Jerychonka/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Jerychonka
Podtytuł Powieść
Wydawca Kurjer Warszawski; S. Lewental
Data wyd. 1895
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
VII.

Ślub ich odbył się w ostatnią niedzielę karnawału. Oboje nie chcieli rozgłosu, ani pustéj ciekawości tłumu: wybrali więc bardzo wczesną godzinę i nie rozsyłali zaproszeń.
Osiecka była oburzoną w swych tradycyach, gdy Magda nie chciała weselnego stroju, ani wesela; ale musiała ustąpić obojgu, pomimo że gderała zawzięcie.
Owego tedy ranka poszli we dwoje do Panny Maryi i wzięli ślub. Malicki i Sylwester podpisali się jako świadkowie, i na tém się ceremonia skończyła. Kościół był prawie pusty i nikogo znajomego. Tylko Magdzie się zdało, że przez sekundę za filarem widziała Oryża.
Świadkowie pożegnali ich zaraz po ceremonii; Malicki śpieszył się na konsylium, Sylwester — by nowinę roznieść po całem mieście.
Poszli pod rękę ku domowi. Osiecka poprzedziła ich, wzburzona do głębi.
— Taki ślub, to skandal! Znowu o nich tylko gadać będą. Dobrało się dwoje postrzelonych! Boże, co to daléj będzie!
Filip rękę Magdy do siebie przyciskał, ale ona wcale nie wyglądała na sentymentalną.
Owszem żartowała z konceptów Malickiego i cieszyła się z Sylwestra, który przy obrzędzie kilka razy wzdychał.
— To tak z zazdrości o mnie! — uśmiechnął się Filip, szukając jéj oczu.
— Bynajmniéj! To ze strachu, by go kto z nowinką nie uprzedził. Boże, ile on piętr dzisiaj schodzi z naszéj racyi! — odparła swobodnie.
Przyszli do domu. Ponieważ Osiecka płakała na samą myśl stracenia Magdy, więc Filip tymczasem donajął sąsiednie dwa pokoje i tam się ulokował.
Przez te trzy tygodnie zupełnie wrócił do równowagi. W towarzystwie zawsze wesołéj Magdy odzyskał dawny humor i miał wrażenie człowieka, który powstał z ciężkiéj choroby. Czuł się uratowanym, roił o swobodnéj, dobréj przyszłości.
Baronową spotykał chwilowo na ulicy. Wtedy doznawał uczucia bólu i niepokoju, ale tylko chwilowo, i gwałtem myśl od tego odwracał. Chciał zapomniéć, uciekał do Magdy, szukał jéj oczu, prawił czułości, całował ją po rękach. Trochę go raził jéj humor niefrasobliwy, ale myśl, że należą do siebie, dodawała mu wiary na przyszłość.
Po ślubie Magda pozostała tą samą. Zabrała się do roboty, jak każdego dnia, a jemu kazała sobie czytać głośno.
Gdy mruczał niechętnie, rzekła tonem, jakim się dzieci pociesza:
— Bądź grzeczny i nie grymas. Im prędzéj robotę skończę, tém prędzéj do Włoch wyjedziemy. Żebyś był poczciwy mąż, tobyś wziął drugie stalugi i połowę mojéj roboty na swe barki.
— Wezmę, ale ci popsuję opinię. Nie mogę już malować. Zanadtom sobą i tobą zajęty.
Jednakże ustawił stalugi i wziął się do pracy. Widząc jéj radość, zajął się szczerze i tydzień wytrwał. Potém któregoś dnia pendzel rzucił i ponuro się zamyślił.
Przestała i ona malować i spojrzała nań z niepokojem:
— Zmęczyłeś się? Chodźmy na spacer!
— Nie zmęczyłem się, ale czuję, że już nie jestem zdolny nic tworzyć. Ta robota to nie zapał i nie natchnienie, tylko rzemiosło.
Ścisnęło jéj się serce, i nakłaniała więcéj. Ale wskutek tego stał się rozdźwięk między nimi. On w swojéj bezczynności poczynał się nudzić, a ona to czuła z wielką przykrością i trwogą. Często w pracowni panowało milczenie, którego ona przerwać nie umiała, szukając daremnie w myśli przedmiotu wspólnego zajęcia, a którego on przerwać nie chciał, codzień bardziéj zrażany jéj pozorną dla niego obojętnością.
Wtedy złe myśli go opadały: wspomnienia gorących spojrzeń i uścisków baronowéj, jéj półsłówka drażniące, jéj rozmowy, jéj zajęcie, gdy o sobie opowiadał, jéj zalotne pieszczoty. Tak niedawno się przekonał, że to była sztuka i fałsz; teraz o tém zapomniał i porównywał postępowanie baronowéj z zachowaniem się Magdy, i miał do niéj żal, że go tém samém, co tamta, nie karmi.
Ona zaś zamykała się w sobie i nie chciała mu być natrętną, bo upiór baronowéj stał wciąż w jéj oczach i pamięci, mroził każdy serdeczny poryw.
I tak po kilku tygodniach oboje dalszymi się czuli i bardziéj obcymi sobie, niż przed ślubem, oboje zrozumieli, że idzie do gorszego, i przestali już nawet mówić o przeszłości.
W całym domu jedna Osiecka czuła się zupełnie zadowoloną. Zapomniała już o „skandalu“ ślubnym, cieszyła się statkiem Filipa, obecnością Magdy i zakończeniem uwłaczających plotek.
Młodzi, napędzeni przez nią, złożyli wizyty. Znowu salon jéj był pełen w dnie przyjęcia, z uśmiechem przyjmowała powinszowania znajomych, a co najlepsza, namówiła Filipa, aby jéj oddał do przechowania większą część kapitału.
Téj jednéj upiór baronowéj wcale nie prześladował; przyszłość widziała w różowych barwach.
Dziwna rzecz, Magda nie pomyślała teraz o zwierzeniu się Berwińskiéj. Wprawdzie po śmierci starego delikatność ją wstrzymywała, ale przytém przybył jéj nowy wzgląd. Nie chciała mówić o Filipie, nie chciała być stronną. „Możem ja winna, a będzie wyglądało, że on. Zresztą, jeśli wobec niego milczę, nie powinnam nikomu innemu mówić.“
Po paru tygodniach bardzo porządnego i monotonnego życia w domu Filip któregoś ranka rzekł do żony:
— Nie jestem ci bardzo potrzebny przy pracy. Pójdę do Malickiego na parę godzin.
