Antygona (tłum. Morawski)/Całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sofokles
Tytuł Antygona
Data wydania 1939
Wydawnictwo Biblioteka Narodowa
im. Ossolińskich
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Kazimierz Morawski
Tytuł orygin. Ἀντιγόνη
Źródło Skany na Commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
Nr 1BIBLIOTEKA NARODOWASeria II





SOFOKLES

ANTYGONA

PRZETŁUMACZYŁ I OPRACOWAŁ
KAZIMIERZ MORAWSKI


WYDANIE SIÓDME



LWÓW
WYDAWNICTWO ZAKŁADU NARODOWEGO IMIENIA OSSOLIŃSKICH



DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI W KRAKOWIE


WSTĘP

I

POCZĄTKI TRAGEDII GRECKIEJ

Słowo tragedia pochodzi z greckiego języka, jako że rodzaj ten poezji tam się urodził, rozwinął i przez Greków wprowadzony został do piśmiennictwa. Jeżeli śledzić będziemy składniki tego wyrazu tragoedia, przekonamy się, że tkwi w nim rzeczownik tragos i drugi ode. Pierwszy jest nazwą kozła, drugi oznacza pieśń, a więc tragoedia należałoby tłumaczyć przez koźla pieśń lub śpiew kozłów. Wyraz ten pewien dziw w nas wywołać może, ale zarazem naprowadzić nas na wyjaśnienie, zrozumienie zawiązków piśmienniczego rodzaju. Niewątpliwie wypłynął on z chóralnych pieśni śpiewanych na cześć bóstwa. Takie pieśni rozbrzmiewały u Eolczyków w Azji Mniejszej i u doryckiego szczepu na Półwyspie Peloponeskim. Wielbiono w nich różne bóstwa, a między innymi często koleje i potęgę Dionizosa, boga winogradu i w ogóle przyrody, która rokrocznie budzi się do życia i napełnia człowieka radością i szałem, a potem zamiera, aby naturę i dusze ludzkie zanurzyć w żałobie i czarnej powłoce. To bóstwo opiewano tedy częstokroć w tej chórowej liryce; jeden śpiewak mógł się przy tym przybrać w szaty i wygląd samego boga, inni zaś, uosabiający siły twórczej płodności przyrody, występowali jako jego swawolni towarzysze, w koźlich skórach, zdartych ze zwierzęcia znanego ze swej lubieżności i rozpusty. Wyrażono wątpliwość, czy kozły-satyrowie byli pierwotnym orszakiem boga Dionizosa, i twierdzono, że w dawnych czasach występował on raczej wśród konio-ludzkich sylenów. Myślano tedy, że tragos dlatego może dostał się do nazwy tragedii, iż w dawnych wiekach chłopi, często w ubraniu z koźlej skóry, sławili w śpiewach chóralnych przy uroczystościach bohaterów narodowych. Tych chłopów od ich ubioru nazywano może pogardliwie tragoi.
Pieśni te mogły ulegać pewnym odmianom; wobec chóru mógł jeden z jego uczestników wyodrębnić się i zespół przerwać i urozmaicić swoją przemową, jak to widzimy w jednej pieśni poety Bakchylidesa. Albo też treść całej pieśni mogła zboczyć na inne przedmioty. Herodot opowiada, że w Sycjonie opiewano w chórach losy dawnego króla Argosu, Adrastosa. Pieśń więc wyłamywała się w ten sposób z chwalby bogów i wkraczała w dziedzinę podań o bohaterach narodu. Były w tym zawiązki późniejszych rozwojów.
Lecz dopiero w Atenach otrzymały one bierzmo na dalszą świetną przyszłość. W połowie szóstego wieku przed Chr., od roku 560, zawładnął Pizystrat nad Atenami; jego demokratyczne rządy troszczyły się wybitnie o duchowy postęp i umysłową cywilizację. Między innymi podniósł on kult boga Dionizosa, wielbionego przez chłopów, do rzędu uroczystości państwowych; Dionizja Wielkie, święto dionizyjskie obchodzone na pograniczu marca i kwietnia, stało się odtąd wielkim świętem, zyskującym z biegiem dziejów ciągle na świetności. Śpiewano tu, oczywiście, hymny, tj. tak zwane dytyramby, na cześć Dionizosa, który obok Apollina stał się również bóstwem ludzi umysłowo wybitnych, poetów wielbiących przeszłość, uszlachetniających teraźniejszość lub dających wreszcie rady i snujących wróżby na przyszłość. Wieść głosi, że w 534 roku przybył do Aten niejaki Tespis z sąsiedniej, pełnej winnic wioski Ikarii i wystąpił przy obchodzie dionizyjskim, zmieniając go równocześnie; wobec chóru satyrów, śpiewającego o bóstwie, wszczął on z nim rozmowę i wygłaszał swe przemowy w jambach, mierze używanej dotąd szczególnie przez jońskich poetów do opowieści. A więc dorycko-eolska pieśń chóralna zawarła tu śluby z jońskimi jambami, i to było hasłem do narodzin dramatu.
Dramat oznacza działanie (od dran = działać); aby dramat mógł powstać, musieli chórzyści i człowiek, który z nimi rozmawiał, nie ograniczać się do chwalby boga i opowieści o jego kolejach, ale utożsamiać się z nim i jego towarzyszami, przedstawiać sceny z jego życia i losów. I wkrótce odpadło także inne ograniczenie, które mogło hamować dalsze rozwoje. Jeżeli już w Sycjonie opiewano w dytyrambach Adrastosa, to teraz częściej się zdarzało, iż treść do obchodów brano z podań heroicznych narodu, chociaż one z kultem Dionizosa mało miały lub nie miały żadnego związku. Podania o bohaterach stały się tedy głównym źródłem natchnień dla rodzącego się dramatu, mimo utyskiwań tych, którzy biadali nad obluźnieniem związku z bóstwem, i mimo żalów ludzi skarżących się, iż w nowych utworach nic do Dionizosa się nie odnosi. W rzeczy jednak samej, chociaż osnowa pieśni i przemów była inna, związek z Dionizosem pozostał. Bo przedstawienia teatralne nie były nigdy powszednich dni rozrywką, lecz obchodem związanym ze świętem boga, ku jego czci wyprawianym, co się nawet w tym objawiało, że kapłan najwyższy Dionizosa miał zapewnione główne i zaszczytne siedzenie przy widowisku. I chociaż chór, towarzyszący już najczęściej nie Dionizosowi, lecz heroom przeszłości, wyzbył się swych koźlich zawojów i występował na przemian w szatach starców lub nawet niewiast, niemniej zachował on namaszczenie sakralne i co chwila w pieśniach swych do bogów się zwracał, czy to z prośbą, czy też z dziękczynieniem i chwalbą ich majestatu, mądrości i dobroci.
O tych dawnych pieśniach i zaczątkach dramatu głuche tylko nas doszły wieści; szczątków ich nie posiadamy. W następnym zaś wieku z tych skromnych zawiązków miał się rozwinąć wspaniały kwiat tragedii, która przeżyła w obrębie jednego stulecia pęd ku doskonałości, szczyt rozwoju, i upadek i zanik bujnej twórczości. A te zawiązki wpłynęły zarazem na ukształtowanie dramatu w doniosłej mierze. Nasza tragedia jest mówiona albo deklamowana; w starożytnej liryczne części chór śpiewał, przez co dramat zbliżał się do naszej opery. Ponieważ zaś te chóralne części były starszą częścią, do której dopiero z biegiem czasu przystąpiły jamby «odpowiadacza», przeto też śpiew przeważał w pierwotnej tragedii o wiele nad partiami mówionymi.
Dopiero dalsze rozwoje ograniczyły tę przewagę chóru; z drugiej zaś strony śpiew także odzywał się niekiedy ze sceny. Wśród zawodzeń żałobnych, częstych w tragedii, aktorzy śpiewali niekiedy na przemian z chórem (kommos), a nawet zdarzało się, że aktor śpiewał piosenkę (monodia), lub że — kiedy kilku aktorów pojawiło się z czasem obok chóru — dwóch z nich poczynało przyśpiewywać do siebie i rozmawiać ze sobą w duecie. Wszystko to wyodrębniało więc dramat starożytny od naszego, a było spuścizną i rodzajem przeżytku pierwotnych rodzaju tego zawiązków. Były wreszcie jeszcze inne cząstki, mówione wprawdzie, nie śpiewane, ale wygłaszane z pewnym wyższym nastrojem i naciskiem, pewną deklamacją; w takich partiach instrument muzyczny, a mianowicie głos fletu, wtórzył deklamującym. A poza śpiewem inna sztuka uświetniała nadto przedstawienia, mianowicie taniec. Że chór wykonywał pewne miarowe ruchy przy swoich występach, o tym wątpić nie można; lecz prócz tego słyszymy stanowczo, że pieśniom gwałtownego, radosnego nastroju towarzyszył taniec. Niewątpliwie te wszystkie przydawki i ozdoby dramatu rozwinęły się do doskonałości dopiero z postępem czasu; stworzyły one obchód o wysokiej, wyszukanej uroczystości, która miała czcić bogów, a ludzi odrywać od dnia powszedniego szarzyzny, pouczając ich zarazem, że poezja i sztuka zdołają ich wywyższyć i wyzwolić od trosk i zwątpienia, które tak często nękają śmiertelników.


II
WIEK PIĄTY przed Chr. EPOKĄ TRAGEDII

W piątym stuleciu rozwinęła się tragedia, osiągnęła najwyższy stopień, i przygasła. Miejscem jej rozwoju były Ateny, które teraz doszły do szczytu swego znaczenia i potęgi. Muzy wszelkie otoczyły i ozdobiły te czasy swoją łaską i dziełami, także zaś muza tragedii. Eschyl (Ajschylos) stworzył właściwie i wykształcił ten rodzaj dramatyczny, Sofokles udoskonalił, wreszcie Eurypides doprowadził w nim namiętności do szczytu napięcia i rozbił jego formy uświęcone, a tym przyśpieszył upadek. Od 480 r. mniej więcej możemy ten rozwój dokładnie śledzić, od pierwszych występów Eschyla aż do zgonów Sofoklesa i Eurypidesa w roku 406. Mamy z twórczości tych poetów dużo ułamków i 32 sztuki zupełne, posiadamy mianowicie 7 sztuk Eschyla, 7 Sofoklesa i 18 po ostatnim z tragików. Pozostałość to dosyć nikła wobec ich wielkiej twórczości, bo każdy z nich przedstawił na scenie ateńskiej około stu sztuk, Sofokles aż 123.
Wielka ta bujność w tworzeniu zaczęła się bezpośrednio po wojnach perskich, po wielkich zwycięstwach Greków, przeważnie Ateńczyków, pod Maratonem, Salaminą, Plateami. Czy te tryumfy orężne nastroiły tak dusze, rzuciły w nie swe ożywcze natchnienia? Tak by się mogło wydawać; dziś jednak nowożytne niektóre narody czekały na próżno po swych przewagach orężnych na podobne objawy w piśmiennictwie.
Tragedia ta ateńska wkraczała rzadko w dziedziny bliskich, współczesnych dziejów. Słyszymy, że poprzednik Eschyla, Frynich, przedstawił w roku 494 na scenie Upadek Miletu, klęskę Jonów i Aten, poniesioną właśnie w tym roku z ramienia Persów; tenże sam Frynich po zwycięstwach, które powetowały tę klęskę, napisał w r. 476 Fenicjanki (Fenicjanki opłakują zgony swych mężów i braci na okrętach rozgromionych Persów); podobnie Eschyl w Persach z r. 472 sławił tryumfy Aten, wyprowadzając na scenę wrogów biadających nad swym poniżeniem. Ale to były dosyć rzadkie objawy. W ogóle tragedia grecka brała swe przedmioty i czerpała swe natchnienia raczej z bajecznych podań o heroach zamierzchłej przeszłości. Była ona więc do pewnego stopnia historyczna, o tyle, że ci dawni bohaterowie uchodzili za przodków późniejszych Hellenów, których jednak odległość i mgła baśni wywyższyła do jakiejś nadludzkiej wysokości. Podania te były znane szerokim warstwom, każdy Grek zżył się z nimi od młodu; zadanie poetów w tym względzie było ułatwione, że nie potrzebowali wynajdywać i urabiać nowej dla swych dramatów osnowy, o tyle jednak trudne, że bodziec ciekawości, jak się fabuła rozwinie, odpadał u widzów, i potrzeba było wielkiej sztuki poety, aby zręcznym opracowaniem znanej powszechnie treści, nowymi odcieniami i osobistymi wymysłami w jej ukształtowaniu ciekawość utrzymać w naprężeniu.
Wrażliwość atoli widza nie była, jak w nowszych bywa czasach, zużyta ani stępiona częstymi, codziennymi przedstawieniami teatralnymi. Bo w piątym wieku tylko w dni wyjątkowe, odświętne, pojawiały się tragedie, a więc przy Wielkich Dionizjach wiosennych. Od Eschyla czasów trzy dni tego święta, po sobie następujące, były przeznaczone dla wystawiania tragedii. Występowało mianowicie trzech poetów, każdy z trzema nowymi sztukami, związanymi w trylogię. Pierwotnie te trzy sztuki były treścią i wątkiem z sobą związane; później, od Sofoklesa czasów, zapanował zwyczaj, że na trylogię mogły się składać sztuki nie spojone z sobą jedną i tą samą fabułą, a więc zaczerpnięte z rozmaitych odrębnych zakresów podania. Ponieważ zaś było potrzebą umysłowości helleńskiej, aby po wstrząsających wrażeniach tragedii dzień się kończył weselszym nastrojem, przeto do trylogii dodawał każdy poeta dramat satyrowy, w którym chór swawolnych demonów przyrody, o ludzkiej postaci i pewnych koźlich znamionach, otaczał osoby bogów lub dawnych bohaterów, nakreślone nieco powszedniej i humorystycznie, przekomarzał się z nimi i żartował. Coś więc z pierwotnego dionizyjskiego nastroju, jakby odgłos tych zabaw i igraszek, z których się kiedyś dramat począł i narodził, zachowało się w tym końcowym widowisku. My z całego zasobu tych sztuk satyrowych posiadamy dziś tylko dosyć bezkrwistego Cyklopa Eurypidesa i znaczniejsze urywki z Tropicieli Sofoklesa. Widz przeto przez trzy dni z rzędu przypatrywał się w teatrze dwunastu sztukom. Ponieważ zaś każda trwała około dwu i pół godzin, i więcej, przeto wytrwać mu przyszło dziennie ok. 12 godzin na wchłanianiu w siebie dramatycznych wrażeń. Wytłumaczyć to można rzadkością i wyjątkowością takich obchodów, nastrojem religijnym, który im towarzyszył, wypływającą z takich urządzeń świeżością, i siłą wrażliwości. Posiłki przynoszono niewątpliwie ze sobą z domu; południowi ludzie objawiają w teatrze daleko większą swobodę i żywość ruchów, zachowania się, prostotę, niż sztywniejsza, znużona dzienną pracą lub znudzona dziennym lenistwem publiczność naszych teatrów. Przy drugiej, mniejszej uroczystości Dionizosa, obchodzonej w styczniu, były także przedstawienia, ale nacisk kładziono na komedie, a tragedia występowała ubocznie, tak jak w drugiej połowie piątego wieku wprowadzono także komedie na Dionizja Wielkie, po dniach dla tragedii przeznaczonych.
Po majaczeniach dziecięcych nowego rodzaju za Pizystrata w szóstym wieku, znajdujemy tragedie w pełnym rozkwicie w następnym. Przed rokiem 476 drugi aktor stanął obok chóru, i to ożywiło już znacznie akcję; w r. 465 przystępuje trzeci do dotychczasowej pary. Do tej liczby, skromnej wobec naszych stosunków, tragedia się ograniczyła, ale z trzema aktorami, którzy rozmaitych ról podejmować się mogli w jednej i tej samej sztuce, nabyła ona jednak pewnej swobody ruchów i urozmaicenia. Dwie najstarsze z zachowanych sztuk Eschyla, Błagalnice i Persowie, robią na nas jeszcze wrażenie oratoriów, w których chór przeważną gra rolę. W roku 458 wystawia on swą potężną Oresteję; jedyna to trylogia, która się nam zachowała ze starożytności. Obok niego występował już od roku 468 Sofokles z tragediami, aby odtąd puszczać się w zawody ze starszym mistrzem, a następnie z młodszymi przez lat długi szereg. Bo w roku 455 zjawia się pierwsza tragedia Eurypidesa na scenie ateńskiej.
Zaprawdę, zawody między takimi ludźmi i talentami były świetne i obfite w plony bogate. Albowiem o współzawodnictwie w ścisłym tego słowa znaczeniu myśleć i mówić wypada. Zmagania sił i talentów, gonitwa za zwycięstwem i pokonaniem rywala, ta agonistyka czyli walka, która była cechą znamienną greckiego życia i społeczności, dosięgła także teatru.
Poeci, którzy chcieli przy Dionizjach wystawić swe utwory, przedkładali je pierwszemu archontowi Aten z prośbą o dopuszczenie sztuki i przyznanie im chóru. Archont trzem poetom, których postanowił dopuścić, przyznawał każdemu osobnego chorega, czyli kierownika chóru, który wyszukiwał chórzystów w swoim powiecie i musiał dbać o ich wyuczenie i stosowne zaopatrzenie w żywność i ubiory. Godność chorega była ciężarem spadającym jako podatek na zamożniejszych, których w razie powodzenia czekała chwała zwycięzcy. Tragedia potrzebowała 12, następnie 15 członków chóru. O aktorów tymczasem troszczyło się państwo, które urządzało widowiska. Losem przydzielał ich poetom archont, każdemu poecie po aktorze, następnie po dwóch, wreszcie zaś trójkę. Po należytym przygotowaniu chóru i aktorów następowały trzydniowe przedstawienia. Pięciu sędziów wylosowanych wydawało po ich odbyciu swe wyroki; trzy stopniowe nagrody oznaczały wielkie, średnie lub najmniejsze powodzenie trylogii. Poecie nadto przyznawano osobną nagrodę w pieniądzach. Sąd tych krytyków zależał, oczywiście, w wielkiej mierze od sposobu przyjęcia sztuk przez widzów, a cała walka z pewnością i poetów i widzów w namiętnym utrzymywała naprężeniu.
Nie ten jeden rys wyłącznie odróżnia teatr starożytny od nowożytnego. Przypomnieć przede wszystkim należy, że przedstawienia odbywały się pod gołym niebem, u południowego podnóża Akropolu w Atenach. Koliste miejsce, zwane orchestra, służyło pierwotnie za miejsce gry i ruchów zarówno dla aktorów, jak i chórzystów. Z biegiem czasu wystawiono na pewnym miejscu obwodu tego koła namiot (skene) na przybory i zarazem dla przebierania się aktorów. Gra ostatnich zaczęła się tedy kupić w bliskości namiotu, aż ostatecznie do tego doszło że pewien odcinek koła odgraniczono stale jako scenę (tak samo nazywaną skene) od reszty koła i przeznaczono dla aktorów, ową resztę zaś, ściślejszą orchestrę, dla tańców i ewolucyj chóru. Miejsca dla widzów wznosiły się teraz naokoło orchestry, stopniowo, na naturalnym pagórku; zadowalano się rusztowaniami i siedzeniami z drzewa przez cały wiek piąty. Dopiero w czwartym porwano się na zbudowanie stałych kamiennych siedzib dla widzów i na wykonanie sceny z ozdobniejszych, trwałych materiałów.
Scena ta już w piątym wieku była zapewne wywyższona ponad poziom orchestry. Ale aby artystów na niej występujących jeszcze powiększyć, zrównać z wyniosłymi postaciami podania, wypychano ich ubiory do pokaźniejszych rozmiarów, nakładano im na głowy wysokie peruki, wreszcie kazano stąpać w tragedii na dużym obuwiu, tzw. koturnach. Bardziej nas zadziwiają maski, nieodłączne od aktora starożytności. Wszelka gra twarzy, oczu, była przez to wyłączona. Za to wypływała stąd pewna jednolita typowość postaci występujących na scenie. A zresztą subtelna gra twarzy przed tysiącami widzów byłaby uszła niepostrzeżenie. Przypuszczano także, że maska zapewniała pewne korzyści, a głos przechodzący przez otwór w masce stopniował się i rozbrzmiewał donioślej. Maski wreszcie były już i dla tego powodu niezbędne, że role kobiece odgrywali w Grecji i Rzymie mężczyźni, a kobiety nawet na miejsca widowni tylko z pewnymi ograniczeniami dopuszczane bywały.
Pod gołym niebem więc grano, i pod gołym niebem, przed mieszkaniami ludzi lub bogów, rozgrywały się sceny dramatu. Zwykle ściana w głębi sceny (proskenion) wyobrażała jakiś pałac książęcy. Kurtyny nie było między sceną a widownią; dlatego też zmiany dekoracyj były utrudnione i rzadkie. Słynna «jedność miejsca», tak niegdyś sławiona przez uczonych, miała swe przyczyny po części w tym niedomaganiu technicznym. Trudno też było uwidocznić widzom to, co we wnętrzu pałacu się stało lub działo. Zwykle «mowy posłańców» to opowiadały; niekiedy zaś wytaczano na scenę jakiś pokład na wałkach (ekkyklema), który przedstawiał widzom izbę i to, co we wnętrzu domu czy pałacu się wydarzyło.
W każdym razie ten teatr i ta scena pod gołym niebem wyłączały w pewnej mierze przenikanie skrytek i odcieni duszy przez poetę, skłaniały go do typowości w charakterach, określania ich raczej stanowczymi i ogólnymi rysami, a po części te same również przyczyny złożyły się na to, że na familijny dramat ludzi codziennych i współczesnych starożytność zdobyć się nie umiała. Do tego wszystkiego potrzebne to, co polski język tak pięknie oznacza przez wyrazy: pokój i odosobnienie. Progi domostwa przekroczyła, lub raczej tajniki domu wytoczyła na ulicę, komedia hellenistyczna i farsa.
Aktor tragedii nie mógł się tak wywnętrzać, jak człowiek występujący w nowożytnym dramacie, bo najczęściej znajdował wobec siebie ludzi obcych, tj. chór. Dlatego też w tragedii starożytnej Grecji monologi są tak rzadkie, te spowiedzi duszy przed samym sobą i zarazem widzami.
To zaś wspomnienie chóru nasuwa nam uwagi o wewnętrznym układzie tragedii starożytnej. Chór w tragedii — to widz i świadek kolei bohatera, współczujący z nim, wysnuwający z jego przeżyć rozważania o życiu ludzkim i stosunku człowieka do bóstwa. Sztuka każda dzieli się na części mówione, dialogiczne, i części śpiewane, chórowe. Przy pierwszym swoim zjawieniu się, które najczęściej wyprzedza krótka partia dialogiczna, śpiewa chór pieśń marszową (parodos), do której anapesty szczególnie się nadawały; ostatnie śpiewy chóru nazywają się wyjściem (exodos). Wątek sztuki, tj. działy dialogu, przerywa nadto chór pieśniami, które się nazywają stasima, dlatego, że przy tych śpiewach zajmuje już chór przeznaczone dla siebie stanowisko w orchestrze. Te chóralne pieśni członkują całą sztukę na pojedyncze cząstki; stąd wypłynął w naszych dramatach, pozbawionych chóru, podział na akty. Chór grecki w rozmaity odzywał się sposób: czasami śpiewał społem, czasami rozdzielał się na dwie połowy, odzywające się na przemian, w innych razach dawał się słyszeć głos pojedynczy przewodnika chóru, czyli koryfeusza.
Partie zaś mówione przez aktorów dzieliły się na prolog i tzw. epizody lub epeisodia. Prologiem zwie się cząstka (zwykle dialogiczna) sztuki wyprzedzająca pierwsze pojawienie się chóru; epizody dosłownie oznaczają przystępowanie aktora do chóru. Ponieważ podczas śpiewów chóru znikał aktor przeważnie ze sceny, więc od każdego jego pojawienia się ponownego rozpoczynał się nowy w sztuce epizod, a szereg takich scen stanowił właściwy wątek tragedii i naprzód ją posuwał.
Miary wierszowe w chórach zastosowane były różnolite; przypominają one bogactwo form liryki greckiej. Że chórowa liryka dorycka wpłynęła na powstanie tragedii, poucza nas także język tych chórów, w którym lekka przymieszka form gwary doryckiej jest jakby cechą znamienną, z łona macierzystego wyniesioną. W dialogu tymczasem tragedii panuje wiersz sześciostopowy, złożony z jambów.


