Oblężenie Koryntu (Byron, Korsak)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor George Gordon Byron
Tytuł Oblężenie Koryntu
Pochodzenie Powieści poetyckie
Redaktor Andrzej Tretiak
Data wydania 1924
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Druk W. L. Anczyca i Spółki w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Julian Korsak
Tytuł orygin. The Siege of Corinth
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


OBLĘŻENIE KORYNTU
W PRZEKŁADZIE
JULJANA KORSAKA
JANOWI HOBHOUSE[1]
TEN POEMAT DEDYKUJE
JEGO PRZYJACIEL
[2]
Działa, trąby, moździerze, bębny i pioruny.
Pope, Sat. I. 26.
I

Lata i wieki z burzami, wojnami.
Ponad Koryntu przemknęły murami,
A jednak stoi wśród zniszczeń okolnych
Stworzona twierdzą dla obrońców wolnych.

Trzęsienie ziemi, huraganu szały,

Nie tknęły jego niepożytej skały;
Rzekłbyś, kamienny klucz do kraju, który
Choć upadł, dumnie pogląda z tej góry:

Graniczna miedza dwoistego morza!

10 
Pieniąc się, cieką przeciwległe tonie,[3]

Wkońcu, hamując prąd u jej podnoża,
Łamią się, ścieląc po obojej stronie.
Gdyby krew, jaką ta ziemia oblana,
Odkąd legł pierwszy brat Tymoleona,[4]

15 
Aż do ucieczki perskiego tyrana,

Wsiękła w tę ziemię, wytrysła z jej łona:
Jednejby chwili krwawym oceanem
To międzymorze mogło być zalanem.
Lub gdyby wszystkie kości, co tu legły,

20 
Wszystkich zabitych, w jeden się stos zbiegły,

Tej piramidy wznioślejsze-by szczyty
Przebodły jasne greckich nich błękity,

Niż Akropolis spiętrzone opoki,[5]
Co — patrząc — zda się trącają obłoki.[6]

II
25 
Na Cyteronie mignęło żelazem[7]

Włóczni dwadzieścia tysięcy zarazem.[8]
Schodząc ku morzu, od brzega do brzega,
Wzdłuż, jak Moślemin obozem zalega,[9]
Stoją namioty, półksiężyce świecą.

30 
Brodaty pasza gdzie buńczukiem skinie,

Rotami naprzód smagłe spahy lecą,[10]
A wzrok, jak spojrzeć, wzdłuż, wszerz po dolinie,
W tłumie turbanów gubi się i ginie;
Wielbłąd Araba przyklęka na błoniu,

35 
Tam zwinny Tatar harcuje na koniu;

Dziw, i Turkoman, cichy skotopasa[11]
Odbiegłszy trzody, wiąże miecz do pasa.
I tam, od morza, brzmią wystrzałów grzmoty,
Głusząc zhukanych bałwanów łoskoty.

40 
Tu szańce kopią, — z burzącego działa

Świszcząca śmierci kula wyleciała;
Mur ze ścian twierdzy kawałami pada,
I z tejże twierdzy, wśród dymów niezmiernych,

Z dział, karabinów, na wystrzał niewiernych

45 
Wróg nieustannym ogniem odpowiada.
III

Bliżej, gdzie działa wciąż dymią i błyszczą,
Bliżej, gdzie twierdzy mur łamią i niszczą,
Mędrszy od Turka w czarnej sztuce wojny,
Dumniejszy wodza, gdy pułkami zbrojny[12]

50 
Na polu bitwy uszczknie liść wawrzynu;

Z miejsca do miejsca, i z czynu do czynu
Pędząc i bodąc rumaka ostrogą,
Gdzie twierdza wyłom, broniony załogą
Liczną i mężną, jak paszcze rozwiera,

55 
I co mężniejsze Moślemy pożera;

Lub gdzie reduta, jeszcze niezdobyta,
Działowym ogniem szturmujących wita, —
To pierwszy śmiało do szturmu uderza,
To budzi zapał stygnący żołnierza:

60 
Z tłumnego wojska, jakiem się przechwala

Stambulski sułtan, pierwszy, bez rywala,
Co umie razem lunetą celować
I włócznią cisnąć, działo nakierować, —
Stał Alp, renegat wenecki![13]

IV
65 
Z ojców i dziadów krwi Wenecyjanin,

Dzisiaj wygnaniec, podniósł miecz zdradziecki
Przeciw współziomkom; i — zgrozo! — poganin,
Skroń podgoloną opasał turbanem.
Korynt koleją z rąk do rąk odpadał,

70 
Przez długie lata Grek jego był panem,

Wkońcu Koryntem Weneta zawładał.
Dzisjaj, o wstydzie! pod jego murami,
Z temiż Wenety i Greka wrogami,
Stoi Alp z całą żarliwością serca,

75 
Jaką ognisty czuje nowowierca,

W którego piersi wre zemsta gorąca
Pamięcią krzywdy i obelg tysiąca.
Niegdyś cel chluby — »Wenecyja wolna«
Dziś w nim współczucia obudzić nie zdolna.

80 
Na zamku Marka świętego, pociemnie,

Ręką oszczercy szpiega nakreśloną
Skargę na Alpa w paszczy lwa złożono![14]
Sąd go tajemny potępia daremnie:
Alp umknął w porę i życie ratował,

85 
By resztę lat swych na walce zmarnował.

Kraj poczuł stratę bohatera, który
Przeciw Krzyżowi jął zwycięstwy słynąć;
Dziś na Krzyż patrzą półksiężyce z góry,
Bo Alp poprzysiągł zemścić się, lub zginąć.

V
90 
Głośny Kamurdży, którego mogiła[15]

Eugenjusza tryumfy zdobiła,

Gdy na skrwawionej karłowickiej błoni
Legł wódz ostatni z walecznej pogoni,
Który konając na śmiertelną ranę,

95 
Klął i przeklinał chrześcijan wygranę! —

Kamurdży! miałbyż czas twe sławne ślady
Zatrzeć, ostatni zdobywco Hellady?
Nim jej wywalczą chrześcijańskie dłonie
Wolność, do której dusza Greka płonie,

100 
Za którą bił się Weneta przed laty.

Sto lat już temu!... dziś wódz pełen dumy[16]
Ślę na Helladę muzułmańskie tłumy
I Alp prowadzi przednie wojska czaty.
Alp położonej ufności nie zdradzał,

105 
Miasta rozburzał i z ziemią zagładzał,

I rad dowodził krwią ofiar tysiąca,
Jak nowa wiara w nim żywa, gorąca!

VI

Mur twierdzy słabnął; gęsty, nieprzerwany,
Rwąc ze ścian cegłę bił grad ołowiany,

110 
Z niezmordowaną wściekłością od szańców,

W fosę, na wały, sypiąc z dział pohańców.

Częstym wystrzałem rozpalone działo,
Jak grzmot daleki, głuchem echem grzmiało.
Wśród twierdzy widać i tu i tam zdala,

115 
Jak pęka bomba i dachy zapala;

Zaledwo pożar zajął się prochowy,
Jakby z wulkanu, z płonącej budowy
Kłębiąc się w górę kolumna płomieni
Czerwono świeci, — po chwili, w przestrzeni

120 
Na meteorów rozbita tysiące,

Swe ziemskie gwiazdy cisnęła pod słońce.
Wtem, jakby słońca stało się zaćmienie,
W ćmach dymu światła uwięzły promienie;
I całe niebo wkrąg, jak zajrzeć okiem,

125 
Jednym siarczystym pożółkło obłokiem.
VII

Ale nie jedną zwłoką zemsty grzany,
Alp Mośleminy wiódł pod murów ściany,
Ucząc, jak przebić wyłom obiecany.
W tych murach była dziewica zamknięta,

130 
Nadziei Alpa i serca ponęta.

Jej ojciec, z duszą zimną i surową,
Choć widział we łzach gasnące jej wdzięki,
Dumę kochanka zadrasnął odmową,
Gdy — chrześcijanin, pod swem dawnem mianem —

135 
Sercem młodzieńca czystem, nieskalanem,

Alp ją pokochał, zapragnął jej ręki.
Alp, w rańszym wieku wesoły i pusty,
W salach, gondolach, z dziecinną swawolą
Szalał przez całe weneckie zapusty,

140 
I serenady śpiewał co najsłodsze,

Do jakich Włoszki piękniejsze i młodsze
Nawykły, w północ gdy płyną gondolą.

VIII

Franczeska sercem dziewiczem wzajemnie
Kochała, — taki był rozgłos dokoła;

145 
Tłum się dobija jej ręki daremnie,

Chociaż nie skuta więzami kościoła.
I gdy popłynął przez weneckie wody
Ku greckim brzegom Lancioto młody,[17]
Wyraźnie gasła świeżość jej oblicza,

150 
Znikła jej dawna wesołość dziewicza,

Częściej się modli, szuka spowiednika,
Od gwarnych masek, od zabaw unika;
Na ucztach siedzi ze spuszczonem okiem,
Które nie liczy, ile serc urokiem

155 
Wzroku podbija; wśród tłumu samotna,

Jej strój niedbały, głos mniej żywy w pieśni
Z ust się wyrywa smutniej i boleśniéj.
Stopa, choć lekka, ale mniej polotna
W kole tancerzy, którym świt poranny

160 
Oświeca jeszcze taniec nieustanny.
IX

Minotti, posłan jako rządca kraju
(Który wyrwawszy z muzułmanów dłoni,[18]
Kiedy Sobieski ich dumę hamował
Przy murach Budy, nad brzegiem Dunaju,

165 
Weneta sobie swobodniej zhołdował

Od granic Patry do Eubejskiej toni),[19]

Twierdzę Koryntu zajął w imię doży;
Nim ją zda wrogom, wprzód głowę położy!
Podczas gdy pokój całą ziemię grecką

170 
Tulił jak dawno niewidziane dziecko,

Niewierny sojusz nim prysnął zdradziecko,
W którym po jarzmie odetchnęła Turka;
Z wodzem przybyła jego piękna córka, —
I odkąd wietrzna Menelaja żona,[20]

175 
Odbiegłszy męża i kraju, dowiodła,

Ile jej zdrada klęsk za sobą wiodła, —
Nigdy pięknością cudniejszego lica
Nie zasłynęła do dzisiaj ta strona,
Jaką jaśniała wenecka dziewica.

