Tresowane dusze/Akt pierwszy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Tresowane dusze
Podtytuł Sztuka w trzech aktach
Pochodzenie Utwory dramatyczne, tom I
Wydawca Instytut literacki „Lektor“
Data wyd. 1923
Druk Zakłady Graficzne H. Neumana we Włocławku
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa — Poznań — Kraków — Lublin
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


AKT PIERWSZY.
Scena przedstawia pokój redakcyjny. W głębi drzwi, na prawo drzwi, na lewo dwa okna. Pomiędzy oknami biurka dwa, zestawione do siebie grzbietami, przed niemi krzesła; bliższe biurko od widzów jest biurkiem Siekluckiego, drugie biurko należy do Boneckiego. Na środku sceny długi stół założony cały dziennikami; po prawej od widza biurko oparte o ścianę. Jeszcze jedno biurko takie po prawej, już w rogu, za niem telefon. Biurko i stół oświetlone lampami elektrycznemi. Po lewej w głębi piec żelazny, koło pieca skórzany szeszlong. Przy drzwiach wejściowych marmurowa umywalka, ręcznik, mydło. Story u okien pospuszczane, widać jednak wiosenny, chłodny poranek. Sieklucki w palcie siedzi przy biurku i robi rewizję. Jest znużony. Przy nim stoi chłopiec z drukarni (lat 12) i, przestępując z nogi na nogę, czeka na rewizję. Nad szeszlongiem duża fotografja mężczyzny, o rysach szlachetnych i smutnym wyrazie twarzy.
SCENA I.
SIEKLUCKI, CHŁOPIEC 1, CHŁOPIEC 2, potem METRAMPAŻ; na kanapie śpi PARNES, zawinięty w palto.
ஐ ஐ
CHŁOPIEC 2
(wpadając).
Pan metrampaż kazał powiedzieć, iż nie będzie czekał, bo będzie spóźnienie.
SIEKLUCKI
(przez zęby).

Idź do djabła!

CHŁOPIEC 2
(staje i czeka; chwila milczenia; wreszcie Sieklucki rzuca mu korektę).

No, masz, bałwanie — znikaj!

CHŁOPIEC 2

I pan metrampaż kazał powiedzieć, że już na nic niema miejsca.

SIEKLUCKI.

Wynoś się!

(Idzie do telefonu i dzwoni).
SIEKLUCKI
(do telefonu)

Halo! Proszę mnie połączyć z centralną kawiarnią.

(Dzwonek).

Halo! Proszę poprosić tu pana Balka!... Jest? Dobrze — niech zaraz przyjdzie.

(Po chwili).

Halo! Halo!... To ty, Józek? Czy masz co nowego? Nic? A to zbiegowisko? He? gadaj wyraźniej... Nie byłeś? dlaczego?... grałeś? dobrze! Tylko tak dalej — zajdziesz wysoko... E! daj mi spokój! Więc nic? na przedmieściach spokojnie?... A co? a co?... a my nic! Z pewnością Juszka już coś wie... z pewnością w „Gońcu“ będą szczegóły... Dziękuję ci... Ładnie nas ubrałeś!...

(Dzwoni. Odchodzi wzburzony od telefonu).
PARNES
(podnosząc rozczochraną głowę).

Z kim telefonowałeś?

SIEKLUCKI.

Z Balkiem!... Na przedmieściach zbiegowisko, a on siedzi w kawiarni i gra!

PARNES
(flegmatycznie).

Dobrze ma!

SIEKLUCKI.

Ależ „Goniec“ nas uprzedzi — „Goniec“ da sensację...

PARNES.

To co ciebie obchodzi?... Twoja płachta?

SIEKLUCKI.

Nie moja — ale to przecież nasza rzecz.

PARNES.
Ojej! tak ci pilno tę flagę wywiesić.
SIEKLUCKI.

Nie — ale my pierwsi w tej sprawie powinniśmy głos zabrać. To nasz obowiązek. Ta sprawa podchodzi pod program naszego pisma.

PARNES

Ta jak? ta co? ta po co? Podwyższą ci za to?... Nie — no to siedź cicho, nie lataj, rewizję rób, zapchaj numer, żeby dziur nie było, a o resztę się nie troszcz. Do popołudnia kto sobie w łeb palnie, albo co zdefrauduje i kropnie się michał na dwie szpalty... (ziewa). Program!... też?... program dawno fiu... światami... Tobie się zdaje, Siekla, że ten (wskazuje na fotografję) jeszcze żyje.

SIEKLUCKI
(wybucha ironicznym śmiechem).

Ha! ha!... także idea!... Ja aż nadto dobrze czuję, że on już żyć przestał.

PARNES.

A majaki ci się po głowie snują...

SIEKLUCKI.

Nieprawda! Majaki wygnałem na cztery wiatry!

(Gasi elektryczność; idzie do umywalni, odkręca kurek, pije wodę, a potem myje ręce).
PARNES.

Wodę chlipiesz?

SIEKLUCKI.

Trzeźwię się.

PARNES
(zaciekawiony).

E?... bumblowałeś?

SIEKLUCKI.

A tak!... całą noc — przy biurku.

PARNES.

Czego ty się tak zapracowujesz? — twoja płachta?

SIEKLUCKI.

Kto ci powiedział, że się zapracowuję?

PARNES.

Ta ciągle coś piszesz.

SIEKLUCKI.

Piszę... bo czemś, szpalty zapchać trzeba — ale ze siebie nic nie daję; a wiesz, dlaczego? — bo mi dać nie wolno.

PARNES.
Tem lepiej... nie masz żadnej odpowiedzialności.
SIEKLUCKI
(patrzy przez chwilę z rodzajem pogardy na Parnesa).

Niech będzie, że tem lepiej.

(Idzie do biurka, siada przy niem posępny i apatyczny).
PARNES
(złazi z sofy i włóczy się po redakcji, wreszcie staje przed Siekluckim).

Ja wogóle nie mogę skapować, czemu ty wiecznie niezadowolony. Źle ci? Długi, jakie miałeś, zapłacił za ciebie Rastawiecki i teraz ci małemi ratami strąca. Przecież lepiej z nim mieć do czynienia, jak z Zimermanem.

SIEKLUCKI
(ironicznie).

Tak sądzisz?

PARNES.

Ta pewnie. Za jakie trzy, albo cztery lata, spłacisz Rastawieckiemu wszystko. Jesteś sobie wolny, lieber baron... o co ci chodzi?

SIEKLUCKI
(posępnie).

Jestem wolny!

PARNES.

Ta naturalnie... Czemu ty nigdy stor nie podniesiesz?

SIEKLUCKI.

Bo widzisz, Parnes, za temi storami jest świat, słońce i... wolność. A ja — choć jestem taki... wolny, według ciebie, — wolę nie drażnić się widokiem słońca... wolności... Zwierzętom w menażerjach, gdy ich wiozą przez pola, zasłaniają klatki płachtami... O, widzisz... to są takie płachty!

PARNES.

Choć uciął — nie rozumiem.

SIEKLUCKI.

Czy ja ci każę rozumieć?

SCENA II.
CIŻ SAMI i METRAMPAŻ.
ஐ ஐ
METRAMPAŻ
(do Siekluckiego).

Dzień dobry panom! A... oto wypadła kronika policyjna — i artykuł o stróżach — i o reorganizacji opieki nad szpitalami.

SIEKLUCKI
(szybko).

Dlaczego wypadło o stróżach?

METRAMPAŻ
(cicho).
Pan dyrektor Rastawiecki kazał o stróżach nic nie dawać.
SIEKLUCKI
(szybko).

Co? jak? (po chwili). Dobrze... Proszę tu zostawić skrypt, to pójdzie na popołudnie.

METRAMPAŻ.

Dobrze, panie redaktorze!

SIEKLUCKI.

A to skrypta do składania.

(Oddaje mu pęk skryptów. Metrampaż wychodzi).
PARNES
(do Siekluckiego).

Podcięli ci znów nogi? co?

SIEKLUCKI
(hamując się i znów wpadając w apatję).

A... niech ich tam djabli wezmą!

PARNES.

Siekla!... tobie to jednak nie musi być wyraźnie tak ciągle ustępować. Postaw się!... ta ty masz firmę, co?

SIEKLUCKI.

Daj mi spokój!

(Stróż wnosi na tacce herbatę i stawia przed Siekluckim).
PARNES.

Siekla!... poślij i dla mnie po herbatę... nie mam ani centa. Oddam ci... dziś płacą. A! ot pan administrator!

SCENA III.
CIŻ i ADMINISTRATOR, później ANNA.
ஐ ஐ
ADMINISTRATOR.

Dzień dobry panom... Oto poczta, tu listy.

(Kładzie listy przed Siekluckim).
SIEKLUCKI.

Niech pan je odda panu Rastawieckiemu. Co mnie to obchodzi!

ADMINISTRATOR.

Nie wiedziałem.

SIEKLUCKI.

Od wczoraj listy adresowane do redakcji czyta sam pan dyrektor...

PARNES
(zaciekawiony).

E! e!... nie gadaj!... no, no!...

ADMINISTRATOR.
Dziś pensja, panowie się zgłoszą.
PARNES.

O której?

ADMINISTRATOR.

O dwunastej. Tylko pan Parnes to ma u nas bardzo mało na ten miesiąc. Zdaje się nawet, że to pan coś winien.

PARNES.

Ta co? ta jak? ta dzie?... Cyknęliście tam co i zaraz — winien.

ADMINISTRATOR.

Zaliczki, łaskawco! zaliczki!... Zresztą obliczę. Żegnam panów!

(Stróż wnosi herbatę dla Parnesa, stawia na stole i wychodzi).
PARNES
(pije herbatę i mówi).

Nie!... no wiecie... świat się kończy!... Znów niema nic z pensji. Ta co zrobię teraz? Widzisz, widzisz, Siekla, i ty się jeszcze skarżysz!...(Szuka po kieszeniach). Żeby choć jakie los kapustos... a tu nic, nic...

(Słychać dzwonek telefonu).
SIEKLUCKI.
Idź, Parnes, do telefonu.
PARNES.

Halo! Halo! to ja! Ta kto? ta ja! (mówi do Siekluckiego). Balk mówi z centralki (do telefonu) Ha? jak? Nie! (mówi). Znów rozłączyli! (Dzwoni z furją). Halo! proszę pani o centralną kawiarnię! Gniewa się pani? — ta co mnie to obchodzi! ta niech pani nie rozłącza, co telefon złączył! (Dzwonek). Halo! jesteś? no co? (nadsłuchuje). Trup? gdzie? Pod Pieskową górą? (mówi do Siekluckiego). Trup! jak Boga kocham. Balk wyszperał!