III
SOFOKLES

Życie postawiło go pomiędzy Eschylem i Eurypidesem, a było długie, bo wypełniło prawie cały wiek piąty, między rokiem 496 a 406. Przypadło więc na czasy tryumfu Aten nad perską potęgą. Piętnastoletni chłopiec przewodził z lirą w ręku chórowi chłopców sławiącemu w r. 480 świeże zwycięstwo pod Salaminą. Eschyl zaś był niegdyś wśród żołnierzy, którzy piersią swą osłonili Ateny, a wyżej nad swe zwycięstwa dramatyczne cenił on sobie to, że bił się pod Maratonem.
Urodził się Sofokles w r. 496, z zamożnych rodziców, w okręgu Kolonos (później przez niego sławionym) pod samymi Atenami. I miasta tego nigdy samowolnie na dłuższy czas nie opuścił. Różni się on tym od starszego mistrza, Eschyla, którego tytaniczna natura wygnała kilkakrotnie na obczyznę, gdzie ostatecznie śmierć znalazł, i od młodszego Eurypidesa, który również, podniecony jakimś wewnętrznym niepokojem, a może nieporozumieniami w ojczyźnie, do Macedonii się udał i na północy życia dokonał. Sofokles był ugodnym, zgodnym i zestrojonym człowiekiem, co objawia się w jego niewzruszonym przywiązaniu do ojczystego miejsca i otoczenia, wśród którego działał i dożył później starości.
Stoi on jako ogniwo pośredniczące w literaturze między Eschylem i Eurypidesem. Od obydwóch uczył się niejednego, na starszego i młodszego wpływał też nawzajem. Nie ma jednak tych gwałtownych, tytanicznych porywów, co Eschyl, tego namaszczenia kapłańskiego i prawie proroczego, które się w myślach i potężnych słowach starszego mistrza objawia. Z drugiej zaś strony ustrzegł się sceptycyzmu, racjonalizmu, toczącego u Eurypidesa dawną wiarę, przekonania, spuściznę. Z ludźmi łatwy w pożyciu, zachował wobec bogów ojczystych także pewną uległość. Bo głosicielem praw wiecznych i boskich był on, podobnie jak jego poprzednik. Ale podczas gdy Eschyl wierzy silnie w opatrzność i w nieszczęściach ludzi dopatruje się ich winy, Sofokles nie śmiałby badać i wyśledzać przyczyn boskich zarządzeń, wyjaśniać dokładnie ich wyroków. Przypuszcza on cierpienia nawet bez winy, klęski bez przyczynienia się człowieka, ale głosi przy tym, że śmiertelnik przed tymi zrządzeniami losu głowę ugiąć powinien, uznać z rezygnacją, iż żywot ludzki z jaśniejszych i czarnych chwil jest utkany, że byt człowieka jest marny i nikły. Pewne korne wyrzeczenie się, pewien pesymizm często przebijają przez jego słowa, i to w tej epoce, którą słusznie uważamy za jeden z najświetniejszych okresów w życiu ludzkości, lecz którą niesłusznie bezwzględni niegdyś entuzjaści starożytnego świata ogłaszali za wiek pogody, kąpiący się w promieniach niezamąconego szczęścia i słońca. Harmonijna i opanowana natura Sofoklesa przyjmowała z wdzięcznością dobrodziejstwa boże, a ze spokojem dopusty losu, w przekonaniu, że życie koniecznie szarych i czarnych chwil niemało przynosi i przyniesie. Ucieczka w krainy piękna osładzała mu zawody i utrapienia. Jeżeli u Eschyla, mimo jego wiary w opatrzność, widzimy pewne szarpania się, niepokój w myśli górnolotnej i słowie, to wszystko to jest u Sofoklesa ułagodzone filozofią życia czy też życia rezygnacją. Tamten należy do rodziny, do której Michał Anioł się liczy, Sofoklesa zbliżylibyśmy do innego pocztu ludzi, godzących się z bliźnimi, pocztu, w którym znajdziemy Wergilego, Rafaela i naszego Mickiewicza.
Przede wszystkim był Sofokles poetą, i to nadzwyczaj twórczym i szczęśliwym. Tragedia, której Eschyl swymi natchnieniami wywalczył wielkie znaczenie i która za jego zachodem wyłuszczyła się z form przypominających dawne dytyramby i nowsze oratoria, znalazła pod ręką Sofoklesa pewność i świadomość swego charakteru i warunków, a przy tym stałość rozwoju.
Wystąpił raz pierwszy w r. 468, około r. 440 pojawiają się znakomite dzieła jego natchnień, tworzy zaś dalej obok młodszego Eurypidesa, za rządów Peryklesa i przez cały niemal przeciąg bratobójczej peloponeskiej wojny, a świeżość umysłu zachowuje mimo podeszłego wieku do r. 406, który był rokiem jego śmierci; śmierć ustrzegła go od tego, że nie oglądał ostatecznego upadku Aten i ojczyzny. Sztuk 123 pono napisał, 24 razy osiągnął pierwszą nagrodę. Wyraźnie poezja jego wypływała z duszy pokolenia i do tej duszy trafiała. Zaznaczyć prócz tego musimy u Sofoklesa pewne upodobanie w sztuce lekarskiej. W zachowanych tragediach, w Ajaksie, Filoktecie i Trachinkach, przedstawił nam już to cierpienia fizyczne, już to szały umysłowe swych bohaterów. Patologiczne objawy wyraźnie go zajmowały, a w nowszych czasach starano się dowieść, że w opisie szału wykazał poeta zmysł spostrzegawczy wybitny i niepoślednie znajomości lekarskie. Bo Sofokles piastował był jakieś, w rodzinie dziedziczne, kapłaństwo w służbie boga leków, Aminosa, i w przybytku owego boga zapewnił także nowemu bóstwu, Asklepiosowi, cześć i przytułek. Pean, hymn ku czci Asklepiosa, przez niego napisany, zachował nam się w ułamkach. Prócz tego upodobania państwo odrywało raz po raz Sofoklesa od umiłowanej poezji. Słyszymy, że w roku 443 był wśród zawiadowców skarbu sprzymierzeńców, a w r. 440 wybrano go nawet strategiem, jednym z dowódców wojska ateńskiego. Podobno wybór ten nastąpił wskutek zachwytu wywołanego niedawno wystawioną Antygoną. Dziwny to objaw, świadczący, że lud miewa dużo zrozumienia poezji i piękna, mniej za to zrozumienia potrzeb państwa i wojny. Zabezpieczenie dla poety i Aten było w tym, że jako strateg dziewięciu miał kolegów, którzy zapewne nie byli poetami. Wreszcie dochodzi nas wieść, że w r. 411, podczas przewrotów wojny peloponeskiej, odgrywał konserwatywny Sofokles rolę czynną, kiedy arystokratyczna reakcja usiłowała ratować skołatane wojną ateńskie państwo. Wojaczka, urzędowanie i polityka były jednak zapewne mało ponętne dla tego muz ulubieńca.
W codziennym życiu był podobno nadzwyczaj uroczym i miłym towarzyszem, skłonnym i do miłosnych zachwytów, i do rozmowy swobodnej. Jego dzieła poświadczają wdzięk tej osobistości, w której pono zdrowie ciała ze zdrowiem duszy się zespoliło. Słynny jego posąg, przechowywany w muzeum Lateranu, robi wrażenie siły, szlachetności i powagi. To, że się zrósł całym sercem ze swą ojczyzną, z Atenami, których gaje rozkoszne, śpiew słowików i górne powołanie z miłością opiewał, sprawiło, że wdzięczna potomność oplotła jego osobę nimbem prawie heroicznym, a życie i śmierć rozmaitymi czarującymi lub mniej udatnymi legendami. Między innymi opowiadano, że starzejący się poeta miał jakieś zatargi z synem Jofonem, który także był twórcą tragedyj. Kiedy tenże zarzucił Sofoklesowi upadek umysłowy, miał Sofokles przed sądem wygłosić swą chwalbę Aten z Edypa kolonejskiego. Sąd, uniesiony tą wysoką poezją, odrzucił rzekomo oskarżenie wyrodnego syna. Na dnie tego opowiadania było może jądro prawdy o niesnaskach rodzinnych, które zamąciły wieczór życia Sofoklesowi. Umarł on w roku 406, bezpośrednio po Eurypidesie; umarła z nimi tragedia, tak świetnie w piątym stuleciu rozkwitła. Kiedy krótko potem Arystofanes w swych Żabach, wystawionych w roku 405, dał wymowny wyraz tęsknocie za poezją, musiał się dla znalezienia prawdziwych wieszczów udać do państwa zmarłych, do Hadesu.
Sofokles ożywił tragedię przez to, że wyprosił od państwa trzeciego aktora na jej usługi, że rozbił trylogię, tj. w każdej z tragedyj, połączonych razem, odrębne przedstawiał fabuły; sztuka osobna zyskiwała przez to na sile napięcia i na tętnie gwałtowniejszym rozwijających się wypadków. Były więc zadatki dalszego świetnego rozwoju. Ale ten rozwój unicestwiły inne przyczyny. Eurypides jest wysoce tragiczny w swych sztukach, ale zanadto u niego rozważań filozoficznych, a zbytek słowa podcina częstokroć nerw dramatu, który od działania ma nazwę. Te roztrząsania czepiały się często przekazanych wierzeń i podań i stoczyły refleksją i wątpieniem świat podania, który tragedii stale natchnień dostarczał. Nie brak wprawdzie dramatów i tragedyj również w życiu codziennym. Ale na ten krok w codzienność, który by był przyniósł starożytności dramat z życia, nie odważyli się, z małymi wyjątkami, pisarze greccy, bo teoria, głosząca, że tragedia powinna wystawiać dostojne i sławne osobistości, sprzeciwiała się takiemu przedsięwzięciu. A w dodatku państwo ateńskie i społeczeństwo zubożało i nie znajdowało już zasobów dosyć na uposażenie tragedii w starym stylu, wymagającej dużych nakładów na świetne przybory, dobranie i ubranie, a wreszcie wyuczenie chóru. Wskutek tych wszystkich niedostatków i niedomagań skonała z wielkimi tragikami piątego stulecia także tragedia grecka.


