Strona:PL Karol May - Winnetou w Afryce.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


objedziemy miejscowość. Ale trzeba się mieć na baczności, grunt jest bowiem zbyt wodnisty i można łatwo się zapaść.
„Jechaliśmy krok za krokiem bardzo ostrożnie. Naraz poczuliśmy osobliwy zaduch. Stary, który jechał na przodzie, wywąchał go natychmiast. Osadził konia, wdychał powietrze w nozdrza i odezwał się:
— Co za wstrętny, przenikający smród? Nie czułem go dotychczas. Cuchnie jak w trumnie!
— Jak trup! — dodał syn.
— Jak smołowiec — wtrąciłem.
„Jechaliśmy dalej. Zaduch był coraz nieznośniejszy. Dotarliśmy do miejsca, gdzie błotnisko, leżące wciąż po prawej ręce, nie miało przykrycia mszanego i wyglądało, jak zatrute. Woda była tłusta, jakgdyby polana posoką, lśniącą niebiesko i żółto. Nagle stary Ackermann krzyknął, zeskoczył z konia i podszedł do wody.
— Na miłość Boską! — zawołał syn, pełen strachu. — Nie waż się dalej, ojcze! Zatrzymaj się, zostań!
— Muszę zbadać, zbadać! — odpowiedział stary z niepojętą zapalczywością.
— Grunt chwieje się pod nogami.
— Niechaj się chwieje!
„Dotarł do brzegu kałuży. Stał po łydki w błocie i pogrążał się coraz głębiej. Widzieliśmy, jak pełnemi garściami czerpie wodę i wącha. Tkwił już po kolana w szlamie. Wreszcie energicznym wysiłkiem wy-