Z siedmioletniej wojny/Całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Z siedmioletniej wojny
Data wydania 1922
Wydawnictwo Drukarnia Spółkowa w Kościanie
Drukarz Drukarnia Spółkowa w Kościanie
Miejsce wyd. Kościan
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI.



Z siedmioletniej wojny

POWIEŚĆ





TOM  I  •  TOM  II



Nakładem i czcionkami Drukarni Spółkowej w Kościanie.
1922.





TOM I



I.


Około połowy XVIII wieku Niemcy były krainą marzeń dla Włochów i Szwajcarów, którym się w domu siedzieć nie chciało, a woleli wzorem wielu szczęśliwych po dworach książęcych i królewskich szukać tego, co u nas zwano „krescytywą“. W istocie przykładów było dosyć takich uzdolnionych, do wszelkich posług gotowych, ciało i duszę zaprzedających chętnie dorobkiewiczów, którzy z małym tłómoczkiem napchanym nadziejami wyszedłszy z domu, wracali w splendorach gwiazd i tytułów, albo raczej nie powracali już nigdy, tylko ściągali ku sobie ubogich krewniaków, aby i oni też przy ich ogniu pieczeń swoją upiekli.
Na dworach berlińskim i saskim pełno było cudzoziemców i ze względów polityki wewnętrznej panujący daleko woleli otaczać się nimi, niż butną szlachtą domorosłą, która pewne sobie rościła prawa. Właśnie chcąc jej przytrzeć rogów, król August Mocny otoczył się Włochami i przybyszami z różnych krajów, a na dworze berlińskim metoda ta znalazła uznanie i naśladownictwo.
Z cudzoziemcami nie robiono sobie ceremonji w kraju nie mieli się na kim opierać; przychodzili, zdając się odrazu na łaskę i niełaskę; słudzy z nich byli wygodni. W najgorszym razie wysyłano ich, jeżeli się próba nie udała, do Königsteinu lub Spandau i nikt się za nich nie śmiał ujmować.
Rzadciej się to jednak im trafiało, niż domorosłym sługom pańskim; większa część szła szybko do góry i całe kolonje tych emigrantów dobrowolnych zapełniały rezydencje niemieckie.
Tak też w roku 1755 przywędrował do Berlina powabny młodzieniec, który już od roku prawie kręcił się po stolicy nadsprejskiej, dotąd sobie nic jakoś wyszukać nie mogąc. Ani miła bardzo i zalecająca się powierzchowność, ani dworskie i piękne maniery, ani do wysokiego stopnia podniesiony kunszt tańca, ani muzykalne talenta, ani uśmiech i grzeczność nadskakująca, któremi witał każdego, bez względu na położenie jego i stosunki towarzyskie, jakoś nic dotąd nie pomagały.
Maks Henryk de Simonis przybył tu z Bernu, opierając się na pokrewieństwie z Ammonami, a jeden z Ammonów w służbie pruskiej i dyplomacji, ważne dosyć zajmował stanowisko. Kuzyn ten, mający mu służyć za protektora, przyjął go więcej niż zimno, ręce pochowawszy w kieszenie, a głowę zadarłszy do góry. Pokrewieństwa nie zaprzeczał, ale głosił zasadę, iż młodzież o własnych środkach szukać sobie drogi powinna, bo tylko zostawiona własnemu przemysłowi siły do życia wyrobić jest w stanie.
Osobliwy to był człowiek ten Ammon stary; bo młodzieńca tak przy pierwszem widzeniu się z nim zbił z tropu i sfukał, iż już przed nim więcej pokazać się nie śmiał.
Pan Maks, gotów do największych ustępstw względem obcych, bo na to się wybierając w drogę przygotował, względem kuzyna uczuł w sobie jakąś dumę i urazę; ubodło go wyzwanie; przechodząc próg jego niegościnny, powiedział sobie, iż gdyby miał z głodu umierać, więcej się do niego nie zgłosi.
Stary Ammon, który może tylko chciał młodzieńca wypróbować, czy jest dostatecznie giętki i sprężysty, stał jeszcze, jakby spodziewając się powrotu jego, gdy Maks, już kapelusik nałożywszy na zgrabną peruczkę (bo był elegant nielada), cały zarumieniony zbiegał ze schodów, kląc się, iż ich więcej nie przebiegnie i do domu tego nie wróci.
Stary też powoływać go nazad nie myślał i tak kawaler de Simonis znalazł się na bruku berlińskim (o ile go tam naówczas było) sam jeden na Bożej Opatrzności. Ale miał lat dwadzieścia i pięć, które są potęgą wielką; miał jeszcze z domu wziętych, jako stawka ostatnia, półtorasta dukatów; miał zęby białe, twarz jaśniejącą młodością, niebieskie, magnetyczną siłą tryskające oczy, zdrowie żelazne i mocne postanowienie wdrapania się na górę, choćby z pomocą nóg, rąk i wszelkiego narzędzia, jakiem go Bóg obdarzyć raczył.
Rodzice kawalera de Simonis, których był już postradał (jedna tylko siostra pozostała mu z rodziny), byli niegdyś ludzie majętni, mieli pochodzić z jakiejś szlachty, pono włoskiej; lecz nieszczęśliwe okoliczności zrujnowały ich do szczętu i zaledwie resztki mienia poświęciwszy wychowaniu syna, niewiele, tak jak nic prawie zostawić mu mogli.
Odłużony dom w Bernie, w którem Maks siostrę ze staruszką ciotką zostawił, paręset dukatów ostatnich składały całe mienie młodego awanturnika. Ale któż w dwudziestu kilku leciech wątpi, że się pięciu zdrowymi palcami dorobi, czego zapragnie. Maks pragnął w ogólności wszystkiego, co przyjemnem być może: sławy, wziętości, bogactw, tytułów, stosunków, wielu miłosnych przygód dla przechowania ich w pamięci i w końcu świetnego ożenienia, choćby z księżniczką. Patrząc w zwierciadło, pewien był, że najpiękniejsza księżniczka zakochać się w nim może: był nadzwyczaj ładny, świeży i miły.
Oprócz tego, dzięki rodzicom, innych mu zdobywczych nie brakowało przymiotów. Mówił płynnie, a co daleko na owe czasy rzadszem było, pisał ortograficznie kilku językami, francuskim władał tak, jak tylko Szwajcar nauczyć się może, po niemiecku pisał kaligraficznie, czytał biegle, rozmawiał wprawnie, umiał nieźle po łacinie, wcale dobrze po włosku, a w razie potrzeby miał dosyć determinacji, aby się nauczyć chociażby po indyjsku, gdyby mu się to na co przydać miało. Na wypadek karjery wojskowej, do której nie miał jednak powołania, bo to peruki nie dawało w należytym utrzymywać porządku, liznął był nieco matematyki, fechtował się i strzelał elegancko i wprawnie, tańcował jak Vestris, śpiewał tenorem wcale nieszpetnie, grał na klawicymbale, nawet to, co wówczas krzyżowemi sztukami nazywano, skrzypce mu nie były obce — czegoż więcej po takim kandydacie wymagać było można?
Należy i to dodać na jego pochwałę, że, oceniając niezmierny wpływ kobiet na przebieg spraw ludzkich, gotowym był zawsze z najwdzięczniejszym uśmiechem, młodym czy starym, pięknym zarówno i szpetnym, zalecać się jaknajgoręcej. Pięćdziesięcioletnie matrony nie zraziły go bynajmniej, siadał przy nich i, jeżeli tytuł a pozycja usprawiedliwiały ofiary, gotów był całe wieczory im poświęcać.
Z niezmierną bystrością, albo raczej z instynktem od natury mu danym, odgadywał dziwnie charaktery osób, a zastosowywał się do nich z nieporównaną zręcznością. Z kraju swojego rodzinnego wyniósłszy najzupełniejszą obojętność religijną, kwestję wyznania zachowywał do rozstrzygnienia na później. Był przygotowany, jeśliby mu przy dworze berlińskim zostać wypadało, wyznawać luteranizm lub ateizm, a trzymać się katolicyzmu, gdyby w ostateczności szczęścia szukać przyszło na dworze saskim lub w Wiedniu. Nie było to bezprzykładnem, boć i on sławny baron Pöllnitz dla ożenienia nawrócił się był na katolicyzm, a dla powrotu do szambelaństwa przy królu pruskim ofiarował się przejść z powrotem do kościoła reformowanego, na co mu Fryderyk odpowiedzieć kazał, jak wiadomo, że go nie weźmie inaczej, chyba muzułmańską przyjmie wiarę. Maks de Simonis chadzał tymczasem i do kościoła i do kirchy, ale że w Berlinie naówczas mało na to zważano i nie opłacała się gorliwość, najczęściej nie bywał nigdzie.
