Winnetou w Afryce/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Winnetou w Afryce
Pochodzenie cykl Szatan i Judasz
Data wydania 1926
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I
MILJONER

Zanim rozpocznę dalszą opowieść, sięgnę w przeszłość do dawniejszego zdarzenia. Przed kilkoma laty, wracając z podróży po Południowej Ameryce, wylądowałem w Bremerhaven i zatrzymałem się w sławetnym Löhrs-Hotel, aby przepakować swoje manatki na bagaż.
Przy obiedzie siedziałem vis à vis młodego, bo zapewne dwudziestosześcioletniego mężczyzny, który, nie biorąc udziału w ogólnej rozmowie, na mnie skupił całą uwagę. Badawcze spojrzenie błąkało się po mojej twarzy, tylko chwilami opadając na talerz. Widać było, że usiłuje przywołać mnie na pamięć. Ja również miałem wrażenie, że znam go, ale musiała to być znajomość bardzo przelotna, skoro nie mogłem odnaleźć jej śladów w swojej przeszłości. Wreszcie, przy deserze, oczy mego sąsiada rozjaśniły się, twarz przybrała zadowoloną minę człowieka, który rozwiązał zagadkę. To jednak nie zmniejszyło jego zainteresowania moją osobą, wręcz przeciwnie, nie spuszczał ze mnie oka.
Po obiedzie usiadłem przy odosobnionym stoliku koło okna i kazałem podać kawę. Nieznajomy przechadzał się po sali. Widziałem, że pragnie mnie zagadnąć i że medytuje, jak się do tego zabrać. Wreszcie odwrócił się, przybliżył i, z ukłonem raczej szczerym, niż zgrabnym, rzekł:
— Przepraszam pana. Czy nie widzieliśmy się już kiedyś?
— Być może — odrzekłem, podnosząc się, aby odpowiedzieć na ukłon. — Może pan przypomni, gdzie i kiedy.
— W Stanach Zjednoczonych — zdaje się, że w Nevadzie, w drodze z Hamiltonu do Belmontu. Czy zna pan te miasta?
— Owszem. Kiedyż to było?
— Przed czterema laty. Była nas cała zgraja poszukiwaczy złota. Uciekając przed hordą Nawajów, zbłądziliśmy tak gruntownie, że nie moglibyśmy się wydostać z gór i zginęli zapewne, gdyby nie spotkanie przypadkowe, a tak fortunne, Apacza Winnetou.
— Ah, Winnetou...
— A zatem zna pan słynnego wodza Apaczów?
— Trochę.
— Tylko trochę? Jeśli pan jest tym, za kogo pana przyjmuję, to musisz znać go o wiele lepiej, niż trochę! Wówczas Winnetou zdążał do jeziora Mariposa, gdzie miał się spotkać z przyjacielem — ze swoim najlepszym przyjacielem. Pozwolił nam towarzyszyć sobie, postanowiliśmy bowiem skierować się przez Sierra Nevada do Kalifornji. Dotarliśmy bez przygód do jeziora, a spotkawszy tam gromadę białych, przyłączyliśmy się do nich. Ostatniego dnia przybył przyjaciel Winnetou. Obaj jechali do Big Trees na łowy. Wyruszyli ze świtem. Wskutek tego siedział pan z nami przy ognisku tylko przez kilka godzin i dlatego nie przypomina sobie mojej twarzy.
— Ja? — zapytałem z miną zdumioną.
— No tak, pan! Czy też może nie jest pan przyjacielem Winnetou? Był pan wówczas inaczej ubrany — oto czemu nie przypomniałem sobie pana odrazu. Ale teraz twierdzę z pewnością, że rozmawiam z druhem Apacza.
— Jak się nazywa człowiek, za którego pan mnie przyjmuje?
— Old Shatterhand. Jeślim się omylił, proszę wybaczyć, że panu zaprzątałem głowę swoją osobą.
— Nie przeszkadza mi pan, wręcz przeciwnie pozwolę sobie zapytać, czy pijasz kawę po obiedzie?
— Chciałem właśnie zamówić.
— A więc proszę, niech pan się do mnie przysiądzie. Proszę bardzo.
— Usiadł, dostał filiżankę kawy i, pociągnąwszy łyk, powiedział:
— Bardzo uprzejmie z pańskiej strony, żeś mnie zaprosił do stolika. Lecz mniej grzeczne jest to, że pozostawia mnie pan w nieświadomości.
— No, uspokoję pańskie sumienie. Zapewniam, że nie omylił się pan.
— Ah! A więc jest pan jednak Old Shatterhandem?
— Jestem nim. Ale proszę nie krzyczeć! Tych panów dookoła nie interesuje, kim jestem i jak mnie na Zachodzie nazywają.
— Krzyknąłem z radości. Może pan sobie wyobrazić, do jakiego stopnia jestem zachwycony, że tak...
— Ciszej! — przerwałem. — Tu w morzu cywilizacji jestem tylko znikomą kropelką. Oto moje właściwe nazwisko.
Zamieniliśmy się wizytówkami. Jego nazwisko brzmiało Konrad Werner. Kiedy je czytałem, spojrzał na mnie tak, jakgdyby się spodziewał, że będę zaskoczony, lub zgoła oszołomiony. Skoro to nie nastąpiło, zapytał:
— Czy słyszał pan kiedy moje nazwisko?
— Zapewne wielekroć, albowiem Wernerów w Niemczech jest mnóstwo.
— Ale za oceanem, w Ameryce?
— Hm, nie pamiętam. Sądzę, że pan wtedy wymienił nazwisko przy spotkaniu.
— Naturalnie, że wymieniłem. Ale nie to mam na myśli. Nazwisko Werner, Konrad Werner, jest obecnie bardzo popularne w Ameryce. Niech pan pomyśli o Oil-Swamp.
— Oil-Swamp? Hm. Zdaje się, że słyszałem tę nazwę i to w szczególnych okolicznościach. Co to właściwie, ustronie jakieś, czy też błotnisko?
— Było błotniskiem, ale teraz jest miejscowością, bardzo nawet osławioną. Wiadomo, że pan zna Zachód, jak mało kto, i dlatego nie mogę wyjść z podziwu, że nazwa nic panu nie mówi.
— To ma swój powód. Od jak dawna mówi się o tej miejscowości?
— Od dwóch lat.
— Właśnie tyle czasu przebywałem w Ameryce Południowej, i to w takich stronach, dokąd nie dociera pani Fama. Nie uważaj mnie jednak, master, za Tunguza lub Kałmuka.
— O nie! Cieszy mnie, że mogę panu powiedzieć, czem się stał bezradny człowiek, jakim wówczas byłem. Miarkuj pan sobie tylko — królem nafty!
— Do licha! Królem nafty? Muszę, panu serdecznie powinszować.
— Dziękuję! Tak, jestem królem nafty. Nie myślałem o takiem szczęściu wówczas, gdy spotkałem pana i Winnetou. Właściwie zawdzięczam je Apaczowi, gdyż on radził mi porzucić Nevadę i jechać do Kalifornji. Ta rada przyniosła mi parę miljonów.
— Jeśli jest pan w istocie miljonerem, to proszę, abyś się nie stał złym człowiekiem.
— Nie, nie, — roześmiał się król nafty. — Skoro się pan dowie, kim i czem byłem niegdyś, to zrozumiesz zbyteczność swej prośby.
— Czem pan był wtedy?
— Pędziwiatrem, nicponiem.
— Nie znać tego po panu.
— Bo też zmieniłem się gruntownie. Urodziłem się w przytułku dla ubogich. Byłem obywatelem przytułku, a wychowywałam się na obywatela domu poprawczego.
— Co pan powiada! Jeśli tak było istotnie, to zerwał pan już wszak z tą przeszłością i lepiej będzie nie wydobywać starych dziejów — —
— Nikomubym się innemu nie zwierzył, ale ponieważ jesteś pan tym, kim jesteś, więc ulżę swemu sercu wyznaniem. Jesteś Niemcem. Być może, zna pan miejscowość, z której pochodzę.
Wymienił małe miasteczko górskie.
— Znam bardzo dobrze — odpowiedziałem. — Byłem tam kilka razy.
— A więc zna pan tamtejsze nieszczęsne stosunki. Teraz może się zmieniło na lepsze, ale wówczas państwo nie zaprzątało sobie głowy sprawami małych gmin. Wyobraź pan sobie ubogą dziurę mieszczańską z przytułkiem dla golców. Ci żyli z tego, co zdołali wyżebrać w okolicznych wioskach. Parę nieugotowanych kartofli, parę kromek suchego chleba, gomółeczkę stwardniałego sera — to wszystko, co przynoszono z żebraniny. Mądry, kto umiał z tego sprawić ucztę. Moja matka nie była widocznie mądra.
— Pańska matka? Czy mieszkała w przytułku?
— Tak. Wszak mówiłem panu, że się tam urodziłem. Gdy miałem parę tygodni, obnosiła mię po wioskach. Później taszczyła za rękę, budząc litość łachmanami. Nauczyła mnie wszelakiej sztuki żebrania. Nalegała szczególnie, abym kwilił z głodu i zimna, skoro tylko przestępowaliśmy próg domu, lub spotkali kogo na ulicy. Zresztą, nie miałem potrzeby udawać, gdyż głód stale doskwierał. Moja matka prawie wcale nie jadła, a mnie dawała tak mało, że byłem wiecznie głodny. Natomiast sprzedawała wszystko, co wyprosiła od litościwych ludzi. Zawsze znaleźli się tacy, którzy dawali parę groszy za wyżebrany chleb. Za pieniądze kupowała wódki, którą przenosiła nad wszystko, nawet nad własne dziecko.
— Okropność! Czy nie lepiej przemilczeć?
— Nie! Nie powinien mnie pan uważać za człowieka bez serca, iż mówię tak o własnej matce. Chodzi mi o to, aby uwypuklić kontrast między przeszłością a teraźniejszością. Moja matka była beznadziejnie zgubiona i zaciągnęłaby mnie niechybnie w przepaść, gdyby gmina nie oddała mnie przemocą do szewca na terminowanie. Był to właściwie łaciarz — żaden porządny szewc nie chciał mnie przyjąć. Żywiono mnie teraz lepiej, ale wlepiano dla łacniejszego trawienia przyzwoite cięgi. Może pan sobie wyobrazić, że to mi nie poszło w smak. Uciekałem wiele razy, wałęsałem się o proszonym chlebie, ale zawsze chwytano mnie i sprowadzano zpowrotem. Niech pan sobie wyobrazi każdorazowe przywitanie majstra. Tak upłynęły dwa lata. Pewnej Wigilji mój szewc obdarował swoją rodzinkę. Człeczyna był ubogi, nie stać go było na kosztowne podarki, lecz każde dziecko dostało jakąś drobnostkę, ja zaś najmniejszą, — to znaczy nic.
„Skoro wyraziłem swoje niezadowolenie, naprawił zmiejsca niesprawiedliwość, mianowicie — wymierzył mi chłostę. Smagał mnie tak, jak jeszcze nigdy dotychczas. Z krwawiącemi plecami położyłem się na zimnem poddaszu, służącem mi za sypialnię, — na wiązce słomy, którą należy raczej nazwać sieczką. Kołdra? Ale skądże znowu“
— A teraz król nafty...
— Różnica kolosalna, nieprawdaż? Ale wypełniły ją lata długich cierpień. Kiedy leżałem na górze, trawiony głodem, skostniały od zimna, postanowiłem pójść w świat, ale tak daleko, by mnie nie można było schwytać. Skradłem się pocichu nadół, drapnąłem z miasta i brnąłem w głębokim śniegu, w gwałtownej zawierusze, do celu, który sobie wytknąłem.
— Dokąd to?
— Naturalnie, do Ameryki.
— Co za szaleństwo!
— Tak, to było szaleństwo, ale co mogłem wówczas o tem wiedzieć? Wierzyłem, że aby dojść do Ameryki, trzeba tylko biec wciąż przed siebie. Słyszałem, że w Ameryce można się wzbogacić, — a ja tak chciałem być bogatym, tak bardzo bogatym! — Wtedy, — marzyłem sobie — wtedy wróciłbym do miasteczka i zawstydził srogiego majstra! Wszak umiał tylko łatać, ja zaś zamówiłbym u niego parę nowiuteńkich trzewików, i... dokonałbym zemsty. Spartolone buty wraz z zapłatą cisnąłbym mu w łeb, poczem dumnie wrócił do Ameryki.
— No cóż? Może pan teraz spełnić marzenie.
