ku tobie. Został teraz wysłuchany, więc wielbię Stwórcę za to, że pozwolił na to radosne spotkanie.
Objął mnie jeszcze mocniej, potem wypuścił z objęć i zwrócił się do syna w te słowa:
— Widziałeś, synu? Mój sihdi ucałował mnie! Kara ben Nemzi, którego czcimy, którego kocham, ucałował mnie czterokrotnie! To więcej, stokroć więcej, niż mogła wymarzyć moja miłość i przyjaźń! Nie zapominaj do końca życia, że wargi jego dotknęły twarzy twego ojca. Jest to również wieniec chwały dla ciebie!
Przysunął syna i kazał mu wyciągnąć do mnie rękę. Pochyliłem się nad nim, ucałowałem go również w czoło i rzekłem:
— Jesteś synem mego przyjaciela Halefa, nazwano cię według jego i mego imienia Kara ben Halefem, więc kocham cię miłością ojcowską. Chciałbym, abyś kiedyś, jako dorosły mężczyzna, dorównał ojcu.
Hadżi Halef wyprostował się dumnie i zawołał ze łzami radości w oczach:
— Czy dobrze zrozumiałeś słowa największego bohatera, jakiego znam? Masz się stać podobny do ojca swego! Położyliśmy trupem niejednego lwa, poskromiliśmy niejedną czarną panterę, zawsze zwyciężaliśmy, nigdy nie uciekaliśmy przed nieprzyjacielem. W żyłach twoich płynie moja krew, pod sklepieniem twego czoła żyją zalety mego ducha. Oby Allah pozwolił, abyś czynami swemi osiągnął sławę swego ojca!
Nie zmienił się ani na jotę. W pierwszych chwilach spotkania nie umie się oprzeć przyzwyczajeniu malowania wszystkiego jaskrawemi kolorami. Stało się to jego drugą naturą. Każda scena, pełna najgłębszego wzruszenia, nabiera dzięki tej emfazie komicznego posmaku, choć wbrew jego intencjom. Zbyt dobrze znałem Halefa!
Tymczasem podjechał również Omar ben Sadek i zsiadł ze swego Aladżi. Ściskając mi dłonie, rzekł:
— Sihdi, nie jestem tak obładowany sławą i zaszczytami, jak nasz szeik, Hadżi Halef Omar. Ale kocham cię tak samo, jak on, i nigdy nie zapomnę, ilem ci winien wdzięczności. Bądź pozdrowiony! Wraz z tobą przybywają do nas wszystkie dobre duchy.
Zkolei zbliżyła się gęsta, wielogłowa chmara jeźdźców. Trzymając w lewej dłoni wodze, w prawej zaś strzelby, pędzili wśród radosnych okrzyków z takim impetem, jakby nas chcieli zmieść z powierzchni ziemi. W odległości jakichś trzech kroków ściągnęli cugle, cofnęli się nieco i zaczęli wokoło nas zataczać taneczne kręgi; przy tej okazji ładowali ustawicznie broń i strzelali, ocierając się niemal o nas. Trzeba było dobrze znać ich obyczaje i zdolności hipiczne, aby się z przerażenia nie cofnąć i nie narazić na szwank. Za tą watahą zatrzymali się chłopcy w wieku lat czterech, lub pięciu. Dzieciaki siedziały również na koniach i przyglądały się fantastycznemu obrzędowi, w którym — ku wielkiemu żalowi — nie mogły brać udziału. — — Dosiedliśmy wreszcie koni. Otoczono nas kołem i w pełnym galopie ruszyliśmy w kierunku obozu, przed którym stał szereg starców, kobiet i dziewcząt, witając nas okrzykami:
Alan wasah’lan! Marhaba! Habakek! — Bądźcie pozdrowieni!
Zsiedliśmy z koni przed nowym, pięknym namiotem, dla mnie przeznaczonym. Okoliczność, że Haddedihnowie posiadają specjalny namiot dla gości honorowych, była dowodem wyjątkowego dobrobytu tego plemienia. Gdy Halef zaprowadził mnie później z widoczną dumą do duaru[5], aby mi pokazać swe trzody, przekonałem się z radością, że przyjaciele moi żyją obecnie bardziej dostatnio, niż dawniej. Podzieliłem się z Hadżi tem spostrzeżeniem. Szeik odparł na to w ulubiony przez się sposób:
— Wiesz, sihdi, komu plemię nasze to wszystko zawdzięcza?