W innych też przekonaniach swych nie był wcale pedantem, tolerował wszelkie opinje, a do poślubienia jednej z nich czekał ażby się z posagiem wylegitymowała. Główną dlań rzeczą było dobić się karjery... Hoc erat in votis. Tymczasem rok oto upływał już, jak się strojno, czujnie zabiegliwie uwijał po stolicy, i nic nie mógł dokazać. Przygotowawcze jednak i przedwstępne kroki były bardzo umiejętnie porobione; cóż, gdy na jego lep nic się jakoś brać nie chciało. Maks nie tracił ani ochoty, ani nadzieji, ale coraz mu się stawało smutniej i rozmyślał wielce, czyby nie należało zmienić stanowisko; w takim jednak razie przepadłoby to, co tu osnuł, i na nowo rozpoczynać by musiał.
Miał już pewne stosunki, na znajomościach mu nie zbywało, byli ludzie, co się na nim znali i lubili go; lecz ile razy tylko przebąknął o zajęciu, o służbie, o karjerze, potrząsano głowami, zbywano go milczeniem. Do wojska mu się nie chciało: bambus Fryderyka II, który wprawdzie i pleców ministerjalnych nie szczędził, nader często stykał się z oficerskiemi, a kawaler de Simonis łaskotliwym był nad miarę. Zdawało mu się zawsze, iż ma wszelkie kwalifikacje do dyplomatycznej karjery: wielką języka powściągliwość, znakomitą trafność oka, szerokość sumienia, jakiej tylko zapragnąć po nim mogli, wreszcie wyzucie się z wszelkich przesądów.
Zwierciadło mu mówiło, iż zewnętrzną postacią na dworaka i reprezentanta był jakby umyślnie stworzony. Znajomości też jego najwięcej się w kołach blizkich sfer dyplomatycznych obracały. Być może, iż karjera świetna kuzyna Ammona także go na tę myśl naprowadzała.
Do króla Fryderyka II przystęp wogóle łatwym nie był, a po uzyskaniu go, dłuższe utrzymanie się w łaskawych względach... Niekiedy zgrabny wierszyk francuski, ostro przysolony, nieco cyniczny, wyborną bywał rekomendacją. Maks de Simonis próbował epigramatów, kilka z nich nawet poszło po rękach, przez pana Maupertuis i Algarottego, ale odbił się bez echa o ściany pałacyku w Sans-Souci.
Wielką nadzieję pokładał młodzieniec w hrabinie de Camas.
Była to jedna z tych niewielu niewiast, które Fryderyk II szacował, gdy o wszystkich wogóle zwykł się był odzywać, że to są: „gąski z pustemi główkami“; o dwadzieścia kilka lat starsza od króla, już nie młoda wcale, hrabina de Camas, owdowiała od roku 1741, zajmowała na zamku w Berlinie mały apartamencik na czwartem piętrze, który Fryderyk nazywał „Raikiem“ i gdzie starą przyjaciółkę czasem odwiedzał.
Życie na dworze, nawyknienie do nieustannej czynności, sam temperament żywy, którego lata poskromić nie mogły, siedemdziesięcioletniej pani nadawały pozór młodszy daleko. Zajmowała ona przy królowej jakieś wysokie stanowisko wielkiej ochmistrzyni jej dworu, ale obowiązki te spełniała tylko przy wielkich i rzadkich uroczystościach.
Żyła w tym swoim raiku na czwartem piętrze w gronie starych przyjaciół, odwiedzana przez mnóstwo osób, które się o jej łaski starały, wygodnie, spokojnie i wesoło.
Szacunek króla, niezachwiany dotąd, zyskiwał jej poszanowanie wszystkich.
Siedemdziesięcioletnia babina lubiła towarzystwo. Potrzebowała go, bo była bezdzietną, a wesołą młodzież przypuszczała do siebie chętnie, aby się widokiem jej odświeżyć. Kawaler de Simonis długo niezmiernie starał się o znajomość wielkiej ochmistrzyni, na ostatek skorzystał z jakiejś nadzwyczajnej zręczności, na którą długo czatował, i sam się staruszce narzucił; odprowadził ją, podając jej rękę na owo czwarte piętro, został na chwilkę wpuszczony, wyspowiadał się sumaryjnie przed nią z całego życia i dostał pozwolenie przychodzenia czasem wieczorami.
Tak zręcznemu, jak Maks, młodzieńcowi więcej nie było potrzeba, ażeby najśmielsze powziąć nadzieje.
Układnie, powoli starał się w łaski starej hrabiny wcisnąć, nie objawiając dalszych zamiarów. Pani de Camas zdawała się obserwować pilnie i trzymać go, jakby na próbie. Hrabina była osobą nadzwyczaj wykształconą, przenikliwą i rozumną. Nawykła do życia w wyższych sferach, do ocierania się o sprawy dyplomacji, o wszystkie dworów intrygi, zobojętniałą była na stronę sentymentalną i etyczną tych robót, których nieuchronność uznawała. Pewna szlachetność charakteru niewieścia niektóre postępki czyniła dla niej mniej sympatycznymi, ale godziła się wogóle ze wszystkiem, co wymagania wyższej polityki nakazywały.
Fryderyk II, który jeszcze przed wstąpieniem na tron napisał i wydał „Antimachiavella“, w istocie inny zupełnie charakter nadał swej polityce. Machiavelli zaleca obłudę i zręczność, Fryderyk II otwartym zawsze działał cynizmem i uczynków swych żadną maską i zewnętrznym blaskiem nie starał się pokrywać. Całe jego życie było szyderstwem z tego, co się w czemkolwiek przyzwoitością zowie. Nie dbał o nią ani w prywatnem, ani w publicznem życiu. Na chwilę zmuszony pozorem jakimś ukryć swe uczucia, wybuchał potem sarkazmem, kijem i łajaniem.
Maks de Simonis znał już dosyć ducha dworu i pana, aby wiedzieć, że z karmelkową swą, słodziuchną powierzchownością łatwo może u Fryderyka II, gdyby mu się nastręczył w złą godzinę, zasłużyć na zwykły epitet Canaillenbagage...
Możeby był, uwzględniając trudności położenia, powędrował już dawno na inne dwory, do Drezna lub Monachjum... gdyby nie objawiona mu życzliwość hrabiny de Camas... Ona mu, choć niewyraźnie, pewne, nieokreślone czyniła nadzieje; a gdy tylko sposobność się podawała, staruszka badała pilnie tego kandydata do wszelakiej służby.
Zdaje się, że egzamina te musiały wypaść bardzo szczęśliwie, gdyż ostatnim razem wzdychającemu młodzieniaszkowi stara ochmistrzyni wyraźnie powiedziała, że się zrażać i zrywać nie powinien.
Kawaler de Simonis od przyjazdu swojego do Berlina, znalazłszy sobie przy szwajcarskiej rodzinie jakiejś, która tu cukiernictwem się trudniła, a była mu z Berna poleconą — izdebkę na drugim piętrze Pod Lipami, zajmował ją aż do tej pory. Wprawdzie pomieszczenie nader skromne dla kawalera tak wielkich nadzieji nie było bardzo stosownem, lecz nie wiedząc, jak długo potrwa nowicjat, musiał być ostrożnym wielce. U ziomka swego, Ceroniego, miał przytułek niewytworny, ale schludny, stół niewykwintny, lecz obfity i uprzejmą gościnność, za stosunkowo niewielkie pieniądze.
Trzymał się więc w swej izdebce, nie myśląc z niej się wynosić, pókiby jaśniejsze nie wzeszło słońce.
A słońca tego nie widać i nie widać było!!!
W skwarny dzień lipcowy ku wieczorowi, po przechadzce w lasku za miastem, kawaler de Simonis powracał właśnie w dosyć melancholicznem usposobieniu do swojego mieszkania, zabierając się rozpaczliwy list pisać do siostry, gdy wchodzącemu na drugie piętro zabiegła na schodach dwunastoletnia Carlotta, córka cukiernika, która nad wiek swój była dojrzałą i jawnie a oczywiście kochała się już, dla nabrania wprawy, w pięknym Maksie.
— A chodż-że pan! a prędzej! — zawołała z góry, tupiąc nóżkami i biorąc się w boki, a mrużąc oczki i sznurując buzię — mam coś dla pana.
Maks uśmiechnął się smutnie. Zaloty te dwunastoletniego dziewczęcia były wyraźną ironią losu... nie takich, jadąc tu, spodziewał się sukcesów.
— Cóż tam pilnego, czarnooka panno Carlotto?
— Bardzo pilnego! bardzo ważnego! — zaczęła szczebiotać, kręcąc się, mała — a tak! a tak! i, jeśli jak żółw się wlokąc spóźnisz się pan, a będzie po czasie... jam temu nie winna...
I ręce rozpostarła teatralnym ruchem. Maks stanął, podszedłszy kilka kroków. Dziewczę tupało i biło ręką o poręcz schodów.
