Jerychonka/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Jerychonka
Podtytuł Powieść
Wydawca Kurjer Warszawski; S. Lewental
Data wyd. 1895
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
VI.

Gdy ksiądz Oryż wrócił z Krakowa, zastał synowca rozlokowanego na probostwie, które wskutek tego wyglądało jak knajpa. Gdyby nie wpływ i opinia Magdy, nastąpiłoby zapewne zaraz zerwanie dyplomatycznych stosunków; ale ksiądz naukę zapamiętał, więc wyrzucił tylko synowca ze swojéj sypialni i pozwolił mu resztę plebanii zadymiać złym tytoniem, rysować po ścianach i zabłacać podłogi.
Malarz przez dni parę umyślnie czynił to z całą ostentacyą, by wywołać burzę; ale, widząc, że stryj jakby nie widział go, stracił gust w dokuczaniu. Przeniósł swoje penaty do kuchni, gdzie uczył kucharkę sprośnych piosenek; ale ta, stara i przygłucha, znosiła to także filozoficznie: więc i tam się Oryż prędko znudził. Zwiedził miasteczko, pochwycił kilka typów do swojéj teki i doczekał uroczystego święta. Wtedy, podczas nabożeństwa, przedrzeźniał stryja na ambonie, pewny, że przecie wywoła scenę; ale i to zniósł proboszcz. Oryż był tak zdumiony nagłą zmianą, że postanowił spróbować ostatniej sztuki, a potém uciec ztąd i nie wrócić nigdy.
Wieczorem, gdy ksiądz brewiarz odmawiał, przyszedł do sypialni, położył się na łóżku i począł gwizdać operetkowe kuplety.
Ksiądz bez gniewu wyszedł z pokoju i w jadalni modlitwy dokończył. Ledwie książkę odłożył, Oryż rzekł:
— Wie stryj co? Ja-bym chciał mieć sto reńskich.
— Czemu nie? To okrągła sumka!
— To niech mi je stryj da! Domuntówna stryjowi sfuszeruje jedną kaplicę, a ja do drugiej naprzeciw zrobię „Pokusy Ś-go Antoniego.“ Chce stryj szkic zobaczyć?
— Wierzę ci na słowo, że jest ściśle kościelny. Toć przecie twój rodzaj, malarstwo religijne, ale w jednym roku nie będę dwóch kaplic odnawiał. Na cóż ci tyle pieniędzy?
— Chcę się żenić.
— Dam ci tysiąc reńskich, jeśli się ożenisz z Domuntówną.
— Phi! — gwizdnął Oryż. — A to stryjowi zadała! Wymaluję ją stryjowi między pokusami Ś-go Antoniego. Ale dla siebie tom wybrał wdowę w Tarnopolu, która ma trafikę.
— Na to ci nie dam i stu centów, bo to pewnie łgarstwo. Żebyś dwa lata widywał codzień Domuntównę i w niéj się nie zakochał, to niemożliwe.
— A cóż to kobieta — knajpa, żebym ją pokochał i przywyknął? Ta w Tarnopolu da mi rabat na cygarach, a tamta co?
— Jesteś infamis. Miała téż kogo panna Magda tak bronić i chwalić!
— Mnie! Ona? Drwiła sobie ze stryja!
— Wcale nie. Możesz spytać Okęckiéj.
— Ja dewotek o księży nie pytam. No, ale co tam Domuntówna! Da mi stryj sto reńskich?
Tu ksiądz wybuchnął.
— Figę ci dam! Mało jest ubogich, żebym ich grosz oddawał takim szubrawcom bez czci i wiary! Dość, że cię cierpię pod moim dachem.
— Wspierając tak zwanych ubogich, wspieracie próżniaków, pijaków i oszustów. Wasza dobroczynność to hodowla tej plagi społecznéj. Ja się obejdę bez stryja pieniędzy. Pożyczy mi zakrystyan.
To rzekłszy, wyszedł z plebanii.
Proboszcz bezsennie przeleżał do rana, układając, jak zwymyśla zakrystyana. Jakoż, ledwie wstał, posłał po niego i napadł bez żadnego wstępu:
— Jeśli myślisz, że zobaczysz ode mnie swoje sto reńskich, coś je dał memu synowcowi, to się grubo mylisz. I to będzie słuszna kara za twój podstęp. Na odnowienie ołtarza — to nie masz centa, a pożyczać błaznom — to masz?
— Ależ, proszę jegomości... — przerwał zakrystyan.
— Milcz, jesteś faryzeusz i sknera!
— Matko Boska! — wybuchnął nieborak. — Ależ ja, jako żywo, nie pożyczałem panu Andrzejowi i centa. Nie widziałem go od tygodnia, nie mówił mi nigdy o pożyczce. Co się jegomości dzieje! Ja mam pięcioro dzieci, a nie pieniądze.
Proboszcz skamieniał.
Zwrócił się i zawstydzony poszedł do kościoła.
Potém bezmierny gniew go ogarnął.
— Ten chłystek! Odpłacił mi za delikatność! Zarobiłem sobie, słuchając rad panny Magdy! Ja jéj to napiszę! Niech pozna, co to za ptaszek. No, cybuch mu na grzbiecie połamię, jak się zjawi!
Ale Oryż nie kwapił się z powrotem. Trochę pieszo, trochę gratis na furach, dotarł do Tarnopola! Tam miał znajomego urzędnika, więc u niego się ulokował. Włócząc się po mieście, dowiedział się w któréj restauracyi stołuje się rotmistrz Faustanger, i obrał tamże swoje pomieszczenie.
Rotmistrz był odludkiem. Nie lubił ogólnéj sali i obiadował zwykle późno, w ustronnym gabinecie. Tam téż czytał dzienniki i przesiadywał długo nad butelką wina, paląc cygara i w ponurém rozmyślaniu gwiżdżąc przez zęby.
Pierwszy raz, gdy w swym kącie zastał Oryża, chciał się cofnąć i mruknął do lokaja, że chce być sam. Ale służący wytłómaczył, że wszędzie pełno, i że ten pan także lubi milczeć, czytać, pić i palić.
Faustanger, burcząc jak brytan, wszedł i tonem wcale nieprzyjaznym rzucił zwykłe pozdrowienie:
Servus!
Servus! — odburknął podobnież Oryż.
Pierwszego dnia nie rzekli nic więcéj, na drugi — rotmistrz spojrzał na tekę, w której towarzysz coś rysował w przerwie obiadu, i zagadnął:
— Pan artysta?
— Uhm! — mruknął Oryż.
— Może pan rysuje karykatury?
— Właśnie!
— Pokaż pan!
Oryż podsunął mu tekę.
Potz Blitz! A toć moja teściowa! — zawołał Faustanger.
— Bardzo mi przyjemnie, jeśli to panu przyjemnie. Mogę to panu ofiarować na pamiątkę.
— Zkądże pan tę jędzę zna?
— Ano, codzień ją spotykam na Rynku w Krakowie.
Na papierze radczyni była jak żywa. W pelerynce, z torebeczką w ręku, grzebała w rynsztoku, którym wraz z pomyjami płynęły brudne papiery.
Faustanger się rozchmurzył. Patrzał ze złośliwą radością na rysunek.
— To pan z Krakowa? — rzekł. — Ano, to pan i moją niby żonę zna. Niech mi pan tę wyrysuje.
— Z Osieckim, czy bez?
— Co to jest Osiecki?
— A to jéj ostatni pinczer-faworyt.
— Daj go pan! — burknął Faustanger.
Oryż prędko wyrysował baronową ze szpicrutą, przez którą skakał pinczer z twarzą Filipa. Rotmistrz przez stół śledził robotę, ale się już nie śmiał. Twarz jego dzika, energiczna, o orlim profilu, nabierała twardych linii.
— To ci głupcy! U mnie to ona skakałaby przez szpicrutę! — warknął.
— Wierzę, i warto! — odparł Oryż, biorąc się do pieczeni.
Faustanger sapał chwilę, potém zadzwonił i kazał podać wina. Ale rozwiązał mu się język i podobał towarzysz.
— Te baby bały się mego ducha! — rzekł, rozpierając się na stole i zapalając cygaro. — Wtedy było cicho. Ale mi to zbrzydło. Gdybym był bogatym — ba — ale tak! Bałem się, że zabiję jędzę, i rzuciłem do dyaska cały kram. Rozdeptać smoka, to warto, ale ropuchę, pfuj! — i splunął. Pił, i wino dziko mu błyszczało w oczach.
Zaprosił Oryża do węgrzyna i spytał:
— Więc ten Osiecki to ostatni? Kto on?
— Malarz.
— To ją pewnie nudzi. Cha, cha, myślę czasem, jakaby to była komedya, gdybym się zjawił!
— Ja-bym to chciał widzieć! — zawtórował śmiechem Oryż.
— Zaproszę pana na widowisko z teką. Ano, przyjdzie do tego kiedyś. Nasze rachunki nie skończone.
Zamyślił się. Oryż, który lubił czytać w ludzkich twarzach, wyczytał, że w duszy jego, obok zemsty, któréj nie taił, była i namiętność ukryta i zazdrość, i dzika żądza, hamowana do czasu przez dumę upokorzonego magnata.
Pomyślał téż z mściwą radością, że gdy ten swój odwet weźmie, to będzie dla baronowéj dzień pokuty za Magdę.
Odtąd codzień rozmawiali przy obiedzie, a potém grywali w taroka i sączyli węgrzyna. Po paru tygodniach Faustanger nie miał już tajemnic dla Oryża, a ten powoli rozdmuchywał w nim namiętność do żony.