X
180 
Z dział mury tłuką, — jutro, na brzask rano,

Szturmem uderzą i zamku dostaną.
Tymczasem ostrząc kindżały i groty,
Z Turków, Tatarów najśmielsi młodzicńce,
Przodowa czata szykuje swe roty, —

185 
Pełni nadziei, przezwani »Straceńce«.

U nich w pogardzie myśl o śmierci; w tłumie
Każdy z nich szablą drogę wyciąć umie,
A szlak swój gęsto naścielać trupami.
Dadzą się wybić, a nie pierzchną sami;[21]

190 
I w kolej służą, padając bezładnie,

Szczeblem do grobu, aż ostatni padnie.

XI

Już północ: księżyc na gór ciemnym wierzchu
Okrągłą tarczą w nocnym świeci zmierzchu.
Cicho błękitne fale morza płyną,

195 
I niebo ciche nad wody równiną

Wkrąg naciągnęło błękitne obsłony,
Jakby ocean w górze zawieszony,
W którym się kąpią światłych wysp tysiące,
Dzikim, duchownym blaskiem pałające!

200 
Któżby, puszczając oko z ich promieniem,

Nie spuścił wzroku na ziemię z westchnieniem?
I nie zapragnął skrzydła, by z tej ziemi
Wzlecieć pod gwiazdy i zmieszać się z niemi?
Fala po brzegach leży cicha, czysta,

205 
Jako powietrze modra, przezroczysta;

Zaledwo pianą kamyki potrąca,
Cicho, łagodnie jak strumień szemrząca,
Fala kołysze do snu wiatry senne;
Wiotkie, fruczące sztandary wojenne

210 
Wzdłuż swoich drzewców spadły, i w ich zwoje

Złote księżyce kryją rogi swoje.[22]
Czasami ciszę przerwie nocna czata,
A głos jej hasła w powietrze ulata;
Czasem koń zarży stęskniony do stada,[23]

215 
A z gór przyległych echo odpowiada.

Gwar obozowy szmer daleki niesie,
Jak szeleszczący suchy liść po lesie.
Gdy głos Izanu zdjętych snem żołnierzy
Przeciągłym śpiewem budził do pacierzy,

220 
Śpiew ten posępny w północnej godzinie

Jak duch samotny wionął po dolinie.
Była to nuta muzyczna, lecz dzika,
Jak wiatr, gdy strunę arfy napotyka,[24]

I z niej dobędzie jakiś ton urwany,

225 
W całej śmiertelnej muzyce nieznany.

Zamkniętym w murach (choć mur twierdzy gruby)[25]
Zdał się być krzykiem proroczym ich zguby,
Z serc oblężonych wyganiał nadzieję!
Oblegających nawet zatrząsł dreszczem,

230 
Jakiemś przeczuciem strasznem i złowieszczem,

Pod którem serce na chwilę drętwieje,
I znowu bije żywszemi pulsami,
Wstydząc się wrażeń, jakie roim sami.[26]
Tak trwoży nagły, przechodni jęk dzwonu,

235 
Zwiastun chociażby cudzoziemca zgonu.[27]
XII

Stał namiot Alpa na morskiem wybrzeżu;
Gwar i śpiew zamilkł, było po pacierzu, —
Straże zajęły miejsca wyznaczone,
Wszystkie rozkazy wydane, spełnione;

240 
Noc Alpa była burzliwa, bezsenna,

Szczęśliwsze jutro tę mękę złagodzi,
Wszystkiem, czem zemsta, czem miłość tak cenna
Drażnioną zwłokę hojnie wynagrodzi.
Już noc nie długa, Alp chce snu skosztować,

245 
Na bój jutrzejszy chce się snem hartować;

Lecz w jego duszy, jak fale zmieszane,
Ciągle falują myśli rozigrane.
Wojsko śpi, Alpa wciąż czuwa źrenica!
W nim niema głośnej fanatycznej chluby,

250 
Żeby nad Krzyżem utkwić znak księżyca,

Lub ważyć życie nad przepaścią zguby,

By spocząć w raju i rajskie huryski
Na całą wieczność objąć w swe uściski.
W nim niema wrzących uczuć patryjoty,

255 
Co niezrażony trudami ciągłemi,

Pierś nastawując na miecze i groty,
Z rozpaczą walczy na ojczystej ziemi.
On, jak renegat, sam wrogów prowadził
Przeciw ojczyźnie, którą klął i zdradził.

260 
Alp wśród swych pułków jeden nowowierca,

Bez wiernej dłoni, bez wiernego serca.
Tłum ciągnie za nim, bo był mężny, śmiały,
A z nim walczących czeka łup niemały;
Czołga się przed nim, bo on jeden w tłumie

265 
Zawładać, rządzić wolą gminu umie.

Lecz wobec wodza zdjęci czcią i trwogą,
Krwi chrześcijańskiej ścierpieć w nim nie mogą;
W zabobonnego w oczach Moślemina
Była to prawie równa z grzechem wina;

270 
A sławę, jako głośny był skróś świata,[28]

Głuszyła cierpka nazwa renegata!
Gmin nie wie, duma jak działa zapędnie,[29]
Gdy w nas draśnięte czucie schnie i więdnie;
Gmin nie wie, jakim nienawiść wre szałem

275 
W sercu wprzód czułem, a dziś skamieniałem.

Nie zna, co może gorliwość fałszywa,
Gdy nowowiercę do zemsty wyzywa,
Alp rządził, — człowiek może rządzić gminem,
By sam być pierwszym śmiał wolą i czynem;

280 
Tak lew szakala w posłuszeństwie trzyma:

Szakal wytropi, a lew zdobycz ima;

Wkońcu przewodnik gminny z głodu krzyczy,
Krwawiąc paszczękę ostatkiem zdobyczy.

XIII

Dzikie sny, mary, paliły mu głowę,

285 
Pulsa wstrząsają dreszcze gorączkowe;

Próżno spoczynek wyzywając nocny,
Koleją z boku na bok się przerzucał;
Jeżeli zdrzemał, jeden dźwięk, szmer mocny,
Z wylękłem sercem ze snu go ocucał.

290 
Turban skroń cisnął jak twardem wezgłowiem,

Zbroja na piersi ciężyła ołowiem, —
Choć pod jej wagą i często i długo
Przespał bez przerwy noc jedną i drugą
Na twardszej ziemi, bez dachu, posłania,

295 
I pod ostrzejszem niebem jak dzisiejsze;

Dziś ma darń miękką na rycerskie łoże,
Sklepi się nad niem niebo pogodniejsze.
Alp spać nie może, wygląda zarania
Bezsennem okiem, — czeka i nie może

300 
W swoim namiocie doczekać dnia brzasku;

Wyszedł, — tłum śpiących czerni się po piasku;
Cóż ich uśpiło? Wodza sen nie bierze,
Gdy śpią snem twardym najlichsi żołnierze?
Przed krwawą bitwą, ze spokojną twarzą

305 
O trudach, ranach, o zdobyczy marzą, —

Gdy Alp samotny, gdzie tysiące ludzi
Może ostatnim snem na ziemi spało,
W chorem czuwaniu błąka się noc całą,
A każda senna twarz w nim zawiść budzi.

XIV
310 
I chodząc długo, świeże, nocne chłody

Oddychał, — poczuł, jak w duszy ulżyło,
I niebo chłodne, choć cichej pogody,
Skroń mu powietrznym balsamem rzeźwiło.

Za nim obozy, przed nim na rzut oka

315 
Leżała piękna Lepanty zatoka,[30]

W liczne zakręty łamiąca swe brzegi;
Z Delfickiej góry srebrzyły się śniegi,[31]
Nietknięte, wieczne, dziś w tej samej krasie,
Jaką świeciły tam przed lat tysiącem,

320 
Nieuszkodzone letnich dni gorącem,

I nie ponikły jako ludzie w czasie!
Pan i niewolnik, dożywszy dni końca,
Bez śladu zeszli precz z przed oczu słońca, —
A płachta śniegu, co z przelotnej chmury

325 
Spadła na czoło tej olbrzymiej góry,

Gdy drzewa, zamki runęły w doliny,
Jak biały obłok świeci z jej wyżyny!
A z kształtu zda się całunu zasłona,
Przez odchodzącą Wolność narzucona,

330 
Gdy odbiegając swój kraj ukochany,

Skryła się na czas między gór tych ściany,
Gdzie długo w pieśni wiał jej duch proroczy!
Jeszcze jej stopa, zda się, czasem kroczy
Po zgliszczach wiosek, przez świątyń bezłady;

335 
W złamanych duszach słabe echo budzi,

Wskazując ludziom wielkich czynów ślady.
Lecz głos jej będzie daremnym dla ludzi,
Póki dni lepsze, dni słonecznej chwały
Nie błysną, jakie dotąd Grek wspomina,

340 
Które wojsk Persa ucieczkę widziały,

Konającego uśmiech Spartanina.[32]

XV

Alp w duszy, mimo zbrodnicze jej skazy,
Przeglądał wielkie tych czasów obrazy,
I chodząc nocą, gdy dumy zamierzchłe

345 
Pogrążał w czasy obecne i przeszłe.

Marząc o sławnym umarłym, co zginął
Broniąc tej ziemi, i w pieśniach zasłynął,
Poczuł z goryczą, jak s-aby, jak mdławy
Odblask bić może z jego przyszłej sławy;

350 
Że, zdrajca, naszedł z tłumem muzułmańskim,

Że szturmem twierdzę wziął mieczem pogańskim,
Jakaż go za to spotkać ma zapłata? —
Czyn świętokradzki i pogarda świata!
Nie tak on widział wodzów dawnej chwały,

355 
Których popioły wkoło niego spały.

Ich to zastępy dla ojczystych progów
Były niezłomnem przedmurzem od wrogów,
A każdy poległ śmiercią bohatera,
Pamięć ich czynów w czasie nie umiera.