— Hrabina de Camas przysyła tu, abyś pan dziś był u niej! — pospieszyła Carlotta, dłużej nie mogąc utrzymać tajemnicy, i spojrzała tryumfująco. W istocie mogła przybrać ten wyraz twarzy, gdyż Maks, jak piorunem rażony, skoczył ku niej, po drodze chwycił ją wpół, pocałował w czoło. Dziewczę oblało się rumieńcem, udając, że się wyrywa, ale de Simonis w tejże chwili popędził do swej izdebki i znikł jej z oczu.
Zdyszana Carlotta pobiegła na palcach pod drzwi jego pokoju, nastawiła ucho i domyśliła się, że żywo musiał się zacząć ubierać; gdyż słychać było rzucanie, stukanie, szczęk i brzęk sprzętów, które Maks z pospiechem chwytał, otwierał i przestawiał.
W istocie nigdy może piękny chłopak tak się nie spieszył ogniście. Godzina była blizka, na którą stawić się mu kazano, a choć od zamku niewielka go przestrzeń dzieliła — musiał się przecie wystroić.
Szczęściem świeżą peruczkę, jak z drewnianej lalki fryzjerskiej świeżo zdjętą, miał gotowiuteńką. Trzeba się tylko było umyć i przebrać. Jak na złość wszystko mu z rąk wylatywało, a na frak nie mógł się zdecydować, bo miał dwa bratersko piękne i w obu mu było bardzo do twarzy. Namyślać się nie miał czasu, los musiał stanowić... Jedna para pończoch jedwabnych w pospiechu tym padła ofiarą.
W kwadrans jednak kawaler de Simonis był gotów, kładł już przed zwierciadłem perukę, miał kapelusz w ręku i, przejrzawszy się, uśmiechnął, kłaniając sobie z zadowoleniem.
Gdy wybiegł z pokoju, zastał znowu Carlottę w korytarzu się zwijającą (bo go przez dziurkę od klucza podpatrywała), ale ją tylko z daleka pozdrowił, aby peruki i stroju nie kompromitować. Po schodach zbiegł, jak baletnik, nucąc piosenkę i, znalazłszy się w ulicy, puścił strzałą ku zamkowi. Coś mu mówiło, że to była chwila w życiu stanowcza!...
Serce mu biło mocno...
Nigdy jeszcze podobnego poselstwa nie odebrał od hrabiny, był więc jej na coś potrzebny... Zamyślony, rozmarzony, kilku przechodniów potrąciwszy, a raz o mało nie utraciwszy kapelusza od uderzenia w ramię, stanął przed zamkiem i tu zwolnił kroku. Był u celu. Zamek wyglądał jak zazwyczaj w czasie lata; przez ten czas Fryderyk II siedział w Sans-Souci, a królowa w Schönhausen. Aż do czwartego piętra na schodach nie spotkał żywej duszy, oprócz kilku sług znudzonych, zostawionych tu do dozoru.
W przedpokoju hrabiny nie było też nikogo, prócz starego jej kamerdynera, a z sąsiedniego saloniku nie słychać było głosów, któreby gości oznajmowały.
Kawaler de Simonis wszedł nieoznajmiony ostrożnie do salonu i tu także nie znalazł nikogo. Dopiero skrzypiące nieco trzewiki jego wywołały szelest jedwabnej sukni, a potem wnijście starej hrabiny, która ze zwykłą starannością wystrojona była, chociaż od śmierci męża nosiła się zawsze czarno. Głową skinęła mu przyjaźnie staruszka.
— Dobrze, żeś przyszedł, kawalerze de Simonis — odezwała się po francusku, bo za Fryderyka II dwór, wojsko, co żyło bliżej zamku, mówiło tym tylko językiem. — Ale — dodała, palec kładąc na ustach — nie wydaj się z tem później w rozmowie, że ja cię tu ściągnęłam sama... Rozumiesz?...
Pojętny nader młodzieniec skłonił się z poszanowaniem rękę na znak przykładając do piersi.
Staruszka usiadła na kanapie i spojrzała ku zegarowi na kominie. Było blizko ósmej.
Maks usiadł opodal nieco. Prawie w tej samej chwili dał się głos słyszeć nieco stłumiony, drzwi się otworzyły i wszedł znany kawalerowi de Simonis z widzenia Fredersdorf.
Maks zerwał się z siedzenia i ujrzawszy go, pohamować nie mógł radości swojej, tak, iż twarz cała rumieńcem została oblana. Szczęściem mrok wieczorny pokoju nie dozwolił widzieć tej zmiany, któraby zbytnią wraźliwość zdradziła, nie będącą przymiotem w człowieku, co się na dworze stara pomieścić.
Fredersdorf (ten sam, którego Voltaire zowie Fryderyka factotum) był niezmiernie znaczącą figurą, chociaż na pozór był człowiekiem bardzo skromnym, a miejsce jakie zajmował na dworze, nie stawiało go wysoko. Ludzie, którzy wiedzieli wszystko, szeptali, że pochodził kędyś z Frankonji i był synem kupczyka ubogiego, któremu się nigdy nie śniło ani o stanie wojskowym, ani o życiu na dworze. Lecz są przeznaczenia — Fredersdorf w czternastym roku życia wyrósł tak okrótnie, że ojciec mu sukna na odzienie nastarczyć nie mógł; rósł potem nieco wolniej do lat osiemnastu, a nawet do dwudziestu, a gdy się to wyciąganie skończyło, doszedł do grenadyerów pierwszego szeregu. W owych czasach było to prawdziwe nieszczęście dla młodzieńca, nie mówiąc już o ekspensie na sukno; król Fryderyk pruski miał monomanię wielkoludów i marzył nawet o stworzeniu rasy militarnej nadzwyczajnego wzrostu. Werbownicy jego jeździli po całej Europie, namawiając i kupując do służby ogromnych ludzi, po całych Niemczech i poza granicami Niemiec, odznaczających się pięknymi kształty i olbrzymim wzrostem; gdy się nie dawali werbować, zakneblowanych uwożono, jak panny, i zmuszano, postrzygłszy, zaszywszy w mundur, do służby w szeregach. Wyszukiwano im potem małżonek równie dorodnych i z tak dobranych małżeństw, niestety, wskutek atawizmu, o którego prawach król pruski nie wiedział, rodzili się ludzie mali. Ta namiętność dla wielkoludów wiele kosztowała jegomości króla pruskiego. Król August II za kilkudziesięciu Sasów wyrosłych potężnie dostał naówczas te piękne japońskie porcelanowe naczynia, nad które większych niema w Europie; kąpać się w nich można.
Grenadyerowie sascy spoczywają oddawna przy przodkach swych, a japońska porcelana stoi dotąd w muzeum w Dreznie.
Fredersdorf zaczynał praktykę kupiecką w małem miasteczku w Frankonii i chodził w skórzanym fartuchu, gdy pewnego poranku, zjawili się werbownicy pruscy. Wpadł w oko kapitanowi. Był to sławny ze swych sztuk Schmels, który żadnego dorodnego parobka, ujrzawszy, z rąk nie puścił; zaklął się, że go mieć będzie. Fredersdorfowi, który był natury spokojnej i milczącej, a wcale nie wojowniczej, ani się o karyerze militarnej śniło. Zaproszono go na wieczór pod Złote jabłko, spojono nieboraka i, gdy się ocknął zdala od miejsc rodzinnych, był już odziany w jakiś łachman mundura, a trzech towarzyszów kapitana Schmelsa gotowi byli zeznać pod przysięgą, że zdrów i przytomny na umyśle, do służby się zobowiązał.
Ani młodzieniec, ani rodzice jego, ani żadna siła w świecie nie była w stanie wyrwać go z rąk werbowników. Musiał się poddać przeznaczeniu! ale, gdy go do Berlina przywieziono, a zaczęto uczyć mustry za pomocą kija, gdyż naówczas metoda ta pedagogiczna była w powszechnem używaniu, okazało się, że nawet wszechmogący kij ducha w nim i zręczności potrzebnej grenadjerowi pierwszego szeregu wyrobić nie mógł. Kapitan Schmels, który tylko na rozmiary zważał, odebrał gorzką reprymandę. Raz jednak nabytego Fredersdorfa nie wypuszczono i, starając się go zużytkować, kazano mu uczyć się grać na oboju i na flecie, gdyż do muzyki wielką okazywał skłonność.
Pułk schweryński, do którego muzyki wcielono go, stał załogą w twierdzy kistrzyńskiej, gdy syn królewski Fryderyk, schwytany w chwili zamierzonej ucieczki, osadzony w niej został w więzieniu. Po pierwszych okropnych owych scenach, które dalszy pobyt jego zakrwawiły, młody następca tronu począł się rozrywać ulubioną grą na flecie i książkami. To doń zbliżyło Fredersdorfa: książę go mocno polubił.