IV
«ANTYGONA»

Sztuka ta, jedna z najpiękniejszych wśród utworów Sofoklesa i wśród tragedyj wszystkich narodów i wieków, osnuta jest na podaniach tebańskiego rodu, pochodzącego od założyciela Teb, Kadmosa. Różne przewinienia wobec bogów ściągnęły na ten ród gniewy i klątwy nieśmiertelnych, które z pokolenia na pokolenie szeregiem klęsk odtąd się znaczą. Obraził bogów wnuk Kadmosa, Labdakos, następnie syn tegoż, Lajos, a to uwikłało Edypa w bezmiar nieszczęścia. Wskutek klątwy ciążącej na rodzinie poślubił on w nieświadomości własną matkę, Jokastę, a przejrzawszy prawdę i ogrom swego pohańbienia, wyłupił sobie oczy i następnie, przez własnych synów wygnany, poszedł na tułaczkę, aż znalazł śmierć na obczyźnie. Synowie jego, Eteokles i Polinik sprawują rządy w Tebach, a obok nich stanął Kreon, brat Jokasty, który już po zamordowaniu Lajosa sprawował tam rządy. Bracia nie umieli zgodnie władzą się podzielić. Eteokles wygnał Polinika, który udał się do Peloponezu, poślubił tamże córkę Adrastosa, księcia Sycjonu, i wraz z teściem przygotował najazd siedmiu książąt na Eteokla i Teby. Walka skończyła się obustronnymi klęskami: siedmiu najeźdźców, prócz jednego Adrastosa, przypłaciło w tej wyprawie śmiercią swe zamiary, a Eteokles i Polinik zginęli w bratobójczych zapasach. Na czele Teb stoi więc znowu Kreon, wieczny «rejent» w potrzebie, pełen zasad i namaszczonych sentencyj, którymi chciałby doróść wysokiego stanowiska. Ale gniew bogów na tych tebańskich władców, mimo zasad i rozumowań, pogrążył go w końcu także w odmęty nieszczęścia. Pierwszym jego czynem były zarządzenia co do pogrzebania poległych; Eteoklesowi, jako obrońcy ojczystego miasta, wyprawił przystojny pogrzeb, natomiast ciało najeźdźcy, Polinika, kazał porzucić, bez prawidłowego obchodu, na łup zwierząt i ptaków. Wspomnieliśmy już gniew bogów jako jedną ze sprężyn poruszających całym podaniem; teraz występuje drugi motyw: niezłomne zobowiązanie rodziny, aby zmarłych krewnych przystojnie pochować, co było warunkiem szczęśliwego bytowania nieboszczyków w zaświatach. Jedynie zbrodniarzom, zdrajcom ojczyzny i świętokradcom odmawiano prawidłowego pogrzebu. Przeciw zarządzeniom Kreona odezwał się tedy silnie i doniośle głos krwi i miłość siostrzana. Z nieszczęsnego potomstwa Edypa żyją już tylko dwie córki, Antygona i Ismena, w zupełnym osieroceniu po zniknięciu rodzeństwa. Antygona, gwałtowniejsza i stanowcza, postanawia mimo rozkazów władców wykonać to, co uważa za odwieczne przykazanie i świętą swoją powinność. To postanowienie i ten czyn siostrzany stają się osią tragedii.
Zaczyna się sztuka od rozmowy między Antygoną i Ismeną przed pałacem królewskim. Część ta, od w. 1—98, jest prologiem, bo zawiera wiadomość o rozkazie Kreona, a Antygona objawia tu swój zamiar pogrzebania Polinika wbrew zakazowi władzy. Obydwie siostry zarysowują się od razu z całą odmiennością swych usposobień i charakterów. Sofokles lubił przeciwstawiać sobie takie odrębności; jak więc wobec mściwej, pałającej żądzą krwi Elektry przedstawił jej miękką siostrę — Chryzotemis, tak i tutaj nawiązał od razu spór i wykazał różnicę między Antygoną a trwożliwą i ustępliwą Ismeną. W Antygonie uwielbił zarazem cały heroizm, odwagę, męskość, do których niewiasta w trudnym położeniu zdolna być może, a nadto siostrzaną miłość, najpiękniejszy i najbardziej może bezinteresowny kwiat serca ludzkiego, sławiony częstokrotnie przez grecką poezję.
Następuje (w. 99—160) pierwszy występ chóru, tzw. parodos, czyli wejście. Chór złożony jest ze starszyzny tebańskiej, pełnej doświadczenia i nieposzlakowanej wierności. Zdanie jego nieśmiałe, chwiejne, nie lubi przede wszystkim żadnej skrajności, sławi rozsądek, porządek i spokój. Ale w trudnych położeniach hasła te przebrzmiewają bez odgłosu, a rozum, który jest przy starości, nie rozezna się od razu wśród starć zawiłych. Tym trudniej mu to przychodzi, że słuchając ścierających się przeciwników, zwyczajem ludu, wrażliwego na słowa, zmienia swe zdania i przechyla się na stronę tego, który przemawiał ostatni. Na razie sławi chór w tej wstępnej pieśni błogość chwili po odparciu najazdu od murów miasta, głosi upadek dumnych, których Zeus zawsze karci i poniża, wzywa do dziękczynnych obchodów za uratowanie grodu.
Przybycie Kreona przerywa te wylewy uczuć i zaczyna pierwsze epeisodion tragedii (w. 161—331). Rejent Kreon od wstępnej przemowy staje przed nami z całą pełnią swych zasad, z pychą energii, którą u progu panowania zamierza okazać i stwierdzić w mowie programowej, nabrzękłej dosyć tuzinkowymi sentencjami, wypowiedzianymi ku zbudowaniu poddanych a ku umocnieniu tronu, na którym zasiadł z lubością. Ma on pewne rysy pokrewne ze Szekspirowskim Poloniuszem w Hamlecie. Z naciskiem: «Taka ma wola» — obwieszcza chórowi swój zakaz grzebania Polinika. Niebawem jednak przekonywa się, że jego zarządzenia nie wszędzie znajdują posłuch. Zjawia się bowiem strażnik, który miał z drugimi pilnować trupa Polinika, i donosi z przestrachem, że nieznajoma jakaś ręka ukradkiem pokryła garściami ziemi zmarłego. Ze strażnikiem wprowadził Sofokles typ ludowy na scenę. Tacy ludzie są stałym żywiołem w greckiej tragedii, przynoszą oni i wypowiadają orędzia i obniżają i rozchmurzają wysokie nastroje dramatu, tak jak w Szekspira krwawych i groźnych sztukach przyplątowuje się często dużo humoru do scen groźnych i czarnych. Ci pachołcy greccy zatrącają mową pospolitą i sposobem myślenia pospólstwa; najczęściej nie umieją zacząć swego orędzia, przystąpić do rzeczy, a potem nie umieją jej skończyć. Strażnik w Antygonie dobrym jest tej warstwy typem; drży on przed majestatem, głównie o swoją skórę.
Po tym wstępie słyszymy znów pieśń chóru: stasimon pierwsze (w. 332—375), które wobec śmiałości świeżo popełnionego czynu opiewa w słowach wspaniałych potęgę i zmyślność człowieka, jego zręczność i wynalazki. Ostrożny chór dodaje jednak zastrzeżenie, że w granicach prawa śmiałość ta zamknąć się powinna, że z przestępcami zakonów nie chciałby dzielić swego domostwa.
W drugim epeisodion(w. 384—581) dochodzi dramat do wysokiego napięcia, bo strażnik, wróciwszy na swe stanowisko, przychwycił sprawcę winnego. Po raz drugi przysypano ciało zmarłego ziemią, poprzednio przez straż zmiecioną, a pilnujący naocznie się teraz przekonali, że przestępcą, który nie zważał na Kreona zakazy, była córa Edypowa — Antygona. Mamy tu wspaniałą scenę, kiedy przyprowadzona przed księcia młoda dziewica staje z całą odwagą wobec władcy srogiego, z głębokim przeświadczeniem, że za nią stoją prawa niepisane, wieczne i przyrodzone, zobowiązujące do miłosnych usług wobec rodzeństwa, o nieba wyższe nad prawa przemijającego rządu. Naprzeciw zimnym rozporządzeniom Kreona odwołuje się ona do praw i obowiązków względem rodziny i tych, z którymi uczucie nas wiąże. Kreon wygraża się jej śmiercią, co ona z odwagą przyjmuje. Ismenę, narzucającą się z miłosną gotowością podzielenia jej losu, odprawia Antygona szorstką prawie odmową. Kobieta, upośledzona nieco obok mężczyzny w Atenach, dochodzi tu do głosu i wybija się od razu nie na równię z płcią męską, ale na wyżyny heroicznej siły i męskości. Druga pieśń chóru (drugie stasimon, w. 582—630) wtórzy tym zajściom rozważaniami nad klątwami i obłędami, które w złowrogim dziedzictwie ciążą na całych rodów pokoleniach.
Trzecie epeisodion (w. 631—780) wprowadza nowy motyw, motyw miłości, muśnięty już przez Ismenę. Hajmon, syn Kreona, kochał Antygonę i zamierzał ją poślubić, a teraz stoi wobec nieszczęścia, które jego szczęście wraz z kochanką pochłonie. Wstawia się on tedy u ojca za dziewicą, napomina go do spokoju i rozsądku; ale w zamian otrzyma z ust ojca uporną odmowę, i tam, gdzie idzie o dwa młode życia, suche morały na życie. Po tej scenie rozbrzmiewa znów pieśń chóru (trzecie stasimon, w. 781—805), wielbiąca potęgę miłości. Sofokles doznał jej pono wielokrotnie na sobie; poeta wdzięku przystępny był wdziękom i z głębi serca wysnuł te strofy gorące. Miłość staje się tu motywem dramatycznym; Eschyl jeszcze go nie był użył, bo mniemał zapewne, że to najbardziej osobiste, najbardziej poufne uczucie nie nadaje się do poziomu tragedii, która powinna się obracać około górnych, ogół obchodzących myśli i starć, nie pospolitować zaś bohaterów odkrywaniem i pospolitowaniem najskrytszych tajników ich serca. Eurypides za to zapewnił temu motywowi miłości przeważne w swych dramatach znaczenie; szereg jego heroin zmaga się przed nami z gwałtownymi zaburzeniami serca i zmysłów. U Sofoklesa w zagubionej Fedrze musiał ten motyw miłosny być osią tragedii; w Antygonie tymczasem występuje on ubocznie, przygodnie. Antygona sama walczy za prawa niepisane ludzkości, swoich zaś praw do życia i szczęścia prawie nie wspomina, chyba żaląc się na śmierć grożącą, która jej nie pozwoli uszczknąć kwiatów żywota. Nie nazywa ona ani razu Hajmona. Widzimy więc, jak uczucie miłości, wszechpotężne w późniejszym i nowoczesnym dramacie, przy swoim wstępie na scenę z dyskretną, prawie wstydliwą, poczynało sobie nieśmiałością i rumieńcem.
Czwarte epeisodion (w. 806—943) złożone jest z różnorodnych składowych części. Antygonę prowadzą teraz ostatnią drogą ku sklepionemu Labdakidów grobowi, w którym żywcem ma być zamknięta. Słyszymy w tej części tragedii żale Antygony i pożegnania ze światem, które rozbrzmiewały śpiewem jej ze sceny, a chór wtórzy tym przepięknym zawodzeniom słowami serdecznej pociechy i współczucia. Nazywało się to po grecku kommos, żal. Splotły się z tymi żalami w tej części suche lecz stanowcze upomnienia Kreona, aby krnąbrną dziewkę uprowadzono jak najspieszniej na miejsce kaźni, i wspaniała przemowa Antygony do grobu, przetykana tęsknotą za światem i słońcem, stwierdzająca, że za miłość swoich cierpi udręczenia i wśród służby miłosnej dokonała życia i ponosi życia ofiarę. Mało jest utworów w literaturze świata tak przesiąkniętych łzami i najrzewniejszym uczuciem i z taką wymową serca do serca nakreślonych. Antygona czaruje nas swą męską, nadludzką stałością i odwagą, ale także tą ludzką żałobą nad wszystkim, co jej w życiu woniało wdziękiem i kwiatem. W tym pochodzie ku śmierci chwytają nas za serce spojrzenia na słońca blaski i krasy życia; wyraźnie jeszcze nie było na świecie stoicyzmu, który znieczulał dusze i zmysły na najcięższe życia przeprawy.
W czwartym stasimon (w. 944—987) snuje chór w pieśni swoje uwagi — w chwili, kiedy fale śmierci nad zatopioną szlachetną istotą jeszcze drgają i zataczają swe kręgi — o podobnych ofiarach losu i przeznaczenia.
Zaczyna się teraz dramat Kreona. W piątym epeisodion (w. 988—1114) mamy starcie kapłana i króla, ślepca jasnowidzącego i zaślepionego uporem i poczuciem swej władzy księcia. Zjawia się Tyrezjasz, ciemny wróżbiarz, który upomina Kreona, a następnie w uniesieniu grozi mu upadkiem, gdyby trwał w zatwardziałości rozumu i serca. Kreon opiera się tym napomnieniom, w gniewie swym miota nawet obelgi na wróżbiarza, aż przychodzi do pojedynku na krótkie, między przeciwnikami wymieniane zdania (stichomythia), w których się lubowali szermierze słowa w Atenach i dramat miał swe upodobanie. Groźby wreszcie Tyrezjasza tak płoszą i miękczą Kreona, że niespodzianie postanawia pogrześć ciało Polinika i Antygonę wyzwolić z ciemnicy. Wskutek tego chór podniesiony na duchu zanuca pieśń radosną, której wtórzył tańcem (hyporchema, w. 1115—1154), wzywającą Dionizosa, Teb opiekuna, aby się zjawił i gród wyzwolił z ciężkiej jego doli.
Promień słońca przelotny pada na ludzi i miasto przed ostateczną katastrofą, która dosięga Kreona i jego domu. Za późno zamierzał uparty książę naprawić swe błędy. W progu zakończenia dramatu (w. 1155—1353) wieści bowiem posłaniec, że Kreon za późno przybył na miejsce kaźni, gdzie już Antygona targnęła się na własne życie, a zrozpaczony Hajmon, nie chcąc przeżyć oblubienicy, skończył samobójstwem. Za nimi poszła żona Kreona, Eurydyka, która, zasłyszawszy o tych zgonach, ustępuje pospiesznie ze sceny, na której przez chwilę się ukazała, i również odbiera sobie życie. W końcu mamy tedy zawodzenia i żale zrozpaczonego Kreona, startego na nice, zwalonego z wyżyn władzy i szczęścia, w których nadmiernie sobie płużył. Chór go słucha, przemawia doń, lecz nie znajduje dlań słów krzepiących. Stwierdza tylko w samym końcu, że bogowie ślą swą zemstę i kary

Na pychę słowa w człowieku,
I w klęsk odmęcie rozumu i miary
W późnym nauczą go wieku.

Krwawszą wymową niż głos chóru świadczył o tym sam złamany władca i ofiary leżące teraz bez ducha wokoło jego osoby. Bo cień dawnego majestatu, Kreon, dźwigał na rękach ciało syna, Hajmona, a z wnętrza pałacu wywleczono przed jego oczy trupa żony, Eurydyki. Lamentacją, skargami i jękami zrozpaczonego króla wybrzmiewa ta tragedia, jak wiele dramatów starożytnych; na odwrót zaś komedie tej epoki kończyły się często orgiami i wybrykami wesołości i rozpusty.
Ostatnie słowo wśród castrum doloris końcowego w tragedii miewał morał o znikomości wszelkiej ludzkiej chwały, zalecenie rozsądku, miary i rezygnacji, jako hasła niezbędnego na życie i życia przetrwanie. Morał przebrzmiewał zapewne, jak ostatnie słowa każdej sztuki teatralnej, bez stanowczego odgłosu w duszach ruchliwej publiczności. Ale był on zawarty w całej sztuce i przemawiał już z niej wymownie. Tragedie zaś greckie treścią swą i pięknością przeżyły wiek piąty, i Grecję starożytną, i wszelkie przeobrażenia nowszej historii, i użyźniają dotąd wszystkie literatury, jako też i naszą, począwszy od Odprawy posłów do Protesilaosa Wyspiańskiego. I klęską by było dla umysłowego życia naszego, gdybyśmy, zasklepiając się w utylitarnym wykształceniu i zadowalając się ogólnymi, dorywczymi wiadomościami, zatracili znajomość greczyzny z pierwszej, jedynie prawowitej ręki, i gdyby to źródło podniosłych natchnień bić dla nas kiedy przestało.





