Strona:PL Karol May - Winnetou w Afryce.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


głód stale doskwierał. Moja matka prawie wcale nie jadła, a mnie dawała tak mało, że byłem wiecznie głodny. Natomiast sprzedawała wszystko, co wyprosiła od litościwych ludzi. Zawsze znaleźli się tacy, którzy dawali parę groszy za wyżebrany chleb. Za pieniądze kupowała wódki, którą przenosiła nad wszystko, nawet nad własne dziecko.
— Okropność! Czy nie lepiej przemilczeć?
— Nie! Nie powinien mnie pan uważać za człowieka bez serca, iż mówię tak o własnej matce. Chodzi mi o to, aby uwypuklić kontrast między przeszłością a teraźniejszością. Moja matka była beznadziejnie zgubiona i zaciągnęłaby mnie niechybnie w przepaść, gdyby gmina nie oddała mnie przemocą do szewca na terminowanie. Był to właściwie łaciarz — żaden porządny szewc nie chciał mnie przyjąć. Żywiono mnie teraz lepiej, ale wlepiano dla łacniejszego trawienia przyzwoite cięgi. Może pan sobie wyobrazić, że to mi nie poszło w smak. Uciekałem wiele razy, wałęsałem się o proszonym chlebie, ale zawsze chwytano mnie i sprowadzano zpowrotem. Niech pan sobie wyobrazi każdorazowe przywitanie majstra. Tak upłynęły dwa lata. Pewnej Wigilji mój szewc obdarował swoją rodzinkę. Człeczyna był ubogi, nie stać go było na kosztowne podarki, lecz każde dziecko dostało jakąś drobnostkę, ja zaś najmniejszą, — to znaczy nic.
„Skoro wyraziłem swoje niezadowolenie, naprawił zmiejsca niesprawiedliwość, mianowicie — wymierzył mi chłostę. Smagał mnie tak, jak jeszcze nigdy dotychczas. Z krwawiącemi plecami położyłem się na zimnem pod-