— Chyba tobie?
Położył obydwie ręce na sercu, wyprężył kark, podniósł brwi i rzekł:
— Tak, mnie! Jestem szeikiem; nie wątpię, że zdajesz sobie sprawę, jakie znaczenie ma dla kraju dobry rząd. Ci poddani powierzyli się mojej pieczy wraz z ciałami i duszami, żyjącemi w tych ciałach. Jestem ojcem i matką, dziadem i babką, pradziadem, prapradziadem mego ludu. Żywię i odziewam mych poddanych, myję ich i czeszę, jednam i sądzę, chowam i chronię. Dałem im bogactwo i szczęście. Zgadujesz przez co? Jedno, jedyne, krótkie słowo.
— Masz słowo pokój na myśli?
— Tak, pokój! Mohammed Emin i Amad el Ghandur byli to mężowie wojowniczego ducha, ale nie sprzyjało im szczęście. Gdybyś wtedy wraz ze mną nie przybył do Haddedihnów, pokonanoby ich i zgnębiono. Mohammed Emin padł w utarczce, Amad el Ghandur musiał złożyć godność szeika za winy swoje. Wybrano więc Maleka, dziadka mej żony Hanneh, najmilszej pośród pięknych kobiet wszystkich krajów i ludów. Pomimo podeszłego wieku, i on kochał wojnę, gdyż był Ateïbehem. Lecz również nie miał szczęścia. Po jego śmierci wybór padł na mnie. Był to najmądrzejszy czyn Haddedihnów. Wiesz, że dzielny ze mnie wojak i że nigdy nie czułem lęku przed wrogiem. I ja kochałem miecz, i ja nie chciałem, by rdzewiał w pochwie. Wtedy zjawiłeś się ty, o sihdi! Głos twój brzmiał z ust mej żony Hanneh, najpiękniejszej róży pośród wszystkich kwiatów, rosnących w namiotach kobiet. Mówiłeś tak często o miłości Boga, o Jego łaskawości, miłosierdziu i dobroci; tyle razy podkreślałeś, że człowiek stworzony został nakształt i podobieństwo Boga. Czyny twe przemawiały jeszcze mocniej, niż słowa. Oszczędzałeś najzacieklejszych wrogów, starałeś się przez łagodność lub podstęp osiągnąć to, co znacznie prędzej osiągnąć było można bezwzględną walką. Dla uratowania życia nieprzyjaciela po dziesięć razy nadstawiałeś karku. Czyny te przemówiły mocniej do serca mojej Hanneh, niż najpiękniejsze słowa. Długo po twem odejściu siedziała cicho w swym namiocie i słuchała rozmów o tobie, prowadzonych za ścianą. Stałeś się jej chajali[6]. Położyła swą białą dłoń na rękojeści mego miecza, iżbym nie mógł wyciągnąć go z pochwy. Pamiętasz zapewne, żeśmy wtedy obydwaj pokonali i obezwładnili na długi czas wrogów Haddedihnów. Gdym został szeikiem, znów się przeciw nam zmówili. Chciałem ich pokonać mieczem. Hanneh oświadczyła, że ty na mojem miejscu uciekłbyś się nie do przemocy, lecz do podstępu. Poradziła mi, abym powaśnił ze sobą nieprzyjaciół, i dała mi kilka wskazówek, jak do tego doprowadzić. Zrezygnowałem więc z walki, a jednak siła moja wzrosła w dwójnasób.
— Hm! — mruknąłem, uśmiechając się pod wąsem. — Sądzisz więc, drogi Halefie, że Hanneh dobrze ci poradziła?
— Hm! — mruknął również, ale bez uśmiechu, i rzekł po chwili namysłu: — Czy wolno mi zwierzyć się z czemś przed tobą?
— Mów, co ci się tylko podoba!
Zbliżył usta do mego ucha i szepnął:
— Hannah jest nietylko najmilszym z kwiatów haremu, ale i najmądrzejszym. Powiadam ci, sihdi, ona ma zawsze rację!