SIEKLUCKI.

Niech bierze dorożkę.

PARNES
(w telefon).

Bierz dorożkę i pędź! Co? Pieniędzy nie ma.

SIEKLUCKI.

Powiedz, niech bierze na godziny. Administracja zapłaci.

PARNES
(w telefon).

Bierz na godziny!

(Dzwonek).
No, widzisz, Siekla! takeś się martwił, a będzie jakiś trup na poobiedzie.
SIEKLUCKI.

To swoją drogą; to nie zastąpi zbiegowiska.

PARNES.

E! co ty wiesz! Prenumeratorzy wolą trupa. Cóż zbiegowisko? — zwykłe burdy i wrzaski.

SIEKLUCKI.

To są zbiegowiska głodowe, Parnes.

PARNES.

Ojej! ta co wiosnę takie są. To już nie nowość dla czytelników.

SIEKLUCKI
(zniecierpliwiony).

Ty mnie nie rozumiesz, Parnes. Trzeba, żebyś pojechał za rogatki i sprawdził na miejscu, jak rzeczy stoją.

PARNES.

Nie głupim — mogę guza oberwać. Wolę się pomieniać z Balkiem. Ja wezmę trupa, a on niech sobie weźmie głodomory.

SIEKLUCKI.
Róbcie, jak chcecie, byle na dziesiątą były wiadomości.
PARNES
(ubiera się).

Pędzę do centralki. A pieniądze na dryndę?

SIEKLUCKI.

Weź na godzinę.

PARNES.

Prawda! Niech Grecja płaci!... (wybiega).

SIEKLUCKI.
(chodzi po redakcji, widocznie wzburzony, wreszcie otwiera drzwi środkowe i woła):

Ignacy! zapal w żelaznym piecu!

(Wraca do biurka i zaczyna pisać. W tej chwili wchodzi Anna. Jest to młoda jeszcze kobieta, o rozumnej, dość energicznej twarzy. Ubrana w ciemną szarą spódnicę, bluzkę i fartuszek czarny z szeleczkami, uczesana gładko).
ANNA.

Dzień dobry panu redaktorowi!

SIEKLUCKI
(podając jej rękę i nie odrywając się od biurka).

Dzień dobry! Spóźniła się pani dziś trochę.

ANNA.
Musiałam kupić dziś małej książkę — biegałyśmy po antykwarniach... (z uśmiechem). Na księgarnie nas nie stać.
SIEKLUCKI.

Dlaczego mi pani nie powiedziałaś? Wziął bym w pierwszej lepszej księgarni. Dla mnie jest pewien rabat.

(Anna milczy, zakłopotana).
SIEKLUCKI
(odkłada pióro i patrzy na nią uważnie).

Pomiędzy nami duma nie powinna istnieć.

ANNA.

O, to nie przez dumę... (po chwili). Wolę powiedzieć prawdę. Nie chcę, ażebyś pan miał o mnie błędne przekonanie. Zapytanoby mnie w domu, skąd mam tę książkę — musiałabym powiedzieć, że od pana, a to sprowadziłoby znów wiele przykrości na moją głowę.

SIEKLUCKI.

Więc zawsze twój mąż mnie nienawidzi?

ANNA.

Nie — on ciebie nie nienawidzi, ale on wie, że pan jesteś źle z szefem i dlatego każe mi trzymać się od ciebie zdaleka.

SIEKLUCKI.

Wspaniałe!

ANNA.

To nie wspaniałe — to straszne! To panu powinno dać miarę, jakiemi ścieżkami pragnie mój mąż dochodzić do celu. A ja!... zresztą, co tu mówić! Pan znasz mnie dostatecznie: kark twardy, nieugięty; pogarda dla tego, co nie zgadza się z memi prostemi pojęciami.

SIEKLUCKI.

Więc — walka? ciągła walka?

ANNA.

Na śmierć i życie. Czasem muszę bronić wolności mego postępowania i charakteru całą siłą. Ale nie tylko siebie bronię, lecz także i duszy mego dziecka. Ten fałsz, ta jakaś układność wobec tych, od których zależymy, zaczyna mi się przedostawać do duszy mej córki. A ja pragnę mieć ją tak silną i hardą, jak ja jestem. Choćby jej nawet było ciężko przez to w życiu — mniejsza z tem!

SIEKLUCKI.

Jak ja ci zazdroszczę, Anno!

ANNA.

Mej siły żywotnej? Ależ pan chyba, jako mężczyzna, musisz mieć jej jeszcze więcej.

SIEKLUCKI.
Moja męskość nie gra w tem żadnej roli. (Wyciąga ręce przed siebie). Zmęczony jestem, Anno! zmęczony!
ANNA.
(patrząc na niego uważnie).

Widzę to, panie redaktorze i szczerze się tem smucę.

(Idzie do stołu i zaczyna sortować dzienniki — zdejmuje stare z porozwieszanych na ścianach sztyftów i nakłada świeże. Robi to sprawnie, zręcznie i energicznie. Po chwili milczenia, weselszym tonem).
ANNA.

Czy pan wie, co dziś czytałam prawie przez noc całą? Oto, po raz wtóry, pana „Dobro ogólne“. Jakie to piękne dzieło! Z gorączką w sercu zamknęłam książkę nad ranem. Ile pan tam siły włożyłeś!... Musiałeś to pisać jednym tchem — prawda?

SIEKLUCKI
(posępnie).

Nie pamiętam już!

ANNA.

Ale ja pamiętam! I wie pan, doskonale widzę chwilę, kiedy pisałeś pan końcowy rozdział. To było tu — przy tem biurku. Weszłam temi drzwiami cichuteńko. Nad panem pochylony stał nieboszczyk pan Wrangowski. Przez to okno wpadały całe promienie słońca i poprostu zalewały całą redakcję. Pan pisał zakończenie, w którem prawda tak pięknie, tak potężnie tryumfuje. Pan promieniał cały. Z tych promieni pozostało wiele w tej książce...

SIEKLUCKI
(porywczo).

Czy chcesz mi zrobić jedną łaskę, Anno?

ANNA.

Mów pan — słucham cię!

SIEKLUCKI
(nerwowo).

Nie mów mi nigdy o mych dawnych pracach. Tamto był inny człowiek... tu inny! Dawniej — tę redakcję zalewały promienie słońca, teraz, widzisz, o! story spuszczone, co?... Nora, ciemnica! W tej norze, przy tem biurku, ja... odpowiedzialny redaktor poczytnego organu, którego właścicielem nie pan Wrangowski, idealista, marzyciel — ale pan Rastawiecki...

(Po chwili).

Ty jesteś inteligentną, Anno — rozumiesz mnie.

ANNA
(ze smutkiem).

Ha! skoro pan chcesz, niech i tak będzie. Ale pozwól, że ci jedno tylko powiem. Źle z tobą... zapadasz w apatję.
SIEKLUCKI.

Jestem przepracowany. A najwięcej zużywa mózg taka sieczka, jaką tu codziennie z mózgów wysypać musimy...

ANNA.

E! to znękanie chwilowe. Ja znam pana.

SIEKLUCKI.

Za szaro tu, Anno — za szaro... Niedługo będzie za czarno!

ANNA.

Rozjaśnij sam.

SIEKLUCKI.

Pragnę — ale tu już nawet źródła jaśniejsze wyschły; redakcja utraca powoli swoją szlachetną popularność. Tłum wyczuł to, co się tu święci za temi oknami. Przestano zwracać się do nas z zaufaniem. Własnej inicjatywy nam mieć nie wolno... (Wyciąga się na krześle i ręce w górę podnosi powolnym gestem). Źle, Anno — źle...

ANNA.
Co znowu! Źle jest wtedy, gdy przestajemy czuć, iż źle się z nami dzieje, bo wtedy to już rzeczywiście... śmierć. Mnie dziś mój mąż powiedział, iż... mnie wytresuje...
SIEKLUCKI.

Duszę twą wytresuje?

ANNA.

Tak, tak — bo karku mi chyba żadna szpicruta nie zegnie. Otóż kto powinien powiedzieć „źle“ — to ja, słaba kobieca dusza, którą chce tresować silniejsza przemoc męska. A widzi pan, jaka jestem pełna siły i energji. Jestem zdolna do buntu — jestem bardzo zdolna.

SIEKLUCKI
(patrzy na nią z upodobaniem).

Rzeczywiście, Anno — ty jesteś uosobioną walką i samodzielnością. W obecności twojej zawsze zaczynam nabierać otuchy do życia.

ANNA.

A widzi pan! jak dobrze, że choć te kilka chwil porozmawiałam z panem. Pan należysz do liczby tych mężczyzn, którzy potrzebują jednej maluchnej iskierki, aby z pod ich popiołów wybuchnął nawet płomień.

SIEKLUCKI
(śmiejąc się).

W płomień nie uwierzę.

ANNA.

Kto wie! kto wie! To byłoby za straszne, ażeby pan — ja... mieli marnie wegetować pod przemocą... Nie, to niepodobna!

SIEKLUCKI.

Czy znajdujesz, że jesteśmy tak bardzo na świecie potrzebni?

ANNA
(z ożywieniem).

Tak! tak! Sam do mnie mówiłeś. Często jeden gest ma wielkie, przepotężne znaczenie. Gest szlachetny! O! dziś ja do pana z prośbą. Mam sprawę — dobrą sprawę... taką naszą sprawę. Człowiek jeden, nazwiskiem Braun, zjawił się przed tygodniem w biurze dobroczynności. Mój mąż, jako sekretarz, wspomniał mi o nim — tak, po swojemu, ot... jak się mówi o zanadto zużytej sile, której nikt już do pracy wziąć nie chce. Tego Brauna, po 27 latach pracy, wypędził na bruk jego chlebodawca. A wiesz, za co? Oto za to, że ten sterany starzec ośmielił się upomnieć o podwyższenie mu płacy. Po 27 latach upomniał się po raz pierwszy... słyszysz pan? przecież to okropne!

SIEKLUCKI
(mimowoli zainteresowany powstaje, zbliża się do stołu i opiera się w ten sposób, że stoi plecami do drzwi wchodowych. Anna także).
Tak, lecz to fakt nie oderwany. Znam całą serję tych faktów.
ANNA.

Tak, ale ten wybija się nad inne. Braun jest u mnie, dałam mu przytułek w kuchence; mieszkamy obecnie przy biurze; pan wie — ciasno, ale gdy urzędnicy wyjdą, mamy prawo przebywać w lokalu biurowym. Pozwoliłam więc Braunowi pomieścić się w kuchni. Żona jego, staruszka, chora, gdzieś się przytuliła za rogatkami. Ale to trwać nie może. Trzeba z tego zrobić jakiś pożytek.