Gdy malarz z owych pogawędek wracał do swego przyjaciela urzędnika, pomimo ilości wypitego wina, był zawsze trzeźwy. Gwizdał i śpiewał kujawiaki i śmiał się drwiąco. Gdy się do snu ułożył, rozmyślał:
— Jedni mówią: Oryż hultaj, drudzy: szubrawiec; ale, że Oryż wielki głupiec, to wiem ja sam tylko. Żebym tu nie judził tego wściekłego żołdaka, toby Osiecki lata wisiał przy téj babie, a dziewczyna-by cierpiała tyleż. Ale ja to przyśpieszę! Ten narwany Filip z desperacyi wróci do Magdy; dziewczyna dostanie swe szczęście: no, i wszystko będzie w porządku... A Oryż co wtedy?... — pytał sam siebie szyderczo. — Oryż wróci do knajpy i praczki! To ci użyje za te dwa lata! Uh, Bachus z Afrodytą na rękach go do szpitala zaniosą! Będzie ananasowa frajda!
I śmiał się cicho do samego siebie.
Doczekał się w ten sposób Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Przez ten czas Faustanger był w Krakowie, ale zaraz po powrocie wziął urlop i wyjechał do chorego brata do San-Remo.
Nawet się Oryż nie dowiedział, jak go przyjęła teściowa i żona. Gdy zabrakło rotmistrza, Oryż począł przemyśliwać, jakby do Krakowa się dostać, bo fundusz jego składał się z teki, ołówka i mizernéj garderoby. Obejrzał się tedy za pracą i cały miesiąc pilnie malował szyldy i prawie nic nie jadł, zanim uzbierał tyle, by módz opłacić koléj.
W tym czasie wyczytał w gazecie, że na wystawie w Krakowie ukazały się dwa nowe płótna: „Salamandra“ Osieckiego i „Kult pamięci“ Domuntówny. „Salamandrę“ chwalono bez entuzyazmu, dla Domuntówny krytyka była zjadliwa. Zarzucano widoczny pośpiech w kompozycyi, niedbałe wykonanie, lekceważenie publiczności wskutek łatwo zdobytéj sławy; prorokowano zanik talentu; kończono nadzieją opamiętania, otrzeźwienia po upojeniu tryumfu, i rzetelnéj pracy w przyszłości.
Oryż gazetę zmiął i splunął.
— Z Kapitolu jeden krok do Tarpejskiéj Skały — zamruczał. — Nic ciernistszego nad laury! No, teraz ciekawym, co ona zrobi?...
Od tego dnia gorączkowo wyrywał się do powrotu. Czasami klął samego siebie i swoją nędzę. Potém przychodziła reakcya.
— Tylem tam potrzebny, co tu! Pomódz nie mogę, pocieszać nie będę, a do niéj sięgać nie chcę. Po co właściwie tam się wlokę? Piwo tam takie, jak i tutaj, a przynajmniéj u Adolfa komisarz mi nie grozi. Jak żyję, nigdym tak długo nie był spokojny.
Jednakże liczył skrzętnie centy, i ledwie uzbierał na bilet trzeciéj klasy — pojechał.
Ucieszył go widok starych, znajomych murów.
Pod wieczór stanął na miejscu i, gwiżdżąc wesoło, poszedł pieszo z dworca. Mróz był tęgi, ale jemu było ciepło i wesoło. Floryańską bramę minął i, przechodząc przed domem Magdy, spojrzał w górę. Okna były oświetlone. Sekundę chwyciła go wielka chęć wstąpić, zobaczyć ją; ale myśl tę odegnał, jak sromotną pokusę, i ruszył dalëj w stronę Rynku. Obejrzał kościół Maryacki, Sukiennice, spojrzał w okna baronowéj. Słabo się świeciło w jéj buduarze. Pomyślał, że pewnie Filip tam jest, i nie wiedząc, gdzie się podziać, co robić — opanowany nagle uczuciem opuszczenia i pustki, poszedł już wolniéj — ku knajpie.
Nazajutrz rano jeden z pierwszych był na wystawie przed nowym obrazem Magdy. Ustawiono go obok „Salamandry.“ Oryż szukał błędów, o których mówiła krytyka, ale ich nie znalazł. Ucieszyło go to i ucieszyła kartka z napisem „sprzedany,“ zatknięta za ramę. Natomiast „Salamandra“ była twarda i chybiona, płaska i zimna.
Oryż stał i patrzał, gdy go ktoś trącił w ramię. Był to Fink.
— To ty! Gdzieś ginął?
— Byłem u rodziny.
— Co? Ty masz rodzinę?
— Cóż to? Myślałeś dotychczas, żem aerolit!
— Szukałem cię, jak szpilki, w Krakowie. Potrzebny mi byłeś do gwiazdkowych wydawnictw. Miałbyś moc pieniędzy.
— Udław się sam niemi! Niema głupich! Znam ja twoją moc pieniędzy.
— Jednakże, jeśli zechcesz, dam ci robotę.
— Bryndza! Na rynku rysować nie będę, a z budy mnie gospodarz wysypał.
— No, to mniejsza! Masz przecie pracownię Domuntówny — uśmiechnął się złośliwie.
— Może mi jeszcze ofiarujesz pracownię w katedrze na Wawelu?
— No, nie. Trochę bliżéj jesteś z Domuntówną, niż z Jagiellonami.
— Tak, jak ty o wiele bliżéj jesteś z Shylockiem, niż z Salomonem!
Fink poczuł, że z językiem Oryża trudno stawać do konkursu, więc zmienił rozmowę.
— Cóż, Osiecki ci się podoba?
— Ano, żałuję, że nie mam fałszywych asygnat: zaraz-bym to kupił i spalił. A któż „Kult“ nabył?
— Jakiś zakochany hrabia dla narzeczonéj. Ta twoja Domuntówna ma chyba żydowską krew w sobie. Pieniądze do niéj lgną.
— A ty-byś chciał, żeby po twojéj krytyce ludzie przyznali ci słuszność? To jest dobra robota, a Domuntówna nie Adamski.
— Ba, ty to wiesz! — uśmiechnął się zjadliwie Fink. — No, przecie masz wstęp do mnie, jak zechcesz roboty.
— O, tego się nie doczekasz, żebym ja roboty zapragnął! Zresztą mam teraz poważne zamówienie. Lada dzień wyjeżdżam na Morawy.
— Po co?
— Rotmistrz Faustanger powierzył mi odnowienie fresków w swoim zamku.
— To brat jego klapnął? Fiu! To i Osiecki lada dzień klapnie u baronowéj.
— I owszem. Może przestanie pacykować takie ohydy — burknął Oryż, wskazując „Salamandrę.“
Odwrócił się i, nie żegnając Finka, odszedł.
Pól dnia krążył około mieszkania Magdy, zanim się ośmielił wejść do szkoły Osieckiéj. Dwa tuziny dzieci pisało, a majorowa, dyktując, chodziła wśród nich, poprawiając zeszyty i moralizując bardzo wprawnie.
Na jego widok przez sekundę jakby się przeraziła i zawołała, lecz wnet podała rękę i powitała uprzejmie.
Ale tę sekundę spostrzegł Oryż, i to go zmroziło, wzbudziło podejrzliwość.
Spytał burkliwie o zdrowie, o powodzenie, i zaraz wyszedł. Majorowa była pewną, że go znajdzie u Magdy.
Ale za powrotem zastała w pracowni siostrę samą, zatopioną w czytaniu.
— Cóż Oryż? Poszedł?
— Oryż? Wcale go nie było.
— Waryat! Zjawił się dziś w szkole, przywitał i po minucie ulotnił. No, ale kiedy u ciebie nie był, to i owszem. Nie mogę na niego patrzeć po dawnemu!
— To jest szczególnie logiczna niełaska! A ja przeciwnie, cieszę się, że wrócił. Przed godziną był Filip.
— Po co? Trzeba było go nie przyjmować.
— Nawet mi to na myśl nie przyszło! Zresztą on bardzo nieszczęśliwy, i nie ja go w złéj chwili opuszczę.
— A któż mu winien? Posiada, czego pragnął.
— Nie, on tego nie pragnął, co go spotka lada dzień.
— Co? Że go baronowa porzuci? Gdyby mnie był się spytał, tobym mu o tém powiedziała jeszcze jesienią. Daj pokój — nie masz czego się użalać. Jego ojciec podobny żywot pędził. Co raz nowe amory i skandale, po każdym chciał się strzelać, a umarł zupełnie pospolicie, na zapalenie płuc. Żonę zadręczył, brata zagryzł, a sam był zdrów i wesół aż do śmierci. To jest dziedziczne.
— Co? Śmierć? — zaśmiała się Magda.
— No, niezawodnie, ale ich szały i zapalność mnie już tylko złoszczą. Taki błazen daje się oszukiwać najbezczelniéj, afiszuje się swym grzechem bezwstydnie, fundusz topi w błocie, ogaduje nas, zgorszenie czyni całemu miastu: i ty się nad nim litujesz! Cóż znowu — kochasz się w nim, czy co?
Spojrzała badawczo w oczy siostry, która wytrzymała wzrok spokojnie i odparła.
— Może. Tego mi nikt nie zabroni.
— Ty? Kochasz Filipa? Wielkie nieba! Et, bredzisz! — zakończyła po namyśle.
Machnęła ręką i wyszła do kuchni, by się dowiedziéć o obiad.
Magda poszła do pracowni i obejrzała się wokoło.
— Zacznę coś robić.. Widocznie nie zniosę bezczynności. Tracę równowagę.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Filip tymczasem szedł przed siebie, bez celu. Miał wrażenie, że w duszy mu coś pękło, i tą szparką wciskał się chłód i wicher, który mu gmatwał myśli, mącił uczucia.
Coś się psuło w jego szczęściu; czuł, że się zsuwa ze szczytu na jakąś pochyłość, na któréj utrzymać się nie ma mocy. Nie chciał nawet badać, ni myśleć o tém, nie chciał otwarcie się przyznać przed samym sobą. Ze strachem śmierci i zguby trzymał się już wspomnień przeszłości i szczęścia.