— Tak, uczynię to, zemszczę się, ale w inny sposób! Jeśli biedak żyje dotąd, wywdzięczę się sowicie. Za każdy cios, który mi zadał, — może mi pan wierzyć, że nie było ich mało, — dostanie markę, albo nawet całego talara.
— To mi się podoba! Życzę serdecznie, aby żył jeszcze. Pańska historja zaczyna mnie interesować. Początek — przyznaję — był nieco odstraszający.
— Dalszy ciąg nie będzie brzmiał lepiej. Stara lniana bluza, lniane spodnie i jeszcze starsza czapka oraz drewniaki na nogach — w takiem odzieniu dotarłem, żebrząc po drodze, aż do okolic Magdeburga.
— Niebiosa! Czy to możliwe, aby pan na tak długiej tułaczce nie spotkał policjanta?
— O, byłem szczwany, nie zdołano mnie zdybać! Ilekroć zwietrzyłem niebezpieczeństwo, ukrywałem się, woląc raczej głodować, aniżeli wrócić.
— Czy ludzie, których pan spotykał i którzy panu jeść dawali, nigdy nie usiłowali go zatrzymać?
— Nigdy. Kołatałem jedynie do najuboższych. Nieraz opiekowali się mną terminatorzy, którzy wprawdzie stroili ze mnie kpinki, ale nie zdradzali i nie odmawiali dobrej rady i kawałka chleba. Ale tułaczka ta była ponad moje siły. Z dnia na dzień czułem się gorzej, aż wreszcie pod Magdeburgiem padłem na trakcie. Z głodu i wycieńczenia nie mogłem się podnieść, dobrnąłem jedynie do sterty śniegu, oczekując śmierci. Wkrótce zasnąłem. Kiedy się ocknąłem — pode mną skrzypiały w śniegu ciężkie koła. Nad sobą ujrzałem pokrycie wozu, sam zaś leżałem w ciepłej słomie otulony dwiema końskiemi derami. Po pewnym czasie zajrzała do mnie otyła, zarumieniona od zimna twarz i, widząc, że nie śpię, zapytała:
— Odżyłeś, chłopcze? Skąd się tu bierzesz?
— Z Saksonji.
— A dokąd zmierzasz?
— Do Ameryki.
— No, no! Co na to twój stary?
— Nic. Nie mam ojca.
— A matula?
— Też nic. Przez cały Boży dzień pijana.
— Czem jesteś właściwie?
— Terminatorem szewckim.
— Na imię?
— Konrad.
— Ano, miarkuj sobie, Konradzie, co ci rzekę! Tam koło ciebie wisi kobiałka z chlebem i serem. Możesz wsuwać, ile wlezie. A potem zakopiesz się w słomie i nie wysuniesz nosa, dopokąd cię nie wydobędę.
„Twarz znikła. Nie czekałem, aż znowu przypomni o kobiałce. Zawierała pół bochna i duży caluteńki serek. Oczywiście, wypróżniłem ją do dna. Potem zaszyłem się w słomę i wnet zasnąłem. Noc była, kiedy mnie obudzono. Człowiek, który za dnia ze mną rozmawiał, siedział na wozie. Zatrzymaliśmy się na trakcie przed wioską.
— Młokosie, toż dopiero masz wsuwę! — rzekł. — I co za sen! Nie czułeś, żeśmy się dwukrotnie zatrzymywali?
— Nie.
— A więc chcesz do Ameryki? Boskie to dla ciebie zrządzenie, chłopcze, bo ja się tam również wybieram. Czy chcesz ze mną pojechać?
— Tak.
— Cóż, kiedy czmychnąłeś od swoich bez pozwolenia. Nie masz chyba paszportu, ani innego kwitka?
— Mam tylko to, co noszę na sobie.
— No cóż, niewiele tego, ale mam dla ciebie litość. Wymacałem cię na śniegu i jestem gotów zaopiekować się tobą, skoro mi przyrzekniesz dwie rzeczy. Po pierwsze, masz mnie słuchać, po drugie, nie pisnąć ani słówka, kim jesteś, skąd przybywasz i dokąd zmierzasz.
— Chętnie przyrzekam.
— Dobrze! Zostaniesz przy mnie, dopóki nie przybędziemy do Ameryki. Nazywaj mnie stryjem. Pamiętaj, że twój dziadek był bratem mego ojca, że pochodzi, z Halberstadtu i że cię przygarnąłem, ponieważ wszyscy twoi pomarli. Jesteś u mnie od kwartału. Tak masz odpowiadać, gdy cię kto zapyta.
— Dobrze.
— Będziesz się miał dobrze. A więc stoi, jak stanęło. Kiedyś chrapał, przejeżdżaliśmy przez miasto. Kupiłem od tandeciarza buty i ubranie dla ciebie. Wdziewaj żwawo!
„Uchylił nieco nakrycia, abym mógł się przebrać. Następnie usiadłem przy nim na koźle i pojechaliśmy do wsi, gdzie stanęliśmy w gospodzie.“
— Zacny zbawca pański zapewne był z zawodu woźnicą? — zapytałem, przerywając jego opowieść.
— Tak, był to woźnica wiejski.
— Ah, znam ich dobrze. Wędrowali dawniej na ciężkich wozach z wioski do wioski, wszystko brali na przewóz i nieraz dopiero, po długich latach wracali do domu. Przystrajali konie w osobliwe chomąta i skóry. Ludzi tych znamionowała uczciwość, można im było zawierzyć cały majątek. Ale pański woźnica nie wydaje mi się zbyt rzetelnym, przynajmniej w stosunku do pana, skoro twierdził, że zmierza do Ameryki. To naturalnie mijało się z prawdą. Zapewne chciał ciągnąć z pana korzyści?
— To prawda. Z początku jednak ufałem i nawet polubiłem tego człowieka. Nazywał mnie Konradem, ja zaś jego stryjem. Karmiłem i czyściłem konie, spałem przy nich w stajni i w miarę sił wyręczałem starego przy robocie. Za to żywił mnie i czasami nagradzał jakim zużytym przyodziewkiem, nic ponadto. Miesiące mijały za miesiącami — spostrzegłem się wreszcie, że mnie okpił, ale trafiło mi do serca to życie swobodne i dlatego zostawałem dosyć długo przy nim, aż któregoś dnia wzięliśmy ładunek do Otterndorfu. Miejscowość ta leży niedaleko morza. Obudził się we mnie w dwójnasób dawny pociąg do Ameryki, i oto zbiegłem do Bremerhaven.
— Bez pieniędzy?
— Patron mój sądził, że nie mam pieniędzy i dlatego był dufny w siebie. Ale podczas półtorarocznej wędrówki u boku starego kapnął mi nieraz przy ładowaniu napiwek. Ukrywałem go skrzętnie, więc uciułałem trochę grosza. Zbiłem taką sumkę, że mogłem, nie żebrząc, dotrzeć z Otterndorfu do Bremerhaven. Ale nie starczyłoby mi na długo. Dlatego natychmiast poszukałem knajpy marynarskiej. Nabrałem bowiem rozumu i słyszałem od ludzi, że w takich knajpach można natrafić na darmową okazję do Ameryki. — Koniec końcem, znalazłem się w szynku nabitym marynarzami. Jeden z wilków wdał się ze mną w rozmowę. Powiedziałem o sobie tyle, ile uważałem za stosowne, poczem przyrzekł mi poparcie. Zastawił przede mną kolację, uraczył mnie wódką, rumem, arakiem, koniakiem i ponczem, aż straciłem przytomność. Kiedym się ocknął, zobaczyłem, że leżę w małej dziurze, nie większej nad psią budę. Dokoła było ciemno, choć oko wykol. Nade mną trzeszczało, pode mną bulgotała woda. Macałem dookoła siebie — nie mogłem znaleźć wyjścia. Było mi źle na duszy, w głowie burczało niczem basetla, w kościach łamało. Po długiej chwili rozległy się kroki, odsunięto rygiel, poczem wyłoniła się postać w ubiorze marynarskim ze świecą w ręku. To był majtek, który mnie poprzedniego dnia podejmował. Roześmiał się i rzekł:
— Fora stąd, szczurze lądowy! Kapitan chce cię widzieć. Ale gadaj po ludzku i nie sprzeczaj się z nim. Nie myśl, że to jakaś zacna dusza.
„Z trudnością wygramoliłem się z dziury. Był to, jak się później dowiedziałem, karcer dla niesfornych majtków. Poszedłem za swoim „aniołem opiekuńczym“ po wąskich i stromych schodach i znalazłem się na pokładzie okrętu, który rozpiął wszystkie żagle. Jak okiem sięgnąć, wszędzie była woda i tylko woda. Zaprowadzono mnie do kapitana, który stał na pomoście. Nosił obszerne spodnie, kepi ze złotym galonem i potężną brodę z wąsiskami. Ujął mnie za ramię, okręcił parę razy, parsknął jak kot nad myszą, którą za chwilę połknie, i zapytał:
— Skąd pochodzisz?
„Bez wahania wyłożyłem całą prawdę, gdyż wszelkie kłamliwe słówko zamierało mi na wargach wobec tego oblicza.
— Wydajesz mi się dobrym ptaszkiem. Nie szkodzi — wyleczymy cię jako żywo. Mianuję cię chłopcem okrętowym. Tam stoi maat, któremu będziesz podlegał. Każde nieposłuszeństwo okupisz chłostą. A teraz marsz, fora stąd!
„Maat, którego mi wskazał, wyglądał srożej, niż kapitan. Wziął mię za ramię, pociągnął naprzód, wepchnął w ręce garnek z dziegciem i, mimo że pierwszy raz w życiu byłem na morzu, pokazał na zewnętrzną ścianę okrętu. Ponieważ się ociągałem, rozciągnięto mnie na desce i póty chłostano, aż nie starczyło sił do krzyku. Zaczęło mi się tak źle powodzić, jak nigdy dotychczas, a w moich ustach to chyba coś znaczy. Pożeglowaliśmy do Indyj Zachodnich, gdzie wymieniono ładunek na inny. Nie wypuszczano mnie z okrętu i nie pozwolono nawet rozmawiać z przybyszami z lądu. Z Indyj zrobiliśmy kurs do Bostonu, następnie do Marsylji, do Southamptonu i znów do Ameryki, do New-Yorku“
— Drogi panie, czemu pan pozwolił się dręczyć?
— Gdybym się przeciwstawił, zatłukliby mnie na śmierć.
Pah! Pan mnie nie zrozumiał. Na morzu — oczywiście, był pan we władzy kapitana, ale w każdym porcie mogłeś się z pod jego mocy wyłamać.
— Ale wszak zatrzymywano mnie na pokładzie.
— To i cóż z tego? Na pokład przychodzą różni urzędnicy. Aby odzyskać wolność, wystarczyło zwrócić się do którego z nich.
— Nie ważyłem się. Wszak byłem zbiegiem. Jednakże w New-Yorku odzyskałem wolność. Kapitan ściągnął na siebie nienawiść dwóch majtków, sprytniejszych ode mnie. W nocy wymknęli się na ląd, zabierając mnie za sobą. Ucieczka powiodła się. Na ląd Ameryki wstąpiłem jako człowiek wolny. Z początku zmykałem co tchu, aby nie wpaść w ręce kapitana, lub jego siepaczy. Był to dzień przedświąteczny. Znalazłem świeżą niewykończoną budowlę, schroniłem się w niej, aby dosyta pospać, sen bowiem był mi bardziej potrzebny, niż posiłek. Obudziłem się — znów był wieczór. Byłem głodny, ale nie porzuciłem ukrycia przedewszystkiem dlatego, że nie ufałem kapitanowi, a zresztą przyszło mi na myśl, iż mogę znaleźć zajęcie przy budowli.
— Chwalebna myśl. Jedynie praca mogła pana uratować.
— Tak, wiedziałem o tem. Przeszedłem okrutną szkołę, która mnie dobrze wyedukowała. Czekałem do rana, aż przyszli murarze i cieśle. Zagadnąłem ich, żaden jednak nie rozumiał po niemiecku, ale wkońcu natrafiłem na właściwego człowieka, na Prusaka z okolic Królewca. Wymarzył był sobie w Ameryce góry złota, pojechał, no i — teraz dźwigał cegły. Dzięki niemu dostałem zatrudnienie. Nie było lekkie, ale znośne. Żyłem nader oszczędnie, uciułałem sobie przez zimę setkę dolarów i pojechałem do Filadelfji, aby się zająć swem właściwem rzemiosłem.
— Ale mówił pan, żeś się go nie nauczył?