W istocie był to człowiek, którego pokochać było można: natura flegmatyczna, spokojna, powolna, rozważna, niełatwo podlegająca wrażeniom, ale uczuciu raz powziętemu wierna niewzruszenie. Jako muzyk flecista odznaczał się wielkim gry wyrazem, jako człowiek miał serce wielkie, do rozmiarów piersi zastosowane. Odosobniony i surowo trzymany Fryderyk w Kistrzynie wyprosił był sobie naówczas do posługi tego łagodnego, dobrego Fredersdorfa. Z nim razem grywali na flecie, wierny sługa potem, ważąc nietylko swobodę ale życie, pisał od królewicza listy do siostry margrabiny Bayreuth, usiłując wyjednać współczucie i pomoc obcych dworów.
W tych dniach niewoli i utrapienia biedny milczący kupczyk był prawą ręką Fryderyka, a pomocy w takiem nieszczęściu, w takiej chwili, gdy pomoc dana świeżo jednemu głowę kosztowała, nie zapomina się nigdy. Gdy te ciężkie przeszły czasy, oswobodzony i zwolna do łask ojca przypuszczony królewicz, wykupiwszy się sam ożenieniem, pierwszym groszem, jaki miał, wykupił z niewoli wojskowej Fredersdorfa.
Flecista, który miał czas w Kistrzynie do pana się przywiązać, rozpoczął przy nim służbę od skromnej funkcji — lokaja... ale lokaj był zarazem przyjacielem, i Fryderyk, który tak kijem szafować lubił, nie śmiał się nigdy porwać na niego. W istocie, w chwili największego nawet rozjątrzenia, trudnem to było, spojrzawszy na wiecznie wypogodzone, spokojne, zrezygnowane oblicze, które nigdy ani niecierpliwością, ani bólem nie drgnęło. Fredersdorf rozbrajał tym chłodem i rezygnacją nawet Fryderyka II, który chwilami we wściekłość wpadał. Przez długi czas był to niemal jedyny człowiek, który, pomimo podrzędnego stanowiska, miał najzupełniejsze zaufanie pana. W jego ręku były papiery, pieniądze, klucze; wszystko u Fredersdorfa: nigdy niczego nie nadużył. Miał i to do siebie, że o nic nigdy nie prosił, a ze wszystkiego był zadowolony i ten jeszcze przymiot najwyższy, nieoceniony, że całe życie milczał i rozkazy spełniał, ani ich przechodząc, ani z nich nic nie obcinając.
Z lokaja przeszedł wkrótce na kamerdynera i na pierwszego ze sług księcia. Gdy Fryderyk II. na tron wstąpił, uczynił go tajnym podkomorzym i wielkim podskarbim swoim. Nie przeszkadzało to królowi zamęczać tak nieszczęśliwego, wiążąc go do swej osoby i posługi, że w końcu ulubieniec o mało nie padł ofiarą. Jakimś trafem poznał był Fredersdorf w Poczdamie bogatą i piękną córkę bankiera Dauna i umiał się jej podobać. Gwałtowna miłość zawiązała się potajemnie między dwojgiem przeznaczonych dla siebie. Fryderyk dowiedział się o tem. O miłości do kobiety mówić mu, było to ślepemu prawić o kolorach. Król miał sentyment za komedję, bo nigdy go w życiu nie czuł. Dla niego wszystkie młode kobiety, nawet, jak się sam wyrażał, czosnkiem cuchnące dziewki śląskie, jeden urok miały; nielitościwie szydził z serdecznych zapałów! Prozaiczniejszej natury, cynicniejszego usposobienia trudno wyobrazić sobie. Miłość Fredersdorfa oburzyła go, rozgniewała. Pierwszy raz w życiu napadł z góry na ulubieńca, złajał go i wyszydził okrutnie. Obawiał się, aby przywiązanie do żony nie odebrało mu serca potrzebnego sługi.
Wystrofowawszy najgminniejszymi wyrazy, wyśmiawszy bez litości, król sądził, że go wyleczy, ale spostrzegł wkrótce, że to nie pomogło. Rozgniewany, aby stosunki rozerwać, wyprawił faworyta w podróż do Francji i dopiero, gdy tam ze smutku, żalu, tęsknoty zachorował niebezpiecznie Fredersdorf, zniecierpliwiony król pozwolił mu się żenić, choćby z djabłem.
Podskarbi wyzdrowiał jakby cudem, ożenił się i do wiernych usług powrócił, bo się bez niego obejść było niepodobna, król nadał mu dobra znaczne i wszystko zapomniane zostało.
Fredersdorf był jeszcze podówczas bardzo pięknym mężczyzną, a wysoki ów wzrost nie odejmował mu zręczności w ruchach i wdzięku. Trudno w nim było teraz poznać dawnego kupczyka i pułkowego muzykanta. Bardzo wytworna tualeta, którą mu Fryderyk, śmiejąc się z niej, przebaczał, sam będąc z zasady i natury nad wszelkie pojęcie brudnym, odmładzała go bardziej jeszcze. Z uśmiechem na ustach, skromnie, cicho wsunął się do salonu i poszedł ku ochmistrzyni, ale oko zmierzyło szybko, niepostrzeżenie kawalera de Simonis, który poczuł, że po nim przeszło od stóp do głów to wejrzenie.
Ochmistrzyni przedstawiła mu młodzieńca, zowiąc go żartobliwie swoim protegowanym.
— Ale, mój podskarbi — dodała zaraz — mnie się wcale w moich protekcjach nie szczęści. Kawaler de Simonis siedzi tu oddawna i nie może sobie znaleźć żadnego zajęcia.
Fredersdorf ramionami poruszył z lekka, zamruczał coś. Rozmowa się urwała, a potem przeszła na przedmioty obojętne. Ostatnia huczna zabawa u księcia Henryka dostarczyła wątku.
Szczęściem dla niego, Simonis mógł się jej, choć nieco zdala, przypatrywać, wcisnął więc zręczne słówko i popisał się z dowcipem, a jeszcze więcej z talentem spostrzegawczym; podskarbi, nie przerywając mu, słuchał go z natężoną uwagą, i on i ochmistrzyni zdawali się chcieć dać pole do tego popisu kawalerowi i wrzucali tylko po słówku, wyciągając go na coraz nowe szczegóły.
Maks był szczęściem w werwie i, opowiadaniem samem ożywiwszy się, wystąpił świetnie. Gdy skończył, ochmistrzyni i Fredersdorf, jakby porozumiewając się z sobą, oczyma się zmierzyli.
Podskarbi, jak i innych dni, był i teraz bardzo milczący, słuchał więcej, niż się odzywał, wszakże, gdy hrabina de Camas znowu coś wtrąciła o tem, iż dla swojego protegowanego, pomimo jego talentów, nic znaleźć nie może, odezwał się cicho i łagodnie:
— Jego królewska mość niechętnie nowych bierze ludzi; miejsca na dworze są zajęte! a w wojsku wątpię, by kawaler de Simonis talenta swe chciał zagrzebać. Wojsko więcej potrzebuje rąk niż nóg dobrych, a ja sądzę, że pan de Simonis głowę ma silniejszą, niż dłonie.
Rozśmiano się, nie przecząc; podskarbi rzucił jeszcze pytań kilka, zdawał się badać różnie Maksa; a po godzinnem prawie egzaminie, cicho rzekł do niego:
— Życzę panu szczerze jak najświetniejszej przyszłości..: i sądzę, wróżę, możesz ją pan mieć przed sobą... ale, jako od starszego, chciej ode mnie przyjąć jedną radę.
Tu się zawahał podskarbi i dalej ciągnął powoli, głos jeszcze zniżając:
— Ktokolwiek ma to szczęście, że się do dworów i wysoko stojących osób zbliża, powinien mieć za prawidło, że milczenie i dyskrecja więcej mogą, niż dowcip i rozumy... Wielu rzeczy ani się trzeba nawet domyślać dla siebie, a żadnej obcym mówić nie godzi.
To powiedziawszy, wstał szybko z krzesełka, spojrzał na zegarek i, choć w tej chwili lokaj wnosił światło i przekąskę wieczorną, owoce, wino i ciasta, wymówił się od podwieczorku i wyszedł z salonu. Ochmistrzyni, szepcąc coś z nim po cichu, odprowadziła go aż do przedpokoju, gdzie z półkwadransa zostali jeszcze.
Kawaler de Simonis sam na sam przez ten czas mógł się gryźć tą myślą, że i tym razem mu się nie udało. Rozmyślał tak nad swem położeniem, patrząc na butelkę z winem, gdy hrabina powróciła dosyć żywym krokiem, spojrzała nań, nalała mu kieliszek, kazała się przysunąć do stolika i westchnąwszy, poczęła rozmowę.
Z początku wyrazy jej nie bardzo nawet zwracały uwagę zmieszanego młodzieńca, ale wprędce zaczął się im przysłuchiwać z coraz większą bacznością.