360 
Lada wiatr, cichym westchnąwszy powiewem,

Zda się ich imię szeptać między drzewem,
Fale potoków szemrzą ich imiona,
Ich sławą każda puszcza zaludniona;
Tu każdy kamień, jak pomnik ich męstwa,

365 
Z świętym ich prochem szuka pokrewieństwa.

Ich duch na góry schodzi gwiazd promieniem,
Ich pamięć błyszczy nad każdym strumieniem:
Najlichszy strumień i największe rzeki
Płyną zmieszane z ich sławą na wieki.

370 
Naprzekor jarzma i cudzej grabieży,

Ten kraj do chwały i do nich należy,
Kraj ten jest hasłem strażniczem dla ziemi!
Kto chce się wsławić czyny szlachetnemi,
Zwiedza Helladę, i wraca natchniony

375 
Deptać, jak szczeble, tyranów korony;

Pogląda ku niej, i czuje się zdolnym
Zdobyć tam wolność, albo umrzeć wolnym.

XVI

Stojąc na brzegu, Alp usty spiekłemi
Wciągał chłód nocy rozlany po ziemi;

380 
Morze tam ciche, jak jeziora łoże, —[33]

Pójść wstecz i z brzegu wystąpić nie może.
Najdzikszy z wałów w szale swego prądu,
Zaledwo skoczy na wybrzeże lądu.
bezwładny księżyc pogląda niedbale

385 
Na nieposłuszne swojej władzy fale:

Cicha, wzburzona, w brzegach, na głębinie,
Każda samopas gwoli wiatrom płynie;
Nadbrzeżne skały w suchych żwirach brodzą,
Patrzą na fale, lecz te nie przychodzą.

390 
I widać w dole, jak zastygła piana

Leży od wieków w brzegu zszumowana:
Żółtego piasku wąski pas przestrzeni
Dzieli ją tylko od brzeżnej zieleni.

Alp błądził dalej; pod zmierzchu zasłoną

395 
Zaszedł, dumając, na metę wystrzału,

Aż pod mur twierdzy; lecz doń nie strzelono.
Czy sam Alp wroga wzrok omylić umie,
Czy zdrajca krył się w chrześcijańskim tłumie?
Czy im drętwieje dłoń od samopału? —[34]

400 
Nie wiem; lecz z twierdzy strzelające działa

Przestały błyskać i strzelba nie grzmiała![35]
Chociaż pod murem stał narożnej wieży
I słyszał hasła ponocne żołnierzy,
Jak brzmią po bruku ich stopy mierzone,

405 
Gdy chodzą nocą w tę i ową stronę.

Pod murem widział chudych psów gromadę,
Wlekącą trupa na dziką biesiadę;
Warcząc i skomląc, szarpią go w kawały, —
Zbyt były czynne by nań szczekać miały!

410 
Z czaszki Tatara drą pasy od góry,

Jak świeżą figę obierasz ze skóry.
Białe ich zęby po czaszce zgrzytały,
Której kość, od nich jeszcze więcej biała,
Z krwawej paszczęki wciąż się wyślizgała;[36]

415 
Ostrza ich zębów snadź były stępione.

Leniwo żując kości zakrwawione,
Psy, ciężkie ucztą, na ziemi usiadły,
I ledwo z miejsca powstały, gdzie jadły.[37]
Alp po turbanach leżących na błoni

420 
Poznawał mężnych towarzyszów broni;

Szale zielone i jasnej czerwieni,
Porozrzucane błyszczały w przestrzeni:
Włos z każdej czaszki podgolonej wkoło.
Długim kędziorem opadał na czoło;[38]

425 
Tu i tam czaszka w psiej paszczęce błyska,

A pies jej włosy skręca wkoło pyska.
Wilk z gór do trupów skrada się zdaleka;
Spłoszony psami, znów w góry ucieka.
Lecz łup swój wilcza zwietrzyła natura:

430 
Wpadł na ścierw koński, dziobany ptakami,

A sęp, tuż siedząc, nastrzępiwszy pióra,
Krakał i straszył i bił go skrzydłami.

XVII

Alp tak dzikiego nie mógł znieść widoku;
Nigdy nie zadrżał wśród bitew natłoku,

435 
Prędzej rad widział żołnierza na darni

W bolach skonania, gdy napoły skrzepła
Z otwartej rany krew tryskała ciepła,
Jak po śmiertelnej ostatniej męczarni.
Jest coś dumnego w niebezpieczeństw chwili,

440 
Gdy szalą życia śmierć waży i chyli:

Tam sława imię poległych wymówi,
Chwała da poklask śmiałemu czynowi.
Lecz już po bitwie, jest co serce ściska,
Deptać po trupach wśród pobojowiska;

445 
I widzieć ptaki i robactwo ziemi,

Bestyje leśne stadami wielkiemi,
Jak na swą zdobycz zbiegłe tam zdaleka,
Wszystko wesołe z upadku człowieka!

XVIII

Tam jest świątynia, — dziś w ruinie stoi.

450 
Ręce ją dawno zapomniane wzniosły;

Dwie, trzy kolumny wśród krzaków powoi,
Marmur i granit mchem, trawą porosły.

Czas wszystko niszczy! ni więcej zostawi
Nad to, co strawił i co jeszcze strawi:

455 
Czas wszystko niszczy! lecz przeszłego wieku

Płacząc, znów przyszły zapłaczesz człowieku
Nad tem, co było, być musi koniecznie,
Co widzą ojce, zobaczą ich syny:
Szkielety istot zaginionych wiecznie,

460 
Ułamki głazów z sterczącej ruiny,

Dźwiganych kiedyś przez stworzenia z gliny.

XIX

Alp pod kolumną na odłamie głazu
Siada, i dłonią pociągnął po twarzy!
Twarz rozogniona, wzrok pełen wyrazu;

465 
Jak ten, co w dzikich myślach się rozmarzy,

Cały się naprzód pochylił i głowę
Zwiesił na piersi wzdęte, gorączkowe;
To znowu, jakby głąb myśli rozmierzał,
W pochyłe czoło palcami uderzał

470 
Szybko, jak ręka muzyka

Wlot po słoniowej kości przemyka,[39]
Aż nim ze struny w muzycznym zapędzie
Tonu, jakiego szukał, nie dobędzie.
Alp, siedząc, dumał; nocny wiatr z ruiny

475 
Westchnąwszy, powiał przez cegieł szczeliny.

Wiatr-że to słodkie, tak czułe westchnienie
Przez wydrążone przewiewał kamienie?[40]

Zrywa się, wstaje, pogląda na morze:
Gładkie, szkło nawet gładsze być nie może.

480 
Na swych łodygach śpią trawy nadwodne, —

Więc skądże wyszły dźwięki tak łagodne?
Patrzy na sztandar: flaga nie powiewa,
Na Cyteronie ciche stoją drzewa.
Nie czuje wiatru, by mu wiał na lica;

485 
Skądże tak nagły dźwięk, i w takiej chwili?

Spojrzał na lewo, — czy go wzrok nie myli?
Tam stoi piękna i młoda dziewica!

XX

Alp zbladł i zadrżał, wkrąg oczyma błyska,
Jakby nań zbrojny wróg nacierał zbliska.

490 
»Boże mych ojców! — Ktoś ty jest, mów! poco?

Tu, za mur twierdzy, kto cię przysłał nocą?«
W krzyż chciał i nie mógł drżącej złożyć ręki;
Lubo nie wierzył w godło Boskiej męki:
W tej chwili błysło w nim krzyża wspomnienie,

495 
Chciałby, lecz siły odjęło sumienie.

Alp patrzy, widzi, poznaje, — to ona!
Postać, twarz pełna wdzięku i uroku!
Patrzą na siebie, oko tonie w oku...
Tak, to Franczeska, Alpa narzeczona.

500 
I jeszcze róża na jej licu była,

Lecz dojrzewając, blask farby zgasiła;
Ale gra życia dziś jej ust nie pali,
Znikł uśmiech, zbladła krasa ich korali.
Spokojne morze ma błękit uroczy,

505 
A mniej błękitne jak Franczeski oczy.

Ale te oczy, niegdyś promieniste,
Jak fale morza chłodne są, choć czyste.
Postać jej cienkim rąbkiem osłoniona,[41]
Z pod rąbka świeci cudna białość łona;

510 
Przez rozwiane czarne włosy

Spadającej do stóp kosy[42]
Widać krągłe jej ramiona!
Nim Alp odpowiedź posłyszał, w nim oko
Utkwiwszy, rękę podniosła wysoko;

515 
A ta tak była przeźroczysto lśniąca,

Że skroś jej mógłbyś przejrzeć blask miesiąca.