— Oczywiście, według naszych pojęć. W Ameryce dopiero zrozumiałem, co znaczy podział pracy. W Filadelfji wstąpiłem do fabryki, gdzie każdy robotnik wykonywał zawsze tę samą pracę. Do tego nie trzeba być zawołanym szewcem. Przez cały rok przyszywałem noski. Zebrałem już trzysta dolarów i przeniosłem się do Chicago, aby pracować w podobnej fabryce. Nie zagrzałem miejsca. Chciałem się czegoś nauczyć, przy takim zaś podziale pracy nie było o tem mowy. Spotkałem Irlandczyka, który posiadał także małą sumkę. Znał dobrze kraj i zaproponował mi, abym ruszył z nim na Far-West jako pedlar[1]. — Można było — twierdził — wiele na tem zarobić. — Przystałem. Przeprawiliśmy się przez Missisipi, złożyli obopólną gotowiznę, zakupili towaru i poszli ku Missouri. Po dwóch miesiącach towar był sprzedany, a gotówka podwojona. Odbyliśmy jeszcze cztery takie podróże, gdy raptem wspólnik mój ulotnił się ze swoją własną, a także i moją sumką.
Aha! Teraz musiał się pan zpowrotem zabrać do szycia nosków.
— Wziąłem się do innej pracy, pierwszej lepszej, jaka mi się nadarzyła. Harowałem uczciwie, ale nie mogłem nic uciułać. Z rozpaczy przyłączyłem się do grona poszukiwaczy złota.
— Aby nic nie znaleźć!
— No tak. Gnaliśmy o głodzie po górach. Nikt z nas nie był westmanem, dlatego życie płynęło nam gorzko. Ponadto napadli na nas Nawajowie. Wprawdzie czmychnęliśmy, ale na pewno wpadlibyśmy znów w ich ręce, gdyby nie Winnetou, który towarzyszył nam do jeziora Mariposa. Tam spotkaliśmy się z panem.
— Gdyby mi pan wówczas opowiedział swoje przeżycia tak, jak teraz, na pewno służyłbym dobrą radą i uczynkiem.
— Nie było sądzone. Zły los poskąpił mi śmiałości. Jakże mogłem ja, który byłem niczem, zaprzątać swoją osobą takiego Old Shatterhanda! Ta nieśmiałość wyszła mi na dobre. Ciekaw jestem, czy pańska rada doprowadziłaby mnie do miljonów.
— Ma pan słuszność. Jestem, przekonany, że ja sam miljonów nigdy się nie dorobię. Ale dalej! Co pan robił w Kalifornji?
— Rzemiosło nic mi nie dało, mniej jeszcze handel, więc zabrałem się do rolnictwa. Zostałem parobkiem w estancji. Właściciel rychło mnie polubił. Miałem chęć do pracy i wskutek tego zarabiałem coraz więcej. Pewnego razu djabeł skusił mnie do gry. Puściłem na hazard półroczne wynagrodzenie i... wygrałem, ale byłem jeszcze dosyć rozsądny, aby w porę odejść od stołu. W dwa lata zebrałem pięćset dolarów. W tym czasie wysłał mnie gospodarz do Jone-City po zakupy. Zabrałem swój mająteczek, aby go ulokować w bezpiecznem miejscu. Lecz oto spotkałem Jankesa, który mi zaproponował kupno gruntu nad górską rzeczką. Przysięgał stokrotnie, że jest to najlepsza ziemia w całej Kalifornji. Coś mnie ubodło. Byłem najmitą, a oto mogłem zostać gospodarzem. Koledzy Jankesa namawiali gorąco, ubiłem więc interes.
— Za ile?
— Za czterysta dolarów gotowizną.
— Czy Yankee był istotnym posiadaczem tego gruntu, czy też tylko spornym? Wie pan, jakie matactwa dzieją się przy tego rodzaju kupnach. Słyszałem nawet, że sprzedawano i kupowano tereny, których wcale nie było.
— Ale tu było inaczej. Zanim kupiłem, poinformowałem się u władz miejscowych. Ziemia ta istniała i należała do Jankesa, któremu bezwzględnie wolno ją było sprzedać.
— Ale czemu sprzedawał? Skoro ją tak chwalił, powinien był zachować dla siebie.
— Wyłuszczył mi powody. Tęsknił do awanturniczego życia i nie mógł usiedzieć na miejscu.
— Hm! Był to jednak wybieg.
— Bezwzględnie. Skoro dobiłem targu i wypłaciłem gotówkę, Yankee i jego towarzysze zaczęli mnie wyśmiewać. Powiedzieli wręcz, że kupiłem bagno, do niczego niezdatne błotnisko!...
— Błotnisko, a zatem swamp? Aha, zbliżamy się do Oil-Swamp!
— Owszem. Gospodarz mój, dowiedziawszy się o mojem niefortunnem kupnie, zaczął się na mnie gniewać. Niechętnie się ze mną rozstawał. Radził, abym uważał pieniądze za stracone i, nie zaprzątając sobie głowy błotniskiem, pracował u niego, jak dotychczas. Twierdził, że zaoszczędzę przynajmniej ostatnią setkę dolarów, którą chcę wydać na podróż, i że wkrótce znów się dorobię uczciwą pracą na roli. Nie dałem się namówić. Skoro kupiłem grunt, chciałem go przynajmniej zobaczyć, choćbym miał stracić ostatnie grosze. Pewien Niemiec, nazwiskiem Ackermann, zamożny obywatel z San Francisco, kupił wpobliżu mego błotniska lasy i pojechał tam, aby urządzić tartak. Przedsiębiorstwo zaczęło się skromnie, ale zataczało coraz szersze kręgi. Syn tego Niemca pozostał w San Francisco, zatrzymany interesami, ale po ich załatwieniu podążył wślad za ojcem. Spotkałem się z nim po drodze. Jechaliśmy do tej samej miejscowości. Mój towarzysz był tam już dawniej, aczkolwiek niedługo. Obejrzawszy papiery i plan, potrząsnął głową i rzekł:
— Jesteś pan naszym najbliższym sąsiadem. Nie mogę pana pocieszyć żadną nadzieją. Nabył pan trzęsawisko. Jak na cenę, którą pan zapłacił, jest to ogromny szmat ziemi, ale cóż z tego, skoro na nic się nie zda?
„Kiepska pociecha. Niebawem ojciec potwierdził słowa syna.
— Posiada pan — rzekł — obszerną kotlinę, bagnisko, otoczone gołemi, bezpłodnemi wzgórzami. Gdzie niegdzie tylko spotyka się samotną roślinkę. Co z tem można zrobić? Poprostu wyrzucił pan pieniądze przez okno.
— Przynajmniej niech obejrzę ten swamp — rzekłem, przygnębiony. — Jest to jedyna pociecha, jaką będę miał z niego.
— Stanowczo jedyna. Wypocznij pan u mnie. Jutro pojedzie pan i, jeśli nic nie masz przeciwko temu, dotrzymam panu towarzystwa.
„Nazajutrz rano wyruszyliśmy. Towarzyszył nam również syn Ackermanna. Jechaliśmy długo przez lasy iglaste. Należały do niego i mogły dostarczyć tartakowi niewyczerpanej ilości drzewa. Następnie jechaliśmy przez gołe wzgórza, które się naraz rozstąpiły, biegnąc dokoła obszernej niziny o beznadziejnym pejzażu. Przed nami ciągnęło się bagno — nic więcej, prócz bagna. U brzegu widać było jeszcze nieco krzewów. Później szło sitowie, następnie mech, zielonkawo-bronzowy błotny mech, sterczący między blademi kałużami. Żadna inna roślinność nie mogła się tutaj utrzymać; wszelkie życie zwierzęce wywędrowało do innych okolic.
— Masz pan! — rzekł starszy Ackermann. — Ten widok jest tak beznadziejny, ze ilekroć tu zajrzę, cofam się czem prędzej zpowrotem.
— A więc nie zachodził pan głębiej?
— Nie.
— A jednak chętnie sprawdzę, czy tam nie jest inaczej.
— Naturalnie, że nieinaczej! Widać to z pierwszego rzutu oka.
— Być może. Ale muszę objechać dookoła swoją posiadłość. Jeśli obejrzę ją ze wszystkich stron, powetuję sobie tą przyjemnością stratę dolarów i noga moja nie postanie tu więcej.
— Jak pan uważa! Mamy sporo czasu. A zatem objedziemy miejscowość. Ale trzeba się mieć na baczności, grunt jest bowiem zbyt wodnisty i można łatwo się zapaść.
„Jechaliśmy krok za krokiem bardzo ostrożnie. Naraz poczuliśmy osobliwy zaduch. Stary, który jechał na przodzie, wywąchał go natychmiast. Osadził konia, wdychał powietrze w nozdrza i odezwał się:
— Co za wstrętny, przenikający smród? Nie czułem go dotychczas. Cuchnie jak w trumnie!
— Jak trup! — dodał syn.
— Jak smołowiec — wtrąciłem.
„Jechaliśmy dalej. Zaduch był coraz nieznośniejszy. Dotarliśmy do miejsca, gdzie błotnisko, leżące wciąż po prawej ręce, nie miało przykrycia mszanego i wyglądało, jak zatrute. Woda była tłusta, jakgdyby polana posoką, lśniącą niebiesko i żółto. Nagle stary Ackermann krzyknął, zeskoczył z konia i podszedł do wody.
— Na miłość Boską! — zawołał syn, pełen strachu. — Nie waż się dalej, ojcze! Zatrzymaj się, zostań!
— Muszę zbadać, zbadać! — odpowiedział stary z niepojętą zapalczywością.
— Grunt chwieje się pod nogami.
— Niechaj się chwieje!
„Dotarł do brzegu kałuży. Stał po łydki w błocie i pogrążał się coraz głębiej. Widzieliśmy, jak pełnemi garściami czerpie wodę i wącha. Tkwił już po kolana w szlamie. Wreszcie energicznym wysiłkiem wybabrał się i wrócił do nas. Nie dosiadł konia, tylko podszedł do mnie i zapytał:
— Czy nie mówił pan, że zostało panu tylko sto dolarów?
— Tak.
— Pragnę odkupić to bagnisko. Ile pan żąda?
— Osobliwe pytanie! Czy da mi pan czterysta dolarów, które zapłaciłem?
— Nie. Dam panu więcej, o wiele więcej.
— Ile?
— Bardzo wiele. Powiedzmy sto tysięcy, powiedzmy nawet pół miljona dolarów!
„Zaniemówiłem ze zdumienia — wszak nie były to żarty. Ackermann wogóle nie był żartownisiem, a, że teraz nie kpił, o tem świadczyło jego oblicze.
„Nie doczekawszy się odpowiedzi, dodał:
— Młody człowieku, jest pan szczęśliwcem, istnym ulubieńcem fortuny. Na tej wodzie pływa petroleum. Olej skalny. Musi w ogromnych ilościach znajdować się pod ziemią. Jesteś miljonerem!
— Mil — ljo — ne — rem! — powtórzyłem, niemal bełkocąc. — Myli się pan — na pewno myli!
— Nie, stanowczo nie! Przez długie lata mieszkałem na terenach naftowych za nowemi stanami i znam się na tem dobrze. Wiem, co jest nafta. Wierzaj mi pan.
— Pe — tro — le — um! — — Mi — ljo — ner! — bełkotałem.
— Tak, jest pan miljonerem. Jest pan tym, co nazywają w naszym kraju królem naftowym. To znaczy, żeś nie jest jeszcze, lecz że nim będziesz. Nie starcza być posiadaczem terenów naftowych, trzeba naftę wydobyć i przerabiać na pieniądze.
— Wydobyć?
— Tak, zapomocą odpowiednich maszyn. A maszyny są drogie.
— A zatem nie zostanę miljonerem... Skąd wezmę dosyć pieniędzy na maszyny?
— Drogi sąsiedzie, nie bądźcie takim krótkowidzem. Nie potrzebuje pan pieniędzy. Ani grosza. Niech pan tylko da ogłoszenie, a natychmiast zjawi się stu, a nawet więcej finansistów, skorych do przekazania panu swoich kas.
— To prawda. Ja też tak myślę.
— Ale ci ludzie nie są bezinteresowni. Będzie pan musiał ustąpić im wielu, bardzo wielu przywilejów. Znam jednak jednego, który nie będzie z pana zdzierał po uszy, jak tamci.
— Któż to?
— To ja, stary Ackermann. Będę z panem postępował uczciwie, po sąsiedzku. Czy chce pan spróbować?
— Czemu nie? Ale czy posiada pan odpowiednie fundusze?