BIBLIOGRAFIA

Chociaż już w szesnastym wieku zachęcał Górnicki do przekładów greckich tragików i do zawodów «z ludźmi gorętszego kraju», a zapytywał, «mogą-li tym kształtem w polszczyznę wchodzić rzeczy językiem greckim pisane», to jednak tłumaczenia dramatu greckiego pojawiają się u nas dosyć późno.
W r. 1574 wydał Jan Walenty Jakubowski opowieść epiczną: Antigona, tebańska dziewica, wierszem ułożona, w Krakowie, u Siebeneychera. Niestety, praca ta wskutek rzadkości egzemplarzy jest prawie dziś nieznana, a warto by ją odszukać i bliżej poznać autora, który, według Paprockiego, umarł w r. 1582, a był hisioricus et poëta non vulgaris secretariusque Sacrae Reg. Maj.
Odprawa posłów greckich Jana Kochanowskiego (z r. 1578), przesiąknięta duchem helleńskim i pełna odgłosów klasycznego dramatu, nie znalazła dużo naśladowców.
Dopiero począwszy od dziewiętnastego wieku dostrzegamy na tym polu pewien ruch, który odtąd nie ustaje. Zdawać by się mogło, iż do tego ożywienia przyczynił się wpływ nauczyciela Mickiewicza, Groddecka, który w Wilnie wydał w r. 1805 rozprawkę o scenie w teatrze greckim i następnie edycję krytyczną Filokteta Sofoklesa, a swych uczniów, np. Kierlicza, zachęcał do komentowania jego tragedyj. Inny cudzoziemiec w Polsce działający, August Ludwik Jacob, ogłosił w r. 1817 w Warszawie rozprawkę pt. Nauka Sofoklesa (Popis publiczny uczniów Liceum warsz.), a w r. 1821 studium pt. Sophocleae quaestiones.
Następnie pojawiać się zaczynają nasze przekłady Sofoklesa; wśród nich Antygona w rymowanym tłumaczeniu Wincentego Smacznińskiego (Poezje, Warszawa: 1850, t. II) i Jana Czubka (1881).
Wszystkie tragedie Sofoklesa w polskim przekładzie ogłosił Zygmunt Węclewski w Poznaniu 1875, następnie Kazimierz Kaszewski w Warszawie 1888, wreszcie Kazimierz Morawski w Krakowie 1916.
Zapisujemy w końcu wydanie tekstu Antygony dla szkół, sporządzone przez Franciszka Majchrowicza.
Tekst grecki sztuk Sofoklesa poprawny znajdziemy w wydaniu Naucka (u Weidmanna), Dindorfa i Meklera (u Teubnera). Schneidewin i Nauck ogłosili pojedyncze sztuki z objaśnieniami (u Weidmanna). W nowszych czasach Bruhn i Radermacher sporządzili ponowne i poprawne wydanie tych tekstów i komentarzy. Z angielskimi objaśnieniami zaczął Sofoklesa wydawać w Londynie 1903 Jebb.

K. M.



OD TŁUMACZA

Dzieweczko grecka, biała Antygono,
Zstąp dziś pomiędzy nas, synów Północy,
Odsłoń nam burze, co szarpią twe łono,
Stań w twojej sile i twojej niemocy,
By nam wyśpiewać hymn chwały i klęski
I tchnąć w słuchaczów czar słowa zwycięski.

A czar ten żyje; bo urok dziewiczy
Nigdy w piękniejszej nie jawił się pieśni,
Nikt do miłości, do życia słodyczy
Nie tęsknił rzewniej, nie śpiewał boleśniej,
Nikt się z uczuciem tak tkliwym, gorącym,
Jak ty, nie żegnał ze światłem i słońcem.

Drgały też w tobie wszelkie tętna żywe,
Które lat wiosnę łączą z roków wiosną,
Kiedy nadzieja złoci życia niwę,
Młode uczucia w pęki kwiatów rosną:
Wszystko to zwarzył los tchnieniem swym zimnym,
I śpiew twój życia był łabędzim hymnem.

Winne tu, dziecko, twoje męskie serce,
Co choć o kwiatach śni i kwiatów pragnie,
Gdy los postawi je w ciężkiej rozterce,
Do mroźnych żądań życia się nie nagnie,
I śmierć przeniesie i świętość ofiary
Nad szczęście, młode rojenia i mary.

Toteż dlatego wtórujem ci, dzielnej,
Kiedy ty gromisz i miażdżysz tyrany,
Jak głos sumienia wielki, nieśmiertelny,
Sławiąc praw Bożych zakon niepisany;
Zstąp więc ty śmiało, o dziewko, na ziemię,
Którą też gniecie praw pisanych brzemię!

Od twego męstwa idzie jakaś wstęga
I ponad wieków przepaścią się żarzy,
Aż białych dziewic gdzieś w dali dosięga,
Co się groźniejszych nie zlękły mocarzy
I wśród ofiary, w rzymskim Koloseum,
Wzniosłe śpiewały swym zgonem Te Deum.

Znalazły one krzyż i chwałę w męce,
Niebo im dało świętą aureolę, —
Na twoje skronie kładł poeta wieńce
I ubrał nimi twe żale i bole.
Że budzisz dotąd naszych uczuć dreszcze,
Greka natchnienie sprawiło to wieszcze.

Bo on wyśpiewał serca twego dzieje,
Nadzieje życia i życia przełomy,
W końcu jak zemsta, co wśród złomów tleje,
Na twych siepaczów rzucił kaźń i gromy.
Po serc tragedii przyszedł sąd na trony,
I w końcu pieśni widzimy mocarza
Ślącego żale, co biją jak dzwony
Wśród żyć złamanych cmentarza.

O dziewko grecka, dziś inną ty mową
Masz nam wyśpiewać twój żal i boleści,
Masz je dziś przybrać w gwarę tobie nową,
Co brzmieniem ucha Południa nie pieści;
O dziewko, nie bój się tej mowy dźwięków:
W żadną nie wsiąkło tyle łez i jęków.

Wystąp więc, polska mowo, ukochana,
Złóż u stóp Grecji twe wieńce i wiana.

Ja ciebie kocham w twego świtu chwale,
Gdy z głębi piersi okrytej zbroicą
Za tętnem serca szły melodii fale
I biła w niebo pieśń Boga Rodzico;
Ja ciebie kocham, żeś w krasy twej dobie
Tyle ty pereł rozsuła i czarów,
Zakwitła skargą na Urszuli grobie,
Wieńczyła drzewca zwycięskich sztandarów;
Że z twojej chwały wysokiego tronu,
Jakby w przeczuciu cierpienia i próby,
Na niskie pomnąc brzegi Babilonu,
Miłość związałaś wieczystymi śluby.

Kiedy też chwałę zmroczyła żałoba,
Tyś nie płużyła w ciszy, co uśmierca,
Nie zmilkłaś jako przyjaciele Hjoba,
Lecz wiążąc słowa, wiązałaś i serca.
Nad padołami ludzi, którzy jęczą,
Jak z niebios wzięty, w niebo rwący promień
Wielką, ognistą zabłysłaś ty tęczą,
Co światło w dusze, a w serca tchnie płomień,
I ponad burze i ponad zawieje,
Mimo gróźb wroga i wrogich mozołów,
Idziesz zwycięsko na wielki dusz połów,
Niesiesz nadzieję.

Usłuż ty dzisiaj greckiej Antygonie,
Użycz sił groźbie, rzewności jej trenom,
Niech tak łzy roni i gniewem zapłonie,
Jak się jawiła przed wieki Hellenom.
W pierwotnej chwale piękność już nie wróci,
Ale nie wszystko z jej wdzięku uroni,
Kto tchnie w swą pracę miłosnej dech woni,
Z serca jej nieco łez własnych przyrzuci.




ANTYGONA


OSOBY DRAMATU

ANTYGONA, córka Edypa.
ISMENA, jej siostra.
CHÓR TEBAŃSKICH STARCÓW.
KREON, król Teb.
STRAŻNIK.
HAJMON, syn Kreona.
TYREZJASZ, wróżbita.
POSŁANIEC.
EURYDYKA, żona Kreona.
POSŁANIEC drugi.


Rzecz dzieje się przed dworcem królewskim w Tebach





ANTYGONA

O ukochana siostro ma, Ismeno,
Czy ty nie widzisz, że z klęsk Edypowych
Żadnej za życia los nam nie oszczędza?
Bo nie ma cierpień i nie ma ohydy,
Nie ma niesławy i hańby, które by        5
Nas pośród nieszczęść pasma nie dotknęły.
Cóż bo za rozkaz znów obwieścił miastu
Ten, który teraz władzę w ręku dzierży?
Czyś zasłyszała? Czy uszło twej wiedzy,
Że znów wrogowie godzą w naszych miłych?        10


ISMENA

O Antygono, żadna wieść nie doszła
Do mnie, ni słodka, ni goryczy pełna,
Od dnia, gdy braci straciłyśmy obu,
W bratnim zabitych razem pojedynku.
Odkąd tej nocy odeszły Argiwów        15
Hufce,[1] niczego więcej nie zaznałam
Ni ku pociesze, ni ku większej trosce.


ANTYGONA

Lecz mnie wieść doszła, i dlatego z domu
Cię wywołałam, by rzecz ci powierzyć.


ISMENA

Cóż to? Ty jakieś ciężkie ważysz słowa.       20


ANTYGONA

O tak! Czyż nie wiesz, że z poległych braci
Kreon jednemu wręcz odmówił grobu?
Że Eteokla, jak czynić przystoi,
Pogrzebał w ziemi wśród umarłych rzeszy,
A zaś obwieścił, aby Polinika        25
Nieszczęsne zwłoki bez czci pozostały,
By nikt ich płakać, nikt grześć się nie ważył;
Mają więc leżeć bez łez i bez grobu,
Na pastwę ptakom żarłocznym i strawę.
Słychać, że Kreon czcigodny dla ciebie,        30
Co mówię, dla mnie też wydał ten ukaz
I że tu przyjdzie, by tym go ogłosić,
Co go nie znają, nie na wiatr zaiste
Rzecz tę stanowiąc, lecz grożąc zarazem
Kamienowaniem ukazu przestępcom.        35
Tak się ma sprawa, teraz wraz ukażesz,
Czyś godną rodu, czy wyrodną córą.


ISMENA

Gdy taka dola, to cóż, o nieszczęsna,
Prując czy snując bym mogła tu przydać?


ANTYGONA

Patrz, byś wspomogła i poparła siostrę.        40


ISMENA

W jakimże dziele? Dokąd myśl twa mierzy?


ANTYGONA

Ze mną masz zwłoki opatrzyć braterskie.


ISMENA

Więc ty zamierzasz grzebać wbrew ukazom?


ANTYGONA

Tak! brata mego, a dodam... i twego;
Bo wiarołomstwem nie myślę się kalać.        45


ISMENA

Niczym dla ciebie więc zakaz Kreona?


ANTYGONA

Niczym, on nie ma nad moimi prawa.


ISMENA

Biada! o rozważ, siostro, jak nam ojciec
Zginął wśród sromu i pośród niesławy,
Kiedy się jemu błędy ujawniły,        50
A on się targnął na własne swe oczy;
Żona i matka[2] — dwuznaczne to miano —
Splecionym węzłem swe życie ukróca;
Wreszcie i bracia przy jednym dnia słońcu
Godzą na siebie i morderczą ręką        55
Jeden drugiemu śmierć srogą zadaje.
Zważ więc, że teraz i my pozostałe
Zginiemy marnie, jeżeli wbrew prawu
Złamiemy wolę i rozkaz tyrana.
Baczyć to trzeba, że my przecie słabe,        60
Do walk z mężczyzną niezdolne niewiasty;
Że nam ulegać silniejszym należy,
Tych słuchać, nawet i sroższych rozkazów;
Ja więc, błagając o wyrozumienie
Zmarłych, że muszę tak ulec przemocy,        65
Posłuszna będę władcom tego świata,
Bo próżny opór urąga rozwadze.


ANTYGONA

Ja ci nie każę niczego, ni, choćbyś
Pomóc mi chciała, wdzięczne by mi było,
Lecz stój przy twojej myśli, a ja tego        70
Pogrzebię sama, potem zginę z chlubą.
Niechaj się zbratam z mym kochanym w śmierci

Po świętej zbrodni; a dłużej mi zmarłym
Miłą być trzeba, niż ziemi mieszkańcom,
Bo tam zostanę na wieki; tymczasem        75
Ty tu znieważaj święte prawa bogów.


ISMENA

Ja nie znieważam ich, nie będąc w mocy
Działać na przekór stanowieniom władców.


ANTYGONA

Rób po twej myśli; ja zaś wnet podążę,
By kochanemu bratu grób usypać.        80


ISMENA

O ty nieszczęsna! serce drży o ciebie.


ANTYGONA

Nie troszcz się o mnie; nad twoim radź losem.


ISMENA

Ale nie zdradzaj twej myśli nikomu,
Kryj twe zamiary, ja też je zataję.


ANTYGONA

O nie! mów głośno, bo ciężkie ty kaźnie        85
Ściągnąć byś mogła milczeniem na siebie.


ISMENA

Z żarów twej duszy mroźne mieciesz słowa.


ANTYGONA

Lecz miła jestem tym, o których stoję.


ISMENA

Jeśli podołasz w trudnych mar pościgu.


ANTYGONA

Jak nie podołam, to zaniecham dzieła.        90


ISMENA

Nie trza się z góry porywać na mary.


ANTYGONA

Kiedy tak mówisz, wstręt budzisz w mym sercu
I słusznie zmierzisz się także zmarłemu;
Pozwól, bym ja wraz z moim zaślepieniem
Spojrzała w oczy grozie; bo ta groza        95
Chlubnej mi śmierci przenigdy nie wydrze.


ISMENA

Jeśli tak mniemasz, idź, lecz wiedz zarazem,
Żeś nierozważna, choć miłym tyś miła.


CHÓR

O słońca grocie, coś jasno znów Tebom        99—160[3]
Błysnął po trudach i znoju,
Złote dnia oko, przyświecasz ty niebom
I w Dirki[4] nurzasz się zdroju.
Witaj! Tyś sprawił, że wrogów mych krocie
W dzikim pierzchnęły odwrocie.

Bo Polinika gniewny spór
Krwawy zażegł w ziemi bój,
Z chrzęstem zapadł, z szumem piór
Śnieżnych orłów lotny rój,
I zbroice liczne błysły,
I z szyszaków pióra trysły.

I wróg już wieńcem dzid groźnych otoczył
Siedmiu bram miasta gardziele,
Lecz pierzchł, nim w mojej krwi strugach się zbroczył,
Zanim Hefajstos[5] ognisty w popiele
Pogrążył mury, bo z tyłu nawałem
Runął na smoka[6] Ares z wojny szałem.


Bo Zeus nie cierpi dumnych głów,
A widząc ich wyniosły lot
I złota chrzęst, i pychę słów,
Wypuścił swój piorunny grot[7]
I w zwycięstwa samym progu
Skarcił butę w dumnym wrogu.

A ugodzony wznak na ziemię runie
Ten, który w namiętnym gniewie
Miasto pogrzebać chciał w ognia całunie
I jak wicher dął w zarzewie.
Legł on od Zeusa gromu powalony,
Innym znów Ares inne znaczy zgony.

Bo siedmiu — siedmiu strzegło wrót,
Na męża mąż wymierzył dłoń,
Dziś w stosach lśni za zwycięstw trud
Ku Zeusa czci pobitych broń.
Ale przy jednej miasta bramie
Nie błyszczy żaden chwały łup,
Gdzie brat na brata podniósł ramię,
Tam obok trupa poległ trup.

Więc teraz Nike[8], czci syta i sławy,
Zwraca ku Tebom radosne swe oczy,
Po twardym znoju i po walce krwawej
Rzezi wspomnienie niech serca nie mroczy;
Idźmy do świątyń, a niechaj na przedzie
Teb skoczny Bakchus[9] korowody wiedzie.

Lecz otóż widzę, jak do nas tu zdąża
Kreon, co ziemią tą włada,
Nowy bóstw wyrok go w myślach pogrąża,
Ważne on plany waży i układa.

Widno, że zbadać chciałby nasze zdanie,
Skoro tu starców wezwał na zebranie.