— Idź i baw się! — odparła ze zwykłym uśmiechem.
Poszedł, a ona, nasłuchując jego kroków na schodach, szepnęła do siebie:
— Wyrwał się jak więzień na swobodę.
Jednakże dnia tego wrócił na oznaczoną godzinę i był weselszy. Wieczorem we troje poszli do teatru. Naprzeciw nich w loży siedziała baronowa z matką, ale pomimo bacznéj uwagi Magda nie spostrzegła, by Filip choć raz spojrzał ku niéj. Piękna pani była, jak zwykle, celem spojrzeń i uwag; nadzwyczajna jéj uroda musiała wywierać wrażenie, pociągać najobojętniejszych. Loża jéj pełna była odwiedzających mężczyzn, a z sali ścigały ją spojrzenia nieznajomych.
Rzecz szczególna. Magda, tak śmiała dawniéj z Filipem, teraz nie odważyłaby się spytać go o wrażenie, jakie baronowa na nim wywiera, a on, który ją życie całe miał za powiernicę, teraz nie pomyślał nawet, by jéj powiedziéć co czuł, i co myślał.
W powrocie do domu tylko Osiecka mówiła, oni oboje milczeli, myśląc może to samo, mimowoli smutni i zgnębieni.
Jednocześnie baronowa wracała z matką i, tak jak oni, milczała, słuchając, znudzona, gawędy radczyni.
— Dziś powinna przyjść depesza od Alberta.
— Dlaczego koniecznie dzisiaj?
— Bo mi się śniły czarne konie, a to oznacza pogrzeb. Zresztą pisał przecie, że Ludwika życie na dni policzone.
— Cóż z tego! Jeżeli myślisz, że mu będzie pilno do mnie, to się grubo mylisz.
— Ech, to farsa! Musi żonę zabrać. Masz prawo o to się upomnieć.
— Tak, ale on ma list, w którym mu zapowiadam, że zwalniam go od wszelkiéj nad sobą opieki. List ty dyktowałaś...
— Wtedy było co innego. Warunki się zmieniły.
— A wiész, czego on chce teraz? Żebym się u nóg jego czołgała!
Wściekłość była w głosie baronowéj.
— Moja droga, za to, co ci teraz dać może, tę scenę warto mu urządzić!
— Cha, cha — zaśmiała się baronowa — warto, zapewne, ale ja wolę zmusić go, aby sam się zgłosił i o mnie się upomniał.
Depeszę zastały istotnie w domu. Baronowa rozdarła ją, spojrzała i odetchnęła głęboko.
— Nareszcie! — zawołała, podając ją matce.
Była lakoniczna: — „Ludwik umarł“.
— Żadnego wezwania, nic! Cóż on sobie myśli? — wybuchnęła radczyni.
— Mówiłam ci — to na niego wygląda! Czuje się panem teraz: będzie się drożył. Teraz się nie odezwie, czeka zaczepki, by odpłacić za te miodowe miesiące, któreś mu wyprawiła.
— Ja? Teraz znowu mnie się czepiasz. Zrobisz z niego bohatera i ofiarę!
— Pewnie, że gdyby nie ty, nie potrzebowałabym teraz obmyślać sposobów na niego. Byłabym z nim razem w San Remo i, zamiast tu pleśniéć, dozimowałabym w Nizzy.
Położyła się, lecz długo zasnąć nie mogła.
Muszę tam pojechać — myślała — muszę go zdobyć, odzyskać. Byle prędzéj!
Nazajutrz wstała rano i poszła na wystawę sztuk pięknych; szukała tam Sylwestra. Jakoż prędko się zjawił i zaraz do niéj zbliżył się ze słodkim uśmiechem.
— Nic nowego? — rzekła, wskazując na obrazy.
— A cóż? — odparł z miną Fauna. — Osieccy obchodzą miodowy miesiąc.
— Bardzo zakochani? — spytała wesoło.
— W angielskim rodzaju. Trés correct, mais suspect!
— Nigdzie go nie widać. Musi być zazdrosna.
— Ma racyę. Ptaszka łatwiéj schwytać, niż utrzymać, a pokusa taka, że się jéj nikt oprzéć nie zdoła...
— Przyznam się panu, że istotnie brak mi go. Miałam słabość do niego. Zerwał! Bóg wie dlaczego. Ci artyści są szalenie fantastyczni i drażliwi.
— Żeby on to słyszał! — pokręcił głową Sylwester.
— No, wątpię, by go teraz cokolwiek oprócz żony zajmowało — uśmiechnęła się.
— Kto to wié! Pani sama twierdzi, że artyści są fantastyczni, a on tak niedawno był szczęśliwy...
— Pan jesteś niemożliwy! — zawołała, uderzając go rękawiczką po ramieniu.
Sylwester wprost po rozmowie z nią poszedł na śniadanie do Finka.
— Będzie Osiecki? — spytał gospodarza.
— Obiecał. Ale co mi Osiecki! Wiész, Oryż znowu pije dzień i noc, pięć rysunków niegotowych, a oo niepoczytalny. To zgroza! I niema na takich kryminału! — wybuchnął Fink.
— Po co! Jest szpital! — odparł obojętnie Sylwester.
— A choćby i cmentarz! ale niech mi robotę skończy.
— Et, głupiś! Poproś Domuntówny, niech go swym wpływem zażyje.
— Ba! Domuntówna nazywa się Osiecka! Niéma o czém mówić.
— To nie mów jéj, ale prześlij swą prośbę przez Filipa. Trochę to im uczyni dywersyi w miłosnych zachwytach.
— A wiész co? Filip ma dobrą głowę. Jak on się prędko obejrzał, że baronowa go spłucze, gdy to dłużéj potrwa! Wziął sobie kobietę solidną i warsztat na pieniądze — teraz jest bezpieczny w razie finansowego krachu. Nie słyszałeś? bywa już znowu u baronowéj?
— Nie, i to ją dziwi.
— Widocznie Faustanger teraz się droży z sobą, kiedy ona taka pokorna! — zaśmiał się cynicznie Fink i wrócił do głównego przedmiotu swéj troski.
— Bodaj się był mój Oryż w niéj zakochał! Potrzebowałby na jéj fantazye pieniędzy i pewnieby pracował.