SIEKLUCKI.

I cóż pomyślałaś, Anno?

ANNA.

Oto, czy nie mógłbyś pan poruszyć tej kwestji w „Świcie“?

SIEKLUCKI
(z ironją).

To będzie zależeć od tego, jak nasz szef zadecyduje, Anno.

ANNA.
Zechciej pan raz — zechciej... (z energją). Ależ na Boga! patrz, tu twoje nazwisko! (pokazuje mu numer „Świtu“. Tyle razy mówiłeś mi o kasach emerytalnych. Czy teraz z racji Brauna nie mógłbyś?...
SIEKLUCKI
(ożywiając się).

Kasy emerytalne... tak! tak! idea Wrangowskiego. Och! gdyby można...

ANNA
(gorączkowo).

Ależ, będzie można. Zechciej tylko! Braun tu przyjdzie — Braun wszystko panu opowie.

SIEKLUCKI
(ożywiony).

Tak, tak! niech przyjdzie, spróbujemy... Mam tu w szufladzie jeszcze gdzieś notatki w kwestji kas, robione ręką Wrangowskiego... Na dwa tygodnie przed śmiercią robił je dla mego użytku.

(Idzie do biurka i szuka w szufladzie).
ANNA
(rozradowana).

Tak, tak! znajdź je pan i weź sprawę Brauna jako punkt wyjścia.

(Po chwili).

A! wreszcie mi się pan budzić zaczynasz!

SIEKLUCKI
(wyciągając ku niej rękę).

Jaki ty masz dziwny dar, Anno, działania na mnie korzystnie. Chwilami zdaje mi się: noc, przepaść, ja na dnie. Ty wejdziesz podsuniesz jakąś myśl — i lżej... (uderza pięścią w biurko), nie taki ciężki.

ANNA.

A widzisz! a widzisz! (po chwili, patrząc na niego serdecznie). Żebyś pan wiedział, ile ja mam do pana przywiązania i wdzięczności. Przez ciebie, przez Wrangowskiego stałam się kobietą czynu, pracy, energji... Więcej — nawet to, czem będzie moja córka, będzie także waszem dziełem.

SIEKLUCKI.

Słuszne, bo nic nie ginie, ani złe ani dobre.

ANNA.

I dlatego dziś, kiedy panu chwilowo sił brak, ja zwracam to, co od ciebie otrzymałam.

SIEKLUCKI.

I dziękuję ci za to gorąco!

(Stoją złączeni uściskiem rąk. W tej chwili wchodzi Rastawiecki, zdejmuje palto, wiesza je i zbliża się szybko do stołu z dziennikami, patrząc z pod binokli na Siekluckiego i Annę).

SCENA IV.
CIŻ SAMI i RASTAWIECKI
(człowiek lat średnich, wysoki, tęgi, z brodą, w binoklach, ubrany dostatnio, ruchy i zachowanie się aroganckie, ciągle żuje końce własnej brody).
ஐ ஐ
RASTAWIECKI.

Dzień dobry! A!... to pani Smolkiewicz?

ANNA
(bez uniżoności).

To ja — sortuje dzienniki.

RASTAWIECKI
(ironicznie).

W oryginalny sposób.

ANNA
(dumnie).

W każdym razie w zgodny z mojem sumieniem i poczuciem obowiązków.

(Wchodzi metrampaż i podchodzi do biurka do Siekluckiego, tak, że zasłania sobą Annę i Rastawieckiego przed Siekluckim. Zaczyna rozmawiać z Siekluckim i pokazuje mu skrypta, które ten numeruje).
RASTAWIECKI
(coraz więcej arogancko, mruży oczy).
Pani, zdaje się, zamężna?
ANNA
(j. w.).

Cóż to znaczy to pytanie?

RASTAWIECKI.

Obowiązki kobiety zamężnej może pani rozumieć jak jej się podoba, ale względem swej pracy biurowej — tak jak mnie się podoba! A zdaje mi się, że pani nie wypełnia tego, co do niej należy.

ANNA.

O tem ja mogę tylko sądzić. Proszę zmienić do mnie ton mowy, bo tem poniżasz samego siebie, nie mnie! Proszę mi się usunąć!

(Wychodzi drzwiami środkowemi).
RASTAWIECKI.

Gadzina!

(Metrampaż odchodzi powoli).

SIEKLUCKI.

Cóż to znaczy?

RASTAWIECKI.

Ta pani mi się niepodoba. Muszę z nią jakiś porządek zrobić

SIEKLUCKI.
Cóż to ma znaczyć?
RASTAWIECKI.

Nic, nic! Tylko uchybić sobie nikomu nie pozwolę.

(Przegląda dziennik „Świt“).

Jak to wygląda! jak to wygląda! puste, czcze...

SIEKLUCKI
(patrząc przed siebie).

Nie moja wina, że się nikt nie zabił, ani wieża ratuszowa nie runęła.

RASTAWIECKI.

Puste słowa! Pan nie umie nawet wyzyskać tytułów telegramów. A pan ma przecież literacką firmę. Pan jest za mało dziennikarzem.

SIEKLUCKI.

Tak!

RASTAWIECKI.

Skoro nic niema — wymyśl pan co.

SIEKLUCKI.

Tak, pewnie... żeby się inne dzienniki czepiły, że podajemy nieprawdziwe szczegóły.

RASTAWIECKI.
Mój panie, zanim one się czepią, my nakład możemy rozsprzedać.
SIEKLUCKI
(żydowskim akcentem z ironją).

Może być!

(Bębni po biurku palcami i patrzy w okno).
SIEKLUCKI
(wydobywając z szuflady skrypta).

Dziś chcę dać na drugi feljeton tę wyborną krytykę literacką. Jest to rodzaj skorowidzu...

RASTAWIECKI.

Dziś, panie Sieklucki, pójdzie na drugi feljeton ten artykuł.

SIEKLUCKI.

Ależ to kompilacja bez wartości.

RASTAWIECKI.

Pójść musi. Patrz pan na nazwisko... profesor uniwersytetu!... To ktoś, kogo potrzebujemy obecnie nieodzownie. Pan się tak rozpisałeś o konflikcie na wszechnicy i dałeś nam stanowisko stronnicze za młodzieżą, że to może zaszkodzić pismu. Ja muszę to naprawić i ciało profesorskie ułagodzić.

SIEKLUCKI.

Tak dawno nic nie było z działu literackiego.

RASTAWIECKI.
Są ogłoszenia książek.
SIEKLUCKI
(zdenerwowany).

To inseraty.

RASTAWIECKI.

Przepraszam — wcielimy to w tekst dziennika.

SIEKLUCKI
(j. w.).

To niemożliwe. Ja nie mogę polecać dzieł, których nie znam.

RASTAWIECKI.

To być musi. Płacą dobrze...

SIEKLUCKI
(j. w.).

Mnie to nic nie obchodzi. Ja daję moją literacką firmę — ja odpowiadam.

RASTAWIECKI
(podnosząc ton).

A ja odpowiadam za to, ażebyś pan na pierwszego miał wypłaconą pensję... pan i pańscy dłużnicy.

SIEKLUCKI.

Daj mi pan spokój!

(Zaczyna pisać).
RASTAWIECKI
(zmieniając ton).

Pan nie chce wejść w położenie moje, panie Sieklucki. Pan wie jakie tu są straszne wydatki, a pan jeszcze mi chce imponować swoją literacką firmą.

SIEKLUCKI
(odkładając pióro i siląc się na spokój).

O jedno prosić pana będę, panie Rastawiecki, to jest o to, ażebyś mówiąc ze mną, ironiczne swe poglądy co do mej literackiej działalności pozostawił na boku.

RASTAWIECKI.

Sam mi pan nią w oczy rzucasz? I po co? Co ona panu dała? Dziennikarstwo wyciągnęło pana ze szponów żydowskich i dało sytuację. Źle panu?

SIEKLUCKI
(nerwowo).

Bardzo nawet dobrze.

RASTAWIECKI.

No, kiedy dobrze, to dziękuj pan Bogu i staraj się aby się nie zmieniło (przegląda dziennik). A! a!

SIEKLUCKI.
Co znowu?
RASTAWIECKI.

Zbiegowisko! gdzie zbiegowisko?

SIEKLUCKI
(gryząc usta).

Nie pomieściliśmy — nie było dokładnych wiadomości.

RASTAWIECKI
(pieniąc się ze złości).

Nie było wiadomości?! A w „Gońcu“, a w „Poranku“ — patrz pan, szpalty! szpalty! (rzuca pismami po ziemi). Co to znaczy? ja płacę tylu ludzi, a niema nic, niema nikogo do roboty... Gdzieindziej dwóch ludzi i panna z administracji robią to, co tu pół tuzina...

SIEKLUCKI
(z wysiłkiem).

Posłałem Parnesa i Balka. Kazałem wziąć dorożki. Parnes ma przywieźć jakiegoś trupa, który leży pod Pieskową górą.

RASTAWIECKI.

Przywiezie! przywiezie! Przedtem zanim on się tam zawlecze, inni nam tego trupa sprzątną.

(Wchodzi metrampaż; Sieklucki, nie zważając na Rastawieckiego, oddaje metrampażowi skrypta i wydaje pocichu dyspozycję. Wchodzi Bonecki, zdejmuje płaszcz, wiesza i siada przy biurku naprzeciw Siekluckiego, od którego Rastawiecki odstępuje).
RASTAWIECKI
(pokazując zegar).

Panie Bonecki, patrz pan!

BONECKI
(wysoki, przystojny mężczyzna; mówi wolno, z uśmiechem, nigdy nie zmieniając wyrazu twarzy).

Musiałem pisać artykuł wstępny.

RASTAWIECKI
(chwytając mu z rąk).

Pokaż pan (czyta). Za słabo! za słabo!

BONECKI.

Wczoraj pan mówiłeś, że nie należy się angażować.

RASTAWIECKI

Tak, ale przejrzyj pan dzisiejsze dzienniki — zostaliśmy w tyle... Wzmocnij pan. Możesz użyć kilka razy podłość, szubrawstwo, nikczemność. Pozwalam panu.

BONECKI
(spokojnie).

I owszem.

(Pisze).
RASTAWIECKI
(chodzi nerwowo po redakcji).
Przeglądu politycznego niema?
SIEKLUCKI.

Zaraz będzie. Gdzie są nożyczki?

(Bierze ogromne nożyce i zaczyna wycinać i lepić na kawałku papieru wycinki).
RASTAWIECKI.

Proszę pana. Chciałem powiedzieć, żeby co do wojskowości — to ją zostawić na czas jakiś w spokoju (Chwila milczenia). Tak wypada z moich kombinacji. A... jeszcze... no — już nic... piszcie!