KREON

O Tebańczycy, nareszcie bogowie
Z burzy i wstrząśnień wyrwali to miasto;
A jam was zwołał tutaj przed innymi,
Boście wy byli podporami tronu
       165 Za Laiosa i Edypa rządów,
I po Edypa zgonie młodzieniaszkom
Pewną swą radą służyliście chętnie.
Kiedy zaś oni za losu wyrokiem
Polegli obaj w bratobójczej walce,
       170 Krwią pokalawszy braterskie prawice,
Wtedy ja władzę i tron ten objąłem,
Który mi z prawa po zmarłych przypada.
Trudno jest duszę przeniknąć człowieka,
Jego zamysły i pragnienia, zanim
       175 On ich na szerszym nie odsłoni polu.
Ja tedy władcę, co by, rządząc miastem,
Wnet się najlepszych nie imał zamysłów
I śmiało woli swej nie śmiał ujawnić,
Za najgorszego uważałbym pana.
       180 A gdyby wyżej nad dobro publiczne
Kładł zysk przyjaciół, za nic bym go ważył.
I nie milczałbym, klnę się na Jowisza
Wszechwidzącego, gdybym spostrzegł zgubę
Zamiast zbawienia kroczącą ku miastu.
       165 Nigdy też wroga nie chciałbym ojczyzny
Mieć przyjacielem, o tym przeświadczony,
Że nasze szczęście w szczęściu miasta leży,
I jego dobro przyjaciół ma raić.
Przez te zasady podnoszę to miasto
       190 I tym zasadom wierny obwieściłem
Ukaz ostatni na Edypa synów,
Aby dzielnego w walce Eteokla,
Który w obronie poległ tego miasta,

W grobie pochować i uczcić ofiarą,
Która w kraj zmarłych za zacnymi idzie;        195
Brata zaś jego, Polinika mniemam,
Który-to bogów i ziemię ojczystą
Naszedł z wygnania i ognia pożogą
Zamierzał zniszczyć, i swoich rodaków
Krwią się napoić, a w pęta wziąć drugich,        200
Wydałem rozkaz, by chować ni płakać
Nikt się nie ważył, lecz zostawił ciało
Przez psy i ptaki w polu poszarpane.
Taka ma wola, a nie ścierpię nigdy,
By źli w nagrodzie wyprzedzili prawych.        205
Kto za to miastu temu dobrze życzy,
W zgonie i w życiu dozna mej opieki.


CHÓR

Tak więc, Kreonie, raczysz rozporządzać
Ty co do wrogów i przyjaciół grodu,
A wszelka władza zaprawdę ci służy,        210
I nad zmarłymi, i nami, co żyjem.


KREON

A więc czuwajcie nad mymi rozkazy.


CHÓR

Poleć młodszemu straż nad tym i pieczę.


KREON

Przecież tam stoją straże w pogotowiu.


CHÓR

Czegoż byś tedy od nas jeszcze żądał?        215


KREON

Byście niesfornym stanęli oporem.


CHÓR

Głupi ten, kto by na śmierć się narażał.


KREON

Tak, śmierć go czeka! Lecz wielu do zguby
Popchnęła żądza i zysku rachuby.


STRAŻNIK

       220

O najjaśniejszy, nie powiem, że w biegu
Spiesząc ja tutaj tak się zadyszałem,
Bom ja raz po raz przystawał po drodze
I chciałem nazad zawrócić z powrotem,
A dusza tak mi mówiła co chwila:
       225 Czemuż to, głupi, ty karku nadstawiasz?
Czemuż tak lecisz? przecież może inny
Donieść to księciu; na cóż ty masz skomleć?
Tak sobie myśląc, spieszyłem powolnie,
A krótka droga wraz mi się wzdłużała.
       230 Na koniec myślę: niech będzie, co będzie,
I staję, książę, przed tobą i powiem,
Choć tak po prawdzie sam nie wiem zbyt wiele.
A zresztą tuszę, że nic mnie nie czeka,
Chyba, co w górze było mi pisane.


KREON

       235

Cóż więc nadmierną przejmuje cię trwogą?


STRAŻNIK

Zacznę od siebie, żem nie zrobił tego,
Co się zdarzyło, anim widział sprawcy,
Żem więc na żadną nie zarobił karę.


KREON

Dzielnie warujesz i wałujesz sprawę,
       240 Lecz jasne, że coś przynosisz nowego.


STRAŻNIK

Bo to niesporo na plac ze złą wieścią.


KREON

Lecz mów już w końcu i wynoś się potem.


STRAŻNIK

A więc już powiem. Trupa ktoś co tylko
Pogrzebał skrycie i wyniósł się chyłkiem,
       245 Rzucił garść ziemi i uczcił to ciało.


KREON

Co mówisz? Któż był tak bardzo bezczelny?


STRAŻNIK

Tego ja nie wiem, bo żadnego znaku
Ani topora, motyki nie było.
Ziemia wokoło była gładka, zwarta,
       250 Ani w niej stopy, ni żadnej kolei,
Lecz, krótko mówiąc, sprawca znikł bez śladu.
Skoro też jeden ze straży rzecz wskazał,
Zaraz nam w myśli, że w tym jakieś licho.
Trup znikł, a leżał nie pod grubą zaspą,
       255 Lecz przyprószony, jak czynią, co winy
Się wobec zmarłych strachają; i zwierza
Lub psów szarpiących trupy ani śladu.
Więc zaczął jeden wyrzekać na drugich,
Jeden drugiego winować, i było
       260 Blisko już bójki, bo któż by ich zgodził?
W każdym ze straży wietrzyliśmy sprawcę,
Lecz tak na oślep, bo nikt się nie przyznał.
I my gotowi i żary brać w ręce,
I w ogień skoczyć, i przysiąc na bogów,
       265 Że nie my winni, ani byli w spółce
Z tym, co obmyślił tę rzecz i wykonał.
Więc koniec końcem, gdy dalej tak nie szło,
Jeden rzekł słowo, które wszystkim oczy
Zaryło w ziemię; bośmy nie wiedzieli,
       270 Co na to odrzec, a strach nas zdjął wielki,
Co z tego będzie. Rzekł więc na ten sposób,
Że tobie wszystko to donieść należy.
I tak stanęło, a mnie nieszczęsnemu
Los kazał zażyć tej przyjemnej służby.

       275

Więc po niewoli sobie i wam staję,
Bo nikt nie lubi złych nowin zwiastuna.


CHÓR

O panie, mnie już od dawna się roi,
Że się bez bogów przy tym nie obeszło.


KREON

Milcz, jeśli nie chcesz wzbudzić mego gniewu,
       280 I prócz starości ukazać głupoty.
Bo brednie pleciesz, mówiąc, że bogowie
O tego trupa na ziemi się troszczą.
Czyżby z szacunku, jako dobroczyńcę,
Jego pogrzebli, jego, co tu wtargnął,
       285 Aby świątynie i ofiarne dary
Zburzyć, spustoszyć ich ziemię i prawa?
Czyż, według ciebie, bóstwa czczą zbrodniarzy?
O nie, przenigdy! Lecz tego tu miasta
Ludzie już dawno przeciw mnie szemrając
       290 Głową wstrząsali i jarzmem ukrycie
Przeciw mym rządom i mojej osobie.
Wiem ja to dobrze, że za ich pieniądze
Straże się tego dopuściły czynu.
Bo nie ma gorszej dla ludzi potęgi,
       295 Jak pieniądz: on to i miasta rozburza,
On to wypiera ze zagród i domu,
On prawe dusze krzywi i popycha
Do szpetnych kroków i nieprawych czynów.
Zbrodni on wszelkiej ludzkości jest mistrzem
       300 I drogowskazem we wszelkiej sromocie.
A ci, co czyn ten za pieniądz spełnili,
Wreszcie spóźnione wywołali kaźnie.
Bo jeśli dotąd Zeusowi hołd składam,
Miarkuj to dobrze, a klnę się przysięgą,
       305 Jeśli wy zaraz schwytanego sprawcy
Nie dostawicie przed moje oblicze,
To jednej śmierci nie będzie wam dosyć,
Lecz wprzódy wisząc będziecie zeznawać,

Byście w przyszłości wiedzieli, skąd grabić
       310 I ciągnąć zyski, i mieli naukę,
Że nie na wszelki zysk godzić należy.
Bo to jest pewne, że brudne dorobki
Częściej do zguby prowadzą, niż szczęścia.


STRAŻNIK

Wolnoż mi mówić? czy pójść mam w milczeniu?


KREON

       315

Czyż nie wiesz jeszcze, jak głos twój mi wstrętny?


STRAŻNIK

Uszy ci rani, czy też duszę twoją?


KREON

Cóż to? chcesz badać, skąd idą me gniewy?


STRAŻNIK

Sprawca ci duszę, a ja uszy trapię.


KREON

Cóż to za urwisz z niego jest wierutny!


STRAŻNIK

       320

 A przecież nie ja czyn ten popełniłem.


KREON

Ty! — swoją duszą frymarcząc w dodatku.


STRAŻNIK

O nie!
Próżne to myśli, próżniejsze domysły.


KREON

Zmyślne twe słowa, lecz jeżeli winnych
       325 Mi nie stawicie, to wnet wam zaświta,
Że brudne zyski sprowadzają kaźnie.


STRAŻNIK

O, niech go ujmą, owszem, lecz cokolwiek

Teraz się stanie za dopustem losu,
Ty mnie już tutaj nie zobaczysz więcej;
       330 Bo już i teraz dziękuję ja bogom,
Żem wbrew nadziei stąd wyszedł bez szwanku.


       332—383

CHÓR

Siła jest dziwów, lecz nad wszystkie sięga
Dziwy człowieka potęga.
Bo on prze śmiało poza sine morze,
Gdy toń się wzdyma i kłębi,
I z roku na rok swym lemieszem porze
Matkę-ziemicę do głębi.

Lotny ród ptaków i stepu zwierzęta
I dzieci fali usidla on w pęta,
Wszystko rozumem zwycięży.
Dzikiego zwierza z gór ściągnie na błonie,
Krnąbrny kark tura i grzywiaste konie
Ujarzmi w swojej uprzęży.

Wynalazł mowę i myśli dał skrzydła
I życie ujął w porządku prawidła,
Od mroźnych wichrów na deszcze i gromy
Zbudował sobie schroniska i domy,
Na wszystko z radą on gotów.
Lecz choćby śmiało patrzał w wiek daleki,
Choć ma na bóle i cierpienia leki,
Śmierci nie ujdzie on grotów.

A sił potęgę, które w duszy tleją,
Popchnie on zbrodni lub cnoty koleją;
Jeżeli prawa i bogów cześć wyzna,
To hołd mu odda ojczyzna;
A będzie jej wrogiem ten, który nie z bogiem
Na cześć i prawość się ciska,
Niechajby on sromu mi nie wniósł do domu,
Nie skalał mego ogniska.

Lecz jakiż widok uderza me oczy?
Czyż ja zdołałbym wbrew prawdzie zaprzeczyć,
Że to dzieweczka idzie Antygona?
O ty nieszczęsna, równie nieszczęsnego
Edypa córo!
Cóż-że się stało? czy cię na przestępstwie
Ukazu króla schwytano, i teraz
Wskutek tej zbrodni prowadzą jak brankę?


STRAŻNIK

Oto jest dziewka, co to popełniła.
       385 Tę schwytaliśmy. Lecz gdzieżeż jest Kreon?


CHÓR

Wychodzi oto z domu w samą porę.


KREON

Cóż to? jakież tu zeszedłem zdarzenie?


STRAŻNIK

Niczego, panie, nie trza się odrzekać,
Bo myśl późniejsza kłam zada zamysłom;
       390 Ja bo dopiero kląłem, że już nigdy
Nie stanę tutaj po groźbach, coś miotał,
Ale ta nowa, wielka niespodzianka
Nie da się zmierzyć z nijaką radością;
Idę więc, chociaż tak się zaklinałem,
       395 Wiodąc tę dziewkę, którą przychwytano,
Gdy grób gładziła; żaden los tym razem
Mnie tu nie przywiódł, lecz własne odkrycie.
Sądź ją i badaj; jam sobie zasłużył,
Bym z tych opałów wydostał się wreszcie.


KREON

       400

Jakim sposobem i gdzieżeś ją schwytał?


STRAŻNIK

Trupa pogrzebła. W dwóch słowach masz wszystko.


KREON

Czy pewny jesteś tego, co tu głosisz?


STRAŻNIK

Na własne oczy przecież ją widziałem
Grzebiącą trupa; chyba jasno mówię.


KREON

       405

Więc na gorącym zszedłeś ją uczynku?


STRAŻNIK

Tak się rzecz miała: kiedyśmy tam przyszli,
Groźbami twymi srodze przepłoszeni,
Zmietliśmy z trupa ziemię i znów nagie
I już nadpsute zostawiwszy ciało
       410 Na bliskim wzgórzu siedliśmy, to bacząc,
By nam wiatr nie niósł wstrętnego zaduchu.
A jeden beształ drugiego słowami,
By się nie lenić i nie zaspać sprawy.
To trwało chwilę; a potem na niebie
       415 Zabłysnął w środku ognisty krąg słońca
I grzać poczęło; aż nagle się z ziemi
Wicher poderwał i wśród strasznej trąby
Wył po równinie, drąc liście i korę
Z drzew, i zapełnił kurzawą powietrze;
       420 Przymknąwszy oczy, drżeliśmy od strachu.
A kiedy wreszcie ten szturm się uciszył,
Widzimy dziewkę, która tak boleśnie
Jak ptak zawodzi, gdy znajdzie swe gniazdo
Obrane z piskląt i opustoszałe.
       425 Tak ona, trupa dojrzawszy nagiego,
Zaczyna jęczeć i przekleństwa miotać
Na tych, co brata obnażyli ciało.
I wnet przynosi garść suchego piasku,
A potem z wiadra, co dźwiga na głowie,
       430 Potrójnym płynem martwe skrapia zwłoki.[10]

My więc rzucimy się na nią i dziewkę
Chwytamy, ona zaś nic się nie lęka,
Badamy dawne i świeże jej winy,
Ona zaś żadnej nie zaprzecza zbrodni,
       435 Co dla mnie miłe, lecz i przykre było.
Bo że z opałów sam się wydostałem,
Było mi słodkie, lecz żem w nie pogrążył
Znajomych, przykre. Chociaż ostatecznie,
Skorom ja cały, resztę lekko ważę.


KREON

       440

Lecz ty, co głowę tak skłaniasz ku ziemi,
Mów, czy to prawda, czy donos kłamliwy?


ANTYGONA

Jam to spełniła, zaprzeczyć nie myślę.


KREON

Ty więc się wynoś, gdzie ci się podoba,
Wolny od winy i ciężkich podejrzeń.
       445 A ty odpowiedz mi teraz w dwóch słowach,
Czyżeś wiedziała o moim zakazie?


ANTYGONA

Wiedziałam dobrze. Wszakże nie był tajny.


KREON

I śmiałaś wbrew tym stanowieniom działać?


ANTYGONA

Przecież nie Jowisz obwieścił to prawo,
       450 Ni wola Diki[11], podziemnych bóstw siostry,
Taką ród ludzki związała ustawą.
A nie mniemałam, by ukaz twój ostry
Tyle miał wagi i siły w człowieku,

Aby mógł łamać święte prawa boże,
       455 Które są wieczne i trwają od wieku,
Że ich początku nikt zbadać nie może.
Ja więc nie chciałam ulęknąć się człeka
I za złamanie praw tych kiedyś bogom
Zdawać tam sprawę. Bom śmierci ja pewna
       460 Nawet bez twego ukazu; a jeśli
Wcześniej śmierć przyjdzie, za zysk to poczytam.
Bo komu przyszło żyć wśród nieszczęść tylu,
Jakże by w śmierci zysku nie dopatrzył?
Tak więc nie mierzi mnie śmierci ta groźba,
       465 Lecz mierziłoby mnie braterskie ciało
Niepogrzebane. Tak, śmierć mnie nie straszy,
A jeśli głupio działać ci się zdaję,
Niech mój nierozum za nierozum staje.


CHÓR

Krnąbrne po krnąbrnym dziewczyna ma ojcu
       470 Obejście, grozie nie ustąpi łatwo.


KREON

Lecz wiedz, że często zamysły zbyt harde
Spadają nisko, że często się widzi,
Jako żelazo najtwardsze wśród ognia
Gnie się i mimo swej twardości pęka;
       475 Wiem też, że drobne wędzidło rumaki
Dzikie poskramia. Bo tym nieprzystojna
Wyniosłość, którzy u innych w niewoli.
Dziewka ta jedną splamiła się winą
Rozkazy dane obchodząc i łamiąc,
       480 Teraz przed drugim nie sroma się gwałtem,
Z czynu się chełpi i nadto urąga.
Lecz nie ja mężem, lecz ona by była,
Gdyby postępek ten jej uszedł płazem.
Ale czy z siostry, czy choćby i bliższej
       485 Krwią mi istoty ona pochodziła,
Ona i siostra nie ujdą przenigdy
Śmierci straszliwej; bo i siostrę skarcę,

Że jej spólniczką była w tym pogrzebie.
Wołać mi tamtą, którą co dopiero
       490 Widziałem w domu zmieszaną, szaloną.
Tak duch zazwyczaj tych zdradza, co tajnie
Się dopuścili jakiegoś występku.
Wstręt zaś ja czuję przeciw tym złoczyńcom,
Którzy swe grzechy chcą potem upiększać.


ANTYGONA

       495

Chceszli co więcej, czyli śmierć mi zadać?


KREON

O! nie! w tym jednym zawiera się wszystko.


ANTYGONA

Więc na cóż zwlekać? Jako twoje słowa
Mierżą, i oby zawsze mnie mierziły,
Tak wstrętne tobie wszelkie me postępki.
       500 A jednak, skąd bym piękniejszą ja sławę
Uszczknęła, jako z brata pogrzebania.
I ci tu wszyscy rzecz by pochwalili,
Gdyby im trwoga nie zawarła mowy.
Ale tyranów los ze wszech miar błogi,
       505 Wolno im czynić, co zechcą, i mówić.