— Poznałeś już pan dosyć dwór nasz — mówiła z cicha mierząc go oczyma, byś wiedział, że do niego przystęp nie łatwy. Ale dlaczegożby nie spróbować szczęścia gdzieindziej?
Tu się zawahała; kawaler de Simonis uczuł się jakby mieczem przeszyty. Radzono mu więc iść precz! Takie consilium abeundi zyskać zamiast tego, czego się spodziewał! I być wezwanym umyślnie na to tylko, aby tę przyjacielską radę słyszeć!
Ochmistrzyni postrzegła snadź wrażenie i prędko usiłowała je zatrzeć...
— Hm! — rzekła — gdybyś pan miał nad swój wiek dyskrecję, dlaczegożbyś przy innym dworze nie miał być nam, królowi nawet, użyteczniejszym, niż tutaj?
Maks zarumienił się, jak wiśnia, i o mało nie porwał się z krzesła; kapelusz spadł mu z kolan, tak pilno mu było oświadczyć, iż gotów był do dyskrecji, jak grób, i do usług, jakich tylkoby po nim wymagano; ale ochmistrzyni mówić nie dała i pospiesznie ciągnęła dalej:
— Słuchaj waćpan — rzekła — chciałabym szczerze coś uczynić dla niego, interesuje mnie położenie jego... Coś dla was na własną rękę wymyślić mogę... tak, na własną rękę... od nikogo nieproszona, przez przyjaźń, jaką mam dla waćpana. Uważaj waćpan tylko, kawalerze de Simonis...
Tu przysunęła się bliżej nieco, białą chudą, pomarszczoną rączką chwyciła gruszkę z talerza i, bawiąc się z nią, mówiła coraz głos zniżając:
— W tej chwili mi to na myśl przychodzi, dlaczegożbyś nie jechał do Drezna? Tam, wiemy to z pewnością, ten niegodziwy Brühl i jego zausznicy knują przeciw nam zdradę. Król strzela do psów i pali fajkę, jemu pod nosem zrobią, co chcą. Królowa Józefina nas nienawidzi. Waćpan jesteś swobodny, mógłbyś tam pojechać, porobić znajomości, podobać się Brühlowej, która młodych ludzi lubi, choć sama dawno młodą być przestała. Mógłbyś się dowiedzieć wiele, mógłbyś mi o tem donosić; jabym królowi czasem list jego przeczytała. Któż wie? tą drogą do wielkich się rzeczy dochodzi!
Wysypawszy prędko wymówione te wyrazy, hrabina de Camas czarne swe oczy przenikliwie skierowała na młodzieńca, chcąc odgadnąć, jakie to na nim uczyni wrażenie. Kawalerowi de Simonis gorzały policzki, usta drżały, oczy się iskrzyły, a gdy nareszcie wolno mu było przyjść do słowa, odezwał się z zapałem, składając ręce, jak do modlitwy.
— A! pani! proszę, rozkazuj, kieruj, wymagaj, co się podoba; spełnię bez zastanowienia wszystko!
Zręczne chłopię po tym wykrzykniku żywo poczęło, z sentymentalnym wyrazem:
— Jestem sierotą, sam jeden na świecie, nie mam opiekuna, doradcy, nikogo! oddaję się cały pani hrabinie. Muszę pracować dla mojej przyszłości, bo ją nikomu innemu, tylko sobie winien być mogę. Podaj pani rękę miłosierną sierocie...
Pochylił głowę. Ochmistrzyni się uśmiechnęła, a w uśmiechu tym było coś dziwnego, jakby politowanie jakieś i sąd surowy. Westchnęła, a po krótkim przestanku mówiła dalej:
— Więc cóż, kawalerze de Simonis? Przyjmujesz radę moją? Pojedziesz do Drezna?
— Na koniec świata! — odparł z zapałem Maks; lecz zaledwie wymówił te wyrazy, jakaś myśl wewnętrzna musiała go przestraszyć, pobladł nagle i zamilkł znacząco.
Błyskawicą przez głowę przebiegło mu jego położenie finansowe, szczupły zapas, jaki mu pozostał, a razem wielkie zbytki na saskim dworze, na którym bez pewnego kosztownego występu pokazać się, ani najmniejszej roli odegrać nie było można.
Hrabina de Camas zdawała się zgadywać myśl jego i podchwyciła, nie spuszczając go z oka:
— Ponieważ oddałeś mi się w opiekę, bądź-że ze mną szczerym, kawalerze de Simonis. Żyjesz już dosyć długo w Berlinie, wprawdzie, jak słyszałam, skromnie, ale młodość ma swe prawa i potrzeby. Z domu zapewne wielkich nie miałeś zasobów. Dopóki ci się nie polepszy... jeżeli potrzeba, będę ci mogła czemś przyjść w pomoc.
Maks pospieszył ucałować jej rękę, nie chcąc w pierwszej chwili dalej tak draźliwą posuwać kwestję.
— Co się tyczy dworu saskiego — dodała — jeżeli się zgodzisz na podróż, mój kawalerze, przygotuję cię wiadomościami potrzebnemi, będziesz miał instrukcję ode mnie. Nie masz tam znajomych?
— Niestety! nikogo!
— Tem lepiej — mówiła hrabina — tem lepiej; do jednego z dwu, albo do starego Beguelina, który jest ziomkiem waćpana, albo do rezydenta Ammona listy mieć możesz ode mnie.
Spojrzała nań: usłyszawszy Ammona imię, Simonis drgnął, zarumienił się mocno i pomieszał.
— A! tylko nie do Ammona! — zawołał żywo. — Nie mogę mieć przed moją opiekunką tajemnic: tu udałem się naprzód do niego, nielitościwie odmówił mi swej opieki. Nie jestem dumnym do zbytku, lecz raz odprawiony, znać go więcej nie mogę.
— A! — uśmiechnęła się pani de Camas — nie koniecznie się z nim stykać potrzebujesz. — Ruszyła ramionami. — Beguelin Szwajcar, ten was po moim liście przyjmie otwartemi rękoma. Nikogo nie zadziwi, że jako Szwajcarowie oba żyć z sobą będziecie. Beguelin ciężki jest, stary, ale zna doskonale kraj i wielką wam być może pomocą...
Rozmowa o Saksonji trwała jeszcze chwilę. Hrabinę żywo zdawał się obchodzić los pupila przybranego, nie szczędziła mu rad i wskazówek; naostatek, gdy dosyć późno robić się zaczynało, niespodzianie, jakby jej teraz dopiero myśl ta przyszła, zawołała, ręką uderzając po stoliku:
— Poznałeś tu waćpan przypadkiem Fredersdorfa; grzeczność wymaga, abyś go w Sans-Souci odwiedził. Człowiek ten, choć nie głośny, wiele może i przyda się w życiu jego znajomość, wierzcie mi!
— Lecz jakże się ja tam do niego docisnę? — szepnął Simonis.
— O! najłatwiej, o to się nie masz co troszczyć — dodała pani de Camas. — W pewnych godzinach ogród jest otwarty, przejdziesz się po nim, zobaczysz posągi ładne, a trzebaby nieszczęścia, żebyś lub Fredersdorfa nie spotkał, albo się o jego mieszkaniu nie dowiedział. Jeśli nie będzie przy królu, przyjmie was pewnie. Jutro więc, kawalerze, do Sans-Souci, bo tego odkładać nie wypada, a potem czekam was z raportem i instrukcjami do Drezna!
Hrabina wstała, porwał się z krzesełka młodzieniec, ucałował jej rękę, zgiąwszy się w pół, i odszedł na palcach, rozmarzony.
Nie wierzył szczęściu swojemu! Te odwiedziny, tak złowrogo się zrazu obiecujące, skończyły się przecież niespodzianką pełną obietnic... Wyszedł w ulicę.
Parno było, noc zrobiła się czarna, chmury przebiegały po niebie. Kiedy niekiedy błysk blady rozświecał pustą ulicę, i duże ciężkie deszczu krople spadały na ziemię. Przerażony Simonis spostrzegł dopiero, co groziło jego pięknej peruce i najlepszemu frakowi, i pędem puścił się ku domowi. Tylko co na próg jego się dostał, gdy ulewa lunęła, jak z wiadra.


II.

Kawaler de Simonis nie wiedział zapewne o często przez Fryderyka II powtarzanym aksjomacie: Fallacem fallera non est fallacja; byłby się bowiem domyślił może, iż go nie dla własnej zabawy wyprawiała wielka ochmistrzyni do Drezna...
