Strona:PL Karol May - Winnetou w Afryce.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tak.
— Cóż, kiedy czmychnąłeś od swoich bez pozwolenia. Nie masz chyba paszportu, ani innego kwitka?
— Mam tylko to, co noszę na sobie.
— No cóż, niewiele tego, ale mam dla ciebie litość. Wymacałem cię na śniegu i jestem gotów zaopiekować się tobą, skoro mi przyrzekniesz dwie rzeczy. Po pierwsze, masz mnie słuchać, po drugie, nie pisnąć ani słówka, kim jesteś, skąd przybywasz i dokąd zmierzasz.
— Chętnie przyrzekam.
— Dobrze! Zostaniesz przy mnie, dopóki nie przybędziemy do Ameryki. Nazywaj mnie stryjem. Pamiętaj, że twój dziadek był bratem mego ojca, że pochodzi, z Halberstadtu i że cię przygarnąłem, ponieważ wszyscy twoi pomarli. Jesteś u mnie od kwartału. Tak masz odpowiadać, gdy cię kto zapyta.
— Dobrze.
— Będziesz się miał dobrze. A więc stoi, jak stanęło. Kiedyś chrapał, przejeżdżaliśmy przez miasto. Kupiłem od tandeciarza buty i ubranie dla ciebie. Wdziewaj żwawo!
„Uchylił nieco nakrycia, abym mógł się przebrać. Następnie usiadłem przy nim na koźle i pojechaliśmy do wsi, gdzie stanęliśmy w gospodzie.“
— Zacny zbawca pański zapewne był z zawodu woźnicą? — zapytałem, przerywając jego opowieść.
— Tak, był to woźnica wiejski.
— Ah, znam ich dobrze. Wędrowali dawniej na ciężkich wozach z wioski do wioski, wszystko brali na