— Ja już zbiorę, niech się pan o to nie troszczy! A jeśli nawet mego majątku nie starczy, wydostanę tani kredyt, podczas gdy inni finansiści postawią panu wygórowane warunki. Niech pan się zastanowi nad moją propozycją. A teraz pojedziemy dalej, aby obejrzeć całe błotnisko i zbadać, czego się można po niem spodziewać.
„To, co następnie ujrzał, przepełniło go takiem zadowoleniem, że zmiejsca zaproponował mi ogromnie korzystne warunki. Ubiłem z nim interes. Nie będę panu opowiadał, jak się rozwijał. Mówiąc krótko, Ackerman był uczciwym człowiekiem i nie nadużył mego zaufania. Wieść o naszem Oil-Swamp błyskawicznie rozeszła się po Stanach Zjednoczonych i poza niemi. Wielkie kapitały zainteresowały się naszem przedsiębiorstwem. Wyrosło do olbrzymich rozmiarów, i oto po upływie niespełna dwóch lat jestem królem nafty, zaliczam się do miljonerów i przyjechałem tutaj, aby sprowadzić do siebie matkę“
— Żyje jeszcze?
— Spodziewam się, ale nie wiem na pewno. To był pierwszy powód, który mnie sprowadził do Niemiec.
— Ma pan jeszcze inny?
— Tak. Wyznam panu, albowiem zna pan Amerykę i nie będziesz się ze mnie śmiał. Otóż pragnę sobie poszukać w Niemczech czegoś — czegoś — —
— Odważniej, mój drogi panie! Nie powinien się pan krępować. Jeśli się pan wstydzi wypowiedzieć to słówko, wyręczę pana: pragnie pan poszukać sobie żony?
— Tak. To prawda.
— Ponieważ nie podobają się panu Amerykanki?
— Słusznie! Co ja pocznę z żoną o malutkich nóżkach i drobniutkich łapkach, z żoną wiele wymagającą? Wprawdzie stać mnie na zaspokojenie kaprysów żony, ale i ja chciałbym posiadać jakieś kaprysy, a tego nie zniesie żadna Amerykanka. Zresztą, nie zaznałem nigdy szczęścia rodzinnego, a pragnąłbym je poznać, odczuć, mam zaś przekonanie, może nawet uprzedzenia, że szczęście można posiąść jedynie przy boku rodaczki.
— Podzielam pańskie uprzedzenie. Ale porzućmy ten temat. Kiedy pan wylądował?
— Wczoraj.
— Kiedy pan wyjeżdża?
— Jutro.
— Ja także. Jadę przez Lipsk. Tamtędy prowadzi również pańska droga. Chce pan ze mną jechać?
— Jeśli pan pozwoli, z wielką przyjemnością.
— A więc jedziemy razem.
Istotnie pojechaliśmy razem do Lipska, a stamtąd skierowałem się do Drezna, Werner zaś przez Zwickau w góry. Przyrzekł, że, jeżeli to będzie możliwe, odwiedzi mnie w Dreznie, aby zawiadomić o rezultacie podróży.
Odwiedził mnie wcześniej, niż się spodziewałem, mianowicie po dwóch dniach. Dowiedziałem się, że podróż była daremna, — matka jego oddawna nie żyła. Umarła od ataku delirium tremens. Opowiadał to tonem tak obojętnym, jakgdyby tyczyło zupełnie obcej osoby. Rozumie się, że w stosunku do nieboszczki nie można było mówić o miłości macierzyńskiej, ale w każdym razie powinien był napomknąć o jej śmierci z odrobiną uczucia. Dowiedziawszy się, że matka nie żyje, nie odwiedził już nawet majstra, lecz czem prędzej wyjechał z rodzinnego miasteczka, nie dając się nikomu poznać. Ten chłód świadczył niewątpliwie o braku serca. Teraz dopiero zdałem sobie sprawę, że jeśli sądził, iż matka żyje, powinien był przesyłać jej pieniądze. Ale, jakkolwiek nie podobało mi się jego postępowanie, istniały jednak okoliczności, które Wernera dostatecznie usprawiedliwiały.
Zamieszkał w najlepszym hotelu i odwiedzał mnie codziennie, chociaż nie mogłem mu poświęcić zbyt wiele czasu. Interesowały mnie jego niezwykłe losy od terminatora szewckiego do króla naftowego — nic poza tem. Przyjmowałem go grzecznie, ale nie zamierzałem rewizytować. Wkrótce jednak zająłem się nim żywiej.
Swego czasu, przed wielu laty, podczas wycieczki w góry, spotkałem w małej wiosce muzykanta, który tak wyśmienicie grał na skrzypcach, że wdałem się z nim w rozmowę. Był to pocieszny człowiek, wyrażał się w śmiesznym tamtejszym dialekcie i nagadał mi wiele o synu i córce, którzy mieli być muzykalniejsi od niego. Syn „gra na wiolinie akurat jak Paganini“, a córka „jest z Bożej łaski w każdym razie słowikiem saskim“ — tak cudnie śpiewa.
To mnie zachęciło i nazajutrz odwiedziłem grajka. Bieda aż piszczała z kątów, ale stary nie przesadzał. Dzieci były niezwykle utalentowane. Syn, Franciszek, powtarzał za mną wszystko, co nagrywałem, a córka Marta posiadała wielce obiecujący głos, który mógł, niestety, zmarnieć z braku środków do nauki. Postanowiłem zaopiekować się nimi i po powrocie do Drezna poleciłem ich znajomemu dyrygentowi, który uczył mnie niegdyś muzyki. Wskutek jego zabiegów kilku zamożnych miłośników muzyki złożyło się na edukację zdolnych dzieci. Sprowadziliśmy rodzeństwo do Drezna. Wspomniany dyrygent sam się przyłożył do ich wykształcenia, a ja także, skoro wracałem z podróży, poświęcałem im wiele czasu. Nie zawiedli też naszych nadziei. Niebawem Franciszek wstąpił jako pierwszy skrzypek do pierwszorzędnej orkiestry, Marta zaś została ulubienicą wyborowej publiczności. Zarabiali już tyle, że mogli wspierać swoich biednych rodziców i starą babkę. Po pewnym czasie Franciszek wystąpił z orkiestry, aby się oddać poważniejszym studjom. Pragnął zostać wirtuozem — posiadał ku temu odpowiednie zdolności, a także żelazną wytrwałość i pilność. Liczył na pomoc dotychczasowych opiekunów oraz na zarobki swej siostry, której uroda dzięki dostatkom rozwinęła się przepysznie. Oboje obdarzali mnie szczególną wdzięcznością, nazywając swoim odkrywcą, i za każdym moim pobytem dawali temu wyraz w sposób, zaiste wzruszający.
Marta miała wielu gorących wielbicieli. Mogła niejednokrotnie doskonale wyjść zamąż — ale ona żyła tylko dla rodziców i brata.
Nawiasem mówiąc, jeszcze dawniej dowiedziała się od babki, że tej syn, a zatem wuj rodzeństwa, wyjechał ongi do Ameryki, i odtąd wszelki ślad po nim zaginął. Uważano, że umarł w drodze, albowiem żadna wieść o nim nie docierała do ojczyzny. — —
Wróciwszy z Południowej Ameryki, przedewszystkiem odwiedziłem sympatyczne rodzeństwo. Franciszek zbliżał się do swego celu, Marta jeszcze bardziej wypiękniała. Oboje walczyli z kłopotami. Nie mówili mi tego — sam odgadłem. Nie byłoby im tak ciężko, gdyby rodzice nadal pozostali tak samo bezpretensjonalnymi ludźmi, jakimi byli dawniej. Ale ojcu karjera dzieci uderzyła do głowy. Opuścił rodzinną wioskę, przeniósł się do Drezna i żył na takiej stopie, jakgdyby córka była co najmniej słynną divą. Dowiedziałem się o tem nie od niej, tylko od osób obcych, i zamierzałem przywołać starego do rozumu, gdy naraz nowe okoliczności stanęły mi na zawadzie.
Bo oto król nafty, który od kilku dni przestał mnie odwiedzać, przyszedł i oznajmił radośnie o swoich zaręczynach ze śpiewaczką Martą Vogel. Byłem nietyle oszołomiony, ile zaskoczony. Jakże to mogło się stać tak prędko? Wiedziałem, że Werner bywał na jej koncertach, ale nie posądzałem go o tego rodzaju zamiary. A Marta, czy kochała go? Ledwo mogłem w to wierzyć. Był wprawdzie miljonerem, ale nie uważałem go za godnego dziewczęcia. Odwiedziłem natychmiast śpiewaczkę i znalazłem ją w tak wyśmienitym i wesołym humorze, że pominąłem milczeniem moje wątpliwości. Nie życzyłem Marcie Wernera, ponieważ nie był człowiekiem, któryby ją mógł uszczęśliwić, nie miałem jednak prawa mieszać się do spraw sercowych mojej dotychczasowej pupilki. Zamierzała poślubić milionera. Robiła, jak się jej ojciec wyrażał, „niezwykle galantą partję“. — Jakże więc miałem stawiać przeszkody?
Nie byłem na zaręczynach — upozorowałem swą nieobecność ważnemi interesami.
Werner jako dawny zbieg nie posiadał żadnych dowodów osobistych. Jakże mógł w tak prędkim czasie zdobyć potrzebne dokumenty, tego nie wiem, — dosyć, że w cztery tygodnie po zaręczynach odbył się ślub. Pośpiech był uzasadniony, wszak czas już było wracać do Ameryki. Oczywiście, zaproszono mnie na wesele. Poszedłem jedynie ze względu na Martę. Moja nieobecność zmartwiłaby ją bardzo. W dwie godziny po ślubie Werner był tak — — wstawiony, że musiał zniknąć. Zjawił się dopiero po kilku godzinach i przysiadł natychmiast do szampana. Niebawem był znów ululany i tu się dopiero pokazał we właściwej postaci. Chełpił się swemi miljonami, bajdurzył o smutnych latach młodości; aby dowieść swego bogactwa, wylewał strumienie szampana pod stół, obrzucał obecnych obelgami, a gdy starano się go umitygować, odpowiadał takiemi szyderstwami, że wszyscy goście pokolei się wynosili. Chciałem uczynić to samo, lecz Marta ze łzami w oczach prosiła mnie tak gorąco, abym został, że uległem jej prośbie. Zostaliśmy sami — państwo młodzi, ja i krewni Marty. Werner nie przestawał chlać. Śpiewaczka spoglądała na mnie błagalnie. Zrozumiałem jej życzenie. Z żartobliwą wymówką odebrałem małżonkowi flaszkę. Skoczył jak oparzony, wyrwał mi butelkę z ręki i, zanim zdążyłem zapobiec, rzucił mi w głowę, miotając obelgi. Wyszedłem, nie mówiąc słowa. Nazajutrz oczekiwałem go, przypuszczając, że przyjdzie mnie przeprosić. Nie przyszedł jednak, tylko przysłał list. Bardzo ubolewa, że zawarł ze mną znajomość. Zauważył, że jestem przeciwny jego małżeństwu i wobec tego zabronił żonie pożegnać się ze mną.
Po upływie kilku dni odwiedził mnie Franciszek Vogel. Nie dał się namówić do wyjazdu do Ameryki. Odprowadził swoich tylko do Bremerhaven. Przyniósł mi od siostry kilka słów, pisanych przed odjazdem. Dziękowała za wszystko, co dla niej zrobiłem, jak również za pobłażliwość w stosunku do męża.
Franciszek został w Dreznie. Otrzymywał wsparcie od szwagra miljonera, jednakże niedosyć wystarczające. Od czasu do czasu przynosi mi ukłony od siostry. Z jego słów wnioskowałem, że Marta nie jest szczęśliwa, co nie mogło usposobić mnie przychylnie do Wernera. Był to pospolity gałgan. Czyniłem sobie wyrzuty, że nie usiłowałem nawet poważniej zapobiec temu związkowi.
Po dłuższym czasie wróciłem do Stanów Zjednoczonych. Zostałem wysłany z Frisco[2] do Meksyku jako korespondent; doznałem przygód, opisanych później w książce, którą zatytułowałem Szatan. Bez niespodzianek dotarłem do Texasu, gdzie za pieniądze zdobyte na łotrach, zakupiłem ziemię dla wychodźców dla Playera[3]. Przez dłuższy czas bawiłem u nich, a następnie pojechałem wraz z Winnetou przez Llano estacado do Nowego Meksyku i do Arizony na łowy i w odwiedziny do kilku plemion indjańskich. Stąd skierowaliśmy się przez Nevadę do Kalifornji i San Francisco, gdzie Winnetou wymienił na pieniądze proszek złoty i nuggety, które po drodze wydobył ze swej ukrytej „skarbonki“.
