Strona:PL Karol May - Winnetou w Afryce.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przewóz i nieraz dopiero, po długich latach wracali do domu. Przystrajali konie w osobliwe chomąta i skóry. Ludzi tych znamionowała uczciwość, można im było zawierzyć cały majątek. Ale pański woźnica nie wydaje mi się zbyt rzetelnym, przynajmniej w stosunku do pana, skoro twierdził, że zmierza do Ameryki. To naturalnie mijało się z prawdą. Zapewne chciał ciągnąć z pana korzyści?
— To prawda. Z początku jednak ufałem i nawet polubiłem tego człowieka. Nazywał mnie Konradem, ja zaś jego stryjem. Karmiłem i czyściłem konie, spałem przy nich w stajni i w miarę sił wyręczałem starego przy robocie. Za to żywił mnie i czasami nagradzał jakim zużytym przyodziewkiem, nic ponadto, Miesiące mijały za miesiącami — spostrzegłem się wreszcie, że mnie okpił, ale trafiło mi do serca to życie swobodne i dlatego zostawałem dosyć długo przy nim, aż któregoś dnia wzięliśmy ładunek do Otterndorfu. Miejscowość ta leży niedaleko morza. Obudził się we mnie w dwójnasób dawny pociąg do Ameryki, i oto zbiegłem do Bremerhaven.
— Bez pieniędzy?
— Patron mój sądził, że nie mam pieniędzy i dlatego był dufny w siebie. Ale podczas półtorarocznej wędrówki u boku starego kapnął mi nieraz przy ładowaniu napiwek. Ukrywałem go skrzętnie, więc uciułałem trochę grosza. Zbiłem taką sumkę, że mogłem, nie żebrząc, dotrzeć z Otterndorfu do Bremerhaven. Ale nie starczyłoby mi na długo. Dlatego natychmiast poszukałem knajpy marynarskiej. Nabrałem bowiem ro-