— Ty-bo masz słabość do niego! Znajdziesz stu illustratorów — nie cyganów. Jabym go się bał nawet zaczepiać.
— Ba, znaléźć — znajdę — przeciągle odparł Fink — ale tych nie opłacić. Oni nie chcą rozumiéć moich ciężkich warunków. Dla nich wydawca to bóbr, którego trzeba obedrzeć ze skóry. A Oryż — przy swém brutalstwie — jest niesłychanie delikatny i niedbały na punkcie zapłaty. Inny-by go wyzyskiwał; ja się nim opiekuję, no, i masz racyę — czuję słabość do niego.
W téj chwili Osiecki wszedł z Malickim i kilku znajomymi; rozmowa stała się ogólną.
Ale Sylwester z miną tajemniczą i poważną póty kołował przy Filipie, aż zwrócił jego uwagę.
— Co mi się pan przypatrujesz, jakbym się zmienił? — spytał żartobliwie.
— Ba, zmiana wielka! Przybyło ci powagi! Jakże żoneczka! Wszyscy ci zazdroszczą.
— Ja nikomu! — odparł hardo Filip.
— Wierzę, wierzę! Ale powiedz mi, co to znaczy, że przestałeś bywać u baronowéj?
Patrzał mu tak dobrodusznie w oczy, że przez chwilę Filip się zmieszał.
— Jakto nie bywam? — rzekł, ochłonąwszy. — To naturalne. Teraz ja nie bywam, ale my bywamy, więc stosuję się w tém do stosunków żony.
— Bo, widzisz, gadają o tém — szepnął poufnie Sylwester. — Ja cię bronię, a raczéj ją, baronową, od zarzutów uwłaczających. Mnie jéj bardzo żal, bo ona cierpi na tém.
— Nad czém? — ostro spytał Filip, a czuł, że go dreszcz przeszedł.
— Nad twoją zmianą.
— Mówiła to panu?
— A jakże! Wspomina cię tak sympatycznie; pojąć nie może, co ci się stało. Bo i prawda! Byłeś jéj narzeczonym, mąż nie chce dać rozwodu: cóż ona winna, za co ją karzesz? I jéj żywot nie słodki! Wiész przecie! Nie godzi się go pogarszać jeszcze nową obmową z twojéj racyi. Znam zaś dobrze twoją żonę i ręczę, że byłaby mojego zdania.
Filip milczał, patrząc w ziemię. Była to pierwsza pokusa, podana w zdradnéj formie szlachetności. Oburzył się w pierwszéj chwili, odczuł ból, potém przypomniał sobie rozkosz, potém zaczął z sobą się certować: czego ma pilnować, swojego obowiązku honoru, czy swojego obowiązku uczciwości?...
I powoli jego chęci zaczęły się chylić ku temu dziwnemu honorowi, który nakazuje oszczędzać opinię kochanki, a pozwala oszukiwać żonę.
Odzyskał zupełnie panowanie nad sobą i rzekł ze swobodą światowca:
— Postaram się przekonać panią baronową, że jeślim ją uraził, to tylko niechcący.
— To dobrze. Tak się należy! — potakiwał Sylwester, zupełnie przekonany, że w sprawie téj odegrał także zaszczytną rolę.
Magda dnia tego wybrała się do Zaklickich, a po powrocie nie zastała Filipa.
Osiecka piorunowała na nieporządek z obiadem, ale ją artystka zaczęła reflektować.
— Ależ, Maryniu, przecież on nie jest twoim wychowańcem ze szkółki! Dajże mu swobodę.
— A daj, daj! Ładnie na tém wyjdziesz, zobaczysz! Jestem pewna, że on cię już oszukuje.
Może być, ale go zaczniemy więzić i musztrować, jak rekruta, to musi być! Otóż i dzwoni.
Poszła sama otworzyć i rzekła wesoło do wchodzącego:
— Drugi winowajca. I ja spóźniłam się na obiad. Chodź prędzéj, weź na swoje barki połowę gderania.
— Przepraszam — rzekł Filip. — Miałem parę wizyt po śniadaniu i — chciał powiedziéć — „byłem u baronowéj“, lecz coś go powstrzymało, więc się zaciął i dodał: zapomniałem godziny.
Dlaczego się nie przyznał? Nie bał się żony; był pewien, że gdy powié powód, ona sama tę wizytę pochwali; nie miał jeszcze nic na sumieniu, ale pod Magdy jasnym wzrokiem uczuł wstręt do siebie, i skłamał.
To był pierwszy krok na zawrotnéj pochyłości.
Przy obiedzie tknęło go coś, jakby chęć szukania w niéj winy na swoje usprawiedliwienie, więc rzekł złośliwie:
— Wiész, że twój Oryż z desperacyi po tobie dochodzi do białéj gorączki?
— Cóż to za jéj Oryż? — oburzyła się Osiecka.
— Bo się w niéj kocha na umór.
— Także racya!
Vox populi, vox Dei. Naturalnie, że w to nie wierzę, ale słuchać, co ludzie plotą o nich, to mi nie bardzo słodko, a miéć takiego rywala, — to wcale niepochlebne...
— Żebyś był człowiekiem, toby ci nikt nie śmiał wspominać takich głupstw.
— A ja wolę słyszéć otwarcie, niż być ośmieszanym zaocznie.
Magda słuchała w milczeniu, nie z przykrością, ale ze wstrętem. Pierwszy raz miał ten ton i ujmował się u niéj o siebie niby.
Byłaż to miłość i zazdrość, czy tylko szukanie pozorów? Nie odezwała się ani jedném słowem i nawet nieznacznie poprosiła siostry wzrokiem, aby nie przeciągała dysputy.
Osiecka, z wielkim trudem, ale pohamowała oburzenie, i Filip pozostał panem placu, wcale nie jak tryumfator jednakże, ale zawstydzony i nieswój.
Kobiety poczęły mówić z sobą, jakby go nie było. Poczucie winy rosło i zarazem nielogiczny gniew, nie na siebie, ale na nie.
Zaledwie obiad się skończył, poszedł do siebie i wziął się do czytania, ale nie uważał na treść. Bunt w nim wzbierał i praca złego sumienia, żeby koniecznie postawić się w roli ofiary.