Siłę w nich czerpał i wiarę. A przecież przez szczelinę chłód ciągle się wciskał, i Filip ze zgrozą chwilami czuł, że tam, u baronowéj, coś przed nim ukrywają. Ona jeszcze pozornie była jednostajną; ale już matka traktowała go inaczéj, oziębléj, z pewném lekceważeniem. Onegdaj po raz pierwszy nie przyjęto go o zwykłéj godzinie; dziś otrzymał bilecik, że baronowa na ślizgawce nie będzie, gdyż czuje się niezdrową. Teraz także po raz pierwszy uczuwał wątpliwość i lęk — pójść do niéj, czy nie.
Poszedł tedy do Magdy.
Zastał ją nad książką. Zdziwiła się na razie: przestała się go spodziewać.
— To ty! Ave! — rzekła, jakby z żalem odkładając książkę.
— Przeszkadzam ci? — rzekł urażony obojętnym tonem. — Co czytasz?
— To Feliksa Dahna „Odin’s Trost“.
— Nigdzie ciebie spotkać nie można. Czy nie myślisz mniszką zostać?
— Żartujesz; a jaki toby raj był! W takim włoskim cichym klasztorze osiąść, patrzéć na góry i słońce, na laury i oliwki, na świat bez ludzi! Możebym wtedy potrafiła malować takich świętych, jak ci na tych freskach, co nam je ów mnich pokazywał; pamiętasz? „Ciało tworzy ciało, a duch ducha. Ecco — signorina!“
I uśmiechając się, naśladowała ton fratra.
— Pamiętam. Stary filut, który każdemu w ręce zazierał, czy nie ma tabaki!.. Cóż tedy porabiasz, tak siedząc w domu? Studyujesz różne zakonne reguły?
— Puść to w kurs, jako epilog zdrady Oryża! Wiész co, Filip? tyś się urodził na reportera.
— Ja wcale Oryża nie wymyśliłem. Słowo ci daję! Niesłuszny masz żal do mnie. — Żywo zaprzeczył.
Potrząsnęła głową.
— Ależ ja do ciebie cienia żalu nie mam! Dobrze mi bardzo bez ludzi. Nigdym tyle nie skorzystała, co temi czasy; i dni biegną, jak myśl. Dużom czytała, szkicowała; trochę grywam Maryni; raniutko, gdy wy jeszcze spicie, chodzę na spacery; dysputujemy z Malickim, mam Berwińską, i doprawdy nie uważam, aby mi kogo brakło. „Kult“ poszedł, mam wakacye — wesoło mi! Za tydzień zacznę siostrzyczkom malować „Stacye“, i bardzo się cieszę tą robotą.
Patrzał na nią, gdy to mówiła, i z zazdrością czuł, że wszystko było prawdą. Uczciwe jéj rozumne oczy spoglądały jasno i swobodnie, pogoda i siła była na czole, usta uśmiechały się, a cała postać była harmonią swobody, woli i młodzieńczego wdzięku.
— Zazdroszczę ci! — z przekąsem rzekł. — W tym wieku uchować niefrasobliwość i dziecinne uciechy, to osobliwość.
— Mój staruszku, czy ci trzeba plastra, czy rumianku? Może pedogra dokucza? — odparła żartobliwie.
Ruszył ramionami, chmurny.
— Żałuję, że z tobą dziś nie można pomówić poważnie. Nie mam usposobienia do żartów.
— Niewolnicy są zawsze, jeśli nie eligijnie, to dramatycznie usposobieni. Zapomniałam, że:

Niewola sączy jad,
Co rozkłada duchów skład.

Przepraszam cię, dotąd byłeś tak dumny z jarzma. Czy zaczynasz je targać, żeś je poczuł i sposępniał?
— Żegnam cię. Uważam, że jednakże niełaska tłumu podziałała na ciebie. Wojujesz sarkazmem.
Brał za kapelusz, ale go powstrzymała.
— Filip, dajże pokój! Nie bierz za złe żartu! Wiész przecie, żem ci zawsze szczerze życzliwa. Ot, usiądź, zapal papierosa i pogawędź swobodnie. Co ci się za krzywda stała, bracie?
Udobruchany, usłuchał wezwania. Chwilę milczał, patrząc w ziemię; wreszcie rzekł:
— Wiész, zanadto byłem szczęśliwy; widocznie w upojeniu nie czułem długi czas nawet życia. Teraz jakbym się obudził: i strach mam przed przyszłością, i żal za snem!
— No, to naturalne. W ekstazie nie sposób życia przeżyć. Los daje i daje: złe, dobre, szczęście, niedolę, łzy, uśmiechy, i daléj się o to nie troszczy. Ale ma urzędnika, który te dary spisuje i ze ścisłością starego rutynisty zjawia się do ciebie o pokwitowanie z odbioru i o należny mu podatek. Urzędnik nazywa się doczesność. Ten ci to do drzwi twych zakołatał. Cóż chcesz? człowiekiem jesteś, on twoim tutaj rządcą. Żeś nie rad, to też naturalne. Nikt jeszcze od początku świata nie był rad i wdzięczny — poborcy.
— Co teraz będzie? — spytał zniechęconym głosem.
— Teraz powinieneś szczęście swoje sprowadzić na ziemię i uregulować wedle społecznych wymagań. Czyś z nią mówił o przyszłości?
— Mieliśmy z wiosną wyjechać za granicę.
— I tam co? Podać o rozwód?
— Zapewne — jeśli ten pozwoli. Zależymy od fantazyi i pijaka i brutala, przytém bankruta. Urządzi szantaż na wielką skalę.
— Więc proponowała mu już rozwód?
— Tak, pisała. Odpowiedział, że mu się wcale nie śpieszy.
Magda pomyślała, że i baronowéj widocznie także nie pilno, ale rzekła:
— Ano, to niechże wymaga. Bądź co bądź, on tu zostawił opinię honorowego człowieka.
— To zwierzę, zwykle niepoczytalne z racyi pijaństwa. Radczyni lęka się go, jak upiora, i ona-to strachem zaraża córkę. One, gdy o nim mówią, to jak o ludożercy!
— To dziwna, że inni wcale źle się o nim nie wyrażają. Malicki twierdzi, że to człowiek wprawdzie szorstki, ale tylko w obrębie koszar.
— Tak, i we własnym domu. On ją bił; czy możesz to sobie wystawić?
— Nie, nie mogę, i nie chce mi się w to wierzyć. Podobnych stosunków nie rozumiem, ale myślę, że gdyby mnie to spotkało, tobym o tém nikomu nie opowiadała.
— Ona wszystko powié, najgorsze o — sobie. Ja za tę szczerość i prawość ją ubóstwiam. Do mnie jednego należą jéj cierpienia i nieszczęścia. Droższe mi to zaufanie nad wszystko!
— Wierzę — i dla mnie to byłoby bez ceny. Ale, wracając do próby życia, nie przedłużaj takiego stosunku. Możesz jéj dać pozycyę, dobrobyt, nazwisko uczciwe. To twój obowiązek.
— Dziś o tém pomówię! — odparł raźniéj.
Ładna jego, trochę zmęczona twarz ożywiła się nieco, i z uśmiechem dodał:
— Wiész co? Ja-bym się chciał ożenić z nią i z tobą. Miałbym szczęście i spokój.
— O wątpię! Powiadają pesymiści, że i jedna żona dokuczy — odparła. — Więc ci radzę nie turczyć się, aż po próbie z baronową...
— Przyjdź jutro na ślizgawkę, to ci opowiem rezultat dzisiejszéj rozmowy. Tu się boję przychodzić. Stryjenka musi być wściekła.
— Ej nie! Już gniew minął. Nie lubię wprawdzie ślizgawki w tłumie, ale, żeby ci dać dowód mych uczuć — przyjdę.
Filip wyszedł, ale prędzéj niż dawniéj, opuściła go sztuczna radość i otucha. Nie doszedł do Rynku nawet, i zawrócił na Planty.
Teraz szedł, bijąc się ze złemi myślami. Mieszkanie swoje minął, gdy spotkał Sylwestra. Stary elegant używał téż spaceru przed obiadem i czatował na znajomych.
Filip ucieszył się, rad, że się rozerwie. Ruszyli daléj razem.
— Karnawał niepomyślny! — kiwał głową Sylwester. — Tyle zdartych pantofli i rękawiczek, tyle młodzieży — i tylko cztery pary! To wstyd dla was, młodzi panowie.
— O, jam żadnych zamiarów nie miał. Zupełnie bezinteresownie obtańcowuję panny.
— Dareccy liczyli na ciebie.
Filip ruszył ramionami.
— Widocznie są ślepi i głusi.
— Myślisz o baronowéj? No, wiész, to jest epidemiczna choroba. Każdy to przeszedł, odsłużył tam swoje: więc ludzie wreszcie przywykli i tolerują to, jako złe konieczne. Toby ci nie przeszkodziło ożenić się bardzo porządnie. Poszłaby za ciebie Darecka, i Janikowska, a sądzę, że i Powalska nie byłaby od tego. Chcesz? mogę cię wyswatać.
— Obejdzie się. Mam już wybraną i jestem narzeczonym.
— To sekret? — ciekawie spytał stary.
— Czy pan udaje, że nie rozumie? — niecierpliwie burknął Filip. — Jestem narzeczonym baronowéj.
Tu Sylwester na niego popatrzył, a potem zaczął się śmiać, aż mu łzami zaszły oczy.
Osiecki się obraził i wybuchnął:
— Radzę panu przestać i wytłómaczyć się, co pan w tém znajduje tak zabawnego.
— Dwunasty, słowo daję, dwunasty! — zawołał stary, ocierając oczy fularem. — Daruj, mój drogi, ale to wreszcie hypochondryka-by rozśmieszyło. Jedenastu przed tobą mówiło mi to samo!
— Mogę zaręczyć, że po mnie już nikt nie powié!
— A wierzę, wierzę, bo ona już wraca do męża.
Teraz z kolei Filip się drwiąco roześmiał.
— Bywają nowiny prawdopodobniejsze. Ta się panu nie udała. Mogę zaręczyć, że to się nigdy nie stanie! — dodał tonem pewnym siebie.
Sylwester się zaperzył.
