Strona:Karol May - Dżafar Mirza II.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


jem przypuszczeniem, obozują wtyle, nad źródłem. Kilku z nich pracowało przy czterech grobach wodzów; ze względu na jutrzejszą uroczystość wbijali w mogiłę lance i wieszali na nich swe leki. Konie pasły się na przednim planie.
Ujrzano mnie, gdym skręcił w kierunku polany.
Tu, w tem świętem miejscu, jakiś biały! I to w chwili, gdy wykopali topór wojny! Zjawisko tak niesłychane, że Indsmani zamilkli; dopiero po chwili cała gromada zaczęła przeraźliwie ryczeć. Chwycili za broń i poskoczyli ku mnie.
— Milczeć, cicho! — przekrzyczałem ich wrzaski. Słuchajcie, co wam powiem!
Po tych słowach wywinąłem ciężką niedźwiedziówką kilka młyńców wprzód i wtył, w prawo i w lewo, aby odsunąć od siebie paru młokosów, którzy napierali zbyt zaciekle. Dzięki tym manewrom, ten i ów poczuł ciężar kolby. Rycząc jeszcze głośniej, usiłowali podejść do mnie. Jakiś starzec przekrzyczał jednak wszystkich:
Uff, uff! Milczcie, wojownicy Komanczów! Dobry Manitou zesłał nam wielki po-