— Cóż ona? Żoną mi jest? Kocha mnie? dba? Poszła za mąż, czy ja wiem poco? Mówi, że z miłości się dla mnie ofiarowała! Śliczny frazes, tylko nie mnie tém zwodzić. Ja wcale jéj ofiar nie potrzebuję! Dałem jéj pozycyę, nazwisko, obroniłem ją przed złą opinią! I mam jeszcze znosić rolę Bóg wié jaką. Guwernantką chce mi być! Bardzo proszę — obejdę się! Ja dałem więcéj, niżby kto się zdecydował, a ona mi zdaje się łaskę świadczyć. Oryż jéj nie smakuje, wierzę, ale go jéj nie daruję. Ma słabostki ta Westalka!
Podniecał się w ten sposób i wyrabiał sobie wobec sumienia bezkarność, głos rozsądku i logiki głusząc gwałtem. Byłby rad, żeby Magda przyszła w téj chwili, żeby powiedziała słowo wymówki, aby jéj swą żółć mógł wyrzucić.
Ale Magda — słychać było — niefrasobliwie wzięła się do roboty i, przerzucając farby w pudełku, nuciła zcicha.
To mu posłużyło za nowy powód oburzenia.
— Śpiewa... albo ją co obchodzi, oprócz smarowania? Czy ona dba o mój sąd, czy ona mnie ma nawet za godnego odpowiedzi i tłómaczenia? A jam, głupi, myślał, że ona dobra sercem, ona dobra, bo obojętna na wszystko. To kamień i drewno! Żebym téż jéj teraz w téj chwili powiedział, że tamtę kocham, toby odpowiedziała żartem, konceptem, radą! To nie kobieta: to anomalia.
Rzucił książkę i wszedł do pracowni.
Magda stała u okna nad naczyniem z wodą i zanurzała w niéj zeschłą jerychonkę. Poczém umieściła ją na świetle nieopodal pieca.
— Cóż to? Próbujesz, czy ci zakwitnie? — spytał.
— A tak. Doktorowa Malicka prosiła mnie o tę próbę. Ciekawam, czy się uda? Dawno ją masz?
— O, więcéj niż od roku. Znaleźliśmy ją po drodze z panią Thomas. To była kapitalna kobietka! Cré nom, bodaj tego dnia właśnie w czasie téj wycieczki, doszliśmy do porozumienia.
Kłamał. Pani Thomas nigdy nie flirtowała z nim nawet, ale chciał spróbować, jakie wrażenie zrobi na Magdzie ta brutalna wzmianka.
Artystka wzięła wielkie in folio, pełne rysunków ubiorów, kapłanów żydowskich, i t. d. i — poczęła przerzucać kartki.
— Może masz fotografię téj pani Thomas? Pokaż, czy ładna? — spytała obojętnie.
— O, ładna twarz to mała część ładnéj osoby, więc fotografia to głupstwo. Możesz mi wierzyć na słowo, że warta była — zapomnienia.
— To niewielka pochwała! — zaśmiała się z dwuznacznika.
— Czy nie wyjdziesz dzisiaj na spacer? — spytał.
— Nie, roboty mnóstwo, i tak mi dobrze idzie!
Zaśmiał się szyderczo.
— Wiész co, że gdybym wiedział, iż taką dostanę towarzyszkę, tobym wolał trapistą zostać. Jeśli nie malujesz, to czytasz. Szkoda jednak, że nie raczysz znałéźć chwili dla mnie. Ostatecznie taki dom może przyprawić o melancholię.
— Znałeś mnie dobrze i wiedziałeś, co bierzesz.
— Ty również! Wiedząc, że nie będziesz ani żoną, ani towarzyszką, lepiéjbyś zrobiła nie korzystając z mojego szału i nie oszukując!
Odrzuciła hardo głowę, wyprowadzona z cierpliwości.
— Nigdym nikogo nie oszukała. Powiedziałam ci otwarcie i szczerze, jaką jestem i co dać mogę. Nie spodziewaj się ode mnie szału i zaślepienia, ani ofiary z tego, co kocham nad wszystko — sztuki. Uraziłeś mnie dzisiaj ciężko, to dosyć, że ci daruję; ale ustępować ci i udawać czułość — nie myślę. Nie znoszę scen, i tego ode mnie nigdy nie doznasz; ale téż kłamstwa i obłudy nigdy się nie spodziewaj. Nie rozumiem, co ci się stało dzisiaj, i myślę, że gdy się opamiętasz, sam to pojmiesz, iż nie mam ochoty mówić z tobą.
— Bardzo dobrze, i owszem! Nie miéj mi więc za złe, jeśli poszukam sobie milszego towarzystwa i rozrywek wśród ludzi. Nie mam powołania na anachoretę, ani na Toggenburga!
Zatrzasnął gwałtownie drzwiami i wyszedł.
Magda wzięła się do roboty, ale cały jéj zapał i poryw artystyczny zatruła ta scena.
Pierwszy raz zdała sobie sprawę, że wzięła na siebie pracę nad siły, zadanie, do którego nie miała powołania.
To uczucie dla Filipa, tak czyste i idealne, które napełniało jéj życie, jak zapach napełnia kwiat, teraz, gdy się stało obowiązkiem, rzeczą powszednią, wpisaną w regestr ziemski i społeczny, straciło dla niéj cały urok. Ofiara, raz dokonana, sprawiała jéj nudę i niesmak, a więc była to błędna ofiara.
Osiecka słusznie kiedyś jéj rzekła, że sztuka to kapłaństwo, a ona nieopatrznie dała jéj rywala w człowieku. Teraz będzie zawsze w rozterce między obowiązkiem a powołaniem; teraz się musi sprzeniewierzyć jednemu z dwojga.
Dla jéj prawéj i prostéj natury położenie takie stawało się nieznosném.
Filip wrócił późnym wieczorem z wesołéj kolacyjki w świetnym humorze. Nie pamiętał sceny domowéj i podniecony bez ceremonii objął żonę i pocałował ją w usta.
Uchyliła się ruchem instynktownym, którego wnet pożałowała, bo on go spostrzegł i wnet zasępił się i otrzeźwiał.
— Przepraszam za ubliżenie! — rzekł sztywnie.
Chciała go przejednać, ale nie potrafiła skłamać, a pamiętała każde jego złe słowo przy obiedzie: więc milczała, zajęta niby bardzo zaplataniem swych warkoczy.
