Strona:PL Karol May - Winnetou w Afryce.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


charakterystyczny wygląd Winnetou. Lecz, gdy wyminęliśmy ich, rozległy się za mną słowa mowy, wiecej niż ojczystej:
— Jako żywo! Czy to nie doktór drezdeński, który moje dzieciaki z biedy do Drezna wygmerał?
Odwróciłem się oczywiście. Za mną stały dwie panie i mężczyzna. Jedna z pań nosiła woalkę, nie mogłem przeto dostrzec jej twarzy. Druga miała strój wykwintny, który jakoś z nią nie licował. Wyglądała, jak w pożyczonem ubraniu. Twarz jejmości była znajoma. Strój jednak i spotkanie w innym kraju przyćmiły mi pamięć. Mężczyzna trzymał się, jak istny Jankes, co nadawało mu tak śmieszny wygląd, że przyjrzawszy się, zawołałem ze śmiechem:
— Do licha! Czy to pan naprawdę? Przedzierzgnął się pan w stuprocentowego Amerykanina!
Tak, to był skrzypek Vogel, ojciec Franciszka i Marty! Wyprostował się jeszcze bardziej i, bijąc w pierś, odpowiedział:
— Nietylko Amerykanina, ano także miljonera. Niech-no pan pomyśli — prawdziwe miljony! Ale co, nie zna pan mojej żony i córki? Czy nie poznaje pan?
A zatem starsza jejmość była panią Vogel, druga zaś — — Martą. Podniosła woalkę i podała mi dłoń.
— Tak moja córka, pani królowa nafty, miljonerka! — przytakiwał ojciec. — Wiesz pan, tam w górach Kruszcowych mieszkają jeszcze rozmaici, z których