(Chłopcy wchodzą i zabierają skrypta).


SCENA V.
CIŻ SAMI i RÓŻYCKI
(młody, jasny blondyn, szepleniący).
ஐ ஐ
RÓŻYCKI.

Dzień dobry panom redaktorom!

RASTAWIECKI
(wściekły).

Jesteś pan? Coś pan przyniósł?

RÓŻYCKI.
Nic, nic — coś tam z życia młodzieży.
RASTAWIECKI.

Dlaczego pan nie dowiadywałeś się nic o zbiegowiskach?

RÓŻYCKI.

Ja słyszałem w kawiarni... słyszałem.

RASTAWIECKI.

Czemuś pan nie przyniósł do redakcji?

RÓŻYCKI.

Bo ja sobie pomyślałem: albo to prawda!...

SIEKLUCKI.

Idź pan do sądu. Tam znów jest defraudacja... ta...

RASTAWIECKI
(szybko).

Jaka? bankowa?

SIEKLUCKI.

Tak.

(Różycki wybiega).
RASTAWIECKI.

Bez litości... bez litości... wszystko... wszystko drukować — rozumie pan, bez pardonu! My dziś z nimi na noże... Dyrektor, nie dyrektor — wszystko jedno! A — i potem jeszcze... Co do zbiegowisk. Przedstawić rzecz całą, jak ma miejsce; sympatji, sentymentów nie zaznaczać, żadnej tendencji nie objawiać. Stał się tak i tak... i basta.

SIEKLUCKI.

Barwa naszego pisma i jego program musi wziąć jasno i otwarcie stronę słuszności.

RASTAWIECKI.

Co? jak?... Panu się ciągle zdaje, że Wrangowski jeszcze żyje.

SIEKLUCKI
(silnie).

On umarł, ale pan, obejmując pismo, kazałeś mi podpisać odezwę do czytelników, iż nie odstąpisz ani na jotę od jego kierunku.

RASTAWIECKI.

Nie odstępuję... ale w duchu. Ja przedewszystkiem muszę pismo postawić na własnych nogach, aby się rentowało. Zrozumiałeś pan?

SIEKLUCKI.

Zrozumiałem. (Do Boneckiego). Kolega masz papierosy?

BONECKI.
Proszę!
RASTAWIECKI
(podając papierośnicę).

Proszę moje.

SIEKLUCKI.

Dziękuję...

RASTAWIECKI.

Lepsze, niż pana Boneckiego.

SIEKLUCKI.

Wierzę... ale nie wezmę.

RASTAWIECKI

Pan masz chimery.

SIEKLUCKI.

To jedno, co mi zostało.

RASTAWIECKI.

Nie — to nie powinno w panu zostać. To złe, jeszcze dawne nawyczki. Dziennikarstwo, proszę pana, to wyższa tresura... Narowów żadnych — gładkie chodzenie po zakreślonym terenie. I zmiana tempa... Z prawej, z lewej — czasem galop, to znów stępo...

SIEKLUCKI
(zapalił papierosa, włożył ręce w kieszenie i siedzi, patrząc szklanym wzrokiem na stojącego koło biurek Rastawieckiego).
Czasem przyklęknąć, gdy cukru podają...
RASTAWIECKI.

A zwłaszcza brać przeszkody! hop! hop!.. nawet przez ogniste obręcze...

SIEKLUCKI
(j. w.).

Nawet przez ogniste obręcze... Pan to ślicznie opowiada.

RASTAWIECKI
(dumny, poprawiając okulary).

Prawda? co? ja mam styl!

SIEKLUCKI
(j. w.).

Obrazowo pan mówi... Pan w środku areny, a w koło przez obręcze kłusują, skaczą w takt walca, albo mazura dusze ludzkie. Ha! ha! ha!

RASTAWIECKI
(śmiejąc się).

Nie dusze ludzkie, tylko dziennikarskie!

SIEKLUCKI
(zanosząc się nerwowo).
Aha! tak — zapomniałem. Etyka dziennikarska i ogólno-ludzka. Pan to rozgranicza. Pan nas tresuje... Słyszysz, Bonecki, pan nas tresuje!
RASTAWIECKI
(trochę zmieszany).

No, co znowu... tak nie myślałem.

SIEKLUCKI.

Nie wypieraj się pan, nie wypieraj, bo to było genjalnie powiedziane. To teraz w modzie; tu już dziś była także jedna tresowana dusza — tylko ta harda i znarowiona! Ha ha!

SCENA VI.
CIŻ SAMI i PARNES.
ஐ ஐ
PARNES
(wpada zadyszany).

Jest! jest!

RASTAWIECKI.

Trup?

PARNES.

Tak! Bardzo porządny — siedem ran. Nie zbadano, kto... zaraz... napiszę... Pan dyrektor każe wypłacić dorożkarzowi.

RASTAWlECKI
(skrzywiony).
Mogłeś pan piechotą...
PARNES.

Ta jak? ta co? taże to ze dwie mile.

(Rastawiecki wychodzi; po chwili wraca).
PARNES.

Zaraz — obrobię taki michał do kroniki, że wszyscy zdębieją.

(Siada do biurka. Słychać dzwonek telefonu).
RASTAWIECKI.

Może rada rozwiązana!!

(Biegnie do telefonu. Wszyscy słuchają).
RASTAWIECKI
(do telefonu).

Co? prostować? paragraf dziewiętnasty? Mój panie, pan kpisz! Skarż pan nas do sądu.

(Dzwoni).
SIEKLUCKI.

O co chodzi?

RASTAWIECKI.

Djabli wiedzą! Ktoś chce, żeby coś prostować. Także! Niby dziennik jest do prostowania. Sensu niema.

SIEKLUCKI.
Jak zaskarżą?...
RASTAWIECKI
(z głośnym śmiechem).

To pan posiedzi. Pan przecież jest odpowiedzialnym redaktorem, a nie ja.

(Idzie do stołu i przegląda dzienniki).

A to psie dusze, znów zaczepiają! Czytałeś pan?

SIEKLUCKI.

Co? „Gońca“? nie.

RASTAWIECKI
(podaje mu dziennik).

Czytaj pan!

SIEKLUCKI.
(czyta).

Ależ to zgroza!... ależ to ohydne! Zarzucają nam wprost szantaż, przekupstwo, zdradę! Na to trzeba zaraz odpowiedzieć.

RASTAWIECKI
(zimno).

Oszalałeś pan!

SIEKLUCKI
(zrywa się).

Jakto? puścić to płazem?

RASTAWIECKI

Ależ patrz pan... to jest przecież koniec kwartału... Chcą wywołać polemikę i ściągnąć prenumeratorów. To jest taka sama reklama i wożenie plakatów kozami po ulicy...

SIEKLUCKI.

Ale ogół co pomyśli?

RASTAWIECKI.

Ogół pomyśli co chce, a ja polemizować z „Gońcem“ zabraniam. Nie myślę robić reklamy drugiemu pismu. I wogóle proszę panów nie używać tytułów pism. Omijać, ile się da. Pisać trzeba: pewne pismo, pewien dziennik... Jeśli chcą, aby o nich pisać, to do inseratów... do inseratów. Rozumiecie panowie?

BONECKI.

Z przyjemnością, panie dyrektorze!

SIEKLUCKI.

Więc obelgi w kieszeń schować? Nie reagować? Niech pan pamięta, że „Świt“ zawsze reagował.

RASTAWIECKI.

Tak... i dlatego on spadał, a inne pisma szły w górę.

(Milczenie. Wszyscy piszą. Rastawiecki chodzi od biurka do biurka).

SCENA VII.
CIŻ SAMI i BRAUN.
(Braun — jest to starzec 60-letni, ubrany bardzo ubogo ale czysto; oczy zaczerwienione, cera twarzy żółta. Jest bardzo nieśmiały i mówi prosto, cichym głosem).
ஐ ஐ
BRAUN.

Dzień dobry świetnej redakcji.

RASTAWIECKI
(opryskliwie).

Czego chcecie? Jak po prośbie — tu niema nic.

BRAUN.

Proszę świetnej redakcji, ja tu względem użalenia się.

SIEKLUCKI

A, to wy, ojciec Braun?

BRAUN.

Do usług świetnej redakcji.

SIEKLUCKI.

Chodźcie tu bliżej, do mojego biurka.

RASTAWIECKI.
Co to za interes?
SIEKLUCKI.

Nie wiem jeszcze; gdy się dowiem, poinformuję pana. Proszę, panie Braun, niech pan siada.

(Wskazuje mu krzesło obok biurka. Rastawiecki wychodzi, inni współpracownicy piszą cicho, pogrążeni w pracy).
BRAUN.

Dziękuję wielmożnemu panu, ja postoję.

SIEKLUCKI
(niecierpliwie).

Proszę siadać, proszę!

(Braun siada na brzegu krzesła, mruga powiekami i milczy).
SIEKLUCKI.

Miał pan jakąś skargę?

(Braun przeżuwa ustami i milczy).
SIEKLUCKI.

Na pana Steiermarkta.

BRAUN.

Tak; to Steiermarkt, ten, co ma tę wielką cegielnię za rogatkami.

SIEKLUCKI.
Cóż on panu zrobił? Nie zapłacił?
BRAUN.

Ale, o! zapłacił!

SIEKLUCKI.

No, więc cóż? Czemu pan nie mówisz? Boisz się?

BRAUN
(tajemniczo).

Niby boję się, żeby się w to nie wdał sąd.

SIEKLUCKI.

Cóż to, jaka zbrodnia?

BRAUN.

Nie — ale widzi wielmożna osoba, biedny to się pary z ust boi puścić... Ot, lękam się, żeby przez to oskarżenie jeszcze jakowego prześladowania na siebie nie ściągnąć.

SIEKLUCKI.

Nie bójcie się. Skoro macie sumienie wolne od zbrodni, to o cóż chodzi? Więc byliście u tego Steiermarkta?

BRAUN.

A jakże! Niech go tam Pan Bóg sądzi! Dwadzieścia osiem lat byłem przy cegielni i strasznie się, wielmożna osobo, sterałem. Wzrok to mi pył ceglany wyżarł, tak, że wielmożną osobę ledwo widzę. Niby dozorcą byłem. Brałem guldena niby dziennie. Moja dorabiała praniem, to łatała, to szyła; ale na dwoje to niby skąpo, a tu starość przyszła i zabezpieczenia nijakiego. Więc my gadu, gadu i powiada stara: „Idź że ty do Steiermarkta, do samego niby i powiedz mu, jako się sterałeś na służbie przez te 28 roki i niech ci przyrzuci ze dwie szóstki, to bez jakie parę roków złożymy to może ze dwie stówki, jak przyńdzie już całe niedołęztwo...“

(Sieklucki notuje).
BRAUN.