— Słuchaj! — odezwał się po chwili. — Czemu nie chcesz bywać u baronowéj?
Wzdrygnęła się, ale przemogła pierwsze wrażenie i odpowiedziała spokojnie:
— Mam takie liczne koło znajomych! Nie lubię nowych stosunków.
— A gdybym cię poprosił, byś zechciała jéj złożyć wizytę ze mną — poszłabyś?
— Jestem tak pewna, że tego nie uczynisz, iż nawet nie myślę o takiéj alternatywie.
— Jakto? Byłabyś zazdrosną? Nie do uwierzenia!
— No — na to nie trzeba zazdrości, tylko godności!
— Więc stanowczo odmawiasz?
— Nie odmawiam, ale proszę, byś mnie nie stawiał w konieczności wyrażenia o tém swego zdania!
— Szkoda bardzo, bo ja tych stosunków zrywać nie mogę. Chciałem uczciwie, byś była ze mną; tembardziéj, żeś zawsze broniła jéj przed oszczercami.
— I bronić będę, ale znać nie chcę! Ach — więc przecie ożyła dla ciebie! Mówiłam ci, żeś ją pochował w letargu.
Ton był żartobliwy, ale na dnie ból i gorycz.
Filip jednak tylko żart posłyszał.
— Cieszy mnie, że cię to bawi — rzekł ironicznie.
— Nie bawi, ale spodziewałam się tego — odparła.
Teraz zrozumiała jego zły humor. To tamta wracała; a ona była naiwna i głupia!
Od tego wieczora Filip począł prawie całe dnie spędzać po za domem; między nim a żoną ułożył się stosunek zimny i etykietalny — dla ludzi i dla Osieckiéj szczególnie.
Tę jedną chciała oszczędzić Magda, to téż nauczyła się zmyślać lub tłumaczyć Filipa.
Majorowa zatrzymała o nim pochlebną opinię. Gdy wracała ze szkoły i zastawała Magdę samą — otrzymywała odpowiedź, że Filip przed chwilą wyszedł. Gdy opuszczał obiad, Magda twierdziła, że go sama namówiła na wycieczkę z kolegami. Gdy go nie było wieczorem, tłómaczyła, że to przecie nic nadzwyczajnego, iż się gdzieś zabawił.
Osiecka z początku brała się na ten haczyk, ale potém co raz bardziéj burczała. Gniewało ją szczególnie to, że Magda, niby zwykle spokojna, czynna i zadowolona, traciła wesoły humor, mizerniała i miewała niekiedy oczy bardzo smutne i zamyślenia ponure.
Przy ludziach śmiała się i żartowała, jak dawniéj, ale był to już przymus; a gdy ludzi zbrakło, milkła i nie słychać jéj było w domu.
Tymczasem miało się ku wiośnie i słońce czasem bardzo wesoło zaglądało w okna pracowni, a po ulicach roznoszono fijołki. Mówiono już o letnich wycieczkach, a i Wisła zdarła lód z siebie.
Pewnego dnia Malicki wstąpił do Osieckich, a zwiedziwszy przedewszystkiém szkołę, zaszedł do Magdy.
Obejrzał ostatnie jéj roboty, pochwalił niektóre Stacye, a potém usiadł do gawędki.
Mówił o tem i o owem, coś zafrasowany, wreszcie odsapnął i rzekł:
— Wié pani, że ja uczynię propozycyę, któréjbym nikomu innemu nie zrobił...
— I owszem, dziękuję za zaufanie! — uśmiechnęła się.
— Niech pani spróbuje powstrzymać Oryża przed zatraceniem życia i talentu...
— Jakto?
— A no, ma pani nad nim wielki wpływ. Przez te dwa lata, co się u was stołował, stał się zdrowym. Teraz o krok jest od śmierci, a mnie żal, gdy młody umiera. Pomyślałem tedy: powiem jéj o tém, nie posądzi mnie o nic, a może razem co obmyślimy. Rozumie pani?
— Rozumiem, ale i pan zrozumie, że uczynić nic już nie mogę. Jak go pan zna, rady nie przyjmie, prośbę drwiną zbędzie; może jeszcze na przekór uczyni.
— To téż niech pani nie radzi i nie prosi, ale wymaga. Za skutek ręczę, chyba pani nie chce się tém zająć.
— Ależ on u nas nie bywa wcale! Nie spotykam go nigdzie.
— Może go pani spotkać u panny Berwińskiéj.
Zamyśliła się i po chwili rzekła niby wesoło:
— Jeśli panu na tém zależy, mogę to zrobić, ale nie wierzę, bym kogo mogła od zatracenia wstrzymać.
— No, a ja ręczę! — odparł doktor, patrząc na nią z rzetelném uznaniem. — Dlaczegom to powiedział. Szkoda mi człowieka: umierać mu nie pora; a żyć jak bydlę nie powinien.
Gdy odszedł, Magda po namyśle postanowiła odwiedzić zaraz Berwińską. Doczekała wieczora, a że Filip, jak zwykle, był na mieście, opowiedziała się Osieckiéj i poszła.
Berwińska po śmierci ojca przeniosła się do mniejszego jeszcze lokalu; zajmowała malutki pokoik, nie prowadziła nawet kuchni, pracowała parę godzin więcéj.
Od czasu swojego ślubu Magda nie była u niéj, a teraz idąc rozmyślała, co ma jéj powiedzieć. Postanowiła jeszcze milczéć.
Znalazła Berwińską, jak zwykle, zajętą rozcinaniem arkuszy etykiet, jeszcze bledszą i mizerniejszą, niż za życia ojca.
Spojrzała na nią, i postanowienie jéj się zachwiało. Jeśli spyta, powié jéj wszystko.
Ale Berwińska nie okazała niczem, że wié nawet o zmianie jéj losu. Zapytała o pracę.
— Ano, maluję Stacye. Po Wielkiéjnocy myślę wyjechać na paromiesięczny wypoczynek. Nie uwierzysz, jak tęsknię za spokojem i próżnowaniem.
— Gdzież jedziesz?
— Nie wiem. Przecie mam męża — niby!
Berwińska podniosła głowę, popatrzała na nią, ale nie podniosła kwestyi.
Magdę zabolało to milczenie, jak wyrzut.
— Masz żal do mnie? — spytała serdecznie.
— Nie, tylko mi żal ciebie.