— A ja ręczę, że to się stanie. Faustanger już raz był, a! pan o tém nie wiedział, proszę więc spytać o to baronowéj. Był, teraz siedzi w San-Remo nad konającym bratem, korresponduje z żoną, odnawia swój pałac na Morawach — no, i lada dzień okaże się, że narzeczony pięknéj pani — to żaden etat! Panu to przykre, nie wątpię, i mnie było w swoim czasie niemiłe! A no, z mężem niéma żartów, prawa jego najstarsze! Musimy ustąpić.
Słuchając, Filip drwiąco się uśmiechał, ale odpowiedziéć nic nie zdołał. Dławiło go coś w gardle, przesłaniało oczy.
Szczęściem, Sylwester odpowiedzi nie czekał i prawił daléj:
— Tę wiadomość dziś Oryż przywiózł. Posądzaliśmy go o różne ukryte sztuczki, a on siedział u rodziny na Podolu i tam się poznał z Faustangerem. Ma mu odnawiać freski w zamku i strasznie wskutek tego zhardział. Jak mi nie wierzysz, to go się rozpytaj, a tymczasem chodź, przetrącim co u Hawełki.
— Ba, żebym czas miał! Obiecałem się na tę godzinę do Malickiego — odparł Filip, przemógłszy pierwsze wrażenie.
Pożegnał starego plotkarza i zawrócił do domu.
Potrzebował spokoju, aby ochłonąć, przyjść do równowagi.
Padł na kanapę w sypialni i wpatrzył się w portret.
— Jeśli kłamiesz, bądź przeklęta! Zabijesz mnie! — zamruczał gwałtownie.
Wtem spostrzegł na płótnie drobny szczegół, który dotychczas uchodził jego uwagi. U samego spodu, wśród kwiatów, leżała prawie ukryta gałązka z jagodą belladonny. Wzdrygnął się, przypomniał sobie przezwisko dane przez Magdę. Że to ujrzał w téj chwili, zdało mu się fatalną wróżbą. Ogarnął go strach, zgroza, przeczucie nieszczęścia. Zanim stanął do walki, zanim miał pewność, już czuł się pobitym.
— Nie wytrzymam, pójdę do niéj. Powiem wszystko, niech mnie broni przed samym sobą — zawołał, zrywając się.
I poszedł. Po drodze spotkał Oryża.
Szedł w mróz, odziany w kusą i lekką kurtkę bez kaloszy i rękawiczek, z rękoma w kieszeniach i miną milionera. Gwizdał i śpiewał na przemian.
Gdy się mijali, Filipowi się zdało, że ten się drwiąco uśmiecha, więc go zaczepił podobnież:
— Pan się widocznie do Włoch wybiera?
Oryż ramionami wzruszył.
— Nie wziąłem żadnego spadku, więc nie mam po kim donaszać zimowéj garderoby! — odciął i zaraz złożył znów usta do gwizdania i poszedł daléj.
— Antypatyczna kreatura! — mruknął Filip.
Od pierwszego wejrzenia czuł niechęć do tego człowieka, prawie wstręt. Bywają takie przeczucia, że ten właśnie będzie wrogiem, rywalem lub narzędziem złego losu.
U drzwi baronowéj długą chwilę Filip zbierał zmysły, zanim zadzwonił, potém z szaloném biciem serca liczył sekundy.
Było to jego zwykle wejście do osobistych apartamentów pięknéj pani. Służąca, opłacana po królewsku, znała jego sposób dzwonienia i zwykle otwierała natychmiast. Teraz dość długo nikt się nie zjawił. On przechodził tortury, już chciał odejść, gdy wreszcie usłyszał kroki i odsuwanie zatrzasku.
Subretka wytknęła swoją impertynencką twarz i rzekła szeptem:
— Starsza pani była u pani baronowéj i tak się spierały, że nie śmiałam otworzyć. Dobrze, że pan przyszedł: a toby się zażarły!
— A pana nie było? — spytał jako o rzecz możliwą.
— Nie. Od tego czasu nie był, ino list przysłał. To o list tak się panie spierały — szepnęła i uciekła, bojąc się podejrzeń.
Filip wszedł do buduaru, gdzie było zupełnie ciemno; tylko na żelaznym kominku palił się ogień, oświetlając leżącą na kanapie baronową. Radczyni umknęła, zostawiając, jako ślad po sobie, pelerynkę i książkę kucharską.
— Ach, to ty! — rzekła baronowa leniwym, apatycznym tonem, przeciągając się ruchem kocim i nie podnosząc oczu od ognia.
Nic nie odpowiedział, usiadł naprzeciw w fotelu i wsparł łokcie na kolanach, a głowę na rękach.
Zdziwiło ją milczenie, więc spojrzała na niego.
— Wracasz ze ślizgawki? Ja dziś byłam tak rozstrojona i rozdrażniona, że z domu nie wychodziłam.
— Któż cię rozgniewał? mąż? — spytał głucho.
— Matka, naturalnie! — odparła, nie zdradzając niczem, że ją przeraziło jego pytanie.
— Cóż to nowego?
— Ja proszę, błagam, żeby ztąd wyjechać. Ten Kraków tak mi obmierzł, że wytrzymać dłużéj nie mogę z nudów: a on mi przyrzeka wyjazd w maju!
Raziło go każde słowo, gorycz napełniała mu duszę i bunt się wzmagał.
— Czy ci tak pilno do San-Remo pochwycić ordynata Faustangera i zobaczyć męża? — bryznął złym, zjadliwym tonem.
Baronowéj zamigotały oczy. Nie znosiła tego tonu, budził i w niéj złość i upór.
— Być może — odparła.
— W takim razie zbyteczna ci matki opieka i pieniądze. Mąż ją zastąpi...
— Zapewne! — mruknęła, zacinając się coraz gorzéj.
On głowę oburącz ścisnął i hamował jęk, który go dławił. Po długiéj przerwie rzekł:
— Więc ja mogę już odejść?
— Jeśli podobnie zaczynasz — tak! Nie znoszę obraźliwości i docinków.
— A ja nic znoszę oszukaństwa.
— Jeszczem cię nie oszukiwała; może zacznę, gdy mnie będziesz traktował scenami zazdrości bez powodu.
— Oszukiwałaś, bo Faustangera przyjmujesz pomimo méj wiedzy i tajemnie.
— To się mylisz. Jestem u siebie i mogę przyjąć, kogo mi się podoba, bez prośby o pozwolenie od ciebie. Jestem wolna i pełnoletnia.
— Nie jesteś wolna, jak i ja wolny nie jestem. Cóżbyś powiedziała, gdybym ja się ożenił?
— Powiedziałabym, że korzystasz ze swego prawa. Nie wymagałam od ciebie ani przysiąg, ani zobowiązań. Miłość póty obowiązuje, póki trwa, potém — to kajdany i pusta forma. Byłby bardzo nierozsądnym, ktoby się łączył na życie przez szał!
Podniósł głowę i patrzał na nią oczyma pełnemi zgrozy. Wrażenie odbierało mu mowę.
Potém się roześmiał dziko:
— Cha, cha, cha! Więc ty mi może radzisz się żenić! Dostaję dymisyę w stopniu kochanka. Zapewno Faustanger, ordynat, wart zgody! Ano, to przynajmniéj szczere! Szkoda, żeś mi nie dała na wstępie programu takiéj gry. Stawki byłyby może równe i przegrana niebolesna!
— A kiedyż ja ci obiecywałam więcéj, niż dałam? Oszalałeś, czyś pijany? Było mi z tobą dobrze, płaciłam ci za to. Rachunki nasze wyrównane. Teraz zastanów się i bądź rozsądny. Faustanger na rozwód się nie zgadza. Jestem na łasce matki i mam tego dosyć. Nie mogę żyć w ciągłéj walce o grosz i w niewoli. Muszę życie uczynić możliwszém! To jest zupełnie zrozumiałe i, jeśli mi nie przyznasz racyi, to tylko dowód, żeś wielki samolub. Ja ci nigdy nie krępowałam swobody, bądź sprawiedliwym!
Wstał i, słowa nie mówiąc, ku drzwiom się skierował. Coś nakształt ulgi mignęło w oczach baronowéj, ale przemogła się i zawołała:
— Filip, pamiętaj, żeś się zbuntował pierwszy.
— Bądź spokojna, formy zachowałaś! — odparł twardo i wyszedł.
Baronowa poczekała, aż się drzwi od schodów za nim zamknęły; wtedy sięgnęła pod poduszkę kanapy i wydobyła zmiętą kartkę. Przy świetle ogniska odczytała ją raz jeszcze: „Pamiętaj, żeby mi gachów nie było od chwili, gdy te słowa odbierzesz, bo jeśli się ośmielisz ich utrzymywać, to ich i ciebie kijem ogrzmocę, na środku rynku, a potem zamknę cię na całoroczne rekolekcye w baszcie. Ludwik dogorywa, szkoda go, bo więcéj wart, niż wy wszyscy. Bądź zdrowa i rachuj się ze mną. Albert.“ Baronowa uśmiechnęła się.
— Ten czuje swoją siłę i mówi jak pan — szepnęła. — Z takim warto walczyć i zdobyć albo uledz! — dodała, wzdrygając się rozkosznie.
A Filip nad ranem wrócił do domu i padł ubrany na posłanie. Zasnął zaraz i spał długo.
Obudził się o zmroku, dźwignął się i siadł, zbierając zmysły. Rozmyślał godzinę, potém wstał i poszedł do Magdy.
Służąca przyjęła go w sieni oznajmieniem, że panie poszły „na tańce“ do państwa Malickich: więc wrócił do domu i, przypomniawszy sobie, że i on miał na ten wieczór zaproszenie, przebrał się i pojechał.
Nie był to bal, ale trochę zabawy, w kółku ścisłych znajomych. Doktor, gdy go zobaczył, bez ceremonii wziął za puls i zajrzał w oczy.
— Dobrze, żeś przyszedł. To był instynkt zachowawczy. Tańcz i flirtuj co niemiara, pij limonadę: poty cię uratują.