Może ja wielmożnej osobie przeszkadzam?

SIEKLUCKI.

Nie, nie, mówcie dalej!

BRAUN.
Tak idę. Steiermarkt był właśnie w kancelarji. Kłaniam mu się i tak pokornie mówię, jak mi moja powiedziała; a on nagle w krzyk: „Jak? co? dorzucić? za co? za to, żeś teraz niedołęga? że nic już nie możesz?“ I tak krzyczy, krzyczy! We mnie żółć wezbrała, ale ja milczę, bo to wielmożna osoba wie, że biednemu Bóg dał gębę na to, aby milczała i jeść pragnęła. Stoję więc i słucham, co się już tak bez moje pieskie życie tego nauczyłem. Wielmożna osoba się ze mnie śmieje, wielmożna osoba tego nie rozumie, co to słuchać pańskiego krzyku.
SIEKLUCKI
(z uśmiechem).

Słyszysz, Bonas? My nie wiemy, co to słuchać pańskiego krzyku!... No, no, mówcie dalej — i cóż Steiermarkt? Jakże się skończyło?

BRAUN.

Źle się skończyło, wielmożna osobo! Wieczorem zawołali mnie do obrachunku i kazali iść, iść zaraz z cegielni — niby, że jako ja nie zdolny do dozoru. A jakże to? gdzie ja sterał siły? Toć psa dotrzymają w budzie, jak się zestarzeje! Zwlekli my się ze starą, bo niby żartów nie było — i poszli. Ona pojechała za rogatki do kumy, ale tam nędza, ledwo dla niej ciasny kącik na kuferku, a ja tak oto, niby ten pies bez domu. Poszedłem do onego biura dobroczynności, ale do służby gdzie to przystać, kiedy to ani widzę, ani słyszę. Zlitowała się nademną ta dobra pani i dała kątek, ale jakże mi tam u niej siedzieć. Tak ja myślę, że przecie, gdyby panowie choć opisali, jaka mi się krzywda stała... co?

SIEKLUCKI.

Opiszemy! opiszemy! Bądźcie spokojni, ojcze Braun.

BRAUN.
Ino, że ja za to opisanie... to zapłacić wam nie mogę. Chyba Pan Jezus wam zapłaci.
PARNES
(który się zbliżył).

A może to pijaczyna?

SIEKLUCKI.

Parnes, nie obrażaj tego człowieka.

PARNES.

Jaka to obraza? Lubicie kieliszek, ojcze?

BRAUN.

Ale zaś... Nigdym nie pijał i pić nie będę.

SIEKLUCKI

Idź do swej roboty, Parnes.

PARNES.

Dajcie mi go do kroniki. Mam dużo miejsca.

SIEKLUCKI.

Nie — ja go sobie zostawię... Napiszę artykuł o konieczności kas emerytalnych. Napiętnuję czyn Steiermarkta, jak na to zasługuje.

(Rastawiecki wszedł i słucha)
RASTAWIECKI.
Steiermarkta? Można! można! I dobrze go — bez pardonu!
BRAUN.

Dziękuję wielmożnym osobom! A to już krzywda moja... to... jeden Bóg wie... i ta Matka Boska...

(ociera oczy).
RASTAWIECKI
(do Siekluckiego).

Ja dawno już miałem na niego chrapkę. Wybornie się złożyło... bardzo, bardzo w interesie dziennika! Pozwalam panu pisać, jak i co pan chce. On mi dobrze zalazł za skórę — pamięta pan... On „Gońca“ podtrzymywał przeciw nam w tej kampanji ostatniej podczas wyborów do rady miejskiej. (Do Brauna). Możecie iść. Jesteście już nie potrzebni.

BRAUN.

Bogu wielmożnych panów oddaję! Codzień modlić się będę; dziękuję, pokornie dziękuję! Całuję rączki!

RASTAWIECKI
(usuwa go za drzwi).

Dobrze, już dobrze! idźcie!

(Wraca).
RASTAWIECKI.

Dziś musi iść ten artykuł, dziś koniecznie. Steiermarkt to siła, to potęga — trzeba ją będzie zgnieść... Triumf nielada! Właśnie wracam z administracji — dowiaduję się, że odpadają nam prenumeratorzy. Czemś dziennik trzeba podnieść koniecznie, koniecznie!

(Bonecki wstaje i ze skryptem w ręku idzie ku drzwiom).
RASTAWIECKI.

Gdzie pan idzie?

BONECKI.

Idę sam do drukarni. Gdyby to można połączenie zrobić. A to jesteśmy zupełnie odosobnieni od drukarni i administracji.

(Parnes wstaje i ubiera się w palto).
RASTAWIECKI.

Zrobi się — myślę o tem. (Do Parnesa). Gdzie pan idzie?

PARNES

Idę na róg, do handelku, może stamtąd co przyniosę...

RASTAWIECKI
(ze skrzywieniem).

A idź pan, idź...

(Siada przy biurku Boneckiego. Sieklucki pisze).

SCENA VIII.
SIEKLUCKI, RASTAWIECKI później ZIMERSTOCK.
ஐ ஐ
RASTAWIECKI.

Pan pisze o Steiermarktcie?

SIEKLUCKI.

Tak.

RASTAWIECKI.

A nazwisko proszę pisać całemi literami. Niech nas pozna, niech wie, kto my jesteśmy. Nazywał nas „chorągwią na dachu“... On się nie podpisywał, ale on te artykuły inspirował. Pokażemy mu chorągiew!

(Telefon).
RASTAWIECKI
(idzie do telefonu).

Halo! halo! Pan Balk? Czemuż pan nie przychodzi do redakcji? he? A, tak? patrzcie! mają zamiar wejść do miasta! ilu? E! to niewielu! Idź-że pan z nimi i wracaj na czas...

(Wsuwa się Zimerstock, żyd, ale w surducie, zezowaty).
ZIMERSTOCK.

Niema pana Balka?

RASTAWIECKI.
Niema.
ZIMERSTOCK
(nieufnie patrzy na wszystkie strony).

A pana Parnesa też niema?

RASTAWIECKI.

Niema.

ZIMERSTOCK.

Ich nigdy niema... To dzisiaj pierwszy.

RASTAWIECKI.

Wynoś się stąd, lichwiarzu! wynoś się zaraz!

(Zimerstock chowa się, przerażony).
RASTAWIECKI
(zirytowany).

Ja nie rozumiem, co to jest! Dlaczego dziennikarze nie mogą żyć bez długów? To coś niepojętego!

SIEKLUCKI.

Zostań pan dziennikarzem, to pan zobaczysz, dlaczego.

RASTAWIECKI.

Jestem dziennikarzem i nie mam długów.

SIEKLUCKI.
Pan jesteś chlebodawcą a my... chlebobiorcy.
RASTAWIECKI
(siada przy biurku Boneckiego).

Ta ta ta... to są frazesy. Główna rzecz, że prenumeratorzy spadają. A to pana wina, pana, pana...

SIEKLUCKI.

Moja?

RASTAWIECKI.

Pana. Po co było dawać tę serję artykułów o mieszkaniach stróżów? Przecież „Świt“ prenumerują nie stróże, ale właściciele domów...

(Chwila milczenia).
RASTAWIECKI
(innym tonem).

Panie Sieklucki... Pan, zdaje mi się, jesteś chłopem.

SIEKLUCKI
(trochę zmieszany).

Tak — jestem z chłopów.

RASTAWIECKI.

A jak pan się naprawdę nazywasz?

SIEKLUCKI
(j. w.).
Siekla.
RASTAWIECKI.

Wie pan... to się wybornie składa.

SIEKLUCKI.

Co takiego?

RASTAWIECKI.

Ja tak myślę... że my dla zaznaczenia naszej potęgi powinniśmy nagle wysunąć jakąś sensacyjną kandydaturę...

SIEKLUCKI
(zdziwiony).

Dokąd?

RASTAWIECKI.

Mniejsza z tem — do sejmu. Teraz idą wybory. Do rady państwa, jeśli będzie rozwiązana. Pan ma trzydzieści lat?

SIEKLUCKI.

Mam. Ale pan się myli, panie Rastawiecki, ja nie będę kandydował.

RASTAWIECKI.

Banialuki! Wyborna może być sensacja. Siekla... Antoni Siekla! Ja pana przeprowadzę.

SIEKLUCKI.
A ja przeprowadzić się nie dam.
RASTAWIECKI.

Ciekaw jestem, dlaczego?

SIEKLUCKI.

Bo jestem przeciwny tej formie urządzeń, jakie teraz panują. Dla mnie to smutna komedja a dla kraju kosztowna... za kosztowna.

RASTAWIECKI.

Pomyśl pan... sytuacja...

SIEKLUCKI.

Reklama dla pisma? Dziękuję, kandyduj pan sam. Ja pana przeprowadzę!

(Śmieje się ironicznie. Siedzą obaj przy biurkach, rozparci z rękoma w kieszeniach i mierzą się oczyma).
RASTAWIECKI.

Nie, to nie mój genre. Mnie zajmuje dopomagać innym wychodzić na... ludzi. Przytem to leży w moim interesie, w interesie wzrostu pisma. Pan jesteś wybornie nadający się do tej sprawy. Siekla! Siekla!... Syn ziemi! syn roli! o!...

SIEKLUCKI
(gniewnie).

Proszę — pozostaw mnie pan w spokoju!

RASTAWIECKI.
Przepraszam — ja to mówię serjo. Ja wydobędę to pana pochodzenie...
SIEKLUCKI.
(gniewnie i chmurnie).

I posłużysz się niem pan.

RASTAWIECKI
(zimno).

Nie wiem... może... kto wie...

SIEKLUCKI
(zrywając się).

Ja wiem, że tak nie będzie!

RASTAWIECKI
(zimno, bawiąc się binoklami).

A ja się założę, że tak będzie! (po chwili). Kończ pan artykuł, a potem przyjdź pan do administracji. Tam na pana czekają.

(Sieklucki siada, ociera pot z czoła i pisze dalej. Chwila milczenia).
RASTAWIECKI
(po chwili).

Pan się gdzie rodził?

SIEKLUCKI
(zdenerwowany).

W chałupie — gdzie było chłodno i głodno... Kontent pan jesteś?

RASTAWIECKI.
Chciałem się dowiedzieć, w jakim powiecie?
SIEKLUCKI.

Tego się pan nie dowiesz.

RASTAWIECKI.

Ja o wszystkiem się dowiem, skoro zechcę.

(Wchodzi telefonista).
RASTAWIECKI
(do telefonisty).