XXI

»Przychodzę z mogiły do ciebie, mój miły,[43]
By moje przestrogi mnie z tobą zbawiły.

Ja jedna, przez mury i bramy i straże

520 
Przechodząc, dla ciebie na wszystko się ważę.

Przed cichą, przed czystą dziewczyną lew srogi,
Jak mówią, wzrok spuści i zejdzie jej z drogi.
Ta władza, co strzeże niewinność od grozy
Leśnego tyrana, mnie słabą, bez broni,

525 
Pod tarczą swej łaski przez wrogów obozy

Przewiodła, zmyliwszy straż czujnej pogoni.
Przychodzę, lecz jeśli przychodzę daremno,
O nigdy, już nigdy nie spotkasz się ze mną!
Tyś zbrodni dokonał i jesteś wart kary,

530 
Odpadłszy od świętej, od ojców swych wiary.

Lecz ciśnij ten turban o ziemię, — uzbroim
Pierś krzyżem, i będziem ja twoją, ty moim!
Zmyj z serca, mój Alpie, zmyj czarny znak plamy,
A jutro się z sobą na wieki spotkamy«.

535 
»Gdzież, kto nas ślubnem ugości weselem?

Pościel godową wśród trupów pościelem.
Chrześcijan jutro, ich domy, świątynie,
Mieczem, płomieniem zagrzebię w ruinie,
Prócz ciebie jednej; przysiągłem, że słońca

540 
Żywi nie ujrzą! lecz ja twój obrońca,

Ja cię uniosę w samotne ustronie.
Gdzie wolni troski połączym swe dłonie;
Tam nam wesele, tam godowe łoże!
Lecz wprzódy dumę Wenetów ukorzę,

545 
Ród ich naznaczę piętnem niewolniczem;

Zadam im chłostę skorpijonów biczem,[44]
A wtedy podli poczują oszczercę,
Co może w zemście rozranione serce!«

Franczeska ręką dłoń Alpa dotknęła,

550 
Lekko, lecz dreszczem do kości przepadła;

Mrożącem zimnem aż w serce wionęła,
Alp stał skośniały, jak wobec widziadła.
I od jej ręki mdłej, zimnej, swej dłoni
Nie mógł oderwać, jakby przystygł do niéj.

555 
O! nigdy uścisk kochanki nam drogiéj

Nie wstrząsa pulsu takiem czuciem trwogi,
Jako jej palce, co chłodem mogiły
Tej chwili krew mu po żyłach zmroziły.
Serce przestało bić, i gorączkowy

560 
Żar z czoła lodem ustąpił do głowy,

Gdy na twarz spojrzał i ślady zniszczenia
Dopatrzył na niej: — Franczeska, to ona!
Twarz jej taż sama, lecz o, jak zmieniona!
Piękna lecz mdława, bez duszy promienia,

565 
W której odblasku świeci twarz żyjąca,

Jak fala wody przed słońcem iskrząca.
Na bladych ustach zastygł blask uśmiechu,
Z ust jej wychodzą słowa bez oddechu,
Pierś nieruchoma przestała oddychać,

570 
Żadnego pulsu w żyłach jej nie słychać;

Chociaż jej oko patrzało, lecz skryta
W rzęsach źrenica stoi jak przybita,
A nad nią dziko rozwarta powieka,
Jak chodzącego w chorym śnie człowieka.

575 
Równie figury malowane w sieni,[45]

Kiedy ich płótna wzruszy wiatr jesieni,
Gdy lampa światło wpół zgasłe roztoczy,
Kłamanem życiem tylko rażą oczy;

Zda się, że cały szereg malowany

580 
Figur, postaci, wychodzi ze ściany,

Chwiejąc się dziko tam i sam w pomroce,
Gdy wiatr obiciem płótna zaszamoce.

— »Jeśli nie przez miłość dla mnie, błagam ciebie!
To przez miłość Boga żywego na niebie,

585 
Mój Alpie, posłuchaj, zrzuć ten turban z głowy,

Przysięgnij, że twoję ojczyznę tą rażą,
Współziomków, twej zemsty oszczędzi żelazo;
Lecz jeśliś me prośby odrzucić gotowy,
Zgubiony na wieki! — nie ziemi, co minie,[46]

590 
Lecz niebu, — mnie w niebie nigdy nie obaczysz.

Jeżeli, mówiłam, obrazę przebaczysz,
Choć smutny twój koniec, w ostatniej godzinie
On grzech twój rozwiąże, i dusza bez plamy
Uleci w otwarte miłosierdzia bramy!

595 
Lecz gdybyś choć chwilą później się nawrócił,

Sam Bóg ciebie przeklnie, boś Go sam odrzucił!
Konając, poglądaj w niebo, jak zamyka
Bramę swojej łaski przed pychą grzesznika.
Patrz! obłok jak lekki kryje twarz księżyca,

600 
Przechodzi, za chwilę wionie z jego lica;[47]

Nim mglisty swój żagiel po błękitów toni
Rozwinie i tarczę księżyca odsłoni:
Gdy twoje w tej chwili serce się nie zmieni,
Bóg wtenczas i ludzie zostaną zemszczeni.

605 
Los będzie twój czarny, czarniejsza od niego

Twoja nieśmiertelność złego!«

Alp spojrzał, zoczył na tarczy księżyca
Obłok, o którym wspomniała dziewica;
Lecz serce w grzechu przestrogę odpycha,

610 
Bo niem rządziła nieugięta pycha,

Jedyna jego namiętność fałszywa,
Co wszystkie inne jak potok porywa.
On ma o litość błagać! — on, syn pychy,
Ma się ustraszyć słów dziewczyny cichéj!

615 
On, obrażony, miałżeby poślubić[48]

Zbawić Wenetów, gdy zaprzysiągł zgubić?
Nie, — choćby obłok ten był piorunowy,
Niech piorun bije! — nie uchyli głowy.

Alp jej nie daje żadnej odpowiedzi,

620 
Tylko na obłok pogląda i śledzi,

Jak rychło wiatr go przepędzi; już prysnął..
Księżyc mu w oczy całą pełnią błysnął.
»Choć mi — zawołał — wróżysz przyszłość groźną,
Ja się nie mogę zmienić, — już za późno!

625 
W burzy pozioma nachyla się trzcina,

Drzewo się złamie, ta się znów odgina;
We mnie Weneta zapragnął mieć wroga,
Niechże więc ginie! Lecz ty, moja droga,
Nie wracaj do nich! idź, uciekaj ze mną!«

630 
Spojrzał, wtem znikła jako mara senna, —

Tylko tam stoi kolumna kamienna...
Czyli się we mgłę zmieniła nadziemną?
Poszła skróś ziemi? — Daremnie oczyma
Śledził, wie tylko że już nic tam niéma.

XXII

635 
Noc przeszła, — słońce, odkryte napoły,

Wschodzi pogodnie jak na dzień wesoły.
Poranek lekko otrząsa płaszcz mglisty,
Ale południe zamgli dym siarczysty.
Już słychać surmy, i wrą bębny wrogów,

640 
Brzmi dźwięk ponury barbarzyńskich rogów;

Słychać fruczenie w powietrzu sztandarów,
I rżenie koni, hałas tłumnych gwarów.
Gęsto, jak lasem, błoń się jeży dzidą,
Głos, krzyk się szerzy: »Już idą, już idą!«

645 
Z ziemi podjęte błysnęły dżeryty,

Połyska z pochew atagan dobyty,
Tłum czeka hasła, ruszą na znak dany.
»Spahy, Tatary, i wy Turkomany!
Nogi w strzemiona, zwińcie swe namioty,

650 
A prędzej w gęste ściskajcie się roty!

Jeździec doliną niech cwałem zabiega
Od bramy miasta, łowić, imać zbiega;[49]
Ktoby był, byle chrześcijańskiej wiary,
Rąbać, zabijać, młody on czy stary;

655 
Groźnym zastępem niech idzie piechota

Pod wyłom twierdzy i wciąż ogień miota!«
Konie parskają wędzidłami spięte,
Powiewne grzywy, szyje ich zagięte, —
Bielą się pianą munsztuki stalowe,

660 
Sterczą dżeryty, lonty zapalono;

Stanęły działa, zaryczeć gotowe
I burzyć twierdzę już napół zburzoną.
Janczar się ściska w szyk prosty, łamany,
Alp ich prowadzi, — ręka zakasana

665 
Błyska żelazem nagiem atagana.

Przy rotach stoją baszowie i hany,

Sam wezyr stanął przed armiją całą;
Wnet ruszą z miejsca, gdy hasło da działo;
Kto żyw w Koryncie, niech od miecza zginie,

670 
Ludzi, kamienie, zagrzebać w ruinie.

W niebiosa biją dzikiemi wrzaskami:
Alla hu! krzycząc, Bóg i prorok z nami!
»Jest wyłom do przejścia, drabina ze sznurów,
Wpadnijcie, szczeblujcie na wierzchy tych murów!

