Strona:PL Karol May - Winnetou w Afryce.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z ręki i, zanim zdążyłem zapobiec, rzucił mi w głowę, miotając obelgi. Wyszedłem, nie mówiąc słowa. Nazajutrz oczekiwałem go, przypuszczając, że przyjdzie mnie przeprosić. Nie przyszedł jednak, tylko przysłał list. Bardzo ubolewa, że zawarł ze mną znajomość. Zauważył, że jestem przeciwny jego małżeństwu i wobec tego zabronił żonie pożegnać się ze mną.
Po upływie kilku dni odwiedził mnie Franciszek Vogel. Nie dał się namówić do wyjazdu do Ameryki. Odprowadził swoich tylko do Bremerhaven. Przyniósł mi od siostry kilka słów, pisanych przed odjazdem. Dziękowała za wszystko, co dla niej zrobiłem, jak również za pobłażliwość w stosunku do męża.
Franciszek został w Dreznie. Otrzymywał wsparcie od szwagra miljonera, jednakże niedosyć wystarczające. Od czasu do czasu przynosi mi ukłony od siostry. Z jego słów wnioskowałem, że Marta nie jest szczęśliwa, co nie mogło usposobić mnie przychylnie do Wernera. Był to pospolity gałgan. Czyniłem sobie wyrzuty, że nie usiłowałem nawet poważniej zapobiec temu związkowi.

Po dłuższym czasie wróciłem do Stanów Zjednoczonych. Zostałem wysłany z Frisco[1] do Meksyku jako korespondent; doznałem przygód, opisanych później w książce, którą zatytułowałem Szatan. Bez niespodzianek dotarłem do Texasu, gdzie za pieniądze zdobyte na łotrach, zakupiłem ziemię dla wychodźców

  1. San-Francisco.