Nie tłómacząc się nawet żadną fallacją cudzą, wszelkich środków bez wyboru zażywała polityka Fryderykowska, gdy do upragnionego zamierzała celu. Kawaler de Simonis był zresztą zupełnie neutralnym, a w tej chwili gotów zawrzeć przymierze z każdym, coby mu przyszłość pokazał, i iść, choćby na rodzonych braci. Tych szczęściem nie miał. Wczorajszy wieczór tak w nim krew poburzył, iż mimo kilku szklanek wody które wypił, aby ostudzić rozigraną wyobraźnię, całą noc prawie nie zmrużył oka. Dzień w Sans-Souci poczynał się nader wcześnie; Fryderyk w lecie wstawał koło czwartej, za nim służba i dwór iść musiał. Należało więc dla pokłonienia się Fredersdorfowi dostać się rano, bardzo rano do Sans-Souci.
Szczęściem dla naszego kawalera, po burzy w nocy, która była bardzo gwałtowna ale krótka, nade dniem się wyjaśniło, uspokoiło, powietrze ochłodło i dzień obiecywał się prześliczny.
Choć niewyspany, Maks wstał raźno i zabrał się do ablucji i ubrania. W domu jeszcze było cicho. Spali wszyscy i nienawykli do tego, by kawaler o brzasku się zrywał, musieli, słysząc go, dziwić się bardzo; ale za jego przykładem i oni też powoli zaczęli ściągać się z łóżek. W mieście jeszcze było cicho i spokojnie, rzadki wóz z wiejskimi zapasami zaskrzypiał, przeciągając powoli.
Maks otworzył okno i czynnie się zabrał do ubierania. Prawdziwym Opatrzności zrządzeniem ocalał mu frak wczoraj. Dziesięć minut później wyszedłszy z zamku, byłby go od ulewy nie uratował, a peruka i kapelusz również piekielnym bogom poszłyby na ofiarę.
Wyraźnie tedy wieść mu się zaczynało, nastąpiło przesilenie fortuny i bogini, która dotąd plecami doń była obrócona, rozpromienioną twarz pochylała ku niemu.
Słońce wschodziło, gdy gotów był do podróży, którą musiał odbywać pieszo; piękny chłopak, przejrzawszy się w zwierciadle, rad z siebie, zakręcił się szykownie do wyjścia.
Jakimś cudem mała Carlotta z rozpuszczonymi na ramiona włosami kruczymi, jeszcze od snu zarumieniona, świeża i ładna, jak wisienka, zaszła mu drogę. Od wczorajszego uścisku, jakby pewnych praw nabyła do Maksa, śmielsza była i, w oczy mu spojrzawszy, zapytała:
— Ho ho! a toż dokąd tak rano i tak wystrojony? Cóż to jest?
Kawaler się uśmiechnął dobrotliwie, ale po mentorsku z góry ją traktując.
— Mam moje interesa, Carlotto. Proszę powiedzieć szanownej mamie, że na obiedzie nie będę pewnie. Tak! mam interesa!
Carlotta główką pokręciła.
— Jaka mi ważna, wielka z waćpana figura — odrzekła — od czasu jak hrabina de Camas zaprosiła go do siebie!
I chcącemu iść zastąpiła drogę niecierpliwie:
— He, dokądże? dokąd? dokąd?
Maks przypomniał sobie wczorajszą przestrogę podskarbiego w samą porę i pomiarkował, że przed dzieckiem się zdradzić nie powinien.
— Jestem zaproszony na ranną przechadzkę — rzekł. — Adieu...
Carlotta była pewną, że choćby dla usunięcia jej z drogi, porwie ją, jak wczoraj, i ucałuje, ale kawaler de Simonis nadto był zaprzątnięty dzisiaj, ukłonił się tylko z uśmiechem i prześliznął na schody.
Dziewczę zostało na górze smutne. W chwilę potem był już w ulicy i, wybierając ścieżki suche, bo gdzieniegdzie po wczorajszym deszczu stały jeszcze kałuże, pospieszył w dalszą drogę.
Dojść do Sans-Souci przy dobrych młodych nogach daleko było łatwiej, niżeli tam sobie dać radę. Wcześnie więc myślał, jak się wcisnąć do ogrodu, jak zbliżyć do pałacu i jak długo mu przyjdzie odprawić rekolekcje pod cieniem drzew, po pustych alejach, nim szczęśliwy traf da mu spotkać Fredersdorfa, albo się do niego docisnąć.
W ciągu tego roku kawaler de Simonis napróżno prawie starał się u dworu robić znajomości. Nie udawało mu się to wcale. Fryderyk II, jak nie cierpiał, ażeby jego urzędnicy i wojskowi wchodzili w stosunki z dyplomatami zagranicznemi, tak zakazywał tym, co go otaczali, wiązać się wogóle z cudzoziemcami. Każdy z nich był mu podejrzanym, wszystkich o szpiegostwo posądzał. Dwór króla stronił od przybyszów. Co ranka przywożono z Berlina listę kompletną przybyłych obcych do miasta, z wymienieniem powodów przyjazdu i wzmianką o tych, którzy się na dworze przedstawić chcieli. Przyjmowano jednych, odprawiano drugich, odmawiając, a niekiedy niebardzo się cieszył przypuszczony do oblicza pańskiego, bo w złym będąc humorze, Fryderyk bywał niegrzeczny, niekiedy grubiański.
Śmiała tylko odpowiedź dowcipna mogła czasem przejednać. Gdy po raz pierwszy przedstawił mu się sławny markiz Lechesini, którego przedstawiał książe Fontana, król, popatrzywszy nań ostro, rzucił pytanie: „Wiele też was jest takich markizów włoskich, co, włócząc się po świecie, u dworów za szpiegi służycie?“ — markiz, niezmieszany, odparł żywo: „Najjaśniejszy Panie, jest nas tylu, ilu panujących tak głupich, by nam podobne nędzne polecenia dawali“.
Dowcip rozbrajał Fryderyka, bo go się obawiał.
Kawaler de Simonis po drodze starał się właśnie przypomnieć sobie wszystkie pobieżne znajomostki, które mu się na coś przydać mogły, i przyszedł mu na myśl paź królewski, Ślązak, Krystjan Ernest Malszycki, dobre chłopię, z którym się zapoznał przed kilku tygodniami w Berlinie, gdy za sobą usłyszał turkot wozu i, obejrzawszy się, zobaczył niespodzianie wcale na wozie twarz dobrze znajomą.
Był to furjer królewski, przyjaciel cukierniki, częsty u niego gość, Szwajcar także, który z jakiemś pieczywem i kuchennymi jechał zapasami. Zwał się Jurli. Czerwony, piękny, indyczy nos wskazywał jego dobry humor i przyjaźń ze szklankami. Jurli był już w wyśmienitem usposobieniu, palił fajkę, ująwszy się w boki, coś niby chwilami podśpiewywał, a na skrzyni siedząc bokiem, nogami sobie takt wybijał.
— Ech! Herr Baron! — zawołał, rękę do czapki podnosząc — a dokądże? a dokąd?
Zawstydził się kawaler pieszej podróży; chciał złożyć to na przechadzkę ranną dla świeżego powietrza, lecz strój go zdradzał. Wolał więc przyznać się, że idzie do przyjaciela do Sans-Souci.
Usłyszawszy to, Jurli na ramieniu woźnicy położył rękę i kazał mu stanąć.
— Pieszo do Sans-Souci! ho! ho! i w tym stroju! — zawołał, kręcąc głową. — Gdybyś się nie wstydził, a na drodze o tej godzinie żywej duszy nie spotkamy, ofiarowałbym baronowi miejsce przy sobie. Zawszeby się coś nóg oszczędziło? hę?
Ofiara była wielce pokuśliwa, ufny więc w to, że istotnie na drodze nie napotkają nikogo, gdy Jurli oprócz tego przyrzekł, iż dobrze przed bramą go zsadzi, Simonis zajął skromne miejsce na skrzyni, a konie ruszyły dalej. Widocznie mu się szczęściło, bo oprócz tego Jurli objaśnił go, którą bramą wejść może do ogrodu, gdzie się ma przechadzać i w której stronie znajdzie podskarbiego.
— Zawsze — dodał do ucha — życzyłbym uniknąć nieprzyjemnego z najjaśniejszym panem spotkania. Bywa w złym humorze, a kij zawsze nosi w ręku. Ale o tej godzinie — dodał, pocieszając — nie spodziewać się go w ogrodzie; psy tylko jego widzieć będziecie mieli szczęście.
Jurli był w gadatliwym usposobieniu.
— E! naprawdę — mruknął — gdybym nie był Jurlim, chciałbym być jednym z tych królewskich chartów! To szczęśliwe bestje! mają swój dwór, biorą strawnego po dwa talary na dzień, na atłasach się wylegiwają; Alkmena najczęściej na kolanach pańskich i kijem ich nigdy nie potrąci. Z rana wyprowadzają je paziowie na spacer do ogrodu, może je tam zobaczycie, pokłońcież się z daleka. Nie zawadzi polecić się ich protekcji. Bez żartu! Na kogo Alkmena zawarczy, temu król nigdy wierzyć nie będzie; do kogo się połasi, to dla niego patent najlepszy.