— Czemu? Wyglądam nieszczęśliwa?
— Wiesz, jak ci jest, beze mnie. Po co pytasz?
— Ty mi czasem robisz wrażenie jasnowidzącéj.
— Nie jestem nią, ale znam ciebie i mam wiele czasu do zestawiania faktów i wysnuwania wniosków. Ostatnim razem, gdym była u ciebie, byłaś ze sobą w niezgodzie; potem nie dałaś znaku życia. Teraz milczysz: więc cierpisz! Oto moje jasnowidzenie.
— Jak zawsze, zgadłaś. Cierpię, bo mu jestem już kulą u nogi. Tegom nie pragnęła.
— Poczekaj, aż będzie nieszczęśliwym; wtedy dopiéro się przekonasz, czem jesteś.
— Ależ on może być właśnie nieszczęśliwym przeze mnie! Myślę, że lada dzień mnie znienawidzi, jako obowiązek i pęta. Chciałam go zjednać dla siebie: straciłam już nawet zaufanie. Jeśli jeszcze dotąd nie kłamie, to dlatego, że mu pozwalam otwarcie się sprzeniewierzać.
— Nie pora na wyrzuty, gdy faktu zmienić nie można. Trzeba myśléć, co daléj.
— Daléj? Biedny on; dla niego to daléj jest tylko zgryzotą i zawodem. Wiesz, że wrócił do baronowéj?
— Spodziewałaś się tego.
— Tak, ale cierpię i jestem męczona skrupułami, że to moja wina.
— To już za wiele brać na jedne barki. Otrząśnij się ze skrupułów, zachowaj swój cel. Chciałaś go strzedz, ale nie obciążać swego sumienia jego słabościami. Na to sobie nie pozwalaj, bo nie wybrniesz, jak z ruchomych piasków. Patrz trzeźwo! Dałaś mu zdrowie i czyste serce, życzliwą i silną dłoń. Gdy to sponiewiera, daj mu opiekę w biedzie, a duszę zachowaj dla siebie. Nie może być nieszczęśliwym zupełnie ten, co ideał ma w życiu! Nabierz więc otuchy i nie zasklepiaj się w troskach uczucia.
— Dziękuję ci. To zdrowie i praktyczne, co mi radzisz. A teraz jeszcze jedno. Widujesz ty Oryża?
— Widuję! Przychodzi tu niekiedy, mało co mówi, jak osowiały w próżnię się wpatruje, potém bez pożegnania odchodzi. Kaszle okropnie i oczy ma gorączkowe. Myślę, że biedak nie długo będzie się męczył. I to dobre dla niego.
— Malicki mnie dzisiaj prosił, bym wymogła na nim, ażeby pić przestał. Obiecałam, ale wiem, że oberwę impertynencyę albo szyderstwo. Mniejsza o to: był mi dwa lata dobrym kolegą, żal mi go — powiem! Nie wiész, kiedy przyjdzie?
— Może i dzisiaj, bom go prosiła o książkę jaką o sztuce ornamentacyjnéj. Obiecał się wystarać, więc może dziś przyniesie. Zaczekaj.
Magda skinęła głową, poczęła dla zabawy rozcinać etykiety.
— Jak ci teraz pusto! — rzekła serdecznie.
Berwińska jeszcze niżéj spuściła głowę i zacięła usta.
— Więcéj już mam z tamtéj strony, niż z téj! — odparła po chwili spokojnie. — To dowód, że i mnie już do tamtych bliżéj.
— A ten domek z ogródkiem? Pamiętasz?
— O, tego się nie zrzekam. Mam plan domku i rysunek klombów w głowie. Opowiadam sobie saméj różne bajeczki, i dobrze się bawię.
Uśmiechała się, mówiąc, i tylko bardzo wprawne oko poznałoby, że śmiech ten był to istny Galgenhumor!
— Żebyśmy mogły razem spędzić parę letnich miesięcy! Tobie potrzebny wypoczynek, mnie twoje towarzystwo. Jestem pewna, że ty-byś nabrała sił fizycznych, a ja moralnych do znoszenia życia. Czasami bywa ono ciężką pracą.
— Tak, ale to właśnie jest hygieniczną gimnastyką. W odpoczynku i spokoju siły sztywnieją jak muskały. Brak wprawy i ćwiczenia kosztuje potém w dwójnasób.
Magda miała wielką pokusę spytać ją o jéj osobiste troski, ale nie śmiała, tak ta niedola hardą była i tak starannie ukrywaną. Bała się urazić ją nawet serdeczném współczuciem.
W téj chwili ktoś nieśmiało do drzwi zastukał. Berwińska zwróciła się żywo do Magdy i rzekła szeptem:
— Usuń się trochę na bok. To Oryż! Gdy cię zobaczy, gotów uciec od progu. Ja go tu wciągnę: wtedy już zostanie.
Magda usłuchała machinalnie, a Berwińska otworzyła drzwi i pozdrowiła uprzejmie Oryża.
— A to pan, i z książką! Dziękuję i proszę na herbatę! Pomoże mi pan obejrzéć te rysunki.
Oryż wszedł i dopiéro, gdy zdjął palto, spostrzegł Magdę. Pierwszy ruch był taki, że chciał zemknąć; ale się przecie opamiętał, ukłonił i usiadł przy stole, starając się, by twarz jego pozostawała w cieniu.
Berwińska zaraz zajęła się książką, i to wnet zerwało przymus. Oryż, jakby nie wiedział o obecności Magdy, nie zagadał do niéj, ani spojrzał. Ona zaś, patrząc nań, rozmyślała, jakby zagaić polecenie Malickiego.
Wreszcie ozwała się:
— Ależ pan kaszle! To nowy nabytek?
— A cóż to — nie stać mnie na coś nowego? Mogę sobie na ten zbytek pozwolić. Niedrogo kosztuje — bąknął.
— Tymczasem, dopóki pana nie wygna do Włoch.
— Do Włoch, mnie? Bez tego się obejdę! Wolno mi umrzéć, gdzie mi się podoba i kiedy.
— Każdemu tchórzowi dezercya wydaje się rzeczą zupełnie słuszną.
— Dezerterem nie jestem, bo nigdzie nie służę!
Wskazał Berwińskiéj jeden rysunek i przytém o jeden cal więcéj do Magdy plecami się zwrócił. Ale ona nie zrażona ciągnęła daléj:
— Skończył pan już album krakowski?