Omal nie wybuchnęłam śmiechem. A więc mój dzielny bohater siedzi pod pantoflem! Właściwym szeikiem Haddedihnów jest „najpiękniejszy z kwiatów“! Cieszyło mnie to bardzo — nie stracił wcale w mych oczach. Każdy mężczyzna, którego ponosi temperament, wygrywa los na loterji szczęścia, jeżeli u jego boku stanie rozsądna kobieta, która potrafi ustrzec go przed nierozwagą. A najszczęśliwsze są te wypadki, w których mąż, mimo porywczej natury, pozwala, aby żona była jego kierowniczką i doradczynią. Nie traci przez to ani odrobiny ze swej męskości. Znałem wiele małżeństw, które szczęście swe zawdzięczają tym właśnie przychylnym, ostrożnym kobiecym rękom.
Halef był mi zawsze nieskończenie wiernym i ofiarnym towarzyszem. Odwaga nie opuszczała go nigdy; dla uratowania mi życia był zawsze gotów postawić swoje życie na kartę. Ale w sytuacjach niebezpiecznych trudno było nań liczyć. Dawał się wtedy unosić nieustraszonej odwadze, przestawał mnie słuchać i w rezultacie wpędzał mnie nieraz w niemiłe kolizje. Ucieszyłem się więc bardzo wiadomością, że żona jego należy do najbardziej ostrożnych kobiet, o których Sanguinikus mówi w jednej ze swych pieśni:
A gdy małżonek gotów wzlecieć zbyt wysoko,
Sprowadza go na ziemię czujne żony oko.
Uśmiechnąwszy się, rzekłem:
— Jeżeli Hanneh ma zawsze rację, ty zawsze się mylisz, czy tak?
— O nie! Skądże ci to wpadło do głowy, sihdi? Jakżeby twój Halef mógł się kiedykolwiek mylić? Zawsze się z nią zgadzam, oto wszystko! A więc zawsze mam rację!
— Mężczyzna, który słucha chętnie rad żony, Halefie, podobny jest do muzułmanina, trzymającego się zasad koranu.
— Cieszy mnie bardzo, że takie jest twe zdanie. Chwilami bowiem wydaje mi się, że należałoby od czasu do czasu sprzeciwić się, zaprotestować; gdy jednak spojrzę w jej najmilszą twarz, muszę przyznać jej rację. Jakżebym mógł zasmucać taką pogodę, rozwiać taki uśmiech! Muszę ci powiedzieć, że uśmiech ten odbija się na mojej twarzy, a potem, potem udziela się... udziela się...
Przerwał. Dokończyłem za niego:
— Udziela się twym Haddedihnom, tak, że wkońcu uśmiecha się całe plemię?
— Tak, sihdi, tak! Od Hanneh, która jest królową pośród wszystkich kobiet, promienieje na mnie i na wszystkich, z którymi się stykam, jakaś tkliwość. Moi Haddedihnowie nie są już tymi bezwzględnymi wojownikami, co dawniej. Nawet wobec mnie, swego zwierzchnika, bywają teraz uprzejmi. To wpływ i skutek twoich nauk i czynów. Ponieważ nas nikt nie słyszy, powiem ci szczerze, że, zdaniem mojem, w świętej księdze Chrystusa więcej jest mądrości, niż w koranie, który uważałem dotychczas za jedyne źródło niebieskiej i ziemskiej mądrości. Chciałem cię kiedyś nawrócić na Islam. Irytowało mnie, żeś się temu opierał. Teraz zrozumiałem, że jeden promienny uśmiech mojej Hanneh zawiera więcej religji i mądrości, niż wszystkie rozdziały świętej księgi Mahometa w liczbie stu czternastu. — Sihdi, słuchaj uważnie, chcę ci zwierzyć jeszcze jedną tajemnicę!
Znowu zbliżył usta do mego ucha i zaczął szeptać:
— Hanneh, jedyna róża pośród kwiatów kobiecego świata, nie chce również nic wiedzieć o koronie.
— Dlaczego?
— Ponieważ, zdaniem tych, którzy go tłumaczą, kobiety nie mają duszy.
— Hanneh nie zgadza się z tem?
— Nie. Za żadną cenę. Zdradzę ci, sihdi, jeszcze jedną tajemnicę: Hanneh twierdzi, że ma duszę — — i to jeszcze jaką!
— Hm. Ktoby to pomyślał!
— Pomyślał? Nie pozwala mi wcale mówić, co o tem myślę! Gdym jej spokojnie i grzecznie zwrócił uwagę, że Mahomet wiedział zapewne, czego naucza, odpowiedziała: „Dusza moja, nie mówiąc o ciele, jest dziesięć razy więcej warta, niż cały prorok z ciałem i duszą!