675 
Kto pierwszy tam wpadnie, krzyż łupem zdobędzie,

Co sercem zapragnie, niech pyta, mieć będzie!«
Mówił Kamurdży, wezyr mężny, śmiały,
Wtem za odpowiedź szable zaszczękały,
Tysiące głosów w dzikim gniewie wrzasło,

680 
Zapalić działo! — Słyszycie? — to hasło!
XXIII

Jak głodne wilki, szczujące pospołu
Niestrwożonego ich liczbą bawołu, —
Ten strasznie ryczy, żarem oczu błyska,
To bodąc boki krzywym rogiem toczy,

685 
To kopytami miecie piasek w oczy,

W górę podrzuca, to o ziemię ciska,
A śmielszych trupem ściele jako snopy:
Z takim zapędem poszli na okopy,
Skąd śmiałki żywej nie unieśli stopy,

690 
Niejedne piersi miedzią powleczone

Zasłały ziemię jako szkło stłuczone.
Kula w poskokach, niosąc pocisk śmierci,
Środkiem poległych piasek rwie i wierci,
I — jak padali — leżą szeregami,

695 
Jak trawy świeżo podcięte kosami,

Gdy przy dnia schyłku z łąk schodzą kosarze;
Trup leżał gęsto, tuż przy twarzach twarze.

XXIV

I jak kaskada, ze stromej skały
Z ciężkim łoskotem wciąż spadająca,

700 
Podmyte wodą głazów kawały

Z pianą ze grzmotem w dół strąca;
Jako śnieżne lawiny
Na alpejskie doliny, —
Tak parci tłumem Koryntu synowie

705 
Wstecz się cofali za szańcowe ściany;

Szturm był zbyt długi i często wznawiany,
A tłum Moślemów naciskał w parowie.
Wkrąg oskoczeni niewiernych nawałą,
Gromady padły, — niewielu zostało!

710 
Ściśnięci w garstkę, nie rzucają broni,

Noga przy nodze, dłoń była przy dłoni.
Zgiełk, pocisk, wystrzał, zmieszane języki,
Rannych, wpółżywych, zwycięzców okrzyki,
Z działowym grzmotem razem się zlewały.

715 
Dalekie miasta z podziwem słuchały

Tej głośnej bitwy, wątpiąc, czy swych wrogów,
Czy ziomków ujrzą u drzwi swoich progów,
I czy się smucić, czy się cieszyć miały
Tym niezwyczajnem chaosem hałasów,

720 
Który przepadał w głębie gór i lasów,

Pobudził wichry na morskiej topieli,
I pędził echem przez błonia i jary,
Od Salaminy aż do Megary;[50]
Nawet, jak mówią, w ciszy głębokiéj

725 
Hałas tej bitwy słyszeli

W brzegach pirejskiej zatoki.

XXV

Miecze i szable, w boju wyszczerbione,
Aż po rękojeść w krwi były zbroczone.

Szańce zdobyte, i żołnierz w rozwięzi

730 
Oddał się cały łupieży i rzezi.

Przez okna domu, w którym wróg bezcześci,
Przebił krzyk dziki i lament niewieści:
Z pośpiechu stopa lecąca dziewicy
Plusnęła we krwi na bruku ulicy;

735 
Tam i sam jeszcze, śród zgiełku i jęku,

Naprzeciw wrogów stoi z bronią w ręku
Rozpaczna garstka z dwunastu, dziesięciu:
Wszyscy przysięgli w przedśmiertnem objęciu[51]
Nie złożyć broni, aż polegną sami!

740 
O ścianę muru oparci plecami,

Z groźną postawą wroga na cel brali,
I mieczem siekli, lub walcząc, padali.
Wśród nich stał starzec, — włos jego był biały,
Lecz krzepką dłonią jeszcze oręż imał,

745 
Honor tej bitwy na swej szabli trzymał,

A trupy przed nim w półkole leżały.
Jeszcze się ścinał z wrogiem, niezraniony,
Cofający się, lecz nieoskoczony.
Wprawdzie pod połą świetnego kaftana

750 
Kryły się blizny, ale każda rana

Dawniej, nie dzisiaj, szablą kresowana.
Starzec był krzepki, silny, że w te czasy
Małoby młodych poszło z nim w zapasy.
W pierś jedną więcej miał zwróconych ciosów,

755 
Niż na swej głowie białych, rzadkich włosów.

W prawo i w lewo szabla starca świeci, —
Gdy w krwi ją broczył, wiele matek Wschodu
Opłakiwały przyszły owoc płodu,
Że swoich ojców nie ujrzą ich dzieci.

760 
W rozpacznej walce wiek mu sił nie słabił,

Choć mógł być ojcem tych wszystkich, co zabił.
Starzec, oddawna bezdzietny na ziemi,
Radby swych wrogów widzieć bezdzietnemi,

I od dnia, w którym przy obronie szańców[52]

765 
Syn mu ostatni poległ z rąk pohańców,

Cieniom synowskim starca żal surowy
Poświęcał więcej jak ludzkie stugłowy.[53]
Gdy cienie zmarłych krew koi wylana,
Sam duch Patrokla mniej doznał słodyczy,

770 
Niźli poległy ciałem duch młodziana

Tam, gdzie Europa z Azyją graniczy,
I pogrzebiony, gdzie przed nim tysiące
Przed lat tysiącem pogrzebli swe ciała;
Gdzie, i jak zmarli, prochy ich milczące

775 
Nic nie powiedzą; a po nich została

Darń bez kamienia, bez kości mogiła, —
Lecz żyją w pieśni, co wieki przeżyła.

XXVI

Słychać krzyk: Allah! — z szablą cwałem pędzi
Rota janczarów; znana ich odwaga!

780 
Ich wodza ręka, żylasta i naga,

Wywija mieczem i razów nie szczędzi;
Aż po ramiona dziko zakasana,
Wśród bitwy iskrzy stalą atagana.
Inni strój noszą ponętny dla łupu,

785 
Naszyty złotem, droższy do okupu:

Tych rękojeści lśnią ogniem kamieni, —
Żelazo Alpa tylko krew czerwieni.

Ci z szalów wiążą wznioślejsze turbany, —
Skromny strój Alpa w całem wojsku znany;

790 
Znajoma jego ręka obnażona, —

Spojrzyj w najgęstszy ścisk bitwy: tam ona!
Niema sztandaru, coby na tym brzegu
Śmielej wiódł naprzód szereg po szeregu;
Ta ręka moc ma chorągwi proroka,

795 
Tłumy pociąga, gdy skinie z wysoka,

A świeci jako gwiazda spadająca!
Gdzie się pokaże to potężne ramie,
Nic nie dostoi, wnet się szereg złamie;
Tam przebaczenia okrzyk się roztrąca

800 
O dzikie ucho Turka lub Tatara;

Tam żołnierz ranny, leżący na ziemi,
Jęk swój w skonaniu zatłumić się stara;
Wytęża siły, rękami słabemi
Jeszcze swój pocisk ostatni wymierza

805 
Na leżącego tuż wroga żołnierza;

Choć obaj słabi, w ostatniej męczarni
Pełzną do siebie po krwią zlanej darni...

XXVII

Jeszcze stał starzec w swojej krzepkiej sile,
I Alpa zapęd hamował na chwilę.

810 
— »Zdaj się, Minotti, zdaj na łaskę moję,

Przez wzgląd na siebie i na córkę twoję«.

— »Nigdy, nigdy, odszczepieńcze!
Życiem z twej łaski prędzej się domęczę«.

— »Franczeska! gdy dziś miecz zamiata tłumy,

815 
Maż-li być ona ofiarą twej dumy?«


— »Ona bezpieczna«. — »Gdzie jest? mów, gdzie?« — »W niebie,
Podły zbrodniarzu, zamkniętem dla ciebie,
Zdala twych oczu, i bez ziemskiej zmazy«.
Wtem usta starca dziko się rozśmiały,

820 
Gdy ujrzał Alpa, jak nim te wyrazy

Straszne, tajemne, jak ciśnięte strzały
Z ciągłego łuku, wstrząsły i zachwiały.

— »Boże! umarła? Kiedy?« — »Nocy przeszłej.
Nie żal mi córki z tego świata zeszłej, —

825 
Z czystej krwi mojej nikt splamić się nie da,

Jak ty, fałszami wiary Mahomeda.
Broń się, lub zginiesz« — Daremne wyzwanie:
Alp padł na ziemię i już nie powstanie.
Kiedy Minotti gorzkiemi słowami

830 
Raził go więcej jak szabli cięciami,

Z poza krużganku bliskiego kościoła, —
Który, choć wróg już tłumami nachodził,
Zalał dziedzińce i ściskał dokoła,
Ostatnia garstka z rozpaczą broniła, —

835 
Wyleciał wystrzał i w Alpa ugodził.

W chwili nim starzec ranę Alpa zoczył,
Co mu przez czaszkę mózgami strzeliła,
Alp w kłąb się zwinął i na dół potoczył.[54]
Kładną go na wznak; pierś, czoło nad brwiami

840 
Czarny kurz ziemi i posoka plami;

Jeszcze krew życia sączy się ustami,
Lecz nim po żyłach ścichło pulsu drganie,
Westchnienie, słowo, sam jęk na skonanie
Nie zabrzmiał; usta zastygły bez głosu,

845 
Taki był nagły, śmiertelny raz ciosu!

Nim mógłby myślą zapragnąć zbawienia,
Bez namaszczenia, bez rozgrzeszenia,[55]
Nie pojednany z Bogiem, ze światem,
Skonał — renegatem!