Spóźniłeś się pan. Idź pan prędko do swego telefonu — może tam rada rozwiązana — my nic nie wiemy.

(Telefonista wychodzi).
SIEKLUCKI
(odkłada pióro i patrzy na Rastawieckiego).

Pan mi przed chwilą zaimponowałeś.

RASTAWIECKI
(ucieszony).

A! wreszcie!...

SIEKLUCKI.

Tak — wreszcie. A powiem panu, dlaczego. Pan zaczynasz być dla mnie zagadką. Ja pana nie mogę przeniknąć... Pan zakazujesz mi, gdy nadejdzie naprzykład taka jak dziś sposobność z temi zbiegowiskami, zabrać głos swobodnie i zaznaczyć nasz kierunek. Gazujesz pan — rozstawiasz parawany... a nagle strzela panu do głowy postawienie kandydatury chłopa... prawdziwego chłopa... Bo ja jestem kość z kości chłop. Jakże to pogodzić?

RASTAWIECKI.
(dumny i zachwycony sobą).

A! a!... tu pana czekałem! Dlatego, że pan byłeś prawą ręką Wrangowskiego, że byłeś jego benjaminkiem i echem — myślałeś, że już jesteś skończonym dziennikarzem. Ale ani pan, ani twój Wrangowski nie jesteście dziennikarzami. On był utopistą, któremu chodziło o... czytelników a nie o prenumeratorów; a pan z utopji nie możesz jeszcze się wyzwolić. Skądże więc pan możesz mnie zrozumieć!... (Wstaje i chodzi po pokoju, wreszcie, staje przed Siekluckim). Tak! chcę, aby „Świt” wysunął i poparł kandydaturę chłopską, mimo, że nie pozwalam panu rozwijać swoich krzykliwych i utopistycznych frazesów. A to dlatego, że łagodne i umiarkowane pismo zawsze znajdzie uznanie u tych czytelników, którzy płacą — więc przedewszystkiem należy ich ściągnąć i związać z pismem mocą przyzwyczajenia. (Po chwili). Ale... i tu zważ pan cały mój spryt, zważ pan! Taka łagodność i umiarkowanie może przesycić — więc trzeba zrobić coup d’état! zamach stanu... Wielki, forsowny skok! Wtedy następują dwie ewentualności — albo część lubiących spokój prenumeratorów odpada, na to miejsce jednak przybywają inni, zwabieni hałasem; albo — nikt nie odpada... Jedni są steroryzowani, inni olśnieni. I tu spryt Metternicha... o! Trzeba taki zamach przeprowadzić zaraz po kwartalnej prenumeracie. Kto tam przyjdzie pieniądze za kwartał odbierać!... A potem, po trzech miesiącach, czytelnik o wszystkiem zapomni, strawi, przyzwyczai się a pismo urośnie w sławę i w znaczenie. (Z zapałem). Wielki zamach! Coup d’état! voila! (Po chwili). I oto dlaczego Antoni Siekla zostanie posłem a w dniu wyboru „Świt“ bić będziemy w 20,000 egzemplarzach!

SIEKLUCKI
(ironicznie patrzy na Rastawieckiego, który dumnie stoi przed nim, z rękami w kieszeni).

Wspaniałe! Pan jesteś Napoleonem dziennikarstwa!

RASTAWIECKI.

Naturalnie! I powiedz pan, czy pański Wrangowski wymyśliłby coś podobnego? Czy onby coś takiego wymyślił?

SIEKLUCKI.
Nie — to mogę panu przyznać, iż Wrangowski nie wymyśliłby nic równie genialnego... panie dyrektorze!
RASTAWIECKI
(w dobrym humorze).

No, wreszcie zdecydowałeś się pan nazwać mnie dyrektorem!

SIEKLUCKI
(z ironicznym ukłonem, siedząc w fotelu).

Raczej dyktatorem powinienem był cię nazwać, panie Rastawiecki.

SCENA IX.
CIŻ SAMI i METRAMPAŻ.
ஐ ஐ
RASTAWIECKI
(do metrampaża).

Co pan chce?

METRAMPAŻ
(trzyma w ręku długie paski z naskładanemi artykułami).

Nie wiem, co mam z tem wszystkiem zrobić. Ogromny mi się nazbierał zapas.

RASTAWIECKI.

Schowaj pan; jak będzie miejsce, to się wpakuje.

SIEKLUCKI
(przegląda to, co metrampaż przyniósł).
To niepodobna. Wszystko to już było w innych pismach od dwóch, trzech tygodni. Nie możemy się narażać na śmieszność!
RASTAWIECKI
(wpadając w furję).

Co? jak? A z tem co się stanie? To ma iść na śmiecie? To są pieniądze! rozumiecie! pieniądze!

(Do metrampaża z furją).

Dlaczego pan tyle naskładałeś? Jakeś pan śmiał?

METRAMPAŻ.

Muszę mieć na wypadek, gdyby linia telefoniczna była przerwana...

RASTAWIECKI
(z gniewu jakby nieprzytomny).

Nie! nie! Pan to umyślnie robisz! Pan jesteś kreaturą Wrangowskiego i chcesz mieć swoją wolę! Pan nie chcesz widzieć we mnie szefa!

METRAMPAŻ
(blady z gniewu i drżący).

Nie widzę w panu w tej chwili szefa, ale człowieka, który mnie obraża!

RASTAWIECKI
(j. w.).
Co to jest obraża? co to jest?! Ja panu płacę i pan musisz to robić, co ja każę!
METRAMPAŻ
(j. w.).

Pan nie masz prawa mnie lżyć i znieważać pamięć mego dawnego szefa!

RASTAWIECKI
(j. w.).

Powinienem był was wszystkich zmienić, kiedy obejmowałem redakcję. Wrogów sobie trzymam za swoje pieniądze!

SIEKLUCKI.

Panie Rastawiecki pan się zapomina!

RASTAWIECKI
(j. w.).

Ho! ho! gdybym pozwolił, pismo by dawno djabli wzięli! Ale ja na to nie pozwolę. System! system pana Wrangowskiego! Towarzysze! towarzysze pracy!

METRAMPAŻ
(zdławionym głosem).

Proszę pana o natychmiastowe uwolnienie.

RASTAWIECKI.

Z chęcią! Proszę do administracji, obliczymy się! Szczęśliwy będę, gdy się od pana uwolnię!

(Wybiega szybko środkiem).

SCENA X.
SIEKLUCKI, METRAMPAŻ.
(Chwila milczenia. Metrampaż stoi blady i przybity).
ஐ ஐ
SIEKLUCKI
(cicho).

Panie Tuszyński, pan jesteś płatny z dołu, czy z góry?

METRAMPAŻ
(cicho).

Z góry.

SIEKLUCKI.

To znaczy, że niedostaniesz pan dziś ani centa.

METRAMPAŻ.

Nie dostanę.

SIEKLUCKI.

A masz pan co odłożone?

METRAMPAŻ
(ze łzami w oczach).
Z czego, panie redaktorze? z czego? Żona, dzieci czworo... Dwóch starszych chłopców chodzi do szkoły — pan wie, potrzeba kupić buty, książki, ubranie — bo rośnie to jak na drożdżach. Z czego złożyć? z czego?
SIEKLUCKI.

Cóż pan teraz zrobisz? Tak łatwo miejsca nie dostaniesz. Wszystkie pisma mają swoich metrampaży.

METRAMPAŻ.

Powiesić się chyba przyjdzie!

(Siada, płacząc cicho, na szeslongu).
SIEKLUCKI
(wstaje i podchodzi ku niemu).

Pan musisz się tu zostać, panie Tuszyński.

METRAMPAŻ.

Obraził mnie... Człowiekiem jestem!

SIEKLUCKI.

Ojcem jesteś — i to biednym ojcem. Musisz więc zgryźć w sobie tę obrazę! He! he! ciężko? ja wiem. Ale co? Ambicja, to często droga rzecz! My sobie na nią pozwolić nie możemy.

METRAMPAŻ.

I pan także, panie redaktorze? i pan?

SIEKLUCKI.

Nie mówmy w tej chwili o mnie — mówmy o panu. (Siada przy metrampażu na szeslongu). To życie, widzi pan, nieubłagane życie. Czepiło pana zębami, jak w tryby... chcesz się pan wydrzeć, coś w panu krzyczy, buntuje się — a tu nie wolno, bo co... buciki drogie, za zelówkę nawet płacić trzeba; a cóż — zelówka spadnie i chłopiec biegnie do szkoły boso... A jak on ukrywa tę nogę, którą obił o kamienie, jak ukrywa pod ławkę, aby się inni nie śmieli, że ma dziurawe, biedne obuwie... To wszystko tragedja... to już dziecinna tragedja...

METRAMPAŻ.

Strasznie ciężko! Wie pan — coraz ciężej. Zamiast się przyzwyczaić, ja się codzień więcej buntuję... a tu ani w prawo, ani w lewo. Och! grzech, ale budzi się we mnie żal, ból; gniew; ot, do krwi ręce gryzę — widzi pan.

SIEKLUCKI.

Tak, tak! To jest taka mała tragedja, koło której świat przechodzi i nikt jej nie spostrzega. Wijesz się pan, wijesz — a pod jarzmo pójść musisz... No, idź pan do drukarni; ja się z Rastawieckim zobaczę i tę sprawę załagodzę. Przecież to już nieraz tak było.

METRAMPAŻ.

Nieraz, nieraz... (wstaje). Dziękuję panu, panie redaktorze. Pan jesteś dobrym człowiekiem.

SIEKLUCKI
(śmiejąc się gorzko).

Ja?... człowiekiem? Ależ, panie! dopiero Rastawiecki wykieruje mnie na „ludzi“... A jakże! on! Co? bajeczne, he?... Na ludzi... i mnie i pana! co?

(Wychodzi środkiem).


SCENA XI.
METRAMPAŻ, ZIMERMAN, później SIEKLUCKI i PARNES.
(Metrampaż ociera oczy, wzdycha; zbiera z ziemi rozrzucone kartki i kieruje się ku głównemu wyjściu. Pojawia się Zimerman; ostrożnie wsuwa głowę i rozgląda się).
ஐ ஐ
ZIMERMAN.

Niema nikiemu?

METRAMPAŻ.

Niema. A czego?

(Wychodzi).
ZIMERMAN.

Ja tak sobie... do panów redaktorów z wizytą.

(Wchodzi; obchodzi naokoło biurka, przechodząc koło telefonu; telefon dzwoni; Zimerman, przerażony, staje i przygląda się telefonowi. Parnes otwiera drzwi a zobaczywszy Zimermana, zatrzaskuje i znika. Wchodzi Sieklucki i siada przy biurku).
ZIMERMAN
(zbliża się tajemniczo).