— Przyznajesz jej rację i w tym względzie?
— Oczywiście! Przecież ma zawsze rację, a gdy człowiek kieruje się w czynach zdaniem kobiety, staje się to zdanie równoznaczne ze zdaniem koranu; sam powiedziałeś to przed chwilą. Trzymam się więc ściśle koranu, jeżeli wierzę w to, w co wierzy Hanneh, najlepsza z pośród kobiet świata.
Jaka dziwna logika! Mały, dzielny Halef jest przekonany, że, odrzucając koran, opiera się na nim równocześnie! Nie miałem ochoty obalać tego przekonania.
Po obejściu obozu wróciliśmy do duaru, by spożyć barana, który, według słów Halefa, „dał się z rozkoszą pozbawić życia, gdy się dowiedział, że przeznaczono go dla emira Kara ben Nemzi“. —  —
Bawiłem u Haddedihnów w roli gościa cały tydzień. Podczas mej bytności rozmowy toczyły się wyłącznie na temat zdarzeń, których świadkiem byłem podczas ostatniego pobytu; dziś te zdarzenia wspominano z dumą i zadowoleniem. Halef spełniał funkcję generalnego mówcy; kto zliczy, w ilu przemowach sławił mnie jako największego bohatera pod słońcem, a siebie przedstawiał jako przyjaciela mego, obrońcę i zbawcę! Ilekroć wyczuwałem, że nadchodzi chwila, w której zacznie wynosić pod niebiosa moje i swoje zasługi, oddalałem się, nie chcąc aprobować milczeniem jego przesady retorycznej. Próby ukrócenia tych popisów były bezskuteczne. Raz zwróciłem mu uwagę i użyłem słowa öjünmek, co oznacza przechwałki, lub poprostu blagę. Skoczył jak oparzony i zawołał gniewnie:
— Co, jak? Sihdi! Ja miałżebym być öjünüdżi?[7] Jak możesz obrażać mnie w ten sposób i wywoływać rumieniec wstydu na policzki człowieka, który darował ci serce i każdej chwili gotów oddać ci je pięćdziesiąt razy zrzędu. Pocóż dokonywać takich bohaterskich czynów, jakich my dokonaliśmy, jeżeliby nie można o nich opowiadać?
— Mylisz się! Czyny nasze opierają się na innych, lepszych podstawach. Mam...
— Podstawy? — przerwał. — O podstawach niema co mówić, one bowiem są pretekstem dla słów. Gdybym nie miał mówić o tem, czego dokonałem, wolałbym, nic nie dokonywać!
— Kto ci zabrania mówić? Powinieneś jedynie wystrzegać się przesady.
— Przesady? O sihdi, jak mało masz doświadczenia, jak mało znasz ludzi! Człowiek jest jedynem niewierzącem stworzeniem na ziemi, ponieważ zwierzęta, rośliny, kamienie — o czem, zdaje się, nie chcesz wiedzieć, — niczemu nie przeczą. Tylko w człowieku gromadzą się całe pokłady nieufności. Powiesz „sto“, ludzie pomyślą: „dwadzieścia”. Masz pięcioro dzieci, a sąsiedzi są przekonani, że jest tylko dwoje. Twierdzisz, że masz trzydzieści dwa zęby; bliźni przyzna ci dziesięć lub jedenaście i doda jeszcze dwadzieścia jeden chilahl[8]. Dlatego mądry człowiek mówi więcej, niż trzeba. Jednego syna powiła mi Hanneh, a opowiadam, że mam dziesięciu chłopaków i dwadzieścia dziewczynek. Utrzymuję ponadto, że posiadam dziewięćdziesiąt sześć zębów; i tak ludzie zmniejszą tę liczbę o dwie trzecie. Nie kłamię, nie przesadzam, gdybym bowiem powiedział, że mam dwie nogi, ludzie byliby przekonani, iż mi brak jednej; aby więc powiedzieć prawdę, muszę sławić swoje — — cztery nogi. Niechaj Allah oświeci twego ducha, byś to, com teraz mówił, zrozumiał kiedyś i przestał mi przerywać, gdy opowiadam o swych bohaterskich czynach. Jeżeli zabijesz lisa, musisz go ubrać w skórę Iwa, w przeciwnym bowiem razie świat będzie twierdził, że zgładziłeś mysz. Gdy ujrzę topielca, muszę opowiadać, że utonęło dziesięciu ludzi, w przeciwnym razie bowiem rozeszłaby się pogłoska, że wogóle nigdy w życiu nie widziałem wody. Weź sobie te słowa do serca, sihdi! Jeżeli chcesz, aby cię w drodze do Persji nie napadnięto, jeżeli chcesz wrócić cało, mów więcej, niż należy. Allah jesellimak! — Niechaj cię Bóg chroni!
