Strona:PL Karol May - Winnetou w Afryce.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Szkoda, że nie macie panowie czasu. — Jakże długo pan tutaj zabawi?
— Zapewne już jutro wyjedziemy z San Francisco.
— I nie chce pan zajrzeć do nas? Czy to nie okrucieństwo? Niech pan z nami pójdzie — proszę pana z całego serca!
— A małżonek pani...?
— Będzie szczerze uradowany. Ale prawdopodobnie w domu go niema.
— Dobrze, jadę. Pozwoli pani, że się tylko umówię z przyjacielem.
— Nie, ależ nigdy! Tyle słyszałam i czytałam o słynnym wodzu, że darzę go najgłębszym szacunkiem. Niech go pan zabierze ze sobą.
— Tak — potwierdził ojciec. — Indjan niechaj z nami pojedzie. Niema się czego lękać. My nie tacy, aby wyrządzić krzywdę dzikiemu. Lecz w piątkę nie zmieścimy się w ekwipażu. Wsiądę z żoną do dorożki, czy tam jak się to tutaj zowie. Chodź, Hanno, ze mną! I tak do domu trafimy.
Odszedł z żoną. Winnetou nie rozumiał naszej rozmowy, gdyż była prowadzona po niemiecku. Lecz dla niego nie trzeba było ani słów, ani mrugnięcia okiem. Skoro wziąłem pod rękę Martę, zajął miejsce przy niej z prawej strony i kroczył tak dumnie i z taką godnością, że nie nabawiał jej wstydu.
Przed ogrodem czekał powóz króla nafty. Tylko miljoner mógł sobie pozwolić na taki pojazd i za-