— Nie! — mruknął.
— Dlaczego?
— Bo mi się nie chce! — odparł już złym tonem. — Co to panią może obchodzić!
— Widocznie obchodzi. Zresztą bardzom rada, że pana spotkałam. Mam do pana pewne polecenie.
— Od kogo? — spytał, głowę raz pierwszy podnosząc.
— Od siebie saméj. Dlatego proszę mnie do domu odprowadzić. Powiem po drodze.
— Wcale nie mam ochoty pani towarzyszyć, bo mi to nie po drodze.
— No, to mi wszystko jedno. Nałoży pan drogi w takim razie — i tyle! Późno już, muszę wracać. Chodźmy!
Zaczęła żegnać Berwińską i ubierać się.
Oryż chwilę się wahał, zupełnie wytrącony z równowagi stanowczym tonem, potém wstał niechętnie, opieszale i mruknął, ruszając ramionami:
— Tak mi miło włóczyć się licho wié gdzie po nocy, jak psu tańczyć.
Jednakże naciągnął palto i wyszedł za nią.
W sieni burkliwie spytał:
— No, cóżto za polecenie?
— O, nawet dwa i nawet nie polecenie, ale wymaganie.
— Może rozkaz? — zaśmiał się ironicznie.
— Właśnie! — tylko mi pan przedewszystkiém zaręczy, że spełni i przyzna prawo wymagania.
— Bagatela. Tylko tyle!
— Spełni pan? Prawda? — nalegała.
— A cóż to? Ja pani pudel?
— Nie, ale mi pan powinien dogodzić. Przecie pan wié, że pana znam, więc nie zażądam czegoś przykrego. Przez dwa lata nie naraziłam pana nigdy na alternatywę odmowy.
— No, więc jeśli się zgodzę, to pytam: jakie pani prawo ma żądać czegośkolwiek ode mnie?
— To prawo pan sam zna.
Zaśmiał się szyderczo, ale nic nie rzekł.
— Więc zgoda? — spytała.
— Niech pani mówi, o co chodzi — mruknął zamiast odpowiedzi.
— Panie Andrzeju, od jutra nie weźmie pan do ust kieliszka. Dla mnie to pan uczyni. Będę bardzo, bardzo z tego szczęśliwa!
— A pani co do tego! — wybuchnął szorstko.
— Wymagam tego od pana! — odparła spokojnie.
— Także racya! A cóżby pani powiedziała, żebym ja czego od pani wymagał?
— Spełniłabym bez wahania.
— Cha, cha! bo pani myśli, że to żart. No, a ja postawię warunki. Słowo za słowo!
— Czego pan żąda?
Zaciął się, zawahał, a potem z nagłą determinacyą:
— Jak pani będzie kiedy źle i trzeba będzie posłańca lub sługi, to pani mnie wezwie.
Ledwie wykrztusił, już rad był pod ziemię się ukryć ze wstydu, z bojaźni, że odmówi lub żartem mu odpłaci za tylokrotne szyderstwa. Ale ona bardzo poważnie podała mu rękę i rzekła:
— Zgoda, niech się pan oszczędza, pracuje i myśli, żeś mi pan potrzebny!
Uścisnęli sobie dłonie i nie odezwali się więcéj, aż do drzwi jéj domu. Wtedy rzekli sobie krótko: dobranoc, i on powlókł się daléj, do swéj kletki na strychu.
Magda zastała siostrę zafrasowaną.
— Coś się stanie złego! — rzekła jéj szeptem. — Filip zażądał, bym mu dała z jego summy dziesięć tysięcy reńskich. Wyglądał jak złodziéj, gdy to mówił. Zlituj się, dowiedz się, co zamyśla. Może być nieszczęście! Czy nie wpadł między graczów? Ty bo na wszystko mu pozwalasz.
— Dowiem się — odparła Magda spokojnie.
Filip pisał przy biurku; gdy weszła, schował papier do szuflady i spytał ją obojętnie: czy się dobrze bawiła? Odpowiedziała, ale nie spełniła polecenia siostry. Nie czuła się w prawie badania go, ani wymuszania zwierzeń. Nie czuła się téż w mocy współzawodniczenia z baronową i zdawała się na zły los, który, czuła, że do drzwi jéj już kołace.
Nazajutrz pierwszym w redakcyi Finka był Oryż. Zasiadł do roboty, pół dnia milczał, z miną zbójcy, po południu zaczął gwizdać oberki. Fink zacierał ręce i tak się rozczulił tą rehabilitacyą, że wieczorem zaprosił go na przekąskę.
Oryż, rzecz niesłychana, przyjął. Poszli do Hawełki i Fink zaproponował koniaku.
— Nie chcę. Nie piję! — odparł z godnością malarz.
— Ty? Pocoś więc przyszedł?
— Bom głodny. Daj mi mięsa i oczu nie wytrzeszczaj! Już i bez tego masz głupią fizyognomię.
Ale Fink tak łatwo w cuda nie wierzył. Proponował mu po kolei porter, wino, piwo, poncz, i za każdą odmową bardziéj się zdumiewał. Wreszcie przyszedł do wniosku, że Oryż ma paroksyzm statku, który trzeba wyzyskać najkorzystniéj dla interesu.
— Za tydzień rysunki skończysz. Możebyś mi zrobił illustracye do „Anhellego?“
— Zrobię. A co mi dasz za nie?
— Sto reńskich. Połowę zaliczki.
— Nie chcę ani stu, ani zaliczki. Jak mi dasz trzysta odrazu po skończeniu, to się zabiorę do roboty, jak nie, to za tydzień pojadę szukać pracy w Wiedniu. Dziesięć lat mnie okradasz: to dosyć na jednego człowieka.
— Spytaj, kogo chcesz, czy ci mało proponuję. Dziesięć reńskich rysunek — to waga złota.
— Jak sobie chcesz. Moja cena jest trzydzieści.
— Zwaryowałeś!
— Może być! Dlatego wyjeżdżam z Krakowa.
Rzucił serwetę na stół i, nie żegnając swego amfitryona, wyszedł.
— Nietęgo wyjdę, jeśli znowu pić nie zacznie — pomyślał frasobliwie Fink.
Nazajutrz i dni następnych Oryż był wzorowym. Przestał nawet być postrachem gości redakcyjnych, bo znośnie na pytania odpowiadał i nie wymyślał nikomu.