Gawędząc tak dojechali do Sans-Souci, i kawaler de Simonis, zsiadłszy z wozu, podziękował grzecznie poczciwemu Jurli, który go długo jeszcze przeprowadzał oczyma.
W chwilę potem Maks, dopadłszy otwartej bramy, w boczną wsunął się aleję i, zdala spoglądając na pałacyk w Sans-Souci, z bijącem sercem oczekiwał.
Nie spodziewał się wcale, aby rychło los jego odwiedzin się rozstrzygnął, usiadł więc na ławce kamiennej, a że i w nocy nie spał i śniadania nie jadł, poziewanie i senność go napadła. Byłby może uległ jej i zdrzemnął się, gdy, jakby cudem, postrzegł paziowski mundur i z wielką radością poznał idącego Malszyckiego.
Paź zarówno musiał być zdziwiony, jak on, tem spotkaniem, stanął przed nim i spytał żywo:
— A pan tu co robisz?
Nieprzygotowany do odpowiedzi, kawaler de Simonis nie wiedział dobrze, jak ma postąpić; na ten raz wszakże kłamać mu nie wypadało, bo Malszycki mógł mu być pomocnym.
— Panie Erneście — rzekł — wybieram się w tych czasach Berlin i Prusy opuścić, niewielu tu miałem znajomych, ale i tych chciałbym pożegnać; a więc pana podskarbiego Fredersdorfa, któregom raz spotkał i którego pamięci chcę się polecić, i was, panie Erneście.
Uśmiechnął się z wdziękiem, dotykając kapelusza.
— Zobowiązalibyście mnie wielce — dodał — gdy byście mnie nauczyć chcieli, gdzie znajdę podskarbiego?
— O tej porze? — spytał Malszycki — zdaje mi się, że przy najjaśniejszym panu być musi, ale później... rzecz prosta, w jego mieszkaniu w pałacu.
— A wy na służbie dziś jesteście? — spytał Simonis.
— Do południa jestem wolny — odparł Malszycki.
— Przyznam się wam — pochwycił żywo kawaler — że z Berlina wyjechałem bez śniadania. Gdyby było gdzie je znaleźć, poprosiłbym was z sobą.
Malszycki, chwilę pomyślawszy, rękę mu podał, ale się wprzódy obejrzał dokoła, i poza drzewami wyprowadził go nazad z ogrodu. Nieopodal od pałacu była gospoda i cukiernia.
— Dadzą nam tu doskonałej czekolady — odezwał się Malszycki — ale będziemy musieli milczeć, jeśli kogo zastaniemy, bo ja tam ust nie otworzę... Znajdziemy stoliczek pod drzewami.
W istocie znalazło się miejsce ustronne i Simonis o czekoladę poprosił. Gospodarz, jak wszyscy niemal naówczas cukiernicy w Europie, był Szwajcar i trochę kawalerowi znajomy z Berlina. Odnowiła się więc ta znajomość i dwaj znajomi zasiedli u stoliczka.
— Król zapewne nie wstał jeszcze? — szepnął Simonis.
Ernest spojrzał nań oczyma wielkiemi.
— Znać, żeście tu chyba pierwszy raz i że nie wiecie nic — odpowiedział. — Najjaśniejszy Pan o pół do czwartej już był na nogach i nawet mu mokrej chustki na twarz nie trzeba było przykładać, jak zwykle, bo od kilku dni jest niespokojny czegoś, i sam się w porze obudził. Widziałem go już w niebieskiej jubce i lokaj poniósł mu dawno na tacy listy, które nadeszły z Berlina. Harcap mu zapletli, kawę swoją wypił i jeśli się nie mylę, musi teraz na flecie grać.
Umilkł Malszycki, jakby się chciał przysłuchać; lecz za daleko było od pałacu, aby ich doszła ta muzyka.
— Teraz radcy gabinetowi czekają w przedpokoju — mówił dalej paź — później nastąpi posłuchanie, dalej... doprawdy nie wiem; może przegląd jakiego pułku.
Zbliżył mu się do ucha.
— O! jeśli posłuchanie dawać będzie, nie zazdroszczę tym, co się w tych dniach nawiną. Najjaśniejszy pan od dni kilku jest zasępiony i gniewny.
— Nie wiecie przyczyny? — spytał Simonis.
Malszycki ręce podniósł.
— Ja? ja nie wiem nic a nic! a któż to może wiedzieć! Widzę tylko, że nasz pan zły i chwilami z oczu mu błyska tak... ludzie mówią jak przed śląską wojną.
Rozmowa przy czekoladzie nie trwała długo, bo Malszycki, choć nie był tego dnia na służbie, miał list pisać do matki i od pałacu oddalać się nie chciał. Wyszli więc razem do ogrodu, gdzie mu spokojne miejsce wskazawszy w cieniu, paź pobiegł do pałacu zaraz, przyrzekając, że później, jeśli będzie mógł, przyjdzie do niego.
Kawaler de Simonis usiadł więc zadumany, rozglądając się po ogrodzie, a że przez drzew gałęzie widać stąd było taras pałacowy, w tamtą stronę zwrócił oczy. Wkrótce potem otwarły się drzwi szklane, wyszedł jeden z paziów, a za nim wyskoczyła cała zgraja charcików, ulubieńców królewskich, albo raczej towarzyszów najulubieńszej jego Alkmeny i Biche. Wyskakując, skowycząc, szczekając, przewracając się, wyścigając po trawnikach, charciki, którym wszystko wolno było, wyruszyły na świeże powietrze. Paź kroczył jako guwerner i dozorca, nawołując niekiedy do porządku. Słychać było imiona delikwentów, dość nieposłusznych; bo ich pokilkakroć zmuszać trzeba było do powrotu, zbiegających w krzaki daleko...
Phyllis, Thisbe, Dyana, Pax, Amoretta, Superbe, składały familję i dwór pani Alkmeny, która prawie nigdy nie schodziła z kolan królewskich; teraz zaś wypuszczona, szła poważna, znudzona, nie biorąc czynnego udziału w swawoli, do której ją towarzystwo wciągnąć pragnęło.
Alkmena wlokła się, jakby zmuszona i drzemiąca, na tę przechadzkę, z wilgotnej nieco ziemi unosząc delikatne łapki ku górze, stając chwilkami zamyślona, jakby się wrócić pragnęła, poziewając nawet znacząco, zatrzymywała się czasem i oglądała ku pałacowi.
Ponieważ słońce dopiekać zaczynało, paź skierował się w boczną zacienioną aleję, a psy rade nie rade za nim pociągnęły, właśnie ku temu miejscu, gdzie kawaler de Simonis spoczywał. Alkmena ciągle szła zwolna, dopiero zobaczywszy na ławce siedzącego, zaciekawiona, uszy nadstawiła, popatrzyła nań uważnie, nieco przyspieszyła kroku, i jak rozpieszczone dziecko, któremu wszystko wolno, czego zapragnie, a nikt mu nic nie śmie odmówić, dobiegłszy do ławki, wprost na nią skoczyła. Czarnemi oczyma wpatrzyła się w siedzącego, który lekkim płaszczykiem był okryty, i z zaufaniem ku niemu, łapkę podniósłszy, płaszcz próbowała odsunąć, co gdy jej się powiodło, wsunęła się kawalerowi de Simonis na kolana, zwinęła w kłębek wygodnie i położyła na nich. Reszta psów stanęła, otaczając go kołem; nadszedł paź zadziwiony, wpół uśmiechnięty, napół nierad i począł odwoływać Alkmenę, ale ta, ani myśląc ustąpić, zęby mu tylko pokazywać zaczęła. Phyllis i Thisbe szczekały gniewnie, znajdując to postępowanie nader nieprzyzwoitem, a za niemi wnet Pax, Amoretta, Dyana, Superbe wszczęły okrutny hałas, który stąd mógł dojść do pałacu. Kawaler de Simonis nadto był dworakiem i szczęśliwym z okazanych mu przez królewską ulubienicę faworów, aby choć najlżejszym drgnięciem poddać jej myśl ustąpienia z kolan. Paź był chmurny i nieszczęśliwy. Oglądał się niespokojny ku pałacowi, napróżno usiłując szczekanie zajadłe psów uśmierzyć.
— Przeklęte psiska! — mruczał między zębami, chustką zlekka je karcąc napróżno, co jeszcze do zajadlejszego szczekania pobudzało — przeklęta psiarnia! Nuż król usłyszy! A to nieszczęśliwa godzina!
Jeszcze tak niespokojny miotał się, tupał i wołał, gdy z gąszczu jakby piorunem wyskoczył niespodzianie średniego wzrostu człowiek.
Paź stanął, jak wryty, a psy, spojrzawszy na niego tylko, dalej na Alkmenę ujadały.