Potém poufnie do ucha:
— Nie rzucaj pereł przed wieprze i nie kochaj się w mężatce, kiedy jest dziewczyna! No, ale za młodu, to przechodzi bezkarnie. Będziesz zdrów; byle nie było recydywy!
Filip się roześmiał.
— Profesor nie może żyć bez dyagnozy.
— Nałóg, mój drogi, i wprawa. Robię, co mogę, byle miéć pacyentów.
Weszli do salonu. Zaraz na wstępie zobaczył Filip Magdę, tańczącą ze Stachem Malickim.
Spojrzeli na siebie: dojrzał w jéj oczach niespokojne pytanie. Po chwili, gdy usiadła, zbliżył się do niéj i rzekł:
— Jestem wolny!...
— Biedaku! — szepnęła z serdeczném współczuciem.
Przesunął ręką po oczach i dodał:
— Nie cierpię nawet — tak pogardzam!
— Cóż było?
— Jutro ci powiem. Dziś chcę się trochę opamiętać, zapomnieć, odurzyć. Doktor mi radzi tańce. Chodź, nie walcowałem nigdy z tobą i oprócz ciebie wstręt mam do wszystkich kobiet.
Okrążyli, tańcząc, parę razy salon i Filip rzekł:
— Dobrze tańczysz, tylko nie czuć ciebie w objęciu. Patrz, widzisz, jak się nam Sylwester przygląda? Muszę mu powiedzieć, że się żenię z tobą.
Powiedział to bezmyślnie prawie. Miał złą ochotę ludziom teraz kłamać, udawać, oszukiwać, byle nie dać im na pastwę swego bólu.
— Ludzie, jak strusie, łykają najniestrawniejsze baśni! — odparła obojętnie Magda.
Myślała w téj chwili: czy jego spokój jest objawem płytkości duszy, czy siły w panowaniu nad sobą, czy obumarciem wszelkiego czucia wskutek cierpienia?
Jak zwykle, żałowała, że niéma Berwińskiéj, by z nią o tém pomówić.
Filip zaś zbliżył się do Sylwestra.
— Cóż, dobrana z nas będzie para? — rzekł z uśmiechem.
— Więc tak? — zawołał stary. — Byłem pewny, że się to tém skończy. On revient toujours... Winszuję!
— I zazdroszczę — dodał Filip. — W czasie moich wędrówek — słyszałem, że pan tam często wstępował.
— O! bezinteresownie! Miłość dla sztuki, nic więcéj. Mam dla panny Magdy ojcowską życzliwość.
— Chcę wierzyć! — szyderczo uśmiechnął się Filip. — Tymczasem, daj mi pan téż dowód życzliwości i nie rozgłaszaj naszéj tajemnicy.
— Jak w studnię! — zawołał Sylwester, kładąc rękę na sercu i pochylając głowę.
Filip był pewien, że jutro będzie o tém wiedziało pół Krakowa.
I nie mylił się. W dwa dni potém gazeta Finka podała „z notatek karnawału“.
„Dochodzą nas wieści, że w sferze artystycznéj kojarzy się małżeństwo utalentowanego malarza p. Filipa Osieckiego z naszą sympatyczną artystką, panną Magdaleną Domuntówną.“
W redakcyi dnia tego tylko o tém była mowa.
Panowie komentowali nowinę wśród konceptów i zjadliwych dwuznaczników. Niekiedy z pod oka spoglądali ku oknu, gdzie przy stole Oryż rysował, ani słowem nie mieszając się do rozmowy.
Od dwóch dni pracował pilnie, przychodził ze słońcem, odchodził o północy, do nikogo się nie odzywał, nie palił, nie schodził na obiad. Musiała go biéda tęgo przycisnąć, gdy wziął się do znienawidzonéj roboty; ale téż praca ta była spełniana z najgorszym humorem. Nikt nie miał odwagi zaczepić go; nawet wszechwładny Fink chodził na palcach i ledwie po jego odejściu oglądał gotowe rysunki.
— Jakie to bydlę ma zacięcie! — cmokał, zacierając ręce. — Jakie szczęście, że to jeszcze nie rozumie swéj wartości; a toby go zaraz porwała zagranica!
I strzegł się go pochwalić nawet zaocznie, żeby uwagi ogółu nań nie zwrócić.
Gdy mówiono o Magdzie i jéj zaręczynach, Oryż jakby nie słyszał. Brzydka jego, śniada twarz, do któréj wrósł cynizm i lekceważenie, nie zmieniała się w niczém. Pochylony nad kartonem, z brwią ściągniętą i skupioną uwagą w oczach, gonił w pamięci obrazek, który rzucał na papiér. Tak był zajęty i zły, że nawet nie gwizdał oberków.
Po południu, gdy gazeta już obiegła miasto, do redakcyi wpadł Stach Malicki, jak zwykle, roztargniony i nieuważny.
— Ej, prawda to, że Osiecki bierze Domuntównę? — zawołał do Finka, rzucając kapelusz i laskę na stół Oryża i siadając na rogu.
— Ostrożnie! — zawołał przerażony redaktor.
— Ach, wlazłem na Oryża! Patrzcie, to ty coś robisz? Pokaż no, a — to album krakowski. Daj — obejrzę.
— Daj siebie sam do obejrzenia w menażeryi, małpo! — burknął Oryż, który nie cierpiał, gdy mu zaglądano w rysunek, póki go miał pod ręką.
— Ty, słuchaj! Bądź-no ostrożniejszym w epitetach, bo trafisz na kogoś, co nie będzie wiedział, żeś zwierz, i wyzwie cię.
— Jestem zanadto źle urodzony, żebym się bał szlacheckich idyotyzmów! Pójdziesz mi precz ze stołu, czy chcesz wyleciéć oknem?
Malicki usunął się, ramionami ruszając.
— To ci tak dojechało to małżeństwo widocznie — rzucił jak strzałę Parta.
Fiok usunął się, pewien skandalu, bo Oryż się obejrzał i żółte jego oczy pozieleniały ze złości. Popatrzał na Malickiego i rzekł:
— Małżeństwa dojeżdżają może ciebie. A że się Osiecki pobierze z Domuntówną, to wiem o wiele dawniéj, niż wy wszyscy.
— Może być, boś się w niéj kochał. Aha, toś dostał czarną polewkę na ostatni obiad?
— Może ty sobie wyobrażasz, żeś komu potrzebny i miły, to się kochaj i oświadczaj. Ja wiem, com wart, i nikogo sobą nie częstuję.
— Patrzcie, a to ci pokorny i skromny!
— Wcale nie! Takie samo jestem bydlę, jak i ty; tylko ty przybierasz formy człowieka, a ja sobie téj fatygi nie zadaję. Usuń się ze światła i odczep się ode mnie. Masz robotę — psia dola!
I zabrał się znów do rysunku.
Do zmroku ust więcéj nie otworzył. Gdy ściemniało, odłożył ołówek i chwilę rozmyślał, patrząc chmurno przed siebie. Potém wstał żywo, wziął kapelusz i szalik, który stanowił sam jeden jego zimową garderobę.
— Pan każe podać już światło? — spytał go sługa redakcyjny.
— Jutro — burknął, przechodząc do gabinetu Finka.
— Daj mi pan dziesięć reńskich! — rzekł.
Fink zawahał się chwilę.
— Ale przyjdziesz jutro? Słowo?
— Słowa nigdy nie daję, ale złodziejem nie jestem. Jak nie przyjdę, to każę się przywieźć!
— Oryż, opamiętaj się, jeszcze tydzień! Proszę cię! Album zapowiedziałem na maj. Drzeworytnia przygotowana. Nie rób mi zawodu! Zaklinam cię na wszystkie świętości.
— Nie głupim miéć świętości na twoje zaklęcia. Dosyć gadania! Dajesz dziesięć reńskich, czy nie?
— Daję. Ty wiész, że mam słabość do ciebie i zaufanie; ale możebyś tu kazał przynieść kolacyę, może ze mną zjész?
Dawał banknot, ale ręce mu drżały. Oryż pieniądze zmiął, jak brudną szmatkę, wetknął do kieszeni i wyszedł.
Fink wybiegł na schody.
— Słuchaj, ja wiem, że jutro wrócisz, ale tak, na wypadek... gdzie cię można znaleźć?
— Na Wawelu, gdzieś mi obiecywał pracownię! — ozwał się ze śmiechem Oryż.
— Ucieknie! Jak Bóg mity, nie wróci, dopóki nie straci ostatniego centa! Po co ja mu dałem!
Żal był po niewczasie. Oryż już zszedł na ulicę, już kupił cygar, już szedł do knajpy. W brudnéj okopconéj salce miał swoje miejsce w kącie i dawną znajomość z usługującą dziewczyną. Miał u niéj kredyt i łaski, ratowała go nieraz od głodu, żywiła do niego wielki, cichy sentyment. Pochodzili z jednéj okolicy i ona nigdy do miasta nie mogła nawyknąć; brzydka była, jak on, i jak on poniewierana. Gdy wszedł, koleżanki chychocąc wypchnęły ją na salę: był to przedmiot drwin zwykły. Dziewczyna przyjmowała to spokojnie, z pewną nawet dumą. Starła przed Oryżem stolik, a gdy usiadł i milczał, oczu nie podnosząc, spytała:
— Dać panu kapusty, czy Haków?
Drgnął, jakby się przebudził.
— Nie będę nic jadł. Daj mi mocnego piwa.
Gdy podała kufel, wyjął banknot z kieszeni i rzekł:
— Masz tu dziesięć reńskich. Prowadź rachunek sama. Będę pił i pił. Tu się prześpię. Rano, jeśli nie pójdę, to mnie każ dorożką odwieźć do redakcyi pana Finka. Zapamiętasz?
— Jak pacierz! — potwierdziła z całém przejęciem.
— No, to dolewaj bez komendy. Nie chce mi się gadać!
