Strona:PL Karol May - Winnetou w Afryce.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dawną swobodę. Podała mnie i Winnetou dłoń i rzekła w tonie jak najserdeczniejszym:
— Tu jesteśmy w domu. Nie tak prędko pana wypuszczę. Musi pan zostać przez wiele dni, przez parę tygodni. Musi mi pan przyrzec!
Niepodobna było zadośćuczynić jej życzeniu, szczególnie przez wzgląd na męża, z którym nie chciałem mieszkać pod jednym dachem. Odpowiedziałem więc:
— Chętniebym przystał, gdyby to było możliwe. Ale musimy naprawdę jutro wyruszyć.
— O, ma pan czas, wiele czasu! Gdzieś na pustkowiu, gdzie ugania się pan za wrogiem, lub tropi przestępcę, istotnie każda chwila jest cenna. Ale zbyt wiele czytałam o panu, aby nie wiedzieć, że nic pana nie nagli, skoro przebywasz w takiem mieście, jak San Francisco.
— Myli się pani. Bardzo ważne powody skłaniają nas...
— Proszę pana, bez wybiegów! — przerwała. — Pomówmy ze sobą szczerze, ale to zupełnie szczerze. Mąż mój jest właściwym powodem pańskiej odmowy? Proszę nie przeczyć, nie usprawiedliwiać się. Zaraz panu dowiodę, że będziesz mile przezeń powitany. Natychmiast sprowadzę go z biura. Wybaczy pan, że zniknę na parę chwil.
Wyszła z pokoju. Winnetou nie rozumiał jej słów, rzekł jednak:
— Ta squaw jest tak piękna, że nigdy równie