Twarz tego nowego przybysza była oświecona dwojgiem oczu czarnych, ostrych, przenikających, nawykłych do grożenia i rozkazywania: cały wyraz oblicza w nich się skupiał. W ustach zaciętych i otoczonych już marszczkami i fałdami, był wyraz energji i sarkazmu. Nos dosyć ostry i chude policzki nadawały całości coś ostrego i przykrego, ale razem znamionującego wolę, która nawykła nie uginać się przed żadną inną. Marszczki na czole jeszcze surowszą czyniły tę maskę nieco zżółconą i zmęczoną... Na głowie i peruce zaniedbanej miał trzy-rożny kapelusz zrudziały od słońca i słoty, na sobie niebieski mundur wypłowiały i stary. Pod nim widać było żółtą kamizelkę, całą posypaną i poplamioną od tabaki, i brudną, a pomiętą koszulę.
Reszta też stroju nie odznaczała się elegancją, bo na nogach miał niedbale naciągnięte pluszowe spodnie, w których kieszeniach z obu stron wydymały się dwie duże tabakierki, a buty do kolan, nieoczyszczone, podrapane, rude, zabłocone, zdawały się oznaczać chyba, że tylko co zsiadł z konia. Jedyną rzeczą kosztowniejszą była w ręku jego trzcina z gałką wysadzaną brylantami i na brudnej, atramentem zwalanej ręce dwa duże solitery w pierścieniach.
Wyszedłszy z krzaków, snadź wywabiony hałasem ulubieńców, zmarszczony, stanął z kijem podniesionym do góry, jakby nim chciał grozić paziowi, psom, czy Simonisowi.
Był to król Fryderyk II.
Simonis, który go widywał zdaleka, byłby się porwał, ale Alkmena nie dopuszczała, zrzucić jej z kolan nie mógł. Zobaczywszy swojego pana, podniosła głowę, pokiwała ogonem, ale z kolan nie schodziła.
— Co to jest! — krzyknął Fryderyk na pazia, podnosząc kij — co to jest! niech on odpowiada! kto to jest?
Paź szybko już począł się tłumaczyć.
— Jak on mógł pozwolić, aby Alkmenę kto brał na kolana...
— Najjaśniejszy Panie! sama mimo mojego oporu, gwałtem... niepodobna było jej wstrzymać.
Król surowo spojrzał na Simonisa, który nareszcie poruszył się, na ręce biorąc suczkę, i zrzucił kapelusz, nie mogąc inaczej, na ziemię. Psy z początkiem się go nastraszyły, ale w tejże chwili rzuciły się nań, jak na zabawkę, i zaczęły szarpać niemiłosiernie.
Fryderyk się uśmiechał. Uprzedzało go to zawsze dobrze o ludziach, gdy się psy jego garnęły do kogo przyjaźnie. Nie broniąc im zabawki z kapeluszem, który wnet uległ zniszczeniu i poszedł w kawałki, Fryderyk ręką paziowi dał odprawę, a sam, na lasce oburącz się sparłszy, począł się Simonisowi przypatrywać.
— Niech mówi — odezwał się — co on tu robi o tej godzinie w Sans-Souci; kto jest? jakiej profesji?
Simonis wiedział bardzo dobrze, iż od tej chwili los jego przyszły mógł zależeć, nie wiedział, że król lubił odpowiedzi śmiałe i dowcipne; wezwał więc w pomoc całą umysłową przytomność i trzymając na rękach suczkę, która się wyciągała i ziewała, odparł odważnie:
— Najjaśniejszy Panie! Jestem rodem Szwajcar, szukam służby i zajęcia. Od roku bawię napróżno w Berlinie, a że tu wszystkie miejsca zajęte i na zajęte po dziesięciu kandydatów, jestem na wyjeździe, przybyłem znajomych pożegnać!
— Jak się on nazywa? — spytał król.
— Maks de Simonis!
— A! jest i de, cóż on szlachcic?
— Szlachtą byli moi przodkowie.
— Cóż on umie? — mówił Fryderyk.
Simonis zamyślił się.
— Umiem tyle, Najjaśniejszy Panie, iż wiem, że nie umiem jeszcze nic — odparł Maks — ale wiem i to, że się wszystkiego nauczyć mogę!
Fryderyk popatrzył nań.
— Czy on wołał Alkmenę do siebie?
— Najjaśniejszy Panie, na tobym się nie ośmielił.
Alkmenie tak było dobrze na rękach, że choć kiwała ogonem do króla, ruszać się nie myślała; Fryderyk twarz chłopca tymczasem z wielką rozpatrywał uwagą.
— A kogo on tu ma znajomego?
— Miałem szczęście raz widzieć u hrabiny de Camas pana podskarbiego...
— A skąd on zna hrabinę? — egzaminował król.
— Już od roku miałem szczęście raz być jej pomocą... gdy konie...
— Wiem, wiem — przerwał król i odwrócił się.
Zdawało się, że chce odejść, lecz wtem zobaczył kapelusz, nad którym się psy znęcały; potrącił go laską, co im do darcia w kawałki nową było podnietą, i spozierając szydersko na kawalera, rzekł:
— Niech mu to będzie nauką: gdy się kto do dworów ciśnie, taką korzyść odnosi!
— Najjaśniejszy Panie — odparł Simonis — kapeluszem okupiwszy szczęście widzenia Waszej Królewskiej Mości, wcale się nie użalam na to.
Na to kadzidło skrzywił się Fryderyk, popatrzał nań i rzekł:
— Niech on Alkmenę powoli postawi na ziemię i idzie za mną... Każę mu dać inny kapelusz.
Spełnił ten rozkaz de Simonis, chociaż się suczka opierała. Stanąwszy na ziemi, przeciągnęła się, popatrzyła na króla, który jej pogroził i szczeknąwszy kilka razy przyjacielsko ku Simonisowi, jakby mu wymawiając, że ją opuścił, zwolna przed nim iść poczęła.
Simonis zebrał resztki swojego kapelusza i szedł posłuszny. Król go wyprzedzał milczący. Po chwili obejrzał się nań i stanął.
— A dokąd on myśli jechać? — zapytał.
Simonis się nieco zawahał.
— Hrabina de Camas jest tak łaskawą dla mnie, iż mi radzi do Saksonji, dokąd chce mnie wesprzeć listami.
Czarne oczy króla bacznie bardzo zwróciły się na Simonisa; przybliżył się ku niemu.
— Ma on ochotę dorobić się czego na świecie?
— Nietylko ochotę, Najjaśniejszy Panie, mam mus... jestem sierota...
— To niechże on wie, że tylko jednemu panu wiernie służąc, dochodzi się do czegoś, a zdradą i na dwóch stołkach — do stryczka i szubienicy.
I znowu podszedł król milcząc kroków kilka, a potem, zwróciwszy się, rzekł:
— I to wiedzieć on powinien, że rozumne gadanie jest rzeczą dobrą, ale głupie milczenie jeszcze lepszą...
Simonis się skłonił.
Król szedł dalej ku tarasowi pałacu. Tu już widać było stojących u drzwi w mundurach kilku generałów, szambelanów i oczekujących posłuchania cudzoziemców. Fryderyk jeszcze raz odwrócił się do Simonisa:
— Niech on idzie do pałacu i w przedpokoju siądzie, gdzie paziowie moi są, a tam czeka rozkazów.
Kawaler skłonił się bardzo nizko i z bijącem mocno sercem, odgadując drogę, posunął się ku prawemu skrzydłu, w którem były apartamenty królewskie.
Zjawienie się jego pomiędzy paziami byłoby mu może wiele nieprzyjemności zrazu przyczyniło, gdyby tam już nie znalazł znajomego sobie Malszyckiego, który wcześniej, niż się spodziewał, musiał zastępować wyprawionego za niedopilnowanie Alkmeny do aresztu poprzednika swego.
Z podartym kapeluszem w ręku zjawił się de Simonis.
— A waćpan co tu robisz? — zapytał zdziwiony paź.
— Jestem z rozkazu jego królewskiej mości; czekać mi kazano.
Z kapelusza podartego śmiano się i drwiono jeszcze, gdy drzwi się otworzyły i wszedł, zaledwie patrząc na wyprostowaną służbę, król, nie zrzucając kapelusza, którego nigdy prawie nie zdejmował z głowy; za nim cała psów jego czereda, a za nimi generałowie Lentulus, Warnery, adjutand Winterfeld, wielki konjuszy generał Schwerin, kanclerz Coccei, szambelan Pöllnitz i wielu innych.
W chwilę potem słychać było w sali audyencyonalnej pytania i krótkie odpowiedzi. Król naradzał się widocznie ze swymi dowódcami. Simonis, w kącie zasiadłszy z Malszyckim, spodziewał się tu spocząć nieco, ale dnia tego spotykały go same niespodzianki.
Nie upłynął kwadrans, gdy się drzwi od sali otworzyły i mężczyzna wystrojony