Liczyliśmy na kilkudniowy zaledwie pobyt we Frisco. Bywaliśmy już niejednokrotnie w tem mieście, — znaliśmy je niezgorzej od każdego mieszkańca — uważaliśmy przeto, że można czas spędzić poza miastem lepiej, niż na wałęsaniu się po znanych nam ulicach. Zamierzaliśmy wyruszyć w Sierra, do Nevady, Utah i Colorado, gdzie mieliśmy się rozstać, ja bowiem pragnąłem powrócić przez Kanzas i Missouri na Wschód, by wsiąść na okręt, żeglujący do mej ojczyzny.
Szybko załatwiwszy interesy w San Francisco, łaziliśmy bez celu po mieście. Nosiłem jeszcze ubiór Meksykanina, Winnetou zaś przyodziany był z indjańska, ale nie sądźcie, że to zwracało czyjąkolwiek uwagę, — takie zjawiska należą tam do codziennych.
Po obiedzie zwiedziliśmy słynne ogrody: Woodward’a, botaniczny i zoologiczny. Gdyśmy zmierzali ku akwarjum, spotkaliśmy trzy osoby, które oglądając, zatrzymały się wpobliżu. Nie zwracałem na to uwagi — byli to zapewne cudzoziemcy, których zainteresował charakterystyczny wygląd Winnetou. Lecz, gdy wyminęliśmy ich, rozległy się za mną słowa mowy, więcej niż ojczystej:
— Jako żywo! Czy to nie doktór drezdeński, który moje dzieciaki z biedy do Drezna wygmerał?
Odwróciłem się oczywiście. Za mną stały dwie panie i mężczyzna. Jedna z pań nosiła woalkę, nie mogłem przeto dostrzec jej twarzy. Druga miała strój wykwintny, który jakoś z nią nie licował. Wyglądała, jak w pożyczonem ubraniu. Twarz jejmości była znajoma. Strój jednak i spotkanie w innym kraju przyćmiły mi pamięć. Mężczyzna trzymał się, jak istny Jankes, co nadawało mu tak śmieszny wygląd, że przyjrzawszy się, zawołałem ze śmiechem:
— Do licha! Czy to pan naprawdę? Przedzierzgnął się pan w stuprocentowego Amerykanina!
Tak, to był skrzypek Vogel, ojciec Franciszka i Marty! Wyprostował się jeszcze bardziej i, bijąc w pierś, odpowiedział:
— Nietylko Amerykanina, ano także miljonera. Niech-no pan pomyśli — prawdziwe miljony! Ale co, nie zna pan mojej żony i córki? Czy nie poznaje pan?
A zatem starsza jejmość była panią Vogel, druga zaś — — Martą. Podniosła woalkę i podała mi dłoń.
— Tak moja córka, pani królowa nafty, miljonerka! — przytakiwał ojciec. — Wiesz pan, tam w górach Kruszcowych mieszkają jeszcze rozmaici, z których mogliby wyjść ludzie. Ale trzeba mieć zdolności, a juści, zdolności!
— Ojcze! — wtrąciła córka. — Wiesz wszak, że wszystko zawdzięczamy temu panu.
— No, prawda, że to i tak. Jak na czyj rozum. Ano, popchnął nas, to prawda, ale żeśmy w górze pozostali, — to już zasługa, zasługa naszego przyrodzonego sprytu. Ale nie pokłócimy się wedle tego. Poco się tu szwenda pan w tej Ameryce?
— Ze starego przyzwyczajenia. Wie pan, że często podróżuję.
— Tak. Słusznie, zawdy z podróży powraca się w dom jako człek wykształcony. Samem na sobie się przeświadczył. Jestem zupełnie inszy, niż byłem. Wiesz pan, że jestem jeden z wielkich. Sam dla siebie mam respekt. Tu wszystko jest inne, cacane, ładniejsze, szlachetniejsze i droższe. Ale, nie widzieliśta naszego urządzenia. Musi pan z nami iść. Pewnikiem nic podobnego pan nie widział. Mieszkamy niby jakie książęta, lub królewicze. Chodźta, panie! Wsiądziesz pan do naszego ekwipażu. Nie strachaj się, pomieści nas wszystkich.
— Bardzo mi przykro, ale nie mam czasu. Zresztą, nie jestem sam. Oto jest mój przyjaciel Winnetou, o którym pani, Mrs. Verner, słyszała i czytała wiele.
Dotychczas spoglądała tylko na mnie, nie zwracając uwagi na Apacza. Teraz zwróciła się do niego, podała mu rękę, poczem zapytała:
— Szkoda, że nie macie panowie czasu. — Jakże długo pan tutaj zabawi?
— Zapewne już jutro wyjedziemy z San Francisco.
— I nie chce pan zajrzeć do nas? Czy to nie okrucieństwo? Niech pan z nami pójdzie — proszę pana z całego serca!
— A małżonek pani...?
— Będzie szczerze uradowany. Ale prawdopodobnie w domu go niema.
— Dobrze, jadę. Pozwoli pani, że się tylko umówię z przyjacielem.
— Nie, ależ nigdy! Tyle słyszałam i czytałam o słynnym wodzu, że darzę go najgłębszym szacunkiem. Niech go pan zabierze ze sobą.
— Tak — potwierdził ojciec. — Indjan niechaj z nami pojedzie. Niema się czego lękać. My nie tacy, aby wyrządzić krzywdę dzikiemu. Lecz w piątkę nie zmieścimy się w ekwipażu. Wsiądę z żoną do dorożki, czy tam jak się to tutaj zowie. Chodź, Hanno, ze mną! I tak do domu trafimy.
Odszedł z żoną. Winnetou nie rozumiał naszej rozmowy, gdyż była prowadzona po niemiecku. Lecz dla niego nie trzeba było ani słów, ani mrugnięcia okiem. Skoro wziąłem pod rękę Martę, zajął miejsce przy niej z prawej strony i kroczył tak dumnie i z taką godnością, że nie nabawiał jej wstydu.
Przed ogrodem czekał powóz króla nafty. Tylko miljoner mógł sobie pozwolić na taki pojazd i zaprząg. Wsiedliśmy i zajęli miejsca nawprost Marty, poczem konie ruszyły z szybkością wichru.
Spotkanie nasze tutaj, we Frisco, nie zdziwiło mnie bynajmniej. Lecz że Wernerowie posiadali dom, nawet pałac, to wydało mi się dosyć dziwne. Czemu bowiem nie mieszkali na swych terenach naftowych? Naturalnie nie pytałem Marty, odpowiedź sama miała rychło nastąpić.
Powóz zatrzymał się przed budynkiem, który w zupełności zasługiwał na nazwę pałacu. Ileż musiały kosztować same wrota marmurowe! Nad niemi świeciły wielkie pozłacane litery. Nie zdążyłem odczytać — musieliśmy bowiem wysiąść. Pomagali nam dwaj murzyni, a właściwie usiłowali mnie i Winnetou pomóc. Następnie wyprzedzili nas i w pysznym przedsionku otworzyli drzwi do małej komnaty, umeblowanej niemal jak buduar. Skoro pani domu usiadła na kanapie, buduar zaczął się szybko podnosić do góry. Była to winda mechaniczna, poruszana siłą pary, winda w kształcie rozkosznie umeblowanego pokoju. Kto inny wydałby okrzyk zdumienia lub nawet strachu — Winnetou jednak pozostał niewzruszony, jakgdyby taki latający pokój był dlań zjawiskiem codziennem.
Wysiedliśmy na drugiem piętrze w pokoju recepcyjnym, przepysznie urządzonym. Widać było, że właściciel pragnął się popisać bogactwem. Natomiast rozmaite drobnostki z urządzenia wskazywały, że pani domu usiłuje starania jego osłabić.
Zdawało się, że dopiero teraz Marta odzyskała dawną swobodę. Podała mnie i Winnetou dłoń i rzekła w tonie jak najserdeczniejszym:
— Tu jesteśmy w domu. Nie tak prędko pana wypuszczę. Musi pan zostać przez wiele dni, przez parę tygodni. Musi mi pan przyrzec!
Niepodobna było zadośćuczynić jej życzeniu, szczególnie przez wzgląd na męża, z którym nie chciałem mieszkać pod jednym dachem. Odpowiedziałem więc:
— Chętniebym przystał, gdyby to było możliwe. Ale musimy naprawdę jutro wyruszyć.
— O, ma pan czas, wiele czasu! Gdzieś na pustkowiu, gdzie ugania się pan za wrogiem, lub tropi przestępcę, istotnie każda chwila jest cenna. Ale zbyt wiele czytałam o panu, aby nie wiedzieć, że nic pana nie nagli, skoro przebywasz w takiem mieście, jak San Francisco.
— Myli się pani. Bardzo ważne powody skłaniają nas...
— Proszę pana, bez wybiegów! — przerwała. — Pomówmy ze sobą szczerze, ale to zupełnie szczerze. Mąż mój jest właściwym powodem pańskiej odmowy? Proszę nie przeczyć, nie usprawiedliwiać się. Zaraz panu dowiodę, że będziesz mile przezeń powitany. Natychmiast sprowadzę go z biura. Wybaczy pan, że zniknę na parę chwil.
Wyszła z pokoju. Winnetou nie rozumiał jej słów, rzekł jednak:
— Ta squaw jest tak piękna, że nigdy równie pięknej nie widziałem. Mój brat niech mi powie, czy ona ma męża?
— Owszem.
— Kim jest jej mąż?
— Dawnym obieżyświatem, pochodzącym z mojej ojczyzny, który dorobił się na odkryciu nafty,
— A gdzie on ją poznał?
— W kraju ojczystym. Przed dwudziestu miesiącami przyjechali do Ameryki.
Apacz zamyślił się na chwilę, poczem rzekł:
— Wówczas Old Shatterhand również przebywał w ojczyźnie. Mój brat znał ją wtedy?
— Tak.
— A zatem za twoją sprawą została żoną tego człowieka. Howgh!
Gdy wymawiał słowo howgh, co zdarzało się tylko w zakończeniu ostrzeżenia lub kategorycznego twierdzenia, był to znak niezawodny, że jest pewny swoich słów i że nie pozwoli się w błąd wprowadzać. Tym razem zdumiewała mnie jego przenikliwość, odgadująca to, czego niktby nigdy nie potrafił odgadnąć.
Wkrótce wróciła Marta. Oznajmiła z rozczarowaniem, malującem się w wyglądzie i mowie:
— Mego męża, niestety, niema w biurze. W takich wypadkach nierychło wraca. Interesy tak go pochłaniają...
Westchnęła, ale to odnosiło się raczej do niej samej, niż do jego przepracowania.
— Interesy? — zapytałem. — Wszak ma pracowników, na których może polegać?
— No tak, ale sprawy są często bardzo powikłane. Wspólnik niebardzo się tem zajmuje — ciężar spada na mego męża.
— Powikłane, powiada pani? Nie rozumiem dlaczego. Wspólnik zaś, pan Ackermann, wydaje mi się z tego, co o nim słyszałem, dzielnym i czynnym człowiekiem.
— Ackermann? Nie o tym myślałam, on już nie jest naszym wspólnikiem. Obecny wspólnik nazywa się Potter i nie jest Niemcem, ale Jankesem.
— Czemu mąż pani zerwał z zacnym Ackermannem i...
— Czemu, pyta się pan? Ah, teraz sobie uświadamiam, że pan nie wie o niczem. Czy nie odczytał pan napisu na frontonie pałacu?
— Nie.
— A więc nie wie pan, że mój mąż jest obecnie współwłaścicielem Banku Handlowo-Rolniczego?
— Nie miałem pojęcia. Bank? Hm. Ale poza tem posiada jeszcze Oil-Swamp?
— Nie. Rozstał się z Ackermannem i z całem konsorcjum.
— Ale czemu, czemu?
— Pyta pan w sposób budzący trwogę, panie doktorze! Nie podobało mu się tam nad błotniskiem, a także i mnie oraz moim rodzicom odpowiadał bardziej pobyt w mieście. Poznaliśmy Pottera, który jest dzielnym businessmanem, mimo że zwala przeważnie obowiązki na barki mego męża. Usłuchaliśmy jego rady. Mąż mój odstąpił swych praw do Oil-Swamp za trzy miljony dolarów. Przyjechaliśmy do miasta i założyli nowe przedsiębiorstwo.