XXVIII
850 
Na nowo zawrzał bój srogi:

Ci jak mściciele Alpa, ci jak wrogi,
Społem z radości, z wściekłości krzykami
Zwarli się z sobą wśród zgiełku i wrzasku;
Bodąc włóczniami, szczękając szablami,

855 
Krzyżując wzajem pociski i razy,

Żywi i ranni tarzają się w piasku.
Jeszcze Minotti śmie dawać rozkazy
Jak rządca kraju, gdyby ocalała
Od wrogów choćby jego cząstka mała,

860 
Zachęca, walczy, — znów się zapał wzmaga,

Hufiec mu sercem i ręką pomaga.
Nie wzięty szturmem jeszcze kościół stoi,
Z którego napół przymkniętych podwoi
Sądzona kula zniosła Alpa głowę,

865 
Ruiny twierdzy mszcząc się przez połowę.

Tam się cofając wstecznym, wolnym krokiem,
Twarzą do wrogów, z pełnem dumy okiem,
I miecąc na nich ogień nieustanny,
Trafny, gdzie strzelą, padał trup lub ranny,

870 
Garstka walecznych i ich wódz na czele

Łączą się z hufcem, zamkniętym w kościele.
Tam choć na chwilę pod muru zasłoną
Odetchną, wzmocnią pierś bojem znużoną.

XXIX

Krótka to chwila! już moślemskie śmiałki

875 
Z dodanym hufcem, z wściekłemi przechwałki,

Cisną się naprzód: tak żwawo natarli,
Że własnym tłumem swój odwrót zaparli;
Bo ich tam wiodła ciasna, wąską droga,
Skąd chrześcijanin jeszcze raził wroga.

[56]
880 
Trwożliwsi pierzchać daremnie się kuszą

Przez gęstwę kolumn; wszyscy gwałtem muszą
Bić się, lub ginąć; — i ginęło wiele!
Lecz z krwi ich nowi powstają mściciele,
Krzepcy i wściekli, padając baz liku,

885 
Zaledwo czują zwężenie się szyku.

Już przerzedzona chrześcijan gromada
Słabła, wróg świeżym hufcem wciąż napada,
Osmanin do drzwi szturmuje nawałą,
Lecz drzwi żelazne jeszcze stoją cało.

890 
Z każdej strzelnicy przez kratne otwory

Jeszcze się sypie ogień gęsty, spory;
Z bezszybnych okien dobrze celowany
Morderczych strzałów lał deszcz ołowiany;
Wtem drzwi się chwieją, podważone młotem;

895 
Wrzeciądze skrzypią, zawiasy z łoskotem

Z drzwiami runęły razem: szturm skończony, —
Kościół zdobyty, Korynt bez obrony.

XXX

Smutny, lecz z dumą, co wrogów przeraża,
Minotti stoi na stopniu ołtarza:

900 
Nad głową starca świeci twarz Madony,

Cudnemi barwy pędzla malowana,
Oczy Jej światłem i miłością gorą!
Lud przed obrazem pada na kolana,
I zabrukane myśli prochem ziemi

905 
Oczyszcza, rzeźwi modły gorącemi.

Gdy klęcząc przed nim, korzym się z pokorą,
Podniósłszy oczy w pobożnym zachwycie,
Widzim, jak do Niej tuli się Bóg-dziécie,
Jak słodki uśmiech ich lica powleka,

910 
Unosząc w niebo modlitwę człowieka.

I teraz, zda się, boska twarz się śmieje,
Choć w jej przybytku rzeź i krew się leje.

Minotti podniósł w brwi zapadłe oko,
Przeżegnał piersi i westchnął głęboko!

915 
Wtem porwał głownię iskrzącą się żarem

I stał spokojny, gdy z krzykiem i gwarem
Na śród kościoła, i tu i tam razem,
Moślemin wpadał z ogniem i żelazem.

XXXI

W sklepach, pod rzeźbą zdobionym kamieniem,

920 
Leżą umarli wiecznem odpocznieniem;

W podłogach rznięte nagrobne napisy,
Lecz krew w tej chwili zatarła ich rysy;
Rzezane dłótem ich godła herbowe
I różnobarwe żyły marmurowe,

925 
Dziś, zarzucone szablami, hełmami,

Wróg ściera, brudzi krwawemi śladami.
A spodem, zmarli przed laty i świeżo[57]
Chłodni, rzędami w ciasnych trumnach leżą.
Przy bladem świetle, co wpada przez kraty,

930 
Widać ich twarze i pogrzebne szaty.

Sen ich spokojny, ale niespokojna
Ich ciche sklepy zagarnęła wojna,[58]
I obok kości odpadłych od ciała
Swoje siarczyste skarby tam schowała.

935 
Tam oblężonych był główny skład prochu,

Łącząc się z miną skrytą w szyi lochu:
Ostatni środek, rozpaczna obrona,
Jaką Minotti swych wrogów pokona.

XXXII

Wróg zalał kościół, — niewielu zostało

940 
Bronić im wstępu, i ci giną z chwałą!

W braku żyjących, żołnierz rozjuszony,
Gasząc pragnienie zemsty obudzonej,
Po barbarzyńsku siekł trupie tułowy,
Lub od nich martwe precz obcinał głowy.

945 
Posągom świętych okaleczał twarze,

Odzierał z ofiar pobożnych ołtarze;
Jeden drugiemu z rąk wyrywał szczęty
Skruszonych naczyń i kościelne sprzęty.
Pod wielki ołtarz cisną się w natłoku,

950 
Pasąc wzrok blaskiem świetnego widoku!

Na środku stołu ołtarza stał złoty
Kielich, święcony, kosztownej roboty,
Miąższy, głęboki, połyskiem zdobyczy[59]
Przynęcał oczy rabującej dziczy.

955 
Poranu winem jeszcze się czerwienił,[60]

Które sam Chrystus w swoję krew przemienił,
Gdy w świt przed bitwą, w pokucie i skrusze,
W kolej ugaszczał swych wyznawców dusze.
Jeszcze jej krople błyszczały w kielichu!

960 
W głębi ołtarza, rzędem, od przepychu

Dwanaście srebrnych świeczników płonęło,
Zdobycz najdroższa, sztuki arcydzieło.

XXXIII

Tak blisko przyszli, — bliższy rabującą
Ręką już sięgał po zdobycz błyszczącą...

965 
Wtem Minotti szyją lochu

Ciska głownię w skład prochu.

Buchnęło!
Ołtarze, sklepienia łuki,
Marmurowych kolumn sztuki,

970 
Chrześcijanie i pogany,

Krzyże, turbany,
Żywi, umarli, pomieszani społem,
Lecą w powietrze z runącym kościołem; —
I wszystko w jednym, dzikim ryku kona!

975 
Miasto w ruinie, potrzaskane mury,

Na chwilę wzdęte, wzburzone wód łona, —
Choć nie rozpadłe, chwiejące się góry,
Jakby trzęsienie ziemi
Przeszło pod niemi;

980 
Razem bezkształtnych przedmiotów tysiące

W dymach, płomieniach ciśniętych pod słońce,
Straszliwem zgliszczem świadczą, jak skończony
Szturm twierdzy, los jej rozpacznej obrony!
Wszystko zmieszane, z ziemskiego padołu,

985 
Jak race w niebo, wzleciało pospołu.

Niejeden człowiek rosły i barczysty,
Na piędź skurczony przez pożar siarczysty,
Z węglem, żarzewiem spadający społem,
Dolinę tylko posypał popiołem.

990 
Popiołem lały, jak deszczem, obłoki;

Wielu padało na głębie zatoki,
Co chłonąc szczątki tonące falami,
Swe wody w kręgi znaczyła zmarszczkami.
Ci na brzeg padli, lecz jak kiście śniegu

995 
Rozwiane, zrzadka polegli na brzegu.

Kto Grek, kto Turek? — darmo oczy śledzą,
Niechaj ich matki spojrzą i powiedzą!
Gdy jeszcze dziećmi w kolebce leżeli,
A każda matka z uśmiechem patrzała,

1000 
Jak śpi snem wdzięcznym jej dziecię w pościeli,

Wtenczas o dniu tym, co prochy ich ciała
Rozwiał na wiatry, żadna nie myślała!

Lecz dziś i matki — żal tylko zachodu —
Pewnoby swego nie poznały płodu,

1005 
Gdy w mgnieniu oka nie było i śladu

Człowieczej twarzy, ich kształtu i składu,
Prócz jednej kości i czaszki skruszonéj!
Napowrót spadał stos drew zapalony,
Sypał żarami, — kamienie gorące,

1010 
Spadając z góry, ogromnemi bryły

Z szumem głęboko w piasku się zaryły,
Jak zgasłe głownie, czarne i dymiące!
Słysząc to ziemi okropne wstrząśnienie,
Zniknęło każde żyjące stworzenie.

1015 
Ptastwo precz leci, zgłodniała psów kupa

Wyjąc odbiegła nietkniętego trupa;
Wyrwał się wielbłąd z rąk swego strażnika,
Wół jarzmo złamał i od pługa zmyka;
Koń w pole kopnął, rwąc kopytem ziemię,

1020 
Wlecze zerwaną poprzęgę i strzemię.[61]

I żaba z bagna wylazłszy nieśmiała,
Podwójnie dzikim głosem zaskrzeczała;
Wilk w gór wąwozach wył na paszczę całą,
Gdzie jeszcze echo jak piorunem grzmiało;

1025 
Szakal zdaleka przeraźliwie krzyczy,[62]

Jako pies bity, gdy z bólu skowyczy.
Orzeł na skale, spłoszony dymami,
Zrywa się, gniazdo okrążył skrzydłami,

Bliżej pod słońce lot pomyka w górę;

1030 
Pod nim się wlokły chmury czarne, bure,

A że w dziób orli ich dym dolatywał,
Orzeł, wciąż kracząc, co wyżej się zrywał,
Wyżej nad chmury, pod niebios błękity. —
Tak był zburzony Korynt i zdobyty.






