Strona:PL Karol May - Winnetou w Afryce.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


! I ważył się przyjść dzisiaj? A ona śpiewa mu tę pieśń? Do wszystkich djabłów, Potter, bierz go! Kości mu połamię!
Potter zbliżał się ku mnie. Podniosłem się z krzesła. Nie zdążył jeszcze podejść, gdy do pokoju wbiegła Marta. Słysząc głos męża, przerwała śpiew, przybiegła natychmiast, stanęła między mną a obu wspólnikami i, wyciągając ręce, rzekła:
— Ani kroku dalej! Obrażasz nietylko mnie i moją cześć, ale i siebie samego!
— Idź precz! — krzyknął mąż. — Muszę z nim pomówić. A z tobą później się rozprawię!
— Nie ustąpię ani kroku! Spotkałam przypadkowo pana doktora i zaprosiłam oczywiście. Chcesz znieważyć naszego gościa?
— Gościa? Gościa? — roześmiał się szyderczo. — Potter jest moim gościem. Jego zaprosiłem! Temu zaś znachorowi i bazgraczowi zmyję łeb zimną wodą. Potter, ruszaj! Zbijemy go na kwaśne jabłko! Idź precz, kobieto!
Chwycił ją za rękę, ale natychmiast puścił, albowiem przy nim stał Winnetou. Jeden rozkazujący ruch Apacza wystarczył, aby obaj napastnicy cofnęli się o parę kroków.
— Który z was jest właścicielem tego domu? — zapytał Winnetou najczystszą wymową angielską.
— Ja — odpowiedział Werner, z trudnością utrzymując równowagę.
— Jestem Winnetou, wódz Apaczów. Słyszałeś o mnie?