Strona:PL Karol May - Winnetou w Afryce.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


oczywiście, był pan we władzy kapitana, ale w każdym porcie mogłeś się z pod jego mocy wyłamać.
— Ale wszak zatrzymywano mnie na pokładzie.
— To i cóż z tego? Na pokład przychodzą różni urzędnicy. Aby odzyskać wolność, wystarczyło zwrócić się do którego z nich.
— Nie ważyłem się. Wszak byłem zbiegiem. Jednakże w New-Yorku odzyskałem wolność. Kapitan ściągnął na siebie nienawiść dwóch majtków, sprytniejszych ode mnie. W nocy wymknęli się na ląd, zabierając mnie za sobą. Ucieczka powiodła się. Na ląd Ameryki wstąpiłem jako człowiek wolny. Z początku zmykałem co tchu, aby nie wpaść w ręce kapitana, lub jego siepaczy. Był to dzień przedświąteczny. Znalazłem świeżą niewykończoną budowlę, schroniłem się w niej, aby dosyta pospać, sen bowiem był mi bardziej potrzebny, niż posiłek. Obudziłem się — znów był wieczór. Byłem głodny, ale nie porzuciłem ukrycia przedewszystkiem dlatego, że nie ufałem kapitanowi, a zresztą przyszło mi na myśl, iż mogę znaleźć zajęcie przy budowli.
— Chwalebna myśl. Jedynie praca mogła pana uratować.
— Tak, wiedziałem o tem. Przeszedłem okrutną szkołę, która mnie dobrze wyedukowała. Czekałem do rana, aż przyszli murarze i cieśle. Zagadnąłem ich, żaden jednak nie rozumiał po niemiecku, ale wkońcu natrafiłem na właściwego człowieka, na Prusaka z okolic Królewca. Wymarzył był sobie w Ameryce góry złota, pojechał, no i — teraz dźwigał cegły. Dzięki niemu do-