Proszę wielmożnego redaktora, coś tam dzwoniło.

SIEKLUCKI.

Proszę się wynosić i po redakcji nie łazić.

ZIMERMAN.

Ja nic... ja tylko, że to pierwszy — więc do pana Balka i do pana Parnesa z wizytą...

SIEKLUCKI.

Niema tych panów — proszę sobie iść.

(Siada przy biurku i pisze).
ZIMERMAN.

To ja na ulicy poczekam.

(Wychodzi).


SCENA XII.
SIEKLUCKI, STEIERMARKT.
(Wchodzi cicho Steiermarkt. Jest to niemiecki żyd, rosły, tęgi, ale już zacierający swe pochodzenie. Ma w ustach grube cygaro, ubrany bardzo dostatnio; podchodzi powoli do Siekluckiego i staje obok biurka).
ஐ ஐ
SIEKLUCKI
(po chwili, spostrzegając go).
Pan — kto?
STEIERMARKT.

Ja jestem Steiermarkt.

(Sieklucki zrywa się i mimowoli zasłania zapisane ćwiartki papieru)
STEIERMARKT
(ukośnie patrzy na papier).

Pan jest sam pan Sieklucki?

SIEKLUCKI
(chłodno).

Tak. Czem mogę panu służyć?

STEIERMARKT
(grzecznie).

Ja mam dużo do pomówienia. To w interesie dziennika. Czy to do pana należy?

SIEKLUCKI.

Pan się zechce udać do pana dyrektora Rastawieckiego.

STEIERMARKT.

To pan... do tego... nic?

SIEKLUCKI.

Nic.

STEIERMARKT
(arogancko).
No — to... nie przeszkadzam...
(Sieklucki zaczyna pisać, Steiermarkt chodzi po redakcji, gwiżdże i ogląda mapę i fotografje).
STEIERMARKT.

On prędko przyjdzie?

SIEKLUCKI.

Kto?

STEIERMARKT.

No... pan Rastawiecki.

SIEKLUCKI.

Właśnie idzie.

(Rastawiecki wchodzi i na widok Steiermarkta staje jak wryty. Sieklucki zabiera swe papiery i zdenerwowany wychodzi na prawo).
SIEKLUCKI.

Pan Steiermarkt ma interes do pana dyrektora... Ja pójdę mój artykuł dokończyć w tamtym pokoju. (Ze znaczeniem patrząc na Rastawieckiego). Już mi niewiele brakuje. Udał mi się. Pan dyrektor dał mi carte blanche...

(Odchodzi na prawo, patrząc ironicznie na Steiermarkta. Ten, strapiony, śledzi go wzrokiem, wreszcie powraca do równowagi i zbliża się do Rastawieckiego).
STEIERMARKT
(z kurtuazją).
Jestem szczęśliwy, mogąc pana poznać, panie Rastawiecki.
RASTAWIECKI
(siląc się na wyniosłość).

Nie widzę przyczyny tego szczęścia.

STEIERMARKT.

Ja bardzo lubię moim wrogom spojrzeć prosto w twarz. To bardzo przyjemnie, jak można sobie w oczy powiedzieć: „za co mnie pan nienawidzi?“

RASTAWIECKI.

W takim razie — i ja mam pewną satysfakcję, mogąc pana zapytać: „za co mnie pan nienawidzi?“:

STEIERMARKT.

A, kochany panie Rastawiecki, to już bardzo stara między nami historja. Jak ja miałem w entrepryzie budowę dworca, to „Świt“ się mnie ciągle czepiał, ciągle czegoś dokuczał. Całe szpalty były pełne Steiermarkta. To była paskudna historja.

RASTAWIECKI.

Wtedy, gdy pan budowałeś dworzec, to dziennik do mnie nie należał. To była jeszcze własność Wrangowskiego. Dlaczego pan w dwa lata później uczyniłeś mnie odpowiedzialnym za to, co robił Wrangowski?

STEIERMARKT.
Ja na pana osobiście nic nie napisałem.
RASTAWIECKI.

Pan nie — ale z insynuacji pana „Goniec“ gryzł mnie przez blisko pół roku.

STEIERMARKT.

Czemu pan nic nie odpowiadałeś?

RASTAWIECKI
(z godnością).

„Świt“ nigdy się nie zniża do polemiki. Zresztą — my panu odpowiemy prędzej, niż pan przypuszczasz.

STEIERMARKT
(obojętnie).

Ja to wiem.

RASTAWIECKI.

Skąd?

STEIERMARKT.
Jak ja wszedłem, to jeden pana oficjalista o! ten, co tu siedzi pod oknem, pisał coś o mnie. Ja tylko stanąłem przy biurku i spojrzałem. Steiermarkt ma dobry wzrok. Leżała taka długa ćwiartka a na niej było ze trzy razy moje nazwisko. Pański oficjalista ma ładny, czytelny charakter... Widzi pan, jaki ja mam dobry węch i jak się to dobrze stało, że ja dzisiaj przyszedłem.
RASTAWIECKI.

To się na nic nie zda, bo artykuł czy tak czy tak iść musi.

STEIERMARKT
(z flegmą).

Artykuł nie pójdzie, kochany panie Rastawiecki. My pogadamy a pan sam zrozumie, że pan-by sobie krzywdę wyrządził, będąc ze Steiermarktem w niezgodzie... (po chwili) Ja usiądę.

RASTAWIECKI.

Proszę, niech pan siada...

(siadają przy stole, więcej ku stronie lewej, koło biurek).
STEIERMARKT.

Może panu można służyć cygarem?

RASTAWIECKI.

Dziękuję. Palę tylko papierosy.

STEIERMARKT.
Niezdrowo. Mój doktór powiedział, że trzeba tylko palić cygara, dobre cygara. (Zapala świeże cygaro). A teraz — my dwaj będziemy rozmawiać z sobą, panie Rastawiecki. (Po chwili). Kochany pan Rastawiecki — on mnie przez druk nawymyślał... ja jemu — i teraz my siedzimy, jak dwa najlepsze przyjacioły.
RASTAWIECKI.

O! zaraz najlepsze!...

STEIERMARKT.

No... nie wyzwali my się na pojedynek, ani się czynnie nie zelżyli — to już można liczyć, że to duża przyjaźń. Ja do pana jako poseł...

RASTAWIECKI.

Pan? od kogo?

STEIERMARKT.

Od kogoś, komu pan jeszcze więcej dokuczał, niż mnie. Pan ciągle mu dokucza... Pan strasznie wojuje... aj! aj! to być tak długo nie może... to źle — bo to zupełnie miasto demoralizuje.

RASTAWIECKI
(bawiąc się binoklami).

A! to pan mowi o banku mieszczańskim panie Steiermarkt.

STEIERMARKT
(z fałszywym uśmiechem).

A! jak pan zgadł zaraz, kochany panie Rastawiecki!

(Uderza go po kolanie).
RASTAWIECKI
(z takim samym śmiechem).

A! jaki ja jestem domyślny, kochany panie Steiermarkt!

(Uderza go po kolanie).
STEIERMARKT.

No — i powiedz pan, czy my teraz nieprzyjaciele? Jedna myśl — w mig się odgadujemy.

RASTAWIECKI.

No, no, mów pan dalej, panie Steiermarkt.

STEIERMARKT.

Ja już powiedziałem bardzo dużo, panie Rastawiecki. Teraz pan powinieneś coś rzeknąć i to mądrego.

RASTAWIECKI.

To ja rzeknę... Bankowi chodzi, żebym teraz trochę przycichł? Co?

STEIERMARKT.

Tak; bo my wiemy, że teraz będą kontra a pan się czepi, nie czekając i całą winę na nas zwalać zacznie. Co? he? zgadłem, kochany panie Rastawiecki?

RASTAWIECKI
(spokojnie).
Zgadłeś, kochany panie Steiermarkt.
STEIERMARKT.

Tymczasem to wszystko się wyjaśni. Potem, co do tych głodów, to my pierwsi z banku zawiązali komitet ratunkowy, gdzie są: panie i moja żona i dyrektorowa i inne. Wyślemy partjami tych ludzi i będzie znów na cały rok spokój. Dziś nawet posiedzenie komitetu. My prosimy, żeby albo pan, albo kto inny od pana przyszedł.

RASTAWIECKI.

Z innych pism będą?

STEIERMARKT.

Ze wszystkich. My wybrali na miejsce posiedzenia biuro dobroczynności, bo to teren neutralny — to wszyscy tam się zejść mogą.

RASTAWIECKI.

Ja tam wydeleguję mego naczelnego redaktora. Ale to nie zmienia postaci rzeczy. Tem mnie pan nie ułagodzi. Ja zawsze będę niewzruszony.

STEIERMARKT.
Panie Rastawiecki! do czego to panu? Pan chce w tem szukać reklamy i sensacji... Pozwól pan — ja też jestem przedsiębiorca, pan też jesteś przedsiębiorca — tylko, że ja robię w cegle a pan w bibule. No, tak jest — co robić! Więc ja rozumiem, że pan chce swoje przedsiębiorstwo podtrzymać.
RASTAWIECKI.

Cóż to, pan myśli, że „Świt“ tonie?

STEIERMARKT.

Niech Bóg zachowa! Ja złego wyrażenia użył. Pan chce przedsiębiorstwo... rozwinąć. To rozumna rzecz, bo pański dziennik dobrze stoi. On będzie jeszcze lepiej stał, jak pan zmieni taktykę.

RASTAWIECKI.

Nie mogę zmienić — postępuję według sumienia i przekonania.

STEIERMARKT.

Aj! aj! jakie to są czcze słowa, panie Rastawiecki! Gdyby je wymówił pan Wrangowski, to jabym się z nim nie sprzeczał, bo on był chory na idealizację... ale pan! pan!...

RASTAWIECKI.

Nie jestem idealistą ale mam przekonania swoje — przy nich stoję i stać będę.

STEIERMARKT.

Dlaczego, jak wygodny fotel podsuną, nie usiąść? Przekonania kruki nie rozniosą.

RASTAWIECKI.
Czy mi pan taki fotel ofiarowuje? Może krzesło prezydenta ministrów?
STEIERMARKT.

Nie — ja tak daleko sięgać nie mogę, ale ja panu zaproponuję sojusz, który dla pisma będzie bardzo skuteczny...

RASTAWIECKI
(do chłopca, który przeszedł i kieruje się ku drzwiom na prawo).

Dokąd idziesz?

CHŁOPIEC.

Po artykuł, który pan redaktor Sieklucki ma jeszcze dać przed kroniką.