Przypisy

  1. John Cam Hobhouse (1786—1869), późniejszy sławny parlamentarzysta angielski, był towarzyszem podróży Byrona po Grecji przez pierwszy rok (o czem napisał całe dzieło), autorem częściowym komentarzy do Childe-Harolda pieśni IV-ej, jednym z najlepszych przyjaciół poety.
  2. OBLĘŻENIE KORYNTU. »Wielka armja turecka (w r. 1715) pod dowództwem Pierwszego Wezyra, aby otworzyć sobie drogę do serca Morei i oblec Napoli di Romania, najważniejsze w tej okolicy miasto, uważała za najlepsze rozpocząć operacje atakiem na Korynt, do którego przypuszczono szereg szturmów. Ponieważ załoga już była osłabiona, komendant, widząc, że nie utrzyma się przeciw tak wielkiej przewadze, postanowił rozpocząć układy; lecz kiedy się umawiano o warunki, jeden z magazynów tureckiego obozu, gdzie było złożonych sześćset beczek z prochem, wyleciał przypadkiem w powietrze, przyczem zginęło sześćset czy siedmset ludzi; ten wypadek tak rozgniewał niewiernych, że nie chcieli uznać kapitulacji, lecz przypuścili szturm z taką wściekłością, iż miasto zdobyli i wycięli prawie całą załogę wraz z dowódzcą, Minottim. Reszta pod dowództwem Antoniego Bembo, nadzwyczajnego komisarza wojennego, dostała się do niewoli. (Dzieje Turków, Londyn 1719. III, 151).
    »Napoli di Romania nie jest obecnie najważniejszem miastem w Morei, lecz Tripoliza, gdzie rezyduje pasza i skąd rządzi. Napoli leży blisko Argos. Odwiedzałem wszystkie trzy miejscowości w latach 1810—11; i naturalnie, podróżując przez ten kraj od chwili mego przybycia w r. 1809, przekroczyłem Istmus ośm razy w drodze z Attyki do Morei, lub też w innym kierunku, poprzez góry, od zatoki ateńskiej do zatoki Lepanto. Obie drogi są malownicze i piękne, choć odmienne; ta, wzdłuż brzegu, jest więcej jednostajna, lecz ponieważ odbywa się zawsze tak, że widać ląd, a czasem nawet bardzo blisko, przedstawia wiele pięknych widoków wysp, Salaminy, Eginy, Poros i t. d. i samego wybrzeża lądu stałego« (B).
    Uwaga: Zarówno przekład Korsaka, jak i Morawskiego opuszcza wstęp, nie oznaczony żadną cyfrą rzymską, który, jakkolwiek napisany jeszcze w r. 1815 w dzień Bożego Narodzenia i przesłany do druku Murrayowi, ukazał się w druku dopiero w r. 1830, a na swojem dzisiejszem miejscu dopiero w r. 1832. Treść wstępu następująca: »W roku od czasu, gdy Chrystus za ludzi umarł, tysiąc ośmsetnym i dziesiątym, wesołą kompanją jechaliśmy poprzez kraj, płynęliśmy poprzez morze. O! wesoło było, wesoło! W bród przez rzeki, poprzez strome stoki gór, dzień w dzień nie dawaliśmy spoczynku koniom naszym; czyśmy spali w grocie, czy szałasie, sen słodko spływał na nas na najtwardszem łożu; czyśmy się kładli w twardej kapocie na twardszem jeszcze dnie naszej zwinnej łódki, czy wyciągaliśmy się na brzegu, siodła rozciągając jako poduszki pod nasze głowy, — budziliśmy się rano rzeźwo: wszystkie nasze myśli i nasze słowa były swobodne, byliśmy pełni zdrowia i pełni nadziei, że będziemy ponosić trudy i podróżować, ale że nie będziemy się smucić. Byliśmy różnych wiar i różnych języków: jedni z nas liczyli różańce, jedni należeli do kościoła, drudzy do meczetu, a inni — o ile się nie mylę — nie należeli ani tu, ani tam; a przecież szukać po świecie szerokim bardziej mieszanej, a bardziej wesołej kompanji.
    »Ale już nie wszyscy żyją; jedni odeszli, drudzy rozprószyli się i żyją samotni, a inni prowadzą życie rozbójników na górach co patrzą na doliny Epiru, gdzie Wolność jeszcze czasami zbiera się do czynu i płaci krwawo za Ucisku krzywdy; a jedni są w krajach dalekich, a drudzy są w domu, pełni niepokoju; lecz nigdy już, o! nigdy, nie spotkamy się, aby razem marzyć i razem się włóczyć po świecie swobodnie. A te wspaniałe dni przebiegły tak miło! A kiedy teraz płyną dni tak przykro, myśli moje, jak jaskółki, prześlizgują się po oceanie i niosą moją duszę z powrotem poprzez lądy i poprzez powietrze, — mnie, dzikiego ptaka i podróżnika. Ta podróż właśnie zawsze budzi moje natchnienie, i często, za często, błagam tych kilku, którzy mogą słuchać mojej powieści, aby poszli za mną w te strony. Obcy człowieku, czy chcesz pójść za mną teraz i usiąść ze mną na wierzchołku Akrokoryntu?«
    Do tego ustępu dodał Byron uwagę u dołu: »Ostatnie wiadomości, jakie miałem o Derwiszu (jednym z Arnautów, którzy mi towarzyszyli) mówiły, że należy do powstańców w górach, że dowodzi bandą, jedną z wielu, jakie powstają zazwyczaj w tym kraju w czasie zamieszek«.
  3. w. 10. Pieniąc się, cieką przeciwległe tonie — morze po obu stronach przesmyku Istmos.
  4. w. 14. Odkąd legł pierwszy brat Tymoleona — Tymoleon, który ocalił życie swemu bratu Tymofanesowi w bitwie, skazał go później na śmierć za dobijanie się do władzy tyrańskiej w Koryncie. — pierwszy w znaczeniu: jako pierwszy.
  5. w. 23. Akropolis — gród warowny miasta Koryntu, na wysokiej skale.
  6. w. 24. patrząc — zdanie czasowe wtrącone, wbrew składni polskiej mające inny podmiot niż zdanie z niem związane. Sens: gdy się na nie patrzy.
  7. w. 25. Cyteron (Kyteron), — pasmo gór na płn. od Eleusis.
  8. w. 26. zarazem — równocześnie.
  9. w. 28. Moślemin — muzułmanin.
  10. w. 31. spahy — tureccy posiadacze dóbr państwowych z obowiązkiem służby wojskowej.
  11. w. 36. skotopas — pasterz (skot — bydło). »Życie Turkomanów jest koczownicze i ma charakter patrjarchalny; mieszkają pod namiotami« (B.). (Prawdopodobnie nie ma tu na myśli Byron ustroju patrjarchalnego, lecz raczej porównanie z Pismem św.).
  12. w. 49. Dumniejszy wodza, gdy — niż wódz, gdy ten i t. d.
  13. w. 64. Alp. — Nazwa pochodzi prawdopodobnie od nazwy Mahometa Alp-Arslana (»Dzielnego Lwa«), z którą się mógł Byron spotkać w jakiemś dziele historycznem o Turcji. Przypominam naszego »Alfa« z Konrada Wallenroda.
  14. w. 82. w paszczy lwa. — Na szczycie schodów wiodących do pałacu dożów weneckich stał lew z otwartą paszczą, w którą składano anonimowe, niepodpisane skargi na obywateli; Rada najwyższa Wenecji wszystkie te skargi, często bezpodstawne, badała.
  15. w. 90. »Ali Kamurdży (tj. »syn wypalacza węgli drzewnych«), ulubieniec trzech sułtanów i w. wezyr Achmeta III, po odbiciu Wenecjanom w ciągu jednej kampanji Peloponezu, został śmiertelnie ranny, w następnej, prowadzonej przeciw Niemcom, w bitwie pod Piotrowarażdynem (na Karłowickiej równinie) na Węgrzech, w chwili gdy usiłował skupić swoje przyboczne gwardje. Umarł z ran następnego dnia (16 sierpnia 1716). Ostatnim jego rozkazem było ścięcie generała Breunera i innych niemieckich jeńców, a ostatnie słowa brzmiały: »O gdybym tak mógł postąpić z wszystkiemi chrześcijańskiemi psami« — słowa te i czyn godne Kaliguli. Był to młodzieniec pełen ambicji i nieograniczonej zarozumiałości; kiedy mu powiedziano, ze ks. Eugenjusz, dowodzący właśnie przeciw niemu, jest »wielkim wodzem« rzekł: Będę jeszcze większym, i to właśnie jego kosztem« (B.).
    Ks. Eugenjusz Sabaudzki († 1736) w służbie cesarza niemieckiego, Józefa I. Habsburga, odniósł kilka sławnych zwycięstw nad Turkami.
  16. w. 101. sto lat już temu!... — wypadek opowiadany zdarzył się w 1715 r.
  17. w. 148. Lancioto — dawne imię Alpa za czasów pobytu w Wenecji.
  18. w. 162 i n. wyrwawszy z muzułmanów dłoni — Wenecja rozpoczęła podbój Morei w r. 1685, zakończyła w r. 1699. Oswobodzenie Wiednia przez Sobieskiego nastąpiło 12 września 1683, zdobycie Budy przez ks. lotaryńskiego Karola w rok potem.
  19. w. 166. Patras — główny port wojenny na zachodniem wybrzeżu Grecji, główne miasto prowincji Elida (70 mil na płd. zach. od Koryntu).
  20. w. 174. wietrzna — płocha. Menelaja żona — Helena, która opuściła dom swój, Spartę, położoną właśnie w Peloponezie (Morei), i stała się przez to przyczyną wojny trojańskiej.
  21. w. 189 dodany przez tłumacza.
  22. w. 211. Złote księżyce — półksiężyce wyhaftowane na sztandarach.
  23. w. 214. stęskniony do stada — dodatek tłumacza.
  24. w. 223. strunę arfy — rozpięta na dachu arfa o 2—3 strunach, z której wiatr, potrącając, wydobywa przeciągłe tony; w Angiji w owym czasie dość często spotykana.
  25. w. 226. choć mur twierdzy gruby — dodatek tłumacza.
  26. w. 233. w oryg.: »wstydząc się tego dziwnego uczucia, jakie stwarzało ustawanie pulsu«.
  27. w. 235. cudzoziemca — człowieka obcego.
  28. w. 270—71. W oryg.: »zazdrościli mu nawet tej sławy pełnej fałszu, którą zdobył sobie pod mianem muzułmańskiem, gdyż był on, ich najpotężniejszy wódz, jednak w młodości gorzkim Nazareńczykiem.
  29. w. 272. duma jak działa zapędnie — W oryg.: »do czego się duma poniży«.
  30. w. 315. Lepanty zatoka — zatoka Lepanto, na zachód od przesmyku Korynckiego.
  31. w. 317. z Delfickiej góry — z Parnasu w Focydzie, na którego stoku leżą Delfy.
  32. w. 341. konającego uśmiech Spartanina — Leonidasa i jego zastępów, ginących w Termopilach.
  33. w. 380. Morze tam ciche — »Czytelnikowi nie trzeba przypominać, że na Morzu Śródziemnem niema dostrzegalnego przypływu i odpływu« (B). — jak jeziora łoże — jest dodatkiem tłumacza, na miejsce określenia oryg.: »toczy się wiecznie bez zmiany«.
  34. w. 399. samopał — strzelba o dużym kalibrze, w której proch zapalano nie zapomocą uderzenia kurkiem (względnie skałką), ale zapomocą lontu.
  35. w. 401. strzelba — strzelanina.
  36. w. 414. »Widowisko podobne do tego, które opisałem, widziałem pod wałami Seraju w Konstantynopolu, w małych grotach wydrążonych przez fale Bosforu w skale, która wąskim tarasem rozciąga się między murem a morzem. O ile sobie przypominam, ten fakt znajduje się także w Podróżach Hobhouse’a. Ciała należały prawdopodobnie do zbuntowanych Janczarów« (B.).
  37. po w. 418 opuścił tłumacz dwa wiersze (do pewnego stopnia słusznie, gdyż zawierają ten sam obraz, co wiersze poprzednie): »tak dobrze najadły się — po długim poście — ciałami tych, co padli, aby dać im na dzisiejszy wieczór ucztę«.
  38. w. 424. »Ten kosmyk, albo długi lok, pozostawiają muzułmanie na głowie, z przesądu, że Mahomet wciągnie ich przy jego pomocy do raju« (B.).
  39. w. 471. po kości słoniowej — po klawiszach fortepianu.
  40. w. 477. Do tego wiersza uwaga Byrona: »Muszę się tu przyznać do bliskiego, jakkolwiek mimowolnego, podobieństwa w tych ostatnich 12 wierszach do ustępu z niewydanego jeszcze poematu p. Coleridge’a, pod tyt. Christabel. Dopiero po napisaniu tych wierszy słyszałem, jak deklamowano ten dziwny, nadzwyczajnie oryginalny i piękny poemat; rękopis tego utworu zobaczyłem po raz pierwszy dopiero niedawno, przez grzeczność samego p. Coleridge’a, który, jak myślę, jest przekonany, że ustęp mój nie jest samowolnym plagjatem. Sam pomysł niezawodnie jest własnością p. Coleridge’a, którego poemat powstał jeszcze przed 14 laty. Pozwalam sobie zakończyć tę uwagę wyrażeniem nadziei, że nie będzie dłużej zwlekał z wydaniem tego poematu, co do którego ja mogę tylko dodać moją skromną odrobinę pochwały do poklasku znacznie więcej kompetentnych sędziów« (B.).
    Podobieństwo pomysłu jest pewne, choć nie tak bardzo znaczne. Christabel krążyła w odpisach od r. 1802; pozostała zawsze fragmentem, wydanym dopiero w r. 1816.
  41. w. 508. rąbkiem — koszulą.
  42. w. 511. kosy — warkocza.
  43. w. 517. przychodzę z mogiły — Korsak, zasuggerowany wiadomością, wynikającą z dalszego ciągu tekstu, tłumaczy I come from my rest (t.j. przychodzę z miejsca mego spoczynku) — »z mogiły« i w ten sposób stwarza nieistniejącą u Byrona niekonsekwencję, że Alp bierze marę za rzeczywistość; przytem rozprasza się zupełnie tajemniczy nastrój, jaki panuje w poemacie Byrona. Pozatem cały ten ustęp jest przepięknem w rytmie i wierności tłumaczeniem. Druga przemowa (od w. 583—606) nie jest już tak wierna w oddaniu rytmu, i wogóle w swojej rytmicznej budowie jest jakgdyby pierwszym rzutem, który Korsak dopiero później miał wykończyć, gdyż w przeciwieństwie do wielkiej rytmiczności jego przekładów ustęp ten ma silne usterki pod tym względem.
  44. w. 546. skorpjonów biczem — biczem w którego rzemienie były wplecione skorpijony, opatrzone kolcem, wydzielającym truciznę śmiertelną dla człowieka — lub też biczem zaopatrzonym w haczyki, nakształt zakrzywionych kolców skorpjonów.
  45. w. 575. Równie figury malowane w sieni — postaci na gobelinach, zawieszanych wzdłuż ścian dla ochrony przed wilgocią; w sieni — w hali wchodowej, która w dworach i zamkach angielskich jest zarazem miejscem pierwszego przyjęcia lub mniej ceremonjalnych przyjęć wogóle.
  46. w. 589. nie ziemi — nie dla ziemi, która przeminie, ale dla nieba.
  47. w. 600. Do tego wiersza uwaga Byrona: »Mówiono mi, że pomysł tego i następnych pięciu wierszy był przedmiotem podziwu osób, których pochwałę bardzo sobie cenię. Cieszy mnie to wysoce; ale to pomysł nieoryginalny, przynajmniej nie mój własny; znacznie lepiej wyrażony można znaleźć na stronie 182—4 angielskiego wydania Vatheka (nie pamiętam dokładnie strony wydania francuskiego), dzieła, o którem już raz wspominałem, a do którego nigdy nie wracam, którego nigdy nie czytam bez uczucia wdzięczności za każdym razem«.
  48. w. 615. poślubić, — przysiąc, złożyć ślub.