KREON

Sama tak sądzisz pośród Kadmejczyków.


ANTYGONA

I ci tak sądzą, lecz stulają wargi.


KREON

Nie wstyd ci, jeśli od tych się wyróżniasz?


ANTYGONA

Czcić swe rodzeństwo nie przynosi wstydu.


KREON

       500

Nie był ci bratem ten, co poległ drugi?


ANTYGONA

Z jednego ojca i matki zrodzonym.


KREON

Czemuż więc niesiesz cześć, co jemu wstrętna?


ANTYGONA

Zmarły nie rzuci mi skargi tej w oczy.


KREON

Jeśli na równi z nim uczcisz złoczyńcę?


ANTYGONA

       515

Nie jak niewolnik, lecz jak brat on zginął.


KREON

On, co pustoszył kraj, gdy tamten bronił?


ANTYGONA

A jednak Hades pożąda praw równych.


KREON

Dzielnemu równość ze złym nie przystoi.


ANTYGONA

Któż wie, czy takie wśród zmarłych są prawa?


KREON

       520

Wróg i po śmierci nie stanie się miłym.


ANTYGONA

Współkochać przyszłam, nie współnienawidzić.


KREON

Jeśli chcesz kochać, kochaj ich w Hadesie,
U mnie nie będzie przewodzić kobieta.


       524—-530

CHÓR

Lecz otóż wiodą Ismenę, o panie,
Widać jej boleść i słychać jej łkanie,
A jakaś chmura przesłania jej oczy
I piękną dziewki twarz mroczy.


KREON

O ty, co w domu przypięłaś się do mnie
Jak wąż podstępnie, żem wiedzieć wręcz nie mógł.
Iż na mą zgubę dwa wyrodki żywię,
Nuże, mów teraz, czyś była wspólniczką
       535 W tym pogrzebaniu, lub wyprzyj się winy.


ISMENA

Winna ja jestem, jak stwierdzi to siostra,
I biorę na się tej zbrodni połowę.


ANTYGONA

Lecz sprawiedliwość przeczy twym twierdzeniom;
Aniś ty chciała, ni jać przypuściłam.


ISMENA

       540

Jednak w niedoli twojej nie omieszkam
Wziąć na się cząstkę twych cierpień i kaźni.


ANTYGONA

Hades i zmarli wiedzą, kto to zdziałał.
Słowami świadczyć miłość — to nie miłość.


ISMENA

O, nie zabraniaj mi, siostro, choć w śmierci
       545 Z tobą się złączyć i uczcić zmarłego.


ANTYGONA

Nie chcę twej śmierci, a nie zwij twym dziełem
Coś nie sprawiła; mój zgon starczy bratu.


ISMENA

Lecz jakiż żywot mnie czeka bez ciebie?


ANTYGONA

Pytaj Kreona! Zwykłaś nań ty baczyć.


ISMENA

       550

Po cóż mnie dręczysz bez żadnej potrzeby?


ANTYGONA

Cierpię ja, że mi śmiać przyszło się z ciebie.


ISMENA

W czym bym choć teraz ci przydać się mogła?


ANTYGONA

Myśl o ratunku, ja go nie zawiszczę.


ISMENA

O, ja nieszczęsna! więc chcesz mnie porzucić?


ANTYGONA

       555

Wybrałaś życie — ja życia ofiarę.


ISMENA

Skąd wiesz, co na dnie słów moich się kryje?


ANTYGONA

W słowach ty rady, ja szukałam w czynie.


ISMENA

A jednak wina ta sama nas łączy.


ANTYGONA

Bądź zdrowa, żyjesz, — a moja już dusza
       560 W krainie śmierci... zmarłym świadczyć może.


KREON

Z dziewcząt się jednej teraz zwichnął rozum,
Druga od młodu wciąż była szalona.


ISMENA

O władco, w ludziach zgnębionych nieszczęściem
Umysł się chwieje pod ciosów obuchem.


KREON

       565

W tobie zaiste, co łączysz się z zbrodnią,


ISMENA

Bo cóż mi życie warte bez mej siostry?


KREON

Jej nie nazywaj — bo ona już zmarła.


ISMENA

Więc narzeczoną chcesz zabić ty syna?


KREON

Są inne łany dla jego posiewu.


ISMENA

       570

Lecz on był dziwnie do niej dostrojony.


KREON

Złymi dla synów niewiasty się brzydzę.


ISMENA

Drogi Hajmonie, jak ojciec cię krzywdzi!


KREON

Twój głos i swadźby zbyt mierżą mnie twoje.


CHÓR

A więc chcesz wydrzeć kochankę synowi?


KREON

       575

Hades posłaniem będzie tej miłości.


CHÓR

Taka więc wola, że ta umrzeć musi?


KREON

Twoja i moja; lecz dosyć tych zwlekań;
Wiedźcie je, sługi, w dom, bo odtąd mają
Żyć jak niewiasty, nie według swej woli.
       580 Toć i zbyt śmiałe ulękną się serca,
Gdy widmo śmierci zaglądnie im w oczy.


       582—630

CHÓR

Szczęśliwy, kogo w życiu klęski nie dosięgły,
Bo skoro bóg potrząśnie domowymi węgły,

Z jednego gromu cały szereg nieci,
Po ojcach godzi i w dzieci.
Tak jako fale na morzu się piętrzą,
Gdy wicher tracki[12] do głębiny wpadnie
I ryje iły drzemiące gdzieś na dnie,
Aż brzeżne skały od burzy zajęczą: —

Tak już od wieków w Labdakidów domy
Po dawnych gromach nowe godzą gromy,
Bóle minionych pokoleń
Nie niosą ulg i wyzwoleń.
I ledwie słońce promienie rozpostrze
Ponad ostatnią odnogą rodzeństwa,
A już bóstw krwawych podcina ją ostrze,
Obłęd i szału przekleństwa.

O Zeusie, któż się z twą potęgą zmierzy?
Ciebie ni czasu odwieczne miesiące,
Ni sen nie zmoże wśród swoich obierzy.
Ty, co Olimpu szczyty jaśniejące
Przez wieki dzierżysz promienny,
Równy w swej sile, niezmienny.
A wieczne prawo gniecie ziemi syny,
Że nikt żywota nie przejdzie bez winy.

Nadzieja złudna, bo jednym da skrzydła,
Drugich omota w swe sidła;
Żądz lotnych wzbudzi w nich ognie,
Aż życie pióra te pognie.
A wieczną prawda, że w przystępie dumy
Mienią dobrymi ci nieprawe czyny,
Którym bóg zmieszał rozumy!
Nikt się na ziemi nie ustrzeże winy.

Lecz otóż Hajmon, z twojego potomstwa
Wiekiem najmłodszy; widocznie boleje

Nad ciężkim losem swej umiłowanej
I po swym szczęściu łzy leje.


KREON

Wkrótce przejrzymy jaśniej od wróżbitów.
O synu! czyż ty przybywasz tu gniewny
Wskutek wyroku na twą narzeczoną,
Czy w każdej doli zachowasz mnie miłość?


HAJMON

       635

Twoim ja, ojcze! Skoro mądrze radzisz,
Idę ja chętnie za twoim przewodem;
I żaden związek nie będzie mi droższy
Ponad wskazówki z ust twoich rozumnych.


KREON

O! tak, mój synu, być zawsze powinno,
       640 Zdanie ojcowskie ponad wszystkim ważyć.
Przecież dlatego błagają ojcowie,
Aby powolnych synów dom im chował,
Którzy by krzywdy od wrogów pomścili,
A równo z ojcem uczcili przyjaciół.
       645 Kto by zaś płodził potomstwo nic warte,
Cóż by on chował, jak troski dla siebie,
A wobec wrogów wstyd i pośmiewisko?
Synu, nie folguj więc żądzy, nie porzuć
Dla marnej dziewki rozsądku, wiedz dobrze,
       650 Że nie ma bardziej mroźnego uścisku,
Jak w złej kobiety ramionach; bo trudno
O większą klęskę, jako zły przyjaciel.
Przeto ze wstrętem ty porzuć tę dziewkę,
Aby w Hadesie innemu się dała.
       655 Bo skorom poznał, że z całego miasta
Ona jedyna, oparła się prawu,
Nie myślę stanąć wszem wobec jak kłamca,
Ale ją stracę; rodzinnego Zeusa[13]

Niechby błagała; jeśli wśród rodziny
       660 Nie będzie ładu, jak obcych poskromię?
Bo kto w swym domu potrafi się rządzić,
Ten sterem państwa pokieruje dobrze;
Kto zaś zuchwale przeciw prawu działa
I tym, co rządzą, narzucać chce wolę,
       665 Ten nie doczeka się mego uznania.
Wybrańcom ludu posłusznym być trzeba
W dobrych i słusznych, nawet w innych sprawach.
Takiego męża rządom bym zaufał,
Po takim służby wyglądał ochotnej,
       670 Taki by w starciu oszczepów i w walce
Wytrwał na miejscu jak dzielny towarzysz.
Nie ma zaś większej klęski od nierządu,
On gubi miasta, on domy rozburza,
On wśród szeregów roznieca ucieczkę.
       675 Zaś pośród mężów powolnych rozkazom
Za życia puklerz stanie posłuszeństwo.
Tak więc wypada strzec prawa i władzy
I nie ulegać niewiast samowoli.
Jeżeli upaść, to z ręki paść męskiej,
       680 Bo hańba doznać od niewiasty klęski.


CHÓR

Nam, jeśli starość rozumu nie tłumi,
Zdajesz się mówić o tym bardzo trafnie.


HAJMON

Ojcze, najwyższym darem łaski bogów
Jest niewątpliwie u człowieka rozum.
       685 A ja słuszności twoich słów zaprzeczyć
Ani bym umiał, ani chciałbym zdołać.
Ale sąd zdrowy mógłby mieć też inny.
Mam ja tę wyższość nad tobą, że mogę
Poznać, co ludzie mówią, czynią, ganią,
       690 Bo na twój widok zdejmuje ich trwoga,
I słowo, ciebie rażące, zamiera.

A więc cichaczem przyszło mi wysłuchać,
Jak miasto nad tą się żali dziewicą,
Że ze wszech niewiast najmniej ona winna,
       695 Po najzacniejszym czynie marnie kończy.
Czyż bo ta, co w swym nie przeniosła sercu,
By brat jej leżał martwy bez pogrzebu,
Psom na pożarcie i ptactwu dzikiemu,
Raczej nagrody nie godna jest złotej?
       700 Takie się głosy odzywają z cicha.
Ja zaś, o ojcze, niczego nie pragnę,
Jak by się tobie dobrze powodziło.
Bo jestli większy skarb nad dobre imię
Ojca dla dzieci, lub dzieci dla ojca?
       705 Nie żyw więc tego, ojcze, przeświadczenia,
Że tylko twoje coś warte jest zdanie;
Bo kto jedynie sam sobie zawierzy,
Na swojej mowie polega i duszy,
Gdy go odsłonią, pustym się okaże.
       710 Choćby był mądry, przystoi mężowi
Ciągle się uczyć, a niezbyt upierać.
Widzisz przy rwących strumieniach, jak drzewo,
Które się nagnie, zachowa konary,
A zbyt oporne z korzeniami runie.
       715 Także i żeglarz, który zbyt naciągnie
Żagle i folgi nie daje, przewróci
Łódź i osiądzie bez ławic na desce.
Ustąp ty przeto i zaniechaj gniewu,
Bo jeśli wolno sądzić mnie młodszemu,
       720 Mniemam, że taki człowiek najprzedniejszy,
Który opływa w rozum z przyrodzenia;
Jeśli tak nie jest — a i to się zdarzy, —
Niechaj rad dobrych zbyt lekko nie waży.


CHÓR

O panie, słuchaj, jeśli w porę mówi,
       725 A ty znów ojca; obaj mądrze prawią.


KREON

A więc w mym wieku mam mądrości szukać
I brać nauki u tego młokosa?


HAJMON

Nie w nieprawości; a jeśli ja młody,
To na rzecz raczej, niż wiek, baczyć trzeba.


KREON

       730

Na rzecz, niesfornym która cześć oddaje?


HAJMON

Ni słowem śmiałbym cześć taką zalecać.


KREON

A czyż nie w takie popadła ta błędy?


HAJMON

Przeczy głos ludu, co mieszka w Teb grodzie.


KREON

Więc lud mi wskaże, co ja mam zarządzać?


HAJMON

       735

Niemal jak młodzian porywczy przemawiasz.


KREON

Sobie czy innym gwoli ja tu rządzę?


HAJMON

Marne to państwo, co li panu służy.


KREON

Czyż nie do władcy więc państwo należy?


HAJMON

Pięknie byś wtedy rządził... na pustyni.


KREON

       740

Ten, jak się zdaje, z tamtą dziewką trzyma.


HAJMON

Jeśli ty dziewką; o ciebie się troskam.


KREON

Z ojcem się swarząc, o przewrotny synu?


HAJMON

Bo widzę, że ty z drogi zbaczasz prawej.


KREON

Błądzęż ja strzegąc godności mej władzy?


HAJMON

       745

Nie strzeżesz — władzą pomiatając bogów.


KREON

O niski duchu, na służbie kobiety!


HAJMON

Bo w służbie złego nie znajdziesz mnie nigdy.


KREON

Cała twa mowa jej sprawy ma bronić.


HAJMON

Twej sprawy, mojej i podziemnych bogów.


KREON

       750

Nigdy już żywcem ty jej nie poślubisz.


HAJMON

Zginie — to śmiercią sprowadzi zgon inny.


KREON

A więc już groźbą śmiesz we mnie ty godzić?


HAJMON

Cóż warta groźba, gdzie puste zamysły?


KREON

Wnet pożałujesz twych nauk, młokosie!


HAJMON

       755

Nie byłbyś ojcem, rzekłbym, żeś niemądry.


KREON

Niewiast służalcze, przestań, się uprzykrzać!


HAJMON

Chcesz więc ty mówić, a drugich nie słuchać?


KREON

Doprawdy? Ale, na Olimp, wiedz o tym,
Że cię twe drwiny o zgubę przyprawią.
       760 Wiedźcie tu dziewkę; niechajże wyrodna
W oczach kochanka tu ginie natychmiast.


HAJMON

Nie umrze ona przy mnie! nie marz o tym.
Nie ujrzę tego, raczej ty nie ujrzysz
Więcej mojego oblicza, jeżeli
       765 W szale na bliskich porywać się myślisz.


CHÓR

Uniesion gniewem wypadł on, o władco,
A w młodej głowie rozpacz złym doradcą.


KREON

Niech myśli, czyny knuje on zuchwałe —
Ale tych dziewek nie wyrwie on śmierci.


CHÓR

       770

Jak to? czyż obie ty zgładzić zamyślasz?


KREON

Niewinna ujdzie; słusznie mnie strofujesz.


CHÓR

A jakiż tamtej gotujesz ty koniec?


KREON

Gdzieś na bezludnym zamknę ją pustkowiu,

W skalistym lochu zostawię żyjącą,
       775 Strawy przydając jej tyle, by kaźnię
Pozbawić grozy i klątwy nie ściągnąć,
A tam jej Hades, którego jedynie
Z bogów uwielbia, może da zbawienie, —
Lub pozna wreszcie, jeśli marnie zginie,
       780 Że próżną służbą czcić Hadesu cienie.


       781—805

CHÓR

Miłości, któż się wyrwie z twych obierzy,
Miłości, która runiesz na ofiary,
W gładkich dziew licach gdy rozniecisz czary.
Kroczysz po morzu i wśród chat pasterzy,
Ni bóg nie ujdzie przed twoim nawałem,
Ani śmiertelny. Kim władasz, wre szałem.

Za twym podmuchem, do winy
Zboczy i prawy wraz człowiek;
Spory ty szerzysz wśród jednej rodziny.
Urok wystrzela zwycięsko spod powiek
Dziewicy, sięgnie i praw majestatu
Moc Afrodyty, co przewodzi światu.

A i ja nawet, chociaż wiernie służę,
Prawie się w duszy na ukazy burzę,
A boleść serce mi rani,
Bo straszny widok uderza me oczy:
Do wszechchłonącej Antygona kroczy
Ciemnej Hadesu przystani.


       806—881

ANTYGONA

Patrzcie, o patrzcie, wy ziemi tej dzieci,
Na mnie, kroczącą w smutne śmierci cienie,
Oglądającą ostatnie promienie
Słońca, co nigdy już mi nie zaświeci,
Bo mnie Hadesa dziś ręka śmiertelna

Do Acherontu[14] bladych wiedzie włości.
Ani zaznałam miłości,
Ani mi zabrzmi żadna pieśń weselna;
Ale na zimne Acherontu łóże
Ciało nieszczęsne me złożę.


CHÓR

Pieśni ty godna, i w chwały rozkwicie
W kraj śmierci niesiesz twe życie.
Ani cię chorób przygnębiło brzemię,
Ni miecza ostrze zwaliło na ziemię,
Lecz własnowolna, nie dobiegłszy kresu,
Żywa w kraj stąpasz Hadesu.