Dziewczyna spełniła rozkaz dosłownie. Kufel nie był minutę pusty. Oryż łokciami na stole się wsparł, ani spojrzał w stronę. Pił, wzdrygał się wstrętem i znowu pił.
W głowie jego było jednak zupełnie trzeźwo i to go doprowadzało do wściekłości. Chciał być pijanym a nie mógł. Chciał myśléć — a tylko cierpiał. Nie starał się rezonować, ani opamiętywać: chciał nie czuć — i koniec.
Z początku, po przymusie całodziennym, był jak martwy. Bolały go nawet członki, w głowie bezładnie tłoczyły się wrażenia.
Potém zaciął nagle zęby i nieco zbielał, i przez oczy mignął mu rozdzierający duszę żal.
Nie próbował już szydzić z siebie, ani się okłamywać, jak człowiek śmiertelnie chory, nie łudził się nadzieją. Śmierć szła po niego: więc patrzył jéj w oczy i dziwił się, że żałuje nawet takiego życia, nawet takiéj doli. Więc śmierć przecie jest czemś bardzo złém i straszném, gdy go tak bolało. On się nigdy niczego nie spodziewał, nie żądał, o niczém nie marzył: a teraz nagle chwyciła go żałość okrutna i bezmierny smutek. Dlaczego? Tak niedawno pracował nad tém, by takie rozwiązania sprowadzić...
Podniósł głowę i spostrzegł dziewczynę, czatującą na pusty kufel.
— Macie dzisiejszą gazetę? — spytał.
Podała natychmiast. Odszukał notatki z karnawału i wlepił oczy w parę linii: „Filip Osiecki i Magdalena Domuntówna“.
Dwa nazwiska, dwa imiona, dwoje rąk w uścisku, dwie głowy, pochylone ku sobie, dwoje ust w pocałunku i dwie ślubne obrączki.
Oczy Oryża mgłą zaszły, pałały mu powieki i czuł, jak ból skręcał go, miażdżył.
Machinalnie wyszeptał:
— Z mojéj świątyni relikwię ten sobie bierze na sprzęt domowy, czy na zabawkę. Wolno mi cierpiéć przecie! A ze świątyni co zrobić? Koszary, piwiarnię czy tancsalę? Wszystko jedno!
Wypróżnił kufel, głowę na rękach oparł i powtórzył z uczuciem, jakby nóż w ranie obracał:
— Mnie wolno cierpiéć przecie.
I cierpiał. Powoli, jak wstążka, te dwa lata cnoty i statku przesuwały mu się przed oczyma. Dzień po dniu je pamiętał z najdrobniejszemi szczegółami. Nikt jéj nie znał, tak jak on: znał jéj pogodę i czystość, jéj jasność i siłę, i bogactwo myśli i uczuć delikatność.
Dwa lata, i tyleż życia! Przedtém był zwierzem, teraz będzie umarłym, może znów bydlęciem, jeśli przeżyje. Dwa lata. Chciał się jéj za dobre odpłacić, ułatwić jéj szczęście. Może ona, tak jak on teraz, cierpiała, gdy ten bałamucił się z baronową, i jéj kochanie gorzkie było i łzawe. Teraz będzie szczęśliwa.
Znowu wypił kufel i krzyknął na dziewczynę:
— Co ty mi tu za lurę dajesz? Mówiłem, że chcę mocnego! Daj wina!
Przyniosła mu butelkę i lampę. Pił dałéj...
Wreszcie począł tracić trzeźwość. Rojenie napełniało mu głowę, nabierał uczucia nietożsamości.
Zdało mu się, że nie jest biednym artystą, bez sławy chleba i dachu, ale młodym chłopakiem o gładkiéj twarzy, do którego się fortuna uśmiecha. Kocha go Magda, i on ją ubóstwia, a świat cały przychylnie na nich patrzy, jak na dwoje szczęśliwych, i pięknych, i dobrych. Zdawało mu się, że spacerują gdzieś w górach, wczesną wiosną, tarniny kwitną i skowronki śpiewają, i idą tak pod rękę i czasem spotykają się rozkochanemi oczyma, bez słowa, wiedząc, co myślą. Ona go prosi, by jéj zaśpiewał, więc on zaczyna...
Wtem się ocknął i aż się przeraził i obejrzał w około.
Śpiewał na prawdę, ale wcale nie wesołą piosenkę szczęścia, jeno smętną, ludową dumkę:

Przyszedł Wojtek do tatusiów i wziął dziewczynę,
A ja bez niéj nieszczęśliwy chyba już zginę.
Matulu! chyba już zginę!

W sali już nie było nikogo — nikt na niego nie zwracał uwagi, ale on się oburzył sam na siebie za takie głupie marzenie i zamruczał:
— Bestyo, kto ci pozwolił! Cierpiéć wolno — ale nie marzyć, jak student. Ty, słyszysz, ostrożnie, bo cię w takie błoto za karę utopię, że ci się odechce śpiewów i spacerów na zawsze!
I tak z sobą się rozmówiwszy, chwilę był mocniejszym, ale wnet go znowu opadła tęsknota.
— Żeby ją zobaczyć choć światło w oknie, choć przechodzącą na ulicy, choć głos posłyszéć.
Więc znowu zakrzyknął:
— Jeszcze się odzywasz! Będziesz milczał! Mało ci pijaństwa, chcesz może rozpusty? Chcesz?
Wzrok miał dziki i dyszał, wściekły już na siebie za słabość.
Marzenie umilkło. Z dna dobywały się złe instynkty i ogarniały go wraz z oparami trunku.
Już szydził z siebie:
— Zakochał się pies w księżycu, i wyje! To ci osobliwość! Jest nad czém rozmyślać! Księżyc nie dla psa! Nie wiedziałeś o tém? to szkoda. Ale zresztą, każdy to wié. Pies zostanie psem. Znajdzie kość, czasem flaki i nocleg w śmieciu. To jego los i życie. Jak zdechnie, to go sprzątną, by nie zapowietrzał ulicy. Cała historya!
Wyprostował się, a że mu głowa ciężyła, więc ją oparł o ścianę i, patrząc mgławo przed siebie, zaśpiewał zachrypłym głosem

Za maćkowym, za przełazkiem,
Zmawiała się Baśka z Jaśkiem.
Matula to zobaczyli,
Baśkę kijem wystudzili!

A potém już Oryż nie pamiętał, co się z nim działo. Ocknął się, bo go ktoś trząsł za ramię. Była to usługująca dziewczyna, a on na pół leżał na stole.
— Panie, panie! Czy pan sam pójdzie, czy zawołać fiakra? — pytała sumiennie.
Zerwał się, prędko opamiętał.
— Pójdę. Daj mi kieliszek wódki!
Wypił i poszedł. Mróz był silny, a jego z niewczasu, głodu i przepicia wstrząsały dreszcze. Najchętniéj poszedłby zaraz do Wisły i utopił się, tak mu nieznośnie było moralnie i fizycznie, ale wnet i na spełnienie tego zamiaru nie mógł dobyć z siebie dość woli.
— Na to zawsze będzie czas! Muszę tę psią robotę skończyć; wziąłem pieniądze. Muszę! — zamruczał desperacko, z trudem wchodząc na schody.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Osiecka z gazetą w ręku wpadła do Magdy.
— Słyszałaś! To bezczelność. Drukują bez ceremonii, że Filip z tobą się żeni — zawołała.
Magda przeczytała i ruszyła ramionami.
— Filip żartem powiedział to Sylwestrowi onegdaj na wieczorze u Malickich, a ten, naturalnie, roztrąbił po mieście.
— Ładne żarty! Jak możesz na to pozwalać? Toż to cię kompromituje!
— Dajże pokój! Kto zważa na gazeciarskie baje! Zapełniają byle czém szpalty, a ci, którzy byle co czytają, połkną i to bez wrażenia. Posłuchaj lepiéj, jak tu ślicznie Loki opisany, gdy, leżąc na głazach wśród rzeki, przysłuchuje się naradzie bogów. Pyszny obraz!
— Masz źle w głowie, i basta! — mruknęła Osiecka, wychodząc oburzona.
Tak tę wiadomość, która tyle zajmowała miasto, przyjęła główna osoba.
Magda rozkoszowała się daléj Dahnem, potém poszła na spacer, a wieczorem przygotowała płótno na pierwszą Stacyę dla siostrzyczek.
Nazajutrz, po rannéj mszy, zabrała się do dzieła z wielką ochotą i zajęciem.
Przy robocie zastała ją Berwińska. Tę téż sprowadziła do niéj, w roboczy dzień, gazeciarska wzmianka.
— Prawda to? — spytała niespokojnie.
— Zkąd? Że téż ty możesz nawet pytać!
— Dlaczego? Wszystko bywa!
— No, nie. To już zanadto nieprawdopodobne. Z baronową zerwał temi dniami. Biedny, cierpi jak potępieniec, a jego żenią!
— Zerwał? Dlaczego?
— Nie wiem. Obiecał przyjść do mnie z opowieścią, ale oto dwa dni go nie widać. No, niesłodkie mu te dnie! Serdecznie mi go żal. Dawał złoto, brał liczmany. To boli nieznośnie.
Berwińska myślała coś długą chwilę, wreszcie spytała:
— Nie widziałaś Oryża?
— Nie raczył się przypomnieć.
— Biedak! — zamruczała Berwińska.
— Co się tak nad nim litujesz?
— Ano, czy myślisz, że tylko twój Filip wart litości i współczucia? Mnie bardziéj Oryża szkoda, bo ten więcéj wart. Spotkałam go dziś bardzo rano, szedł do redakcyi i był pijany, czy może już chory.
— Gniewam się na niego za te fantazye. Wie przecie, że go lubię — mógłby przyjść.
Berwińska ruszyła ramionami. Była między niemi wielka różnica. Magda była zawsze kochana, miała rodzinę, szczęście w życiu, swobodę i spokój. Nie umiała odczuć wydziedziczonych, nieśmiałych i poniewieranych. Dla Berwińskiéj Oryż był druhem i bratem.