  49. w. 652. zbiega — tych, którzyby chcieli ujść żywcem z miasta zdobytego.
  50. w. 723. Megara — miasto na drodze z Aten do Koryntu.
  51. ww. 738—9 dodane przez tłumacza.
  52. w. 764. przy obronie szańców — w oryginale in the strait, w cieśninie Dardanelskiej. Do tego wiersza uwaga Byrona: »W bitwie morskiej między Turkami a Wenecjanami u wejścia do Dardaneli«.
  53. w. 767. ludzkie stugłowy. — W oryg: a human hecatomb, dosłownie: ludzkie hekatomby (ofiary ze stu wołów). Po angielsku brzmi to powiedzenie niezręcznie, Korsak przetłumaczył doskonale, bo »stugłowy«, nie tracąc swego znaczenia krwawej ofiary, nie wywołują wrażenia błędu myślowego.
  54. po w. 838 opuszczono w przekładzie sześć wierszy oryg.: »Błysk jakby ognia mignął mu w oczach, kiedy się pochylał, aby się więcej nie podnieść, a potem wieczysta ciemność zapadła w całem jego drżącem ciele; nie zostało nic z życia, z wyjątkiem drgania, które jak lekki dreszcz jego członki przebiegało«.
  55. ww. 847—9. W oryg.: »odszedł niezaopatrzony, bez nadziei w pomoc Miłosierdzia, do końca będąc odstępcą«.
  56. W tłumaczeniu znać lekki wpływ Hamleta, I, 4 (spotkanie Hamleta z duchem ojca).
  57. w. 927. W oryg.: »leżały tam trupy pod spodem i trupy na wierzchu«. Odnosi się to do dawno zmarłych i do tych, którzy padli w ostatniej bitwie.
  58. w. 932. sklepy — sklepienia grobowe.
  59. w. 953. miąższy — gruby, masywny; tu: szczerozłoty (nie pozłacany.)
  60. w. 955. poranu — rano, przy rannej mszy; czerwienił — własnowolna zmiana obrazu przez tłumacza, który widział wino, przemienione przez kapłana w krew Chrystusa Pana, jako czerwone.
  61. w. 1020. poprzęga — dziś: popręg lub popręga, pas przytrzymujący siodło.
  62. w. 1025—6 w oryg.: »Zgraja szakali złączonem wyciem szczekała zdaleka żałośliwie, niezgranym i żałobnym dźwiękiem, jak płaczące dziecko lub obity pies«. Do tego wiersza uwaga Byrona: »Zdaje mi się, że pozwoliłem sobie na licencję poetycką, przenosząc szakale do Europy z Azji. W Grecji nie widziałem ani nie słyszałem tych zwierząt; ale w ruinach Efezu słyszałem ich setkami. Mieszkają w ruinach i włóczą się za wojskami«.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: George Gordon Byron i tłumacza: Julian Korsak.