ANTYGONA

Słyszałam niegdyś o frygijskiej Niobie[15],
Córce Tantala, i jej strasznym zgonie,
Że skamieniała w swej niemej żałobie
I odtąd ciągle we łzach bólu tonie.
Skała owiła ją jak bujne bluszcze,
A na jej szczytach śnieg miecie, deszcz pluszcze;
Rozpaczy łkaniem zroszone jej łono, —
Mnie też kamienną pościel przeznaczono.


CHÓR

Lecz ona przecież z krwi bogów jest rodem,
My śmiertelnego pokolenia płodem.
Hołd jednak temu, kto choć w śmierci progu
Dorówna bogu.


ANTYGONA

Urągasz biednej. Czemuż obelżywą
Mową mnie ranisz, pókim jeszcze żywą?
Miasto i męże, dzierżący te grody,

Wzywam was, zwróćcie litosne swe oczy,
I wy, Teb gaje i dirkejskie wody,
Na mnie, co idę ku ciemnej pomroczy,
Nie opłakana przez przyjaciół żale,
Do niezwykłego grobowca gdzieś w skale.
O, ja nieszczęsna!
Anim ja zmarła, ani też przy życiu,
Śmierć mnie już trzyma w swym mroźnym spowiciu.


CHÓR

W nadmiarze pychy zuchwałej
Z tronem się Diki twe myśli i mowy
Zderzyły w locie, złamały.
Zły duch cię ściga rodowy.


ANTYGONA

Mowa ta głębią mego serca targa;
Dotknąłeś ojca ty sromu,
I w słowach twoich rozbrzmiała znów skarga
Nad nieszczęściami Labdakidów domu.
Straszną ja pomnę łożnicę,
W której syn z matką zdrożne śluby wiąże.
Nieszczęśni moi rodzice!
Klątwą brzemienna dziś do was podążę,
Dziewiczość niosąc wam serca.
O drogi bracie, złowrogie twe śluby[16]
Były początkiem pogromu i zguby;
Tyś — choć zmarły — mój morderca.


CHÓR

Zmarłych czcić — czcigodny czyn,
Ale godny kaźni błąd
Łamać prawo, walić rząd.
Tyś zginęła z własnych win.


ANTYGONA

Bez łez, przyjaciół, weselnego pienia
Kroczę już, biedna, ku śmiertelnej toni,
Wnet już nie ujrzę ni słońca promienia,
Nikt łzy nad moją dolą nie uroni.


KREON

Czyżby kto ustał w przedzgonnych tych skargach
Gdyby mu dano się żalić bez końca?
Bierzcie stąd dziewkę i w ciemnym ją grobie
       885 Zawrzyjcie zaraz, jak już nakazałem.
Tam ją zostawcie samotną, by zmarła,
Albo też żywa pędziła dni marne;
Tak wobec dziewki zostaniem bez winy,
A nie ścierpimy, aby wśród nas żyła.


ANTYGONA

       890

Grobie, ty mojej łożnico miłości,
Mieszkanie wieczne, ciemnico sklepiona!
Idę do moich, których tylu gości
W pozgonnych domach boska Persefona[17].
Za wami idę ja, co w życia wiośnie
       895 Zginęłam, prawie nie zaznawszy świata.
A tuszę, że mnie tam przyjmą radośnie,
Ty, ojcze, matko, i miła dłoń brata,
Bom tu z miłosną służbą wasze ciała
Własną obmyła, namaściła ręką;
       900 Żem bratnie zwłoki uczciwie grzebała,
Taką mnie darzą podzięką!
Mam u szlachetnych ludzi cześć i chwałę,[18]
Lecz potępienie ze strony Kreona,

Bo on me czyny uznał za zuchwałe.
Ręką więc teraz jego uwięziona,
Ani zaznawszy słodyczy wesela,
       915 Ni uczuć matki, ni dziatek pieszczoty,
Schodzę tak sama i bez przyjaciela,
Nieszczęsna, żywa do grobowej groty.
Jakież to bogów złamałam ustawy?
Jakże do bogów podnosić mam modły,
       920 Wołać o pomoc, jeżeli czyn prawy,
Który spełniłam, uznano za podły?
Lecz jeśli z bogów to zrządzenia płynie,
Trzeba mi winnej znieść w ciszy cierpienia.
Jeśli ci błądzą, niech sięgnie ich w winie
       925 Kaźń równa z bogów ramienia!


       926—943

CHÓR

Te same burze i te same jeszcze
Duszą tej dziewki wciąż miotają dreszcze.


KREON

Pachołki, którym wieść ją nakazałem,
Swoją powolność ciężko mi... odpłaczą.


ANTYGONA

Biada! ta mowa grożąca
Bliskiego wróżbą mi końca.


CHÓR

A ja odwagi nie śmiałbym dodawać,
Że się te srogie ukazy odwloką.


ANTYGONA

Ziemi tebańskiej ojczysty ty grodzie,
I wy bogowie rodowi,
Oto mnie wiodą w bezzwłocznym pochodzie
Ku samotnemu grobowi.
Patrzcie na księżnę ostatnią z Teb królów,
W ręce siepaczy ujętą,
Ile mąk ona, ile zniosła bólów
Za wierną służbę i świętą.


       944—987

CHÓR[19]

Tak i Danae jasnego dnia zorze
Zmienić musiała na loch w miedź obity,
W grobowej skryta komorze.
A przecież ród jej zapewniał zaszczyty
I Zeus deszcz złoty na łono jej roni.
Straszne przeznaczeń obierze!
Pieniądz, ni siła, ni warowne wieże,
Ni morski żagiel przed nimi nie chroni.

Hedonów króla Likurga też bucie,
Że hardym słowem na boga się miota,
Bakchus kamienne zgotował okucie,
Gdzie zła wykipi ochota.
Rozpoznał on tam za późno swe zbrodnie
I pożałował słów gniewu,
Chciał bo szał boski tłumić i pochodnie,
Urągał muzom wśród śpiewu.

Gdzie z mórz strzelają kyanejskie progi,
Kraj Salmidesu, dla przybyszów wrogi,

Gdzie brzeg Bosforu bałwany roztrąca,
Tam widział Ares, jak dzikością wrąca
Żona Fineusa pasierby swe nęka.
Nie mieczem srogim wymierza im cięgi,
Lecz krwawą rękę zatapia w ócz kręgi,
Ostrzem je łupi czółenka.

Ujęci oni kamienną niewolą,
Płaczą nad matki i swoją niedolą.
Przecież jej przodki z Erechtydów rodu,
Ojcem Boreasz; pośród skał i głogów
I burz pędziła dni swoje od młodu,
Na chyżych koniach — prawe dziecię bogów.
Jednak, choć w dali, i tu jej dosięga
Odwiecznej Mojry potęga.


TYREZJASZ
(wiedziony przez chłopca ukazuje się na scenie)

O, Teb starszyzno, wspólnym my tu krokiem
I wspólnym wzrokiem zdążamy, bo ciemnym
       990 Za oko staje przewodnika ręka.


KREON

Cóż tam nowego, Tyrezjaszu stary?


TYREZJASZ

Ja rzeknę, ty zaś posłuchaj wróżbiarza.


KREON

Nigdy twoimi nie wzgardziłem słowy.


TYREZJASZ

Przeto szczęśliwie sterujesz tą nawą.


KREON

       995

Przyświadczyć mogę, doznawszy korzyści.


TYREZJASZ

Zważ teraz, znowu stoisz na przełomie.


KREON

Co mówisz? trwogą przejmują twe słowa.


TYREZJASZ

Poznasz ty prawdę ze znaków mej sztuki.
Siadłem na starej wróżbity siedzibie,
       1000 Gdzie wszelkie ptactwo kieruje swe loty,
Aż naraz słyszę, jak niezwykłe głosy
Wydają ptaki, szalone i dzikie;
I wnet poznałem, że szarpią się szpony,
Bo łopot skrzydeł to stwierdzał dobitnie.
       1005 Przejęty trwogą, próbuję ofiary
Na płomienistym ołtarzu, lecz ogień
Nie chce wystrzelić ku górze, a sączy
Ciecz z mięs ofiarnych, wsiąkając w popioły,
Kipi i syczy, żółć bryzga w powietrze,
       1010 I spoza tłuszczu, co spłynął stopiony,
Uda wyjrzały na ołtarzu nagie.
Od tego chłopca wnet się dowiedziałem,
Że takie marne szły z ofiary znaki,
Bo on przewodzi mnie, a ja znów innym.
       1015 Tak więc chorzeje miasto z twojej winy.
Bo wsze ołtarze i ofiarne stoły
Psy pokalały i ptactwo, co ciałem
Edypowego się żywiło syna.
Więc nie przyjmują już ofiarnych modłów
       1020 Bogowie od nas, ni ofiarnych dymów.

A ptak, co żłopał krew trupa zastygłą,
Już nie wydaje głosów dobrej wróżby.
Rozważ to synu; bo wszystkich jest ludzi
Błądzić udziałem i z prostej zejść drogi;
       1025 Lecz mąż, co zbłądził, nie jest pozbawiony
Czci i rozwagi, jeżeli wśród nieszczęść
Szuka lekarstwa i nie trwa w uporze.
Upór jest zawsze nierozumu znakiem;
Ustąp ty śmierci i nie drażń zmarłego;
       1030 Cóż bo za chwała nad trupem się znęcać?
Życzliwość moja tą radą ci służy,
Dobrze jej słuchać, gdy korzyści wróży.


KREON

Starcze, wy wszyscy jak łucznik do celu
Mierzycie we mnie: teraz i wróżbiarstwo
       1035 Sidła zastawia, a krewni mą myślą
Kupczą, frymarczą z dawna jak towarem;
Nuże, gromadźcie wy sardyjskie skarby,
Wskażcie mi górę indyjskiego złota,[20]
Na pogrzeb tego jednak nie zezwolę.
       1040 I choćby orły Zeusowe porwały
Trupa i przed tron Zeusowy zaniosły,
Ja się takiego nie ulęknę sromu,
Grześć nie pozwolę; wiem bo ja zbyt dobrze:
Bogów zbezcześcić nie zdoła śmiertelny.
       1045 Potknąć się mogą i ludzie przemądrzy,
Starcze, haniebnie, kiedy szpetne myśli
Ubiorą w słowa barwiste... dla zysku.


TYREZJASZ

Biada!
Czyż wie to człowiek, czy rozważa sobie...


KREON

Cóż, z jakim znowu na plac ogólnikiem?


TYREZJASZ

       1050

Ile rozsądek góruje nad skarby?


KREON

O ile klęską największą nierozum.


TYREZJASZ

Ciężko ty na tę zapadłeś chorobę.


KREON

Nie chciałbym ciężkim obrazić cię słowem.


TYREZJASZ

Czynisz to, kiedy mi kłamstwo zarzucasz.


KREON

       1055

Bo cech wasz cały łapczywy na zyski.


TYREZJASZ

A ród tyranów w mętach chciwie łowi.


KREON

Wiesz, że ty pana twojego obrażasz?


TYREZJASZ

Wiem, bo ja tobie gród ten zachowałem.[21]


KREON

Mądry ty wróżbiarz, lecz oddany złemu.


TYREZJASZ

       1060

Tyś gotów wydrzeć mi z wnętrza tajniki.


KREON

Wyrusz ty z nimi, byle nie dla zysku.


TYREZJASZ

Że ty stąd zysku nie uszczkniesz, to myślę.


KREON

Bacz, że zamysłów moich nie stargujesz.


TYREZJASZ

Wiedz więc stanowczo, że nim słońce tobie
       1065 Wielu dokona kołowych obrotów,
Płód z twoich własnych poczęty wnętrzności
Jak trupa oddasz w zamianę za trupy,
Za to, że z światła strąciłeś do nocy,
Zamknąłeś życie haniebnie w grobowcu,
       1070 A tu na ziemi zmarłe trzymasz ciało,
Które się bóstwom należy podziemnym.
Nie masz żadnego ty nad zmarłym prawa,
Ni światła bogi, którym gwałt zadajesz.
Za to czyhają Hadesa i bogów
       1075 Mściwe i zgubą grożące Erynie,[22]
By cię w podobnym pogrążyć nieszczęściu.
Poznasz ty wkrótce, czy ja przekupiony
Tak mówię, w krótkim pokażą to czasie
Mężczyzn i niewiast w twoim domu jęki.
       1080 A wszelkie miasto przeciw tobie stanie,
W którym psy strzępy zbezcześciły trupów,
Zwierzęta dzikie i ptactwo, roznosząc
Wstrętne po świętych zaduchy ogniskach.
Takimi strzały ja, ciężko zelżony,
       1085 Godzę jak łucznik z gniewem w twoje serce
I tak celuję. że ostrze poczujesz.
O chłopcze, wiedźże mnie teraz do domu,
By on na młodszych swe gniewy upuścił,
A lepiej odtąd miarkował się w słowie
       1090 I myśl mu lepsza zajaśniała w głowie.


CHÓR

O, władco, poszedł on po wróżbie strasznej.
A wiem to, odkąd mi czarne siwizną
Starość na głowie posrebrzyła włosy:
Fałszu on nigdy nie zwiastował miastu.


KREON

       1095

Ja też wiem o tym, i trwoga mną miota.
Ustąpić ciężko, a jeśli się oprę,
To łatwo klęska roztrąci mą czelność.


CHÓR

Synu Menojka, rozwagi ci trzeba.


KREON

Cóż tedy czynić? Mów, pójdę za radą.


CHÓR

       1100

Idź i wyprowadź dziewkę z ciemnej groty,
A grób przygotuj dla ciała, co leży.


KREON

Radzisz i mniemasz, że ja mam ustąpić?


CHÓR

O, jak najprędzej, mój książę, bo chyżo
Kaźń bogów ludzki pochwyci nierozum.


KREON

       1105

Ciężkie to, ale każę milczeć sercu,
Cofnę się, trudno z koniecznością walczyć.


CHÓR

Idź, sam to uczyń, nie zwalaj na innych.


KREON

Idę sam zaraz, a wy, moi słudzy,
Wziąwszy topory pospieszcie pospołem
       1110 Na miejsce widne, gdzie nagi trup leży.
Ja, że zmieniłem me dawne zamysły,

Com sam namotał, sam teraz rozwiążę.
Najlepiej może działa, kto do zgonu
Praw istniejących przestrzega zakonu.


       1115—1154

CHÓR[23]

Wieloimienny, coś z Kadmosa domu
Przysporzył chwały dziewczynie,
Synu ty Zeusa, pana burz i gromu!
W italskiej ziemi twoje imię słynie,
A i w Eleuzys, o, synu Semeli,
Roje cię sławią czcicieli.
Bakchusie, w Tebach ty dzierżysz stolicę,
Kędy Ismenos ciche wody toczy;
Szałem twym tchnące pląsają dziewice,
Pieniem rozbrzmiewa gród smoczy.
Widnyś ty w łunie jarzących kagańców,
Gdzie Parnas szczytem dwugłowym wystrzela,
Gdzie zdrój Kastalii i swawolnych tańców
Koryku nimfy zawodzą wesela.

W górach nysejskiej Eubei
W spowitej bluszczem mkniesz kniei,
Potem z tych brzegów, gdzie bujne winnice,
Pieśni cię chwały wiodą przez ulice
I brzmią radośnie ku niebom.

Gród ten nad wszystkie czcisz grody na świecie
Wraz z matką twoją ciężarną od gromu;
Kiedy więc brzemię nieszczęścia nas gniecie
Pełnego cierpień i sromu,
Przybądź z Parnasu ku naszej obronie,
Lub przez wyjące mórz tonie.

Ty, co przodujesz wśród gwiazd korowodu[24],
Pieśniom przewodzisz wśród mroczy,
Zawitaj, synu Zeusowego rodu!
Niechaj cię zastęp naksyjskich otoczy
Tyjad, co w szale od zmierzchu do rana
Tańczą i w tobie czczą pana.


POSŁANIEC

       1155

O, Kadma grodu, domów Amfiona[25]
Mieszkańcy! życia człowieka nie śmiałbym
Ani wysławiać, ni ganić przenigdy,
Bo los podnosi i los znów pogrąża
Bez przerwy w szczęście ludzi i w nieszczęścia,
       1160 A nikt przyszłości wywróżyć nie zdolny.

Tak Kreon zdawał się godnym podziwu,
On, co wyzwolił tę ziemię od wrogów
I jako władca jedyny nad krajem
Rządził, potomstwem ciesząc się kwitnącym.
       1165 A dziś to wszystko — stracone. Bo radość
Jeśli w człowieku przygaśnie, to trzymam,
Że on nie żyje, lecz żywym jest trupem;
Gromadź bogactwa do woli w twym domu,
Świeć jako tyran na zewnątrz: gdy cieszyć
       1170 Tym się nie można, to reszty tych skarbów
Ja bym nie nabył za dymu cień marny.


CHÓR

Jakąż ty znowu wieść niesiesz złą księciu?


POSŁANIEC

Skończyli... Śmierci ich winni, co żyją.