— Więc stanowczo nie będziesz żoną Osieckiego? — spytała, patrząc bystro na artystkę.
Magda przestała malować, podumała chwilę i odparła powoli:
— Wiesz, że go kocham i żem sobie przysięgła nigdy go nie odstąpić. Wiesz także, że on teraz będzie bardzo nieszczęśliwym; ale ja nie wierzę, bym go nawet ofiarą swego życia uratować mogła. Więc ofiary takiéj nie chcę — i on o tém nie myśli!
Odpowiedź nie podobała się Berwińskiéj. Nie powiedziała jednak nic i, chwilę jeszcze zabawiwszy, pożegnała przyjaciółkę.
Magda malowała do zmroku. Wieczorem Osiecka miała minę kota, który obchodzi w koło miskę z gorącem mlekiem, ale przecie kwestyi nie wszczynała. Nazajutrz jednak znajomi zaczęli zaczepiać Magdę pytaniami i życzeniami; kto tylko spotkał, miał okolicznościowy uśmiech i słowo. Osiecką pytana o dzień ślubu.
Zacną matronę wyprowadziło to z cierpliwości. Napadła na siostrę tak ostro, że artystka wzięła arkusz papieru i napisała do Filipa:
„Proszę cię, żebyś zaraz po odebraniu niniejszego udał się do Sylwestra i powiedział mu, że się żenisz z kim sobie chcesz, byle nie ze mną. Rola twojéj narzeczonéj może być bardzo zaszczytną, ale nie sprawia mi żadnéj przyjemności, a naraża mnie na zakłócenie domowego spokoju.“
Na list ten nie było odpowiedzi, ale i nie było odwołania w gazecie, więc zły humor Osieckiéj wzbierał jak burzliwe morze — i na najgorszą chwilę wpadł Filip pewnego popołudnia, gdy właśnie jéj zastać w domu się nie spodziewał.
Tymczasem ona sama otworzyła drzwi i na jego widok uczuła, że jak nie zrobi sceny, to ją krew zaleje.
— Czego tu! — krzyknęła, nie puszczając klamki.
— Ja do Magdy! — odparł spokojnie, ale stanowczo.
— Marsz do redakcyi przedewszystkiem, żeby mi ten paszkwil odwołano!
— Przepraszam, stryjenko, cóż to za paszkwil? Nie jestem zbrodniarzem, ani fałszerzem, ani nie popełniam bigamii. Wolno mi żenić się, jak każdemu innemu.
— Nie wolno! — ja ci powiadam! — Nie jesteś wart żadnéj uczciwéj dziewczyny. Masz tu lustro, może się przejrzysz! Wyglądasz odrazu jak zbrodzień, i fałszerz, i bigam! Magda nie ma czasu i ochoty gadać z takim urwiszem!
— Jak mi to sama powie, wtedy odejdę. Tymczasem mam do niéj interes i widzieć się muszę. A stryjenka niech mi nie wymyśla. Jestem niezdrów i bardzo słaby, krzyk słyszę jak szum wody w uszach topielca — i tyleż skutku. Proszę mnie puścić do Magdy: muszę z nią pomówić.
Podniósł oczy po raz pierwszy, i musiało być coś bardzo wymownego w tém spojrzeniu, bo Osiecka odstąpiła ode drzwi i rzekła innym tonem:
— Ano — to idź zresztą, ale odwołać musisz. Ja cię dopilnuję — bądź pewny!
Filip, jak automat, zdjął futro i poszedł przez salon do pracowni. Majorowa chwilę się wahała, czy iść za nim, ale się rozmyśliła i mruknęła, wracając do swego pokoju:
— Da sobie sama radę!
Magda słyszała gwar w sieni i poznała głos Filipa. Bywają takie szczególne przeczucia, jakby sygnały niebezpieczeństwa. Serce jéj zaczęło bić i nieokreślony niepokój ogarnął duszę. Chciała odzyskać panowanie nad sobą i czytała daléj; gdy wszedł, nie podniosła oczu, czekając powitania. Ale on ani witał, ani odzywał się: przyszedł do kanapki i u jéj nóg usiadł z głębokiem westchnieniem.
— Co ci? — spytała, bezwiednie kładąc dłoń na głowie.
— O, Psyche, ulituj się nad moją duszą! — jęknął, patrząc na nią mgławo. — Jestem tak bezbrzeżnie nieszczęśliwy — tak sam, tak biedny! Żyć nie mogę, nie chcę. Nie daj mi śmierci sobie uczynić. Broń mnie przed samym sobą!
— Biedaku mój, rozumiem, jak ci źle. Cóż — wszystko stracone?
— Wszystko. Podeptała mnie jak zielsko, a jam ją tak kochał! Teraz wśród tych zgliszcz pożar we mnie dogasa, strawiwszy do cna. Chciałem zrobić koniec, alem ciebie wspomniał, i przyszedłem błagać ratunku. Weź mnie, niech mam obronę i choć jedną duszę życzliwą, swoją.
— Masz, bracie, nigdym cię nie odstąpiła. Cóż chcesz, abym ci uczyniła?
— Bądź moją. Ja muszę tę myśl, to uczucie mieć w sobie, ja muszę dla kogoś żyć — to przetrwam; kogoś kochać — to rozpacz odpędzę, ja chcę dla kogoś pracować, mieć obowiązki, opiekę, własność i skarb! Magdo, kochałaś mnie niegdyś — bądź moją!
Magda wzdrygnęła się, jak przed zmorą, ale opanowawszy się, odparła:
— Filipie, czyś w obłędzie? Kochasz tamtą i kochać będziesz. To złuda; ja ci dziś ratunkiem ani obroną być nie mogę. Żądasz ofiary wielkiéj i bezskutecznéj.
— Nie, ja wiem, co we mnie jest. Ze wszystkich wiar i ideałów tyś jedna została. Ulituj się nademną. Ty mnie nauczysz na nowo czuć, i pracować, i żyć. Ja proszę miłosierdzia. Gdy mnie odtrącisz — wiem, że zginę. Wiesz? to, co mnie tu do ciebie przywiodło, to instynkt zachowawczy. Ja nie kłamię, ani szaleję. Łamałem się z sobą wiele godzin, całe dnie. Przyszedłem zdecydowany — od ciebie pójdę, albo na cmentarz, albo do kościoła.
Magda już odzyskała przytomność.
— Ode mnie pójdziesz do swego mieszkania, opamiętasz się, spokojnie rozmyślisz — i mnie dasz czas do namysłu. Za trzy dni, jeśli zamiaru nie zmienisz, wróć tu — posłyszysz moją radę i decyzyę. A teraz dosyć o tém, wyjdź z pod tego zaklęcia, zmuś siebie zająć się czemś innem. Cóż znowu! — nie jesteś dzieckiem, życie tak każdego doświadcza i łamie, a przecie ludzie z tego wychodzą. Może ona do ciebie wróci!...
— Nie mów mi o niéj, bo plwać będę! Dzięki Bogu, umarła dla mnie zupełnie.
— Zaczekasz z pogrzebem, żeby nie pochować w letargu — zaśmiała się, ale był to śmiech sztuczny i bolał ją. Dłoń jéj spoczywała na jego głowie, a on do kolan jéj się tulił, jak dziecko wylękłe i nieszczęśliwe.
Bezwiednie włos jego złoty przygładziła z pieszczotą i spojrzała na tę głowę, którą całe życie uważała za swoją. Była w jéj uczuciu tkliwość matki i siostry; żadnéj żądzy, tylko żądza ofiary.
A Filip w téj chwili doznał wielkiego ukojenia i otuchy. Przyszedł i mówił pod wrażeniem bólu, z chęcią zemsty; teraz dopiero sam odczuł, że krok ten był dobrym, i że od niéj jednéj przyjdzie mu ratunek.
Opadła go chęć, by zaraz otrzymać słowo, i tę dłoń tak silną i dobrą, by wyjść ztąd z pewnością nowego życia i obowiązku.
— Powiedz dziś, zaraz! — jął prosić. — Niech ztąd odejdę już twoim.
— Nie, to niepodobna. Muszę się z siłami obrachować, rozmyśleć, może wiele rzeczy pożegnać! Idź w spokoju; myślę, że ty sam nawet nie potrafisz tak dbać o siebie, jak ja dbam o ciebie. Zaufaj mi!
Podniósł się z żalem. Miał tak wrażliwą naturę, że już dręczyła go trzydniowa niepewność. Już miał złudzenie, że ją kocha.
Przeprowadziła go do sieni i rzekła serdecznie:
— Jeżeli ci ciężko będzie samemu, przyjdź wieczorem.
— Stryjny się boję! — rzekł z uśmiechem.
— Nie bój się, nic ci nie powie przykrego.
Podała mu rękę, którą do ust podniósł, i wyszedł, raz jeszcze ogarnąwszy ją proszącem spojrzeniem.
Wróciła do pracowni i zebrała farby. Robić nic nie mogła, potrzebowała skupić uwagę raz pierwszy na swój los.
Ale zaledwie upłynęło pięć minut ukazała się Osiecka.
— Czego on chciał? — spytała niespokojnie.
— Chce się żenić ze mną — odparła.
— Bagatela, tylko tyle! Prędko baronową strawił! Jakbym widziała jego ojca.
— Zostawiłam sobie trzy dni do namysłu — mówiła Magda daléj.
— Jakto? A cóż tu jest do namysłu? Trzeba go było krótko i węzłowato odesłać do redakcyi, a potem do baronowéj!
— Tak, a on w tém rozdrażnieniu i klęsce poszedłby na zatracenie ostateczne. Mam dla niego wiele obowiązków i tak odpłacać nie chcę.
— Nic nie rozumiem! Więc ty naprawdę go kochasz?
— Tak — odparła Magda spokojnie, patrząc jéj jasno w oczy.
— I wyobrażasz sobie, że na niego liczyć możesz, zaufać, że on potrafi cię ocenić i zapewnić spokojną przyszłość? Oszalałaś!