RASTAWIECKI

Zaczekaj... (do Steiermarkta). To się wszystko na nic nie zda, ja jestem człowiekiem z jednej bryły. (Do chłopca, który chce iść na prawo). Idź do drukarni; przyjdziesz po artykuł za pięć minut..

STEIERMARKT
(z uśmiechem do chłopca).

Tak, kochaneczku, idź sobie; przeszkadzasz nam, przychodzisz napróżno.

CHŁOPIEC.

Proszę pana dyrektora — pan metrampaż powiedział, że to już ostatni czas.

RASTAWIECKI.
Wynoś się — niech czekają...
STEIERMARKT.

Niech czekają.

RASTAWIECKI
(ze znaczeniem).

Aż pan redaktor Sieklucki artykuł dokończy.

(Chłopiec wychodzi środkiem. Chwila milczenia).
RASTAWIECKI
(bawiąc się binoklami).

Pan mnie zaciekawił, panie Steiermarkt. Pan mi proponował sojusz...

STEIERMARKT.

Ja?

RASTAWIECKI
(zbity z tropu).

No... przed chwilą.

STEIERMARKT.

Ach, tak! ale to bez znaczenia. Pan tak wszystko odrzucasz... — i to możesz odrzucić... Ten sojusz, to właściwie koalicja chwilowa... na czas trwania wyborów sejmowych...

RASTAWIECKI.

A!

STEIERMARKT.

Tak, tak! (porzucając ton nieszczery). Ja panu powiem otwarcie — ja kandydować zamierzam. Pan się nie dziwi?...

RASTAWIECKI
(odzyskując pewność siebie).

Mów pan dalej.

STEIERMARKT.

Ja — i mam duże szanse. Nie miejsce je wyliczać... zresztą, pan wie. Dalej będzie kandydował dyrektor banku mieszczańskiego. Pan się nie dziwi?

RASTAWIECKI
(zimno).

Mów pan dalej...

STEIERMARKT.

Mogłoby się w sojuszu znaleźć miejsce i dla pana, względnie dla pańskiego kandydata.

RASTAWIECKI.

Ja jeszcze kandydować nie myślę.

STEIERMARKT.

Tak, pan ma rację. Pan byłbyś jeszcze miedzy nami homo novus. Ale ręka rękę myje... Widzi pan, agitacja wyborcza to dla pana jest teren. Gdy kandydaci polecani przez „Świt“ wyjdą, gruntuje się potęga pisma. Pan jest zanadto sprytny, żeby to panu już nieraz przez myśl nie przeszło. Sposobność wyborna. (Po chwili). Chcesz pan iść z nimi? Za mną są postępowi żydzi a pamiętaj pan... to dużo... (Chwila milczenia). Pan nic nie mówi? Pan się namyśla? To, panie, więcej warte, niż wszystkie walki z bankami. Pan zaimponuje miastu, krajowi. Pan każe się ze sobą liczyć. O „Świcie“ mówią teraz, że zbladł, że nie ma tej potęgi, co dawniej. A czem „Świt“ stał? Polityką — choć ona była taka rozczochrana — ale była... Ma pan kogo? ma pan jakie nazwisko?... coś, co może przejść?...

RASTAWIECKI
(ociągając się).

Możebym i miał...

STEIERMARKT.

Kto.

RASTAWIECKI
(krótko).

Chłop.

(Steiermarkt otwiera usta i milczy).
RASTAWIECKI.

A! przybiłem pana? co? No! jak ja mogę połknąć dyrektora banku i pana — to wy musicie mojego chłopa.

STEIERMARKT.
Ale po co? Jest przecie tylu porządnych ludzi — można wybrać.
RASTAWIECKI
(twardo).

Nie, panie — warunek za warunek... Albo mój chłop, albo nic.

STEIERMARKT
(ze śmiechem).

No... niech on będzie! Ja wierzę w pana spryt i wiem, że pan masz w tem coś mądrego pod pokrywą. A zresztą, co tam... To tylko na plakacie... my się na tym papierze nie pozjadamy... Prawda? co, kochany panie Rastawiecki?

(Uderza po kolanie Rastawieckiego).
RASTAWIECKI
(uderza po kolanie Steiermarkta).

Prawda, kochany panie Steiermarkt!

SCENA XIII.
RASTAWIECKI, STEIERMARKT, SIEKLUCKI.
(Sieklucki przechodzi i chce wyjść głównemi drzwiami; trzyma skrypta w ręku).
ஐ ஐ
RASTAWIECKI.
Pan idzie do drukarni, panie Sieklucki?
SIEKLUCKI.

Odnoszę wiadomy artykuł gotowy, panie dyrektorze — chłopiec się nie zjawił.

RASTAWIECKI
(od niechcenia).

Pokaż go pan!

SIEKLUCKI
(blednąc z oburzenia).

A!... (po chwili). Pan mi dał carte blanche, panie dyrektorze — dlatego, pan daruje, ale ja odmawiam pana życzeniu. Za artykuł ten odpowiadam ja, jako człowiek! Jeśli się kto będzie nim czuł obrażony — dam satysfakcję!

(Wychodzi środkiem).
STEIERMARKT.

Panie Rastawiecki! co teraz będzie?

RASTAWIECKI
(spokojnie).

Niech pan będzie spokojny! artykuł ten nie pójdzie. Niech zecerzy składają — ja go wycofam... A!... niech-no pan załatwi tę sprawę ze starym Braunem... bo to o tę sprawę się rozchodzi...

STEIERMARKT
(wzburzony).

O to? Ale to najmniejsze — to się zaraz zrobi... To stary niedołęga!... to przeklęte bydle... (do Rastawieckiego). No... więc my dwaj przyjaciele! Można na pana liczyć?

RASTAWIECKI.

A na pana można liczyć?

(Mierzą się oczyma).
STEIERMARKT.

Steiermarkt nigdy w interesach nie zawodzi.

RASTAWIECKI
.

I Rastawiecki nigdy w interesach nie zawodzi.

STEIERMARKT.

A więc od dziś o banku mieszczańskim już... milczenie.

RASTAWIECKI.

O tyle... o ile.

STEIERMARKT
(natarczywie).

Nie... zupełnie...

RASTAWIECKI.
No, no... nie byłem nigdy nadto srogi.
STEIERMARKT.

A więc zasadniczo ugoda stanęła. Wszystkie szczegóły, detale omówimy w tych dniach.

RASTAWIECKI.

W tych dniach... A!... i przedstawię panu mojego kandydata!

STEIERMARKT
(przy drzwiach).

Po co? Poznam go na plakatach wyborczych. (Po chwili). Pan mi się podoba w interesie. Pan dużo nie mówi, czasu nie zabiera... W lot pan zrozumiał... W dziesięć minut my zrobili coś, co zadziwi cały kraj. A teraz chodzi, żeby to wszystko z taktem... z taktem... rozumnie. Zresztą, pan to potrafi!

(Wchodzi Sieklucki środkiem, bez skryptów).
RASTAWIECKI.

A więc — żegnam pana.

STEIERMARKT.

Żegnam pana dyrektora!

(Kłania się Siekluckiemu, który nie odpowiada na ukłon i odchodzi).

SCENA XIV.
RASTAWIECKI, SIEKLUCKI, PARNES potem BONECKI.
(Sieklucki idzie do swego biurka, siada i zaczyna pisać. Rastawiecki siada przy biurku Boneckiego, wchodzi Parnes, siada przy swojem biurku).
ஐ ஐ
RASTAWIECKI
(do Siekluckiego).

Cóż? nie ciekaw pan dowiedzieć się po co tu był Steiermarkt?

SIEKLUCKI
(krótko).

Nie.

RASTAWIECKI.

Słusznie. Bo jeżeli był stary Braun, to dlaczego nie mógł przyjść i Steiermarkt.

SIEKLUCKI.

Pan się myli. Stary Braun przywlókł się tu ledwo żywy a pan Steiermarkt przyjechał parą bardzo pięknych koni.

RASTAWIECKI.

Tem lepiej dla niego.

SIEKLUCKI
(ze znaczeniem).
Tem gorzej dla Brauna!
RASTAWIECKI.

Panie Sieklucki, ja uważam, że pan dziś jesteś bardzo rozdrażniony i zmęczony. Pan dziś pracowałeś całą noc. Trzeba, żeby się pan położył, pan musi odpocząć — tembardziej, że o siódmej musi pan pójść na posiedzenie komitetu głodowego do biura dobroczynności.

SIEKLUCKI
(ze śmiechem).

Patrzcie! już i komitet się utworzył!...

(Bonecki wchodzi).

RASTAWIECKI.

Tak... za inicjatywą banku mieszczańskiego. Ja razem z panem wyjdę. Pan Bonecki zrobi dziś rewizję — dobrze?

BONECKI.

Z przyjemnością panie Dyrektorze!

(Siada do biurka).
SIEKLUCKI.

Chciałem jednak mój artykuł przejrzeć.

RASTAWIECKI.

A to po co? Dałem panu carte blanche, więc słowa nie cofam. Możesz pan pisać o Steiermarkcie co się panu podoba... Niech pan przejdzie do administracji, tam wypłacą panu pensję. Ja się ubiorę i wyjdę za panem.

(Sieklucki wychodzi, biorąc z narazów palto).
RASTAWIECKI
(szybko do Boneckiego rozkazującym tonem i bardzo dobitnie).

Panie Bonecki! artykuł Siekluckiego o sprawie Brauna, proszę usunąć z dzisiejszego numeru i skrypt odesłać mi w zamkniętej kopercie do domu. Z kroniki tak samo wycieczki przeciw dyrekcji banku mieszczańskiego usunąć zupełnie. Wogóle, w całej rewizji numeru zwrócić uwagę, aby nie było żadnej zaczepki w stronę tego Banku (z naciskiem). Proszę o to panie Bonecki. Liczę na Pana.

BONECKI
(z niezmieniającym się wyrazem twarzy).

Zastosuję się do rozkazów pana dyrektora!

RASTAWIECKI.

A artykuł... (gest ręką).

BONECKI.

Rozumiem panie dyrektorze.

(Sieklucki zjawia się we drzwiach)
RASTAWIECKI
(do Siekluckiego z wyjątkową grzecznością).
Gotów pan? Wypłacili?
SIEKLUCKI
(ironicznie).

Co do centa! U Pana zawsze wypłacają

RASTAWIECKI
(triumfująco).

Ha? prawda? co?... no papierosika (częstuje Boneckiego i Parnesa, którzy biorą; Siekluckiego, który nie chce) nie?... no, trudno?... a teraz chodźmy... chodźmy, kochany panie Sieklo!

(Wyprowadza pod rękę Siekluckiego, Bonecki i Parnes piszą).
(Kurtyna wolno zapada).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.