— Ile wpłacił Potter do spółki?
— Nic. Mój mąż włożył kapitał, Potter zaś fachowość. Wszak pan wie, że Werner nie miał żadnego wyrobienia handlowego.
— Dlaczego zamienił pewne przedsiębiorstwo na niepewne?
— Uważa pan naszą sytuację obecną za niepewną?
— Nie mogę wyrazić swego sądu, albowiem nie znam przedsiębiorstwa. Wiem tylko tyle, że dawny wspólnik, Ackermann, był człowiekiem godnym zaufania.
— Potter także na ufność zasługuje. Ale słyszę, że nadchodzą moi rodzice. Nie mówmy przy nich o tych sprawach. Nie chciałabym ich martwić wątpliwościami, które zapewne są bezpodstawne.
Winda przywiozła oboje rodziców.
— Jesteśmy! — zawołał były skrzypek, wchodząc wraz z żoną do pokoju. — Jeszcze nie gadam po angielsku, a że mało który dorożkarz umie po niemiecku, to i znów błąkaliśwa się tam i zpowrotem, zanim ścierwo odwiózł nas, gdzie trzeba. Ano, teraz to już nie tak prędko wyjdziewa.
— Mimo to niedługo będziecie się cieszyć obecnością naszego miłego krajana — rzekła Marta. — Zamierza bowiem rychło odejść.
— Niech nam o tem nie opowiada! Kiej trzymam kogo za kołnierz, to już niełacno puszczę.
— Wrócimy jeszcze do tego tematu. Przedewszystkiem poprosimy panów, aby zostali na obiad. Wówczas przyjdzie Werner i skłoni ich, aby dłużej u nas gościli. Chwilowo ja i mama będziemy zajęte. Zaprowadź, ojcze, do palarni tych panów i zabaw przez krótką chwilę.
Trzeba było iść za starym. W palarni panował niemniejszy przepych i nadmiar złota, niż w innych pokojach. Stary poczciwy Vogel nie czuł się dobrze pośród tych mebli, obrazów i ściennych lichtarzy. Nie wiedział, gdzie podziać ręce i nogi i wreszcie usiadł w krześle bujającem, jako że było najniższe i najbardziej wygodne. W dawnej swej izbie siadywał przeważnie na stołkach.
Wziąłem bez zaproszenia cygaro, co też uczynił Winnetou, który nie mógł niestety brać udziału w rozmowie.
— Teraj jesteśwa sami, — zaczął stary — tylko sami mądrzy ludziska. Możemy szczerze pogwarzyć. Jak pan myśli, co?
— Naturalnie — potwierdziłem.
— Co właściwie myślicie o miljonerze, o moim zięciu?
— Nie znam go.
— A dyć poznał go pan w Niemczech?
— Bardzo powierzchownie. Od tego czasu nie widziałem i nie słyszałem o nim.
— Hm, tak. Powinien był co najmniej napisać do pana. Ale niedobrze o panu gada. Kiej czasem moja córka wspomni o panu, to dopiero wściekłość nim trzęsie.
— Ale z jakiego powodu?
— Ano tak sobie, bez powodu. Lecz już od samego rana zaczyna zapijać pałkę. Przez calutki dzionek kurzy mu się z czuba.
— Co też pan mówi?
— Tak to jest, tak. Musi być, odziedziczył po matce, która pomarła z pijackiego szaleństwa.
— A co na to pańska córka?
— Co ona biedna może? Nie ma nic do powiedzenia. Kaj chce, aby on czego poniechał, to niech tylko poprosi, a on jej akuratnie naprzekór.
— A więc tak? Niepiękne to życie...
— Nikiej pies z kotem — wtrącił. — Ale wiesz pan, my miljonery, możemy sobie na to pozwolić. On mieszka na dole, a ona na górze. Przez cały bity dzień nie przemówią do siebie żywego słówka, chyba że Werner przyjdzie do obiadu.
— Czy to tak od początku było?
— Nie. W Oil-Swamp było inaczej. Żyliśmy tak, jakby jedna kapela. Ale odkąd mister Potter został naszym wspólnikiem, wszystko się zmieniało. Zaczęliśmy żyć całą gębą po pańsku. Wiesz pan, ten Potter to bardzo mi się podoba. A jak on spoziera na moją córkę!...
— Pańska córka żaliła się, że Werner ciężko pracuje.
— Babskie gadanie! Niech pan nie wierzy. Potter ma na głowie cały interes. Pędzi, pisze i haruje przez cały Boży dzień. A Werner to tylko bumbluje. Jest sobie członkiem klubów i innych towarzystw, gdzie się rznie w karty i żłopie naumor. Byłby osłem, kiejby tego nie robił, bo miljonami potrząsa i może sobie pozwolić. A no, niech Potter za niego robi!
Nie przestawał gadać. Stary bajał, jak najęty, pysznił się miljonami swego zięcia i nie zdawał sobie sprawy, że na taki wgląd w interesy i rodzinne stosunki domu chwyciła mnie groza i przerażenie. Nie mogłem sobie wyjaśnić, czy Marta kocha męża. Jeśli go nawet nie kocha, to stara się to ukryć. Podczas pierwszych tygodni żyli ze sobą dobrze — do czasu zjawienia się Pottera. Zupełnie jasno uprzytomniłem sobie, że ten Jankes zmierza ku zagarnięciu majątku Wernera, który obdarzył go bezgranicznem zaufaniem i grzązł przez to coraz bardziej w pułapkę, w której zgotowano mu kompletną finansową ruinę. — Potter chciał Wernera doprowadzić do bankructwa, aby następnie wraz z majątkiem zabrać mu jego piękną młodą żonę.
Cóż mogłem uczynić? Zdemaskowanie łotra wymagałoby czasu, zapewne długiego, a zresztą było już może za późno. Musiałbym wejrzeć także w interesy przedsiębiorstwa, co spotkałoby się niezawodnie z oporem obu wspólników. Łatwo mogłem pogorszyć sytuację. Podczas gadania starego biłem się z myślami, aż wreszcie postanowiłem powstrzymać się od jakiejkolwiek interwencji.
Niebawem przyszła pani Vogel i poprosiła nas do stołu. Marta nie przysłała po nas służącego, gdyż chciała nadać przyjęciu intymny i przyjacielski charakter. Było to skromne przyjęcie. Spostrzegłem, że Marta jakgdyby wewnętrznie odżyła. Powstawszy od stołu, zapaliliśmy cygara, podczas gdy pani domu wyszła do sąsiedniego pokoju, który był pokojem muzycznym. Zabrzmiały proste, początkowe akordy pianina, poczem rozległ się przepiękny głos byłej śpiewaczki.
Byłem odwrócony tyłem do wejścia. Winnetou siedział przy mnie i słuchał z zapartym tchem. Nie rozumiał ani słowa, ale był oczarowany. Naraz twarz jego przybrała inny wyraz. Ostro wpatrzył się we drzwi i uczynił ruch, jakgdyby chciał się zerwać z krzesła.
Odwróciłem się czem prędzej. Za mną w otwartych drzwiach stali dwaj mężczyźni, król nafty oraz, jak się później dowiedziałem, Potter. Był to młody człowiek, dobrze zbudowany. Jego twarz wyrażała naprężone oczekiwanie. Zaczerwienione oczy Wernera wraziły się we mnie tępo. Chwiał się na nogach. Widać było, że jest pijany jak bela.
Ponieważ nosiłem strój meksykański, przeto nie poznał mnie, dopóki się nie odwróciłem. Teraz, widząc mnie z twarzy, ścisnął pięści i, tocząc się ku mnie, zawołał:
— To łotr, który chciał odstręczyć ode mnie żonę! I ważył się przyjść dzisiaj? A ona śpiewa mu tę pieśń? Do wszystkich djabłów, Potter, bierz go! Kości mu połamię!
Potter zbliżał się ku mnie. Podniosłem się z krzesła. Nie zdążył jeszcze podejść, gdy do pokoju wbiegła Marta. Słysząc głos męża, przerwała śpiew, przybiegła natychmiast, stanęła między mną a obu wspólnikami i, wyciągając ręce, rzekła:
— Ani kroku dalej! Obrażasz nietylko mnie i moją cześć, ale i siebie samego!
— Idź precz! — krzyknął mąż. — Muszę z nim pomówić. A z tobą później się rozprawię!
— Nie ustąpię ani kroku! Spotkałam przypadkowo pana doktora i zaprosiłam oczywiście. Chcesz znieważyć naszego gościa?
— Gościa? Gościa? — roześmiał się szyderczo. — Potter jest moim gościem. Jego zaprosiłem! Temu zaś znachorowi i bazgraczowi zmyję łeb zimną wodą. Potter, ruszaj! Zbijemy go na kwaśne jabłko! Idź precz, kobieto!
Chwycił ją za rękę, ale natychmiast puścił, albowiem przy nim stał Winnetou. Jeden rozkazujący ruch Apacza wystarczył, aby obaj napastnicy cofnęli się o parę kroków.
— Który z was jest właścicielem tego domu? — zapytał Winnetou najczystszą wymową angielską.
— Ja — odpowiedział Werner, z trudnością utrzymując równowagę.
— Jestem Winnetou, wódz Apaczów. Słyszałeś o mnie?
— Do djabła! — Winnetou, Winnetou!...
— Tak, to moje imię. Słyszę, że je znasz. Ale nie wiem, czy znasz także moje cechy i czyny. Nie próbuj doświadczać ich na sobie. Słuchaj uważnie, co ci powiem! Tu oto stoi mój przyjaciel i brat, Old Shatterhand. Spotkaliśmy twoją żonę. Zaprosiła nas i poszliśmy z nią, aby ci okazać zaszczyt swą obecnością. Jedliśmy i wysłuchaliśmy jej pieśni. To wszystko. Nic innego się nie zdarzyło. Jeżeli za to jednak ją ukarzesz, nie minie cię zemsta Winnetou. Moja władza sięga aż do serca tego miasta — do najskrytszych zakamarków najgłębszych piwnic w najbardziej zapadłych domach. Każę cię śledzić. Szepnij swej squaw tylko złe słówko, a któryś z moich Apaczów odpowie ci nożem. Teraz wiesz zatem, czego sobie życzę. Jeśli nie usłuchasz, zginiesz niechybnie!
Potem sięgnął do pasa, wyciągnął monetę i, kładąc na stole, dodał:
— Oto zapłata za to, cośmy zjedli. Old Shatterhand i Winnetou nie chcą żadnych darów, albowiem są od ciebie bogatsi. Powiedziałem!
Werner nie śmiał oponować. Stał, jak skarcony sztubak. Potter miał minę człowieka zgorszonego, ale można było poznać, że w głębi serca odczuwa zadowolenie. Położyłem rękę na jego ramieniu i zapytałem:
— Master, słyszał pan moje imię i wiesz, kim jestem?
— Tak — odpowiedział.
— Przejrzałem pańskie zamiary. Postępuj pan oględniej ze swoim wspólnikiem, inaczej nie będzie dla pana zmiłowania. Wrócę i sprawię nad panem sądy, ale nie według paragrafów waszych ksiąg i aktów, jeno według surowych praw prerji. Pański wspólnik opowie panu o mnie. Nie wierz, że on mnie zgłębił. I nie sądź, że będę wobec pana tak pobłażliwy, jak byłem wobec niego w Niemczech. Aby cię przekonać, że mówię poważnie, wycisnę pieczęć Old Shatterhanda na pańskich mięśniach.
Prawą ręką objąłem jego ramię i ścisnąłem mocno. Wydał nie okrzyk, ale prawdziwe wycie. Zaraz potem wyszedłem wraz z Winnetou, nie oglądając się za sobą. Wsiedliśmy do windy. Za naciśnięciem guzika zjechaliśmy nadół i opuścili pałac, który, według moich przypuszczeń, miał wkrótce stać się domem niedoli. — —
Nazajutrz wyjechaliśmy z San Francisco, a po trzech miesiącach w Hole in Rock rozstaliśmy się na trzydzieści miesięcy. Winnetou zatrzymał mojego konia. Umówiliśmy się dokładnie co do miejsca i czasu przyszłego spotkania, jakeśmy to zazwyczaj czynili.
Parę miesięcy bawiłem w domu. Następnie wyruszyłem w świat, tym razem na Wschód, gdzie spędziłem dwadzieścia miesięcy. Po powrocie pogrążyłem się w książkach i bardzo mało pokazywałem. Tylko raz na tydzień odwiedzałem towarzystwo śpiewacze, którego byłem i jestem dotychczas członkiem honorowym. To była jedyna ówczesna moja rozrywka.