CHÓR

Któż to mordercą, któż poległ, o rzeknij!


POSŁANIEC

       1175

Hajmon nie żyje, we własnej krwi broczy.


CHÓR

Z ojca czy z własnej zginąłże on ręki?


POSŁANIEC

W gniewie na ojca mordy sam się zabił.


CHÓR

Wróżbito, jakżeś czyn trafnie określił!


POSŁANIEC

W tym rzeczy stanie dalszej trza narady.


CHÓR

       1180

Lecz otóż widzę biedną Eurydykę,
Żonę Kreona; albo się przypadkiem
Pojawia, albo słyszała o synu.


EURYDYKA

Starcy, rozmowy waszej dosłyszałam
Właśnie, gdym z domu wybiec zamierzała,
       1185 By do Pallady z modłami się zwrócić.
I właśnie odrzwi odmykam zasuwki,
By je roztworzyć, gdy nagle nieszczęsna
Wieść uszy rani; więc padłam, zemdlona
Z trwogi, w objęcia mych wiernych służebnic.
       1190 Powtórzcie tedy, co ta wieść przynosi;
W złym doświadczona, wysłucham słów waszych.


POSŁANIEC

Ja, miłościwa pani, byłem przy tym,
Powiem więc wszystko, jak się wydarzyło;
Cóż bo ukrywać, by potem na kłamcę
       1195 Wyjść; — przecie prawda zawsze fałsz przemoże.
Ja tedy wiodłem twojego małżonka
Na ten pagórek, gdzie biedne leżało
Przez psy podarte ciało Polinika.
Wnet do Hekaty[26] zanieśliśmy modły
       1200 I do Plutona, by gniew ich złagodzić;
Obmywszy potem ciało w świętej wodzie,
Palimy szczątki na stosie z gałęzi
I grób z ojczystej sypiemy im ziemi.
To uczyniwszy, zaraz do kamiennej
       1205 Ślubnogrobowej łożnicy dziewczyny
Spieszymy; z dala ktoś jęki usłyszał,
Od strony lochu, co za grób miał służyć,
Choć nie święciły go żadne obrzędy.
Wraz więc donosi panu, co zasłyszał.
       1210 Tego dochodzą zaś, kiedy się zbliżył,

Łkania żałosne, a pierś mu wybucha
Głosem rozpaczy: «O, ja nieszczęśliwy,
Czyż ja wróżbitą? czyż nie kroczę teraz
Drogą największej w żywocie mym klęski?
       1215 Syna wołanie mnie mrozi. O, słudzy,
Spieszcie wy naprzód, zbliżcie się do grobu,
I przez szczelinę głazem zawaloną
Wszedłszy do wnętrza, baczcie, czy Hajmona
Głosy ja słyszę, czy bogi mnie durzą». —
       1220 Posłuszni woli zwątpiałego pana,
Idziem na zwiady, a w grobowca głębi
Dojrzym wnet dziewki, wiszącej za gardło
Ściśnięte węzłem muślinowej chusty,
Podczas gdy młodzian uchwycił ją wpoły,
       1225 Boleśnie jęcząc nad szczęścia utratą,
Nad czynem ojca, nieszczęsnymi śluby.
Kreon, zoczywszy to, ciężko zajęknął,
Rzuca się naprzód i wśród łkania woła:
«O, ty nieszczęsny! cóżeś ty uczynił!
       1230 Czy szał cię jaki opętał złowrogi?
Wychodź, o synu, błagalnie cię proszę!»
Lecz syn na niego dzikim łysnął wzrokiem
I twarz przekrzywił, a słowa nie rzekłszy
Ima się miecza; wraz ojciec ucieczką
       1235 Uszedł zamachu; natenczas nieszczęsny
W gniewie na siebie nad ostrzem się schyla
I miecz w bok wraża; lecz jeszcze w konaniu
Drętwym ramieniem do zmarłej się tuli,
A z ust dyszących wytryska mu struga
       1240 Krwawa na blade kochanki policzki.

(Eurydyka wybiega za scenę)

Trup dziś przy trupie, osiągnął on śluby,
W domu Hadesa złożony przy lubej.
Nieszczęściem dowiódł, że wśród ludzi tłumu
Największe klęski płyną z nierozumu.


CHÓR

       1245

A cóż stąd wróżysz, że znikła niewiasta,
Nie rzekłszy złego lub dobrego słowa?


POSŁANIEC

I ja się dziwię, lecz żywię nadzieję,
Że posłyszawszy o ciosie, nie chciała
Żałości swojej pospólstwu okazać,
       1250 Lecz się cofnęła do wnętrza domostwa,
By wśród sług wiernych wylewać łzy gorzkie.
Toć jej rozwaga nie dopuści zbrodni.


CHÓR

Nic nie wiem, ale milczenie uporne,
Jak i zbyt głośne jęki, zło mi wróżą.


POSŁANIEC

       1255

Wnet się dowiemy, czy w głębiach rozpaczy
Nie kryje ona tajnego zamysłu.
Idźmy do domu, bo dobrze ty mówisz:
Nadmierna cisza jest głosem złowrogim.


(Wchodzi Kreon, dźwigając ciało syna)

CHÓR

Lecz otóż książę tu właśnie nadchodzi;
       1260 O! znak wymowny ujął on ramiony,
Nie cudzej zbrodni, jeśli rzec się godzi,
Lecz własnej winy szalonej.


       1263—1283

KREON

Klnę moich myśli śmierciodajne winy,
Co zatwardziły mi serce!
Widzicie teraz wśród jednej rodziny
Ofiary, ofiar mordercę.
Słowo dziś moje me czyny przeklina;
W samym, o! życia rozkwicie

Przedwczesne losy porwały mi syna,
Mój obłęd zmiażdżył to życie.


CHÓR

Późno się zdajesz poznawać, co słuszne.


KREON

Biada mi!
Przejrzałem biedny: jakiś bóg złowrogi
Zwalił na głowę swe brzemię,
Na szału popchnął mnie drogi,
Szczęście me zdeptał, wbił w ziemię.
O biada! do zguby
Wiodą śmiertelnych rachuby.


POSŁANIEC DRUGI

Panie! Ty nieszczęść masz wielkie zasoby,
Bo jedne dźwigasz w twych rękach nieszczęsnych,
A drugie ujrzysz niebawem w twym domu.


KREON

Czyż ja nie na dnie już nieszczęścia głębi?


POSŁANIEC DRUGI

Nie masz już żony; syna twego matka
Właśnie na swoje targnęła się życie.


       1284—1305

KREON

Nieubłagana przystani, Hadesie,
Gdzież koniec moich boleści?
O! znowu nowe ten niesie
Godzące w serce mi wieści.
W męża, co legł już, wtórym godzisz ciosem,
Złowrogim słowem i głosem.
Biada! Nieszczęście z nieszczęścia się sączy,
Z synem śmierć żonę mi łączy.


CHÓR

Widzieć to możesz, dom stoi otworem.[27]


KREON

Złe się jak burza nade mną zerwało,
Nie widzę końca mej męce:
Syna zmarłego dźwigałem ja w ręce,
A teraz żony martwe widzę ciało.
O biada! matczyna
Rozpacz dognała już syna.


POSŁANIEC DRUGI

Zranionej ciężko nocą zaszły oczy,
U stóp ołtarza zajękła nad zgonem
Niegdyś chwalebnym syna Megareusa[28]
I nad Hajmonem, a wreszcie przekleństwa
Tobie rzuciła ciężkie, dzieciobójcy.


       1306—1353

KREON

Groza mną trzęsie. Przecz mieczem nikt w łono
Ciosu mi śmierci nie zada?
O, ja nieszczęsny! O, biada mi! biada!
W toń nieszczęść sunę spienioną.


POSŁANIEC DRUGI

W konaniu jeszcze za te wszystkie zgony
Na twoją głowę miotała przekleństwa.


KREON

Jakimże ona skończyła sposobem?


POSŁANIEC DRUGI

Żelazo w własnej utopiła piersi,
Słysząc o syna opłakanym końcu.


KREON

O, biada! win mi nie ujmie nikt inny,
Nie ujmie męki ni kaźni,
Ja bo nieszczęsny, ja twej śmierci winny.
Nuże, o słudzy, wiedźcie mnie co raźniej,
Uwodźcie mnie stąd; niech moim obliczem
Nie mierżę, ja, co mniej jestem, jak niczym!


CHÓR

Zysku ty szukasz, jestli zysk w nieszczęściu,
Bo lżejsza klęska, co nie gnębi długo.


KREON

Błogosławiony dzień ów, który nędzy
Kres już ostatni położy,
Przybądź, o przybądź co prędzej,
Niechbym nie ujrzał jutrzejszej ja zorzy!


CHÓR

To rzecz przyszłości, dla obecnej chwili
Trza działać; tamto obmyślić — rzecz bogów.


KREON

Wszystkie pragnienia w tym jednym zawarłem.


CHÓR

O nic nie błagaj, bo próżne marzenia,
By człowiek uszedł swego przeznaczenia.


KREON

Wiedźcie mnie, sługi, uchodźcie stąd ze mną,
Mnie, który syna zabiłem wbrew woli
I tamtą. Biada! aż w oczach mi ciemno.
Dokąd się zwrócić, gdzie spojrzeć w niedoli?
Wszystko mi łamie się w ręku,
Los mnie powalił, pełen burz i lęku.


CHÓR

Nad szczęścia błysk, co złudą mar,
Najwyższy skarb rozumu dar.
A wyzwie ten niechybny sąd,
Kto bogów lży i wali rząd.
I ześlą oni swą zemstę i kary
Na pychę słowa w człowieku,
I w klęsk odmęcie rozumu i miary
W późnym nauczą go wieku.





TREŚĆ

Str.
WSTĘP. Napisał prof. K. Morawski III
BIBLIOGRAFIA XXVIII
OD TŁUMACZA XXIX
ANTYGONA 1 — 53




Przypisy

  1. w. 15—16. Argiwów hufce — Polinik zebrał swe zastępy w Argolidzie czyli w Argosie.
  2. w. 52. Żona i matka — odnosi się do Jokasty, matki i żony Edypa, która po odkryciu położenia z rozpaczy się powiesiła.
  3. w. 99—160. Liczba wierszy w ten sposób podana odnosi się do wierszy oryginalnego tekstu.
  4. Dirke — źródło na północny zachód od Teb.
  5. Hefajstos — bóg ognia, a więc tu: pożar.
  6. na smoka — bo Adrastos, najprzedniejszy wśród najeźdźców, miał smoka wyrzeźbionego na tarczy.
  7. piorunny grot — Jeden z siedmiu książąt, którzy najechali Teby, olbrzymi Kapaneus, runął rażony od gromu Zeusa.
  8. Nike — bogini zwycięstwa, lub raczej zwycięstwo samo.
  9. Bakchus urodził się rzekomo w Tebach z matki Semeli, dlatego nazywano go tebańskim bogiem.
  10. w. 430. Potrójnym płynem martwe skrapia zwłoki — Antygona
    skropiła ciało płynem zmieszanym z wina, mleka i oliwy.
  11. w. 450. Dike, bogini sprawiedliwości, a córka Jowisza, siedząca na tronie obok niego. Inne wyobrażenie wyznaczało jej tron w podziemiach, tam, gdzie się na ludzi wymierza sprawiedliwość.
  12. wicher tracki — morze na wybrzeżach Tracji uchodziło za bardzo burzliwe.
  13. w. 658. Zeus rodzinny — Zeus opiekuńczy nad rodziną.
  14. Acheront — rzeka Tartaru.
  15. Nioba miała 6 synów i 6 córek i urągała Latonie, która miała tylko Apollina i Artemidę. Gniew tych bogów zabił jej dzieci, a ona skamieniała z boleści.
  16. złowrogie twe śluby — śluby Polinika z córką Adrastosa, które ułatwiły wyprawę Siedmiu na Teby.
  17. w. 893. Persefona — małżonka Hadesa, pana podziemi.
  18. Po w. 902 następuje szereg wierszy, przypominających bardzo opowieść Herodota 3, 119, które wielu krytyków za wtręt w tekście Sofoklesa uważa:
    Bo nigdy, gdybym matką dziatek była,
    Lub mąż mi zmarły leżał w poniewierce,
           905 Tej służby bym się nie jęła przekornie.
    Gwoli jakiemu prawu tak przemawiam?
    Po zmarłym inny mąż by mi się trafił,
    I dziecko inne, gdyby tego zbrakło.
    Lecz skoro Hades rodziców pochłonął,
           910 Nigdy już brat mi nie nastałby nowy,
    A więc dlatego tak ciebie uczciłam.
  19. W chórze w. 944—987 wspomniane są inne postaci podania, które podobnie w zamknięciu cierpiały. Danae została zamknięta przez ojca Akryzjosa w podziemnym lochu, by nie urodziła złowróżbnego syna. Tu ją jednak zapłodnił złotym deszczem Zeus i urodziła słynnego Perseusza. — Likurg, baśniowy król Hedonów w Tracji, oparł się kultowi Bakchusa, wyszydzał jego towarzyszki, szalone bachantki i muzy; za to zamknął go bóg w skalnej czeluści. — Kyanejskie progi, skaliste wyspy (łac. Cyaneae) na Morzu Czarnym przy Bosforze. Salmydessus, wybrzeże i miasto na trackim brzegu Morza Czarnego. — Król Fineus ze Salmidesu ożenił się z Kleopatrą, córką Boreasza, księżniczką z krwi attyckiej. Potem ją porzucił, aby poślubić nimfę nazwiskiem Idaea. Przewrotnej ldaei wydał Fineus swe dzieci z Kleopatry; macocha je oślepiła i następnie zamknęła żywcem w grobowcu. Także ich matka, Kleopatra, zawarta została w kamiennej niewoli. — Erechtydzi, tj. Ateńczycy, od Erechteusa, bohatera ateńskiego. — Mojra, bogini przeznaczenia.
  20. w. 1037—8. sardyjskie skarby, indyjskie złoto... Sardes, stolica Lidii, słynęła ze swych skarbów, Indie ze swego złota.
  21. w. 1058. Tyrezjasz zachował Teby, gdy podczas najazdu Siedmiu na miasto poradził Kreonowi, aby tenże własnego syna (zapewne Megareusa) poświęcił, a tą śmiercią okupił wybawienie.
  22. w. 1075. Erynie — boginie podziemi, mszczące zbrodnie ludzi.
  23. CHÓR w. 1115—1154: Hymn do Bakchusa, opiekuna Teb. Był on synem Semeli, córki Kadmosa, i Zeusa. Ciężarna już Semele uprosiła Zeusa, aby jej się objawił w całym majestacie. Zeus, wysłuchawszy tej prośby, zbliżył się do kochanki wśród gromów, wskutek czego Semele umarła. Wieloimiennym nazywa się Bakchus, bo w rozmaitych miejscach czcią się cieszył pod rozmaitymi przydomkami. W Italii, szczególnie południowej, w której winnic było wiele, kult Bakhusa był rozszerzony. W Eleuzys i tamtejszych misteriach czczono go, pod nazwą Jakchosa, obok Demetry i Persefony. W Tebach, założonych przez Kadmosa, położonych nad rzeką Ismenem, oczywiście z dawien dawna wielkiej czci zażywał. W jego otoczeniu są szalejące dziewice, zwane bakchami, tyjadami, lub menadami. Występują one w szałem opanowanych obchodach i pochodach (thiasoi) Bakchusa, a Teby brzmią wtedy pieśniami. Zwą się Teby grodem smoczym, bo Kadmos zabił tam smoka, służącego Aresowi. — Także i góra Parnassos w Focydzie była sławna jako siedziba Bakchusa i jego orszaku. Źródło Kastalia, przynoszące natchnienia poetom, znajdowało się w bliskości. — Korykijska grota leżała u południowego stoku Parnasu. — Nysa, miejscowość Eubei. W Nysie pono nimfy piastowały młodziutkiego Bakchusa. Stąd wyprowadzano jego drugą nazwę: Dionysos.
  24. CHÓR: Ty, co przodujesz wśród gwiazd korowodu. Gwiazdy zdają się tańczyć wśród obchodów Bakchusa, które się odbywają nocną porą. — Wyspa Naksos była ogniskiem kultu Bakchusa. Legenda umieszczała także i na niej urodzenie boga, a wiadomo, że miejsc roszczących sobie prawa do tego zaszczytu było wiele.
  25. w. 1155. domy Amfiona znajdują się w Tebach. Amfion, bliźniak Zethosa, był drugim założycielem Teb. Bo podczas gdy Kadmos zbudował fortecę miasta, Kadmeę, on dźwiękami swej lutni ułożył mury gród okalające.
  26. w. 1199. Hekate — bóstwo podobne do Artemidy i Persefony; głównie czczona jako bogini podziemna lub strasząca po drogach w otoczeniu dusz ludzi zmarłych a niepogrzebanych, lub przedwcześnie zgasłych.
  27. dom stoi otworem — Tu ekkyklema wytoczyło z wnętrza pokład, przedstawiający izbę z trupem Eurydyki.
  28. Megareus — p. obj. na str. 41.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Sofokles i tłumacza: Kazimierz Morawski.