— Nie! Wyobrażam sobie, że go w téj chwili uratuję od złego. Potém, gdy przeboleje cios, który go spotkał, opuści mnie najobojętniéj w świecie dla pierwszéj lepszéj fantazyi, lub dla téj saméj baronowéj.
— No, więc po co idziesz? Zgotujesz sobie nieszczęście, a jego nie przerobisz.
— Tak, na niego nie liczę, ale on będzie miał w życiu na kogo liczyć. Jestem zupełnie świadoma tego, co mnie czeka, ale jeśli zdecyduję, że jemu się to opłaci — to niech będzie!
Osiecka spoważniała i bez wybuchu rzekła:
— To jest ofiara nad siły, ale jeśli kochasz, próżno ci przemawiać do rozsądku. Szkoda mi ciebie: ano sobą rządzisz! W każdym razie będę zawsze z tobą, i to mnie cieszy, że złego się spodziewasz. Teraz rozumiem, że potrzebujesz się namyślić.
— On tu przyjdzie wieczorem. Proszę cię, Maryniu, żadnéj wzmianki, żadnego wyrzutu. Może on sam do równowagi wróci przez te trzy dni.
Osiecka chmurno popatrzyła w okno.
— Pocoś właśnie jego pokochała? — szepnęła. — Ja winnam! To pewnie było wtedy we Włoszech? Ktoby się spodziewał? Ognia i młodych nie trzeba nigdy zostawiać bez dozoru.
Magda ruszyła ramionami.
— Tyś nic nie winna. Byłaś mi najlepszą opiekunką. I teraz nie martw się przedwcześnie. Może nic z tego nie będzie. Wyjdę teraz na spacer i wstąpię do Berwińskiéj.
Uścisnęła serdecznie siostrę i zaczęła się ubierać. Pierwszy raz w życiu miała w myśli chaos. Potrzebowała rozgmatwać swe uczucia.
Na ulicy ostre powietrze i ruch otrzeźwiły ją nieco. Zdawało się i jéj to szaleństwem. „Poco, naco, dlaczego! Jestem dla niego niczem i pozostanę niczem. Oszaleliśmy oboje: on, aby mi to proponować, ja, żeby się wahać!“
Przechodziła ulicę w poprzek i ledwie umknęła przed powozem baronowéj. Otulona w sobole, patrzyła lekceważąco, z góry na ludzi. Wzrok ich się spotkał: skinęła głową Magdzie z wyrazem subtelnego szyderstwa, politowania i tryumfu.
Wzrok ten zabolał artystkę, jak policzek. Oburzyła się, i krew nabiegła jéj do skroni.
— Czy ona myśli, że jam już na ziemi i że on nie powstanie, zdeptany przez nią?
Napłynęły jéj żywsze myśli i nadzieje.
— Cobądź się potém stanie, nie będę mu nigdy kulą u nogi. Zostawię mu zupełną swobodę, ale położenie moje będzie silniejsze. Teraz, gdy jest tu niedaleko, trafi do mnie, ale gdyby odjechał, straciłabym go z pod wpływu i opieki — nie mam żadnych praw! Drogo płacić trzeba za niedolę nawet.
Uśmiechnęła się gorzko i dodała:
— Berwińska mi to wszystko obrachuje. Będę miała bilans gotowy!
Weszła do sionki nizkiéj i ciemnéj i ledwie znalazła drzwi. Była to sobota, więc Berwińska wracała wcześniéj do domu.
Na jéj pukanie ktoś się poruszył i we drzwiach stanął Oryż.
Nie ukłonił się, ani słowa nie rzekł, usunął się pod ścianę i drogę jéj oswobodził, a potém poszedł w kąt ciemny pokoju i przysiadł na zydlu pod ścianą, opierając głowę o mur i przymykając oczy jak do drzemki.
— Pan tu sam? — spytała zdziwiona Magda.
— Dozoruję starego, ale śpi w téj chwili. Panna Berwińska przyjdzie za pół godziny.
— Zaczekam!
Usiadła przy oknie, przez które wpadło do izdebki, bardzo ubogiéj, trochę zmierzchającego światła.
Chciała myśleć, ale jéj Oryż przeszkadzał. Rozgniewało ją to, że jéj nie powitał, że teraz milczy, jakby był obrażony. Odwykła już od tego zachowania się, więc ją raziło.
Po długiéj chwili milczenia rzekła:
— Może pan lampę zapali?
— Nie trzeba: blask staremu szkodzi.
— Co mu jest?
— Ano, to, co każdemu będzie... kres.
— Tak źle?
— Wczoraj atak paraliżu — mruknął.
— Był doktor?
— Był Malicki sam. Powiedział, że ma termin do tygodnia.
— Biedna ona — szepnęła Magda, a potém spytała:
— Pan tu dawno?
— Zgodziłem się siedzieć w dzień, a jak ona z sił spadnie, to i w nocy.
Za parawanem w kącie odezwało się stęknięcie, więc Oryż wstał i tam się wsunął. Słychać było, że zmieniał zimny okład na głowie chorego i przy nim już pozostał.
Znowu Magda chciała myśleć o sobie, ale jéj znowu Oryż przeszkadzał.
Widziała go chwilę we drzwiach. Wychudł i zczerniał, a co najgorsza, miał wyraz tępy i bezmyślny, jakby wiele przecierpiał.
Czy téż to prawdą było, co jéj mówiła Berwińska, że on ją kocha?
Po chwili Oryż wrócił na swe miejsce pod ścianę, a ona znowu zagaiła pierwsza rozmowę.
— Czemu to pan nas nie odwiedzi?
— Nie potom pożegnał i wyniósł się, aby witać i wracać.
— Czy się panu jaka krzywda u nas stała?
— Mnie nikt nie może zrobić krzywdy — odparł pogardliwie.
— Odwiedzał pan Boińską?
— Nie.
— Ona mi poleciła podziękować panu za serdeczną opiekę.
— Głupia! — mruknął Oryż.
Znowu milczenie. Nagle on się odezwał:
— A kiedyż to ślub pani?
— Mój ślub? — drgnęła na ten wyraz. — Ja jeszcze nie wiem, czy on będzie nawet!...
W ciemności oczy jego rozgorzały i swobodnie w nią się wpatrywał. Roześmiał się wnet potém.
— A to się warto pośpieszyć; bo Popielec nie czeka — rzekł szyderczo.
— Pojutrze będę wiedziała — rzekła zcicha i smutnie.
Wstała i zaczęła naciągać rękawiczki. Nie była to chwila do zajmowania Berwińskiéj swemi sprawami, i nawet te sprawy wydały jéj się wobec téj śmierci, która tu wchodziła, bardzo marnemi i pustemi. Zawahała się chwilę i rzekła do Oryża:
— Może im brak środków? — szepnęła poufnie.
— Starczy, niedługo już! — odparł apatycznie zmienionym głosem.
— Więc proszę tylko powiedzieć Berwińskiéj, żem była i że jutro przyjdę.
Wróciła do domu i już zastała Filipa. Rozmawiał zupełnie zgodnie z Osiecką. Spojrzał na nią pytającym wzrokiem, a widząc swobodny wyraz twarzy, poweselał. Coraz bardziéj utrwalał się w pojęciu, że ją kocha.
Osiecka wyglądała przejednana. Po parogodzinnym namyśle przyszła do przekonania, że Magda niewiele straci i niewiele skorzysta, wychodząc za Filipa, a jeśli już ma kogo poślubić, lepiéj swojego towarzysza i kolegę, niż obcego.
„Tego znam, że jest ladaco, więc można się obwarować — innego znać nie będę. Ten nie ma rodziny — wejdzie do naszego domu. Magdy z nim nie stracę, a uratujemy choć resztki spadku. Ostatecznie, lepsze złe wiadome, niż nieznane. Niech się dzieje wola Boża!“
Miał tedy Filip w niéj coś nakształt sprzymierzeńca.
Gdy odszedł, majorowa rzekła do siostry:
— Wiesz co, myślę, że możeś i mądrze obmyśliła. Przestaną ludzie gadać przynajmniéj o tobie.
Magda nic nie odrzekła. Ten wzgląd był tak daleki od jéj poglądów i celów! Uczyniło się jéj bardzo smutno i odczuła wdwójnasób brak Berwińskiéj. Ta by ją pojęła i może dodała otuchy, ale nie mogło być mowy o rozmowie w tych warunkach.
Była zupełnie zostawiona sama sobie.
Jéj energiczny, prosty umysł nie znosił długiego wahania się i niepewności.
Gdy się położyła do łóżka, zebrała myśli i rozpoczęła z sobą krótki egzamin.
„Kochasz jego duszę, chcesz uczynić mu ofiarę ze siebie, uważasz to za swój obowiązek. Po co się wahasz? Jemu nie wierzysz, sobie ufasz. Czegóż się lękasz? Nikt ci tego doradzić nie może, bo to absurd. Niema prawdopodobieństwa, żeby on to ocenił, ani, żeby się przekształcił; ale ty na to się odważasz, więc to rzecz skończona. Będziesz jego żoną, będziesz miała prawa, które on podepce, ale które ci dadzą możność dopilnowania go w niedoli, łacniéj niż teraz. Więc radzić się nie potrzebujesz nikogo, tylko sił własnych. Długo żyłaś bez troski, jakby nie na ziemi. Chcesz sprobować niedoli i walki: wolno ci. Ale w takim razie poco wahanie się i żal nad sobą? Nie byłaś nigdy tchórzem; bądźże i nadal śmiałkiem!“
Zrobiło jéj się raźniéj. Nie było to szczęście i zadowolenie, ale była równowaga i spokój. Zaraz potem przyszła i otucha i nadzieja.
„Przecie może artyzm jego uratuje i spoi nas braterstwo ducha“ — pomyślała już zdecydowana ostatecznie.
I, jakby oswobodzona od zmory, zasnęła twardo i spokojnie, tylko w ostatniéj chwili przed zapomnieniem w oczach jéj przemknęły dwa cienie: Oryża i baronowéj.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.