Którejś soboty siedzieliśmy po ćwiczeniach i naradzaliśmy się nad urządzeniem koncertu na cele dobroczynne, gdy do naszego pokoju wszedł gospodarz i zameldował:
— Dwaj obcy przyszli do pana.
— Któż to?
— Nie znam ich. Jeden jest młodym bardzo przystojnym mężczyzną, drugi zaś zupełnie ciemnoskóry. Nie mówi nic, nie zdjął nawet kapelusza, a oglądał mnie tak, że mi się nieswojo zrobiło.
Szarlieh! — rozległo się z poza odemkniętych drzwi.
Skoczyłem na równe nogi. To Winnetou zwykł tak wymawiać moje imię! — — I oto stał tutaj, za drzwiami! Winnetou, najznakomitszy wódz Apaczów w Dreznie! I jakże wyglądał ten niezwyciężony wojownik! Ciemne spodnie i ciemna przepasana kamizelka, krótki surdut, w ręce mocna laska, na głowie wysoki cylinder, którego nie zdejmował. — Opowiadam to wszystko w skrócie. Mogę chyba nie nadmieniać, że moje zdziwienie, moje oszołomienie było niemniejsze, niż mój zachwyt.
Skoczyłem ku Winnetou, on zaś ku mnie. Padliśmy sobie w objęcia, całując się i w przerwach spoglądając na siebie, poczem wybuchnęliśmy głośnym śmiechem, co się Apaczowi pierwszy raz zdarzyło. Wygląd jego Old Shatterhanda był tak potulny, a postać najmężniejszego wojownika Apaczów tak łagodna i śmieszna, że trzeba było być czarodziejem, aby móc się powstrzymać od śmiechu.
Winnetou nie czekał powrotu gospodarza — poszedł za nim. Teraz zbliżył się również drugi mężczyzna, który mu towarzyszył. Był to nie kto inny tylko Franciszek Vogel, dawny uczeń mego kapelmistrza.
Wszyscy obecni śpiewacy znali Winnetou z moich opowiadań. Jakież rozległy się okrzyki, gdy wymieniłem jego imię! Z początku nie chcieli uwierzyć. Nie mogli sobie wodza inaczej wyobrazić, jak w znanym ubiorze wraz ze srebrną strzelbą. Wiedziałem, dlaczego nie zdejmował cylindra, — chował bowiem pod nim swoje obfite ciemne włosy. — Kiedy zdjąłem cylinder, włosy wypadły i okryły niby płaszcz ramiona i plecy Apacza. Teraz przekonano się, że jest to Winnetou. Wszystkie ręce wyciągnęły się ku niemu i, skoro natchniony basista zaczął: — Po trzykroć wiwat! — pozostali wtórowali szumnie.
Jakże często prosiłem dawniej Winnetou, aby pojechał ze mną do Niemiec, lub mnie odwiedził. Zawsze nadaremnie! Skoro teraz przybył i to tak niespodzianie, musiał mieć wielce doniosłe powody. Widział, że jestem ciekaw, lecz kiwnął tylko głową i rzekł:
— Niechaj mój brat sobie nie przeszkadza. Poselstwo moje jest ważne, ale skoro upłynął tydzień, a nawet więcej, to może minąć jeszcze godzina.
— Jakże mnie znalazłeś?
— Wszak Winnetou nie jest sam. Młoda biała twarz, która nazywa się Vogel, przybyła ze mną i zaprowadziła mnie do twego mieszkania. Powiedziano, żeś poszedł tam, gdzie śpiewają, a ja chciałem usłyszeć śpiew. Później wrócimy do twego mieszkania, gdzie dowiesz się, z jakiego powodu przeprawiłem się przez wielkie morze.
— Dobrze. Będę cierpliwie czekał i pozwolę ci posłuchać śpiewu.
Bractwo z radością zgodziło się spełnić życzenie Winnetou. Usiedliśmy wraz z Voglem przy odległym stoliku przy piwie, które Winnetou pijał bardzo chętnie, ale też bardzo umiarkowanie. Zaczęły się popisy, które należałoby nazwać koncertem. Śpiewacy byli dumni z tego, że słucha ich tak słynny człowiek.
Trzymaliśmy się obaj za ręce. Byłem szczęśliwy, że widzę go w swej ojczyźnie, jego zaś uszczęśliwiała moja radość. Sądzę, że dla obcych stanowiliśmy wzruszająco czułą parę. Ale nikt z tych, którzy widzieli Winnetou i Old Shatterhanda w sawanie, lub górach, nie poznałby nas tutaj. Winnetou wydawał mi się czarną panterą w skórze owczej, a i on pewnie doznawał podobnego wrażenia, patrząc na mnie.
Mogło być koło północy, gdy Apacz oznajmił, że słyszał już dosyć. Gorliwe bractwo chętnieby go zatrzymało do rana i nawet dłużej. Podziękował śpiewakom i wyszliśmy. Winnetou słowem nie wspomniał o śpiewakach, ale, znając go dobrze, widziałem, jak głęboko przejął się pieśniami mej ojczyzny.
Skoro przybyliśmy do domu, obejrzał się dokładnie dokoła, dotknął każdego przedmiotu i przymykał oczy, aby wrazić to wszystko głęboko w pamięć. Zdjąłem ze ściany dwie fajki pokoju, napełniłem i podałem mu jedną. Vogel dostał papierosa. Gdy następnie usiadłem z najlepszym, najwierniejszym i najszlachetniejszym swym przyjacielem na kanapie, rzekł po chwili:
— Przybyliśmy za sprawą pięknej białej squaw, którą odwiedziliśmy swego czasu w San Francisco.
— Ah, w sprawie Marty, pańskiej siostry?
— Niestety, tak! — odpowiedział Vogel. — Nie opowiem panu nic pocieszającego. Przebywałem cztery miesiące w Ameryce.
— To niedługo.
— Tak, ale dla mnie aż zbyt długo. Te miesiące były niczem lata całe, albowiem przyniosły mi tylko gorzkie rozczarowanie. Mój szwagier zbankrutował.
— Ah! Moje przewidywania!... Jakże się rzecz ma z Potterem, jego wspólnikiem?
— Ten jest także, rozumie się, bankrutem,
— Nie sądzę. Ta pijawka wyssała do szpiku pańskiego szwagra i schowała sobie jakąś znaczną sumkę. Czy to bankructwo ze szkodą wierzycieli?
— Nie. Nikt nie stracił grosza.
— Nikt nie stracił grosza, a jednak ogłoszono upadłość? A zatem cały majątek został w tak krótkim czasie roztrwoniony? Jakże to się stać mogło?
— Wskutek rujnujących spekulacyj Pottera. Mój szwagier przekazał mu prowadzenie całego interesu.
— Można to było przewidzieć. Potter zbliżył się do pańskiego szwagra odrazu z zamiarem zrujnowania go doszczętnie. Gdyby tak nie było, majątek nie mógłby tak szybko stopnieć. Wrzekomo przepuścił wszystko na spekulacjach, ale istotnie nabił sobie tęgi trzos. Przypuszczam jednak, że można go będzie zdemaskować.
— Nie sądzę, gdyż w takim razie nie przebywałby w San Francisco, lecz ukrył się na odludziu. Mój szwagier oczywiście stracił wszystko. Odebrał rodzinie resztki i przepija, wałęsając się od szynku do szynku. Z ostatnim groszem przepije rozum.
— A rodzina?
— Z rodziną jest kiepsko. Kiedy przyjechałem do Ameryki, nikt się krachu nie spodziewał. Liczyłem na Wernera. Sądziłem, że dzięki jego pomocy zdołam się prędko wybić. Lecz po trzech tygodniach nastąpił krach. Byłem zbyteczną gębą do stołu. Rodzice i rodzeństwo rozpaczali. Jedynie Marta zachowała równowagę ducha i myślała o środkach zaradczych. Pomagałem jej, strzeliła nam zbawienna myśl do głowy. Postanowiliśmy urządzać koncerty. Z początku wystarczyła gotówka, którą uzyskaliśmy ze spieniężenia zbytecznych rzeczy. Myśleliśmy o panu. Gdyby pan był w Ameryce, to na pewnobyś wspomógł nas radą i uczynkiem. Ale, niestety, pan był gdzie indziej. Wówczas Bóg sprowadził do domu naszego Winnetou.
— Jakto? Przyszedł do was do domu?
— Tak.
— To jest podziwu godne! Po naszych przeżyciach w tym domu, nigdybym nie sądził, że Winnetou jeszcze przestąpi jego progi.
— To był inny dom. Wyforowano nas poprostu z pałacu — wynajęliśmy małe mieszkanie. Na szczęście Apacz przybył do San Francisco, przypomniał nas sobie, poinformował się, dowiedział o wszystkiem i przyszedł pocieszyć. Wstydzę się niemal powiedzieć: dał nam pieniądze. Nie chcieliśmy przyjąć, ale zapewnił, że wkrótce będziemy w stanie zwrócić mu pożyczkę. Zapowiedział, że rozmówi się z Potterem, i odtąd nie spuszczał go z oka. Lecz oto nadeszło pismo urzędowe z Nowego Orleanu, oznajmiające o śmierci naszego wujka, brata mojej matki.
— Aha, przypominam sobie! Pańska babka opowiadała, że miała syna, który wyjechał do Ameryki i nie dawał odtąd o sobie znaku życia. Była pewna, że zginął po drodze,
— Tak jest. Ale nie umarł — był tylko niewdzięcznym synem. Umarł niedawno jako miljoner. W każdym razie tak oznajmiły nam władze.
— Niebardzo liczę na takie bogactwa. Przekonał się pan, jaką mają wartość, gdy wpadną w ręce niewłaściwe. Ale skąd władze z Nowego Orleanu znały wasz adres w San Francisco?
— Ze starych szpargałów i notatek nieboszczyka dowiedziano się o miejscu jego urodzenia, dokąd też następnie władze się zwróciły. Tam podano nasz obecny adres.
— No, więc jest ratunek. Jeśli udowodnicie, że jesteście jedynymi spadkobiercami nieboszczyka i że zatem wasze prawa są niesporne, wydadzą wam spadek bardzo rychło.
— Bodajby tak było! Ale sprawa ma swój haczyk. Jesteśmy jedynymi krewnymi — ale może jednak nie jedynymi. Nieboszczyk miał syna, który zaginął.
— Bardzo źle! Sprawa może ogromnie się przewlec. Trzeba w pismach wezwać syna i, jeśli się nie zjawi po upływie określonej ilości lat, będzie uważany za zmarłego. Trzeba, niestety, uzbroić się w cierpliwość.
— Tak, musimy czekać... Bodajby nam jednak wypłacili jakąś część drobną!
— To nie uchodzi. Wszystko, albo nic.
— Szkoda! — Trzeba dodać, że w Nowym Orleanie pewien adwokat zajął się sprawą zaginionego. Jest to jego przyjaciel. Twierdzi, że spadkobierca żyje, albowiem towarzyszył mu w podróży bardzo obrotny i zaufany przyjaciel, któryby na pewno, według zdania adwokata, wysłał wiadomość do Nowego Orleanu, gdyby tamtemu przytrafiło się co złego, a tem bardziej gdyby umarł. Adwokat przedsięwziął zatem bardzo skrupulatne poszukiwania, na które uzyskał od sądu czas odpowiedni.
— To jeszcze bardziej przeciągnie sprawę. — Jakże się nazywa z domu pańska matka?
— Jaeger.
— A więc miljoner nazywał się Jaeger? Czem był właściwie?
— Z początku szewcem. Wywędrował jako czeladnik. W New Yorku dorobił się sklepu, zresztą dzięki korzystnemu małżeństwu, i coraz bardziej porastał w pierze.
— Czeladnik szewcki? New York? Sklep? Bogate małżeństwo? Błysła mi myśl, strzeliło mi coś do głowy!
— Co takiego? Co takiego?
— Poczekaj-no pan, poczekaj! Muszę się zastanowić.
Podniosłem się z kanapy i chodziłem tam i zpowrotem po pokoju. Myślałem o liście, który znalazłem ongi w portfelu Meltona. List pisał jego bratanek.[4] Podszedłem do bibljoteki i wyjąłem list z oznaczonej przegródki.
Tak, to się zgadzało! A zatem list dotyczy omawianego wypadku? Musiałem się upewnić, zapytałem więc:
— Jaeger dorobił się sklepu z obuwiem w New Yorku? Czy nie był dostawcy wojskowym?
— Tak.
— I dostarczał nietylko obuwie, ale również inne artykuły?