Gdy skończył ostatni rysunek i przyszedł po resztę należności, Fink przyjął go z najsłodszym uśmiechem.
— No, jakże? Bierzesz illustracye?
— Nie. Nie jestem magnat i tchórz, abym się dał obdzierać na gościńcu.
— Dam piętnaście reńskich!
— W knajpie pod „Rakiem“ poszukaj pijanicy Oryża: niech ci pracuje! Ja jadę do Wiednia, gdzie mi proponują robotę taką, przy któréj wystarczy na jadło. Zostawię ci po sobie to zdanie, że pijak może pracować tanio, bo głodu nigdy nie doświadcza, ale kto jada, ten ceny twojéj nie przeżyje! Bądź zdrów i hoduj pijaków co najwięcéj!
Poszedł do swéj kłetki, a że nie miał co pakować, więc oczekując godziny pociągu, usiadł przy stoliku i po długim namyśle i zniszczeniu kilku brulionów napisał do Magdy:
„Jadę do Wiednia, bo tu musiałbym pić z głodu, a tam będę jadł z pragnienia. Mam kollegę i obiecaną dobrą robotę. Myślę, że zacznę oszczędzać, więc jak mi co zostanie, to pani odeślę do schowania. Posyłam adres nie po to, żebym chciał odpowiedzi, nawet tego wcale nie pragnę, ale żeby pani wiedziała, zkąd mnie zawołać w razie potrzeby. To i wszystko!“
Podpisał i uznał, że dobrze zredagował. Potém wsunął list w kopertę i zaciął się na adresie. Wreszcie napisał: „Wielmożna Magdalena Domuntówna“ — i resztę nocy spędził bezsennie. Nad ranem opuścił na zawsze kletkę, nasunął kapelusz na oczy, podniósł kołnierz paltota i, jak złoczyńca, poszedł na Floryańską.
Oprócz policyanta nie było nikogo na ulicy: więc chwilę się zatrzymał, patrząc w okna, potém stęknął i ruszył daléj.
Berwińska, idąca bardzo rano do zakładu, spotkała go na drodze. Czekał na nią i śpieszył się, bo mało chwil miał do odejścia pociągu.
— To list! — rzekł. — Już może tu nigdy nie wrócę, więc napisałem z pożegnaniem. Wiadomo, trzeba czasem, jak małpa, naśladować głupców. Jak mi dobrze pójdzie, to i panią namówię na przeprowadzkę, bo tutaj nigdy pani nie skończy swego zadania. Doprawdy, niech pani się nie zżyma. Żeby człowiek żył do śmierci, toby furda była, ale człowiek żyje do choroby, do starości, do niedołęstwa, a potém co robić? Aha, o tém trzeba myśléć! No, żegnam panią. Dam znać o sobie!
Uścisnął jéj dłoń i pobiegł w stronę dworca. Ledwie był ranek, Oryż kupił bilet i wyszedł na perron od ulicy, by raz jeszcze swój Kraków pożegnać. Słońce wschodziło już, wiosenne, wesołe, i w czystem powietrzu rozpoczynały swój koncert setki kościelnych dzwonów. Malarz słuchał i patrzał, nastrojony poważnie, i pomimo smutku rad z siebie, spokojny po ciężkim przebytym boju i męce. Wtem kareta stanęła u podjazdu i spłoszyła go z rozmyślań.
Drzwiczki się otworzyły i wysiadł Filip.
Oryżowi zabiło serce. Osiecki komuś podawał rękę — będzież to ona? Ale wnet się uspokoił, a raczéj doznał uczucia zdumienia i zgrozy. Z karety wysiadła baronowa.
Tragarze rzucili się po tłomoczki ręczne, inni do dorożki pełnéj kufrów, którą im wskazał Filip. On sam podał ramię pięknéj pani, i weszli do sali. Oryż, niepoznany, w ślad za nimi, nastawiając uszu na rozmowę. Cały był wzburzony tém spotkaniem, ciekawy zakończenia. Ale w gwarze i natłoku nic dosłyszeć nie mógł, i wnet mu zniknęli z oczu.
Po chwili Filip znowu się na sali ukazał, dozorując zdawania kufrów. Wtedy posłyszał Oryż, że bagaż szedł do Wiednia, i zobaczył w ręku Osieckiego jeden bilet pierwszéj klasy.
— Odprowadza ją tylko! — pomyślał na pół z zawodem, na pół z radością. — Te dwa uczucia tak się splątały w jego duszy, że nie mógł rozpoznać, które silniejsze, które droższe.
Nareszcie rozległ się pierwszy dzwonek. Fala ludzi zalała perron; Oryż stanął przed wagonami pierwszéj klasy, na czatach.
Filip i baronowa przeszli obok niego, zajęli osobny przedział; on wciąż czatował.
Po drugim dzwonku Filip wysiadł i stanął u okna, które piękna pani otworzyła i wychylona rozmawiała wesoło.
— A zatem pojutrze będę miał depeszę z Wenecyi. Nie zapomnij, bo będę niespokojny, jak drogę odbyłaś! — rzekł Osiecki po francuzku.
— Jedź razem, to będzie weseléj i swobodniéj! — rzuciła mu kusząco.
— Nie mów, bo dość i bez tego ciężki mi będzie ten tydzień.
— Ale ani dnia dłużéj, pamiętaj. Będę się nudziła nieznośnie.
— Może dzień wcześniéj chyba! — odparł z gorącem spojrzeniem. — Oh, ten tydzień, to wiek.
Gwizd sygnału, pociąg już drgnął. Oryż musiał pędzić do swego wagonu, ale dosłyszał jeszcze pożegnanie baronowéj.
— Do widzenia, mon chéri! Czekam z niecierpliwością i... kocham!
Pociąg ruszył; gdy mijał Osieckiego, Oryż wychylił się przez okno i krzyknął:
— Pomyślności... kłamco i złodzieju!
Filip, zapatrzony w okna dalsze, uśmiechniony, drgnął, spojrzał i poczerwieniał. Zdało się Oryżowi, że mu laską wygrażał — i zniknęło mu wszystko z oczu: Kraków, ludzie znajomi, życie dawne. Jechał do nowego i czuł, że może dożyje chwili, gdy będzie mógł Magdzie usłużyć...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.