Po tych słowach odwrócił się i odszedł z miną człowieka, który poświęcił cały swój majątek, aby uratować nieznajomego od bankructwa. Pod względem przechwałek był niepoprawny. Usprawiedliwia go pochodzenie. Jak wiadomo, ludzie Wschodu nie odznaczają się umiarem w retoryce. Gdyby postępował jak Europejczyk, przestałby być dla mnie tym kochanym dzielnym oryginalnym łokietkiem.
W ciągu tygodnia, który spędziłem u Haddedihnów, nieraz mówiliśmy o podróży do Persji, którą podróż miałem zamiar przedsięwziąć. Ustaliłem podczas tych rozmów, że Halef zamierza przedtem udać się na inną wyprawę, ważniejszą dlań od mojej. Szczep Haddedihnów należy, jak wiadomo, do plemienia Szammar. Mały mój Halef uważał za wskazane odwiedzić stolicę kraju Dżebel Szammar, Hâil, i zawiązać zerwane oddawna stosunki z przedstawicielami tego plemienia. Hadżi był nietylko dzielnym wojownikiem, ale również mądrym dyplomatą; w tej dziedzinie Hanneh wspierała go radami. Oboje mieli nadzieję, że wznowienie tych stosunków przyniesie duże korzyści Haddedihnom i da im przewagę nad okolicznemi szczepami, którym, mimo traktatów pokojowych, trudno było ufać. Stosownie do zwyczajów Beduinów i ponadto z innych względów należało przedsięwziąć podróż do stolicy na czele wielkiego, lśniącego bogactwem hufca konnych; pozbawiłoby to jednak wyprawę perspektywy niebezpieczeństwa i nie dałoby pola do sławy. Tymczasem Halef pragnął awanturniczych przeżyć, o których możnaby poźniej opowiadać cuda. Zaczął się więc poważnie zastanawiać, czy nie wyruszyć bez eskorty. Tu jednak zaprotestowała Hannah i — według jego terminologji — „oświadczyła w tonie surowej miłości i gniewnej pokory“, że się na to nie zgodzi. Na szczęście, zapowiedziałem w tym czasie swe przybycie i sprawa przyjeła niespodziewany obrót.
Cóżto za rozkosz ruszyć do Dżebel Szammar z emirem Kara ben Nemzi i przedstawić się tamtejszym Szammarom jako przyjaciel i obrońca tego „największego bohatera kuli ziemskiej“! Eskorta jest, oczywiście, zbyteczna, a przytem można liczyć na przygody, o których przyszłe pokolenia wspominać będą z podziwem i zachwytem. Równocześnie może się przy tej okazji spełnić życzenie, które oddawna zawładnęło umysłem śmiałego Halefa i ostrożnej Hanneh: może Kara ben Halef będzie mógł pokazać Haddedihnom, że jest godnym synem swego odważnego ojca!
Halef sądził, że sam będzie najodpowiedniejszym opiekunem dla syna. Hanneh nie podzielała tego zdania; wolała oddać dziecko pod opiekę męża i... moją. Skoro się więc dowiedziała, że przybywam, zgodziła się, aby Kara ben Halef ruszył razem z nami. Nie przyszło jej na myśl zapytać mnie, czy mam ochotę odbyć tę podróż. Ponieważ wyprawa była wcale pociągająca, dałem zmiejsca swoje placet. Wtedy Halef zapytał:
— Drogi mój sihdi, o ile sobie przypominam, uważałeś zawsze, że liczny orszak przeszkadza w drodze. Czy obecnie jesteś tego samego zdania?
— Tak. Dlaczego o to pytasz?