— Tak, tak! Zbił na tem miljony. Ale skądże pan wie o tem? Co za list trzyma pan w ręce?
— O tem później! Powiedz pan, czy Jaeger zawsze posługiwał się swem niemieckiem nazwiskiem?
— Nie. Zamerykanizował je na angielskie Hunter.
— Czemu pan odrazu nie powiedział! Dlaczego wymienił pan tylko niemieckie nazwisko?
— Myślałem, że to nie zmienia postaci rzeczy.
— O, bardzo, bardzo zmienia, wszystko nawet! Czy wie pan, jak się nazywał zaginiony syn?
— Tak. Small. Cudaczne imię, nieprawdaż?
— Tak, ale to państwu na rękę. Im dziwaczniej brzmi imię zaginionego, tem trudniej jest pomieszać go z kim innym. A zatem — Smali Hunter. Zginął? I gdzie? Naturalnie, że na Wschodzie. Czyż nie tak?
— Tak, na Wschodzie! — zawołał zdumiony Vogel. — I to panu wiadomo, panie doktorze?
— I to również. Trafił pan na właściwego człowieka, kochany przyjacielu.
— Mówił to także Winnetou.
Aha! Winnetou znalazł zapewne najdrobniejszy ślad i przedsięwziął wszelkie środki, aby go nie stracić z oczu. Postaw pan wodza na tropie — zobaczysz, że będzie niezmordowany i wykaże niedoścignione mistrzostwo.
— Więc ma pan jakiś ślad zaginionego?
— Tak. Ale uprzednio muszę zapytać: czy w piśmie urzędowem nie wymieniono miejsca jego zniknięcia?
— Owszem. Przypominam sobie. Znaleziono list, który wysłał do ojca z Kairu.
— To świetnie! Jak dawno był wysłany ten list?
— Nie było o tem wzmianki.
— Szkoda. Potrzebny nam czas pobytu Smalla Huntera w Kairze.
— Mieszkał w Hotelu du Nil i opisuje w liście sławetny tamtejszy ogród palmowy.
— Czy jeszcze coś przytoczono z listu?
— Nie. Ależ tak! Przypominam sobie. Prosi ojca, aby listy adresował do konsulatu amerykańskiego.
— To bardzo ważne, nader ważne! Mamy zatem trop. Znajdziemy poszukiwanego na pewno, ale, niestety, już jako nieboszczyka.
— Uważa pan, że umarł?
— Tak. A jednak zgłosi się po odbiór spadku.
— Nieboszczyk nie może zgłosić się po spadek!
— Czasem tak. Oczywiście w okolicznościach szczególnych, o których pan się dowiesz, skoro rozmówię się z Winnetou.
— Zaciekawia mnie pan niezmiernie!
— Nie chcę pana dręczyć i dlatego będę rozmawiał z Apaczem nie po indjańsku, ale po angielsku. Zrozumie pan?
— Bardzo dobrze. Od czasu odjazdu mego rodzeństwa do Ameryki, zająłem się gorliwie studjowaniem angielskiego.
— Będę się więc posługiwał tym językiem, zamiast niemieckim, którego Apacz prawie nie rozumie. Posługiwałem się dotychczas niemieckim, ponieważ nie zwracałem się specjalnie do wodza. — Ale, powiedz pan, nie wiesz, czy aby władze z Nowego Orleanu pisały do Kairu?
— Owszem. Władze, a także adwokat, o którym wspomniałem.
— Jaka odpowiedź nadeszła?
— Jeszcze nie nadeszła. Stało się to niedawno.
— A zatem wiem wszystko, czego trzeba, aby panu służyć radą. Wszak poto pan do mnie przybył?
— Tak. Przyznaję otwarcie. Siostra powiedziała, że pan dobrze zna Wschód i — —
Utknął w połowie zdania.
— I... — mów pan dalej! — ośmieliłem go. — Skoro pan żąda ode mnie rady i uczynku, musisz być całkowicie szczery.
— Sam pan dopowiedział, mówiąc o uczynku. Siostra wie, że pan zna Wschód, i sądzi, że pan jest właściwym, a może nawet jedynym człowiekiem, który odkryje Smalla Huntera, — żywego, czy martwego.
Hm. Jestem bardzo wdzięczny pańskiej siostrze za ufność, jaką we mnie pokłada. A zatem mam nietylko radzić, ale i czynić? Czy rozumie pan znaczenie tego słowa w całej rozciągłości?
— Tak. Myśleliśmy o tem bardzo wiele. Wiem, że wymagamy od pana sporo czasu i zachodu.
— Być może nawet więcej — może nawet życia.
— Czyżby?! — zawołał przestraszony.
— Tak, życia. Ślad, który odkryliśmy, świadczy o zakrojonem na wielką skalę łotrostwie, które albo już zostało, albo dopiero będzie w czyn wprowadzone. Towarzysz podróży Smalla Huntera jest do niego podobny, jak dwie krople wody. Przypuszczam z danych uzasadnionych, że to niezwykłe podobieństwo stanowi przyczynę morderstwa, którego już dokonano, lub dopiero mają dokonać.
— Przeraża mnie pan!
— Towarzysz podróży zamorduje Smalla Huntera, aby, korzystając z podobieństwa, wystąpić jako Small Hunter i dziedziczyć jego spadek. Jest to przestępca, ojciec zaś jego i stryj, do którego list ten został wystosowany, są dwukrotnymi lub trzykrotnymi mordercami. Opowiem to panu później szczegółowo. Z całą stanowczością nie mógłbym jeszcze twierdzić o zabójstwie, ale, znając dobrze tych łajdaków, wnioskuję że na pewno w ten, a nie w inny sposób postarają się wykorzystać śmierć starego Huntera. Ale teraz nadewszystko trzeba się porozumieć z Winnetou.
Apacz bardzo niewiele rozumiał z rozmowy, prowadzonej po niemiecku, lecz mimo to spoglądał na nas z uwagą. Z początku malował się na jego twarzy wyraz skupienia, ale z chwilą, gdy przyniosłem list, zniknął, ustępując miejsca zadowoleniu.
Widząc, że zamierzam się doń zwrócić, wyprzedził mnie:
— Mój brat Old Shatterhand potwierdził moje przypuszczenia. Zaginiony biały wyjechał wraz z bratankiem Meltona do miejscowości, zwanych przez białych Wschodem.
— Winnetou dobrze nas obserwował. Nic się nie ukryje przed ostrością jego spojrzenia.
— Nie trzeba było szczególnej ostrości. Old Shatterhand w swoim czasie pokazał i przeczytał mi ten list. Wraziłem go sobie w pamięć. Otóż przybyłem do San Francisco, aby zobaczyć piękną białą, której mąż w swoim czasie tak ciężko nas obraził, że zagroziłem mu zemstą, jeślibym później znalazł jego squaw w niedoli. Dowiedziałem się o jej nieszczęściu i — poszedłem pocieszyć. Obdarzała mnie zaufaniem, albowiem jestem twoim przyjacielem i bratem. Opowiedziała mi wszystko. Przeczytała także urzędowe pismo z Nowego Orleanu. Pismo, prócz nazwiska Hunter, zawierało jeszcze inne rzeczy, zgodnie z treścią znajdującego się w twojem posiadaniu listu. A zatem łatwo było wpaść na ślad właściwy. Głuchy i ślepy musiałby ten być, który się nie domyślił. Biała squaw miała do ciebie zaufanie, przeto postanowiłem jej pomóc. Ty jeden jesteś człowiekiem, który może tą sprawą pokierować, — dlatego przyjechałem do ciebie. Zabrałem ze sobą tego młodego człowieka, gdyż zna okoliczności sprawy i włada nieznaną mi mową twojej ojczyzny. Jaki jest obecnie tok myśli mojego brata?
— Jonatan Melton pisze, że wykorzysta swoje podobieństwo ze Smallem Hunterem. Jak sądzi Winnetou, na czem będzie polegała ta korzyść? Czy na fałszerstwach i oszustwach?
— Nie. Smali Hunter umrze, jeśli nie przyjdzie na czas zbawca.
— Ja również jestem przekonany o tem. Jonatan Melton podszyje się pod jego osobę i zgłosi po spadek. Natychmiast powinien wyjechać do Kairu jakiś dzielny człowiek, zasięgnąć wieści w konsulacie, a następnie wytropić ślad zaginionego.
— Pan jesteś tym człowiekiem! — wtrącił Vogel, chwytając mnie za rękę. — Jedź pan, śpiesz pan, dopóki nie jest za późno!
Hm... Sprawa interesuje mnie ogromnie. Ale czy sądzi pan, że ja tu poto siedzę, aby na pierwsze zawołanie rzucić swoją pracę i uganiać się po Wschodzie za zbrodniarzami?
— Błagam pana!... Jeśli pan ocali Smalla Huntera, zostanie pan przez niego sowicie wynagrodzony! Jeśli zaś Hunter nie żyje, a pan zdemaskuje jego sobowtóra, to jesteśmy gotowi wypłacić panu część spuścizny!
Uff! — zawołał gniewnie Apacz. — Old Shatterhand nie przyjmuje wynagrodzenia, a zresztą żaden człowiek takiej wyprawy nie zdoła opłacić!
Załagodziłem naprężoną sytuację, oświadczając:
— Uspokój się pan, już poprzednio byłem gotów natychmiast wyruszyć do Kairu, o ilebym zdołał usunąć przeszkody, które zatrzymują mnie przez dzień jutrzejszy i następny.
Teraz objawiła się cała delikatność ducha i szlachetność umysłu Winnetou. Dobrze mi znanym ruchem położył rękę na pasie i rzekł:
— Winnetou prosi Old Shatterhanda, aby nie zważał na żadne przeszkody. Jaka jest droga do Kairu?
— Stąd koleją do Brindisi, a następnie okrętem do Aleksandrji.
— Jak długo jedzie się koleją i kiedy wypływa okręt?
— Okręty kursują regularnie w określonych dniach tygodnia. Jeśli się jutro stąd wyruszy, a pojutrze będzie w Brindisi, to już następnego dnia można żeglować.
— A więc jedziemy jutro. Howgh!
Spodziewałem się tego. Winnetou nie przyjechał wszak poto, aby mnie wysłać do Afryki, a samemu wrócić do prerji. A jednak frapował mnie stanowczy ton, jakim wypowiedział przytoczone zdanie. Zapytałem:
— Lecz Winnetou jedzie do zupełnie nieznanego kraju!
— Zato brat mój zna ten kraj wyśmienicie. Niech nie usiłuje wzbraniać mi tej podróży. Czy nie opowiadałeś po stokroć, coś widział w tamtych stronach, i czy nie mówiłeś, że pragnąłbyś, abym zwiedził je wraz z tobą?
— Tak.
— Twoje życzenie teraz się spełni. A zatem nie sprzeciwiaj się temu.
Wódz Apaczów w Kairze! Co za myśl! Chyba nic podobnego się jeszcze nie zdarzyło. Cieszyłem się przedewszystkiem dlatego, że będę jego przewodnikiem w podróży, a następnie, ponieważ oczekiwały nas zdarzenia, w których zdanie tego najprzenikliwszego z myśliwców prerji mogło się ogromnie przydać. I wreszcie dlatego, że — i to była rzecz chwilowo najważniejsza — że położył rękę na pasie. Moja sytuacja finansowa nie przedstawiała się tak korzystnie, abym mógł każdej chwili rozporządzać dosyć znaczną sumą, potrzebną do podróży. Ręka Winnetou na pasie wskazywała, że jest tam dosyć krnąbrnej, a jednak tak szlachetnej mamony.
Radości Vogla z powodu naszej decyzji nie da się opisać. Odnowa zaczął medytować nad zagadnieniem spadku, aż wreszcie wybiliśmy mu to z głowy. Wysłałem go do hotelu. Apacz zaś, rozumie się, spał u mnie, ale niezbyt długo, gdyż trzeba było zdążyć do rannego pociągu. Nie sprawiało to nam szczególnego kłopotu, gdyż zawsze wszystkie rzeczy, niezbędne do podróży, mam pod ręką.
Voglowi starczyło pieniędzy, aby wrócić do San Francisco. Pożegnał się z nami w wagonie, otrzymawszy wskazówki, jak on i jego rodzeństwo mają się zachować w różnych okolicznościach. — — —


Przypisy

  1. Kramarz wędrowny.
  2. San-Francisco.
  3. Zbioru K. Maya tomy 4, 5, 6 i 8.
  4. Zbioru K. Maya t. 8 str. 62-64.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol May.