Strona:PL Karol May - Winnetou w Afryce.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


można było mówić o miłości macierzyńskiej, ale w każdym razie powinien był napomknąć o jej śmierci z odrobiną uczucia. Dowiedziawszy się, że matka nie żyje, nie odwiedził już nawet majstra, lecz czem prędzej wyjechał z rodzinnego miasteczka, nie dając się nikomu poznać. Ten chłód świadczył niewątpliwie o braku serca. Teraz dopiero zdałem sobie sprawę, że jeśli sądził, iż matka żyje, powinien był przesyłać jej pieniądze. Ale, jakkolwiek nie podobało mi się jego postępowanie, istniały jednak okoliczności, które Wernera dostatecznie usprawiedliwiały.
Zamieszkał w najlepszym hotelu i odwiedzał mnie codziennie, chociaż nie mogłem mu poświęcić zbyt wiele czasu. Interesowały mnie jego niezwykłe losy od terminatora szewckiego do króla naftowego — nic poza tem. Przyjmowałem go grzecznie, ale nie zamierzałem rewizytować. Wkrótce jednak zająłem się nim żywiej.
Swego czasu, przed wielu laty, podczas wycieczki w góry, spotkałem w małej wiosce muzykanta, który tak wyśmienicie grał na skrzypcach, że wdałem się z nim w rozmowę. Był to pocieszny człowiek, wyrażał się w śmiesznym tamtejszym dialekcie i nagadał mi wiele o synu i córce, którzy mieli być muzykalniejsi od niego. Sym „gra na wiolinie akurat jak Paganini“, a córka „jest z Bożej łaski w każdym razie słowikiem saskim“ — tak cudnie śpiewa.
To mnie zachęciło i nazajutrz odwiedziłem grajka. Bieda aż piszczała z kątów, ale stary nie przesadzał. Dzieci były niezwykłe utalentowane. Syn, Franci-