— Ponieważ postanowiłem przedsięwziąć tę wyprawę wraz z setką wojowników, kierując się zasadą, że im większa ilość ludzi, tem większe wrażenie. Od chwili jednak, gdyś do nas przybył, wspominam z dumą nasze niebezpieczne wędrówki i czyny, których dokonaliśmy bez obcej pomocy. Sławie tych przygód zawdzięczam stanowisko szeika Haddedihnów. Niestety, nic do niej nie dodałem, gdyż ostatnie lata strawiłem bezczynnie. Czyż odwaga moja nie rdzewieje, jak stara szabla w pochwie? Znasz przecież swego wiernego Halefa i wiesz, że łaknie niebezpieczeństwa, jak ryba wody. Dusza moja dławi się w bezczynności, a duch mój podobny jest do orła, którego Allah zamienił w ślimaka. Cóż również się stanie z moim synem Kara ben Halef, jeżeli nie będzie miał okazji do rozwinięcia w sobie zręczności i wykazania odwagi? Stanie się pasożytem, pijącym Iagmi[9], i zginie wreszcie od raszah el buruhda[10]. Czy będzie się mógł odznaczyć, jeżeli go zabiorę pod osłoną stu jeźdźców? Nie! Dlatego z radością witam twe przybycie. Tęsknię za tem, aby znowu przeżyć coś, co na zawsze pozostanie w księgach bohaterskich. A stać się to może, jeżeli pojedziemy sami, jak za dawnych czasów. Cóż ty na to?
— Zapytaj naprzód, co powiedzą wojownicy, których chciałeś zabrać?
— Nie będę się ich pytać. Jestem szeikiem; muszą mnie słuchać. Później powetuję im stratę wielką wyprawą myśliwską. A więc, drogi sihdi, jak mi radzisz?
— Uważam wyprawę bez eskorty za korzystniejszą z innych jeszcze przyczyn.
— Mianowicie?
— Przedewszystkiem zwróć uwagę na odległość. Droga do Dżebel Szammar trwać musi dni czternaście nawet na najszybszych wielbłądach — o koniach niema mowy ze względu na brak wody. Ponadto setka ludzi potrzebowałaby stu jucznych wielbłądów dla transportu bukłaków z wodą; wskutek tego przybylibyśmy na miejsce dopiero po czterech, pięciu tygodniach. Skądże wziąć wodę na te nadliczbowe tygodnie? A wrogie plemiona, przez których obszary będziemy przejeżdżali? Hufiec, składający się ze stu wojowników, zauważonoby bezwątpienia; natomiast trzy osoby mogą się przedostać niepostrzeżenie. Jeżeli pragniesz sławy, to pytam, czy większą sławą okrywa się stu wojowników, którzy pokonali niebezpieczeństwo, czy też trzej ludzie, borykający się z temi samemi niebezpieczeństwami?
— Oczywiście, ci trzej! Pojedziemy więc we trójkę, ty, sihdi, ja i syn mój Kara ben Halef, który podróżowanie przy twym boku uważać będzie za największy zaszczyt. Pomówię z żoną moją, Hanneh. Da nam mąkę najprzedniejszą i soczyste daktyle, abyśmy po drodze nie zaznali głodu. — Klasnął w dłonie i zawołał rozpromieniony: — Hamdulillah, chwała, cześć i sława Allahowi! Znowu owionie nas powietrze pustyni, znowu będę mógł dowieść, że żyje we mnie dusza bohatera i zwycięzcy, którego nikt nie pokona, który w każdem niebezpieczeństwie był ci najwierniejszym przyjacielem i dzielnym obrońcą!
Ze spokojem i rezygnacją słuchałem tego potoku słów. Cóż począć? Wszak tylko zabawna jest ta bezwiedna zamiana ról!
Jak można było przewidzieć, Hanneh ze względu na syna obdarzyła nas niezmierną ilością zapasów. Kara ben Halef był niezwykle dumny, że zabieramy go na długą i niebezpieczną wyprawę. Po ceremonji pożegnania ruszył na czele, wyprostowany w siodle jak świeca. Towarzyszyła nam grupka Haddedihnów z koziemi skórami; na utworzonym z nich kelleku[11] mieliśmy przeprawić się przez Eufrat. Odprowadziwszy nas do brzegu rzeki, zawrócili, my zaś ruszyliśmy na południowy-wschód w kierunku badijeh[12]. —  — —

Przypisy

  1. Hazelnut — orzech (ang.).
  2. Beduin.
  3. Szpak.
  4. Orzeł.
  5. Wieś.
  6. Ideał.
  7. Blagier.
  8. Dziura.
  9. Sok daktylowy.
  10. Katar.
  11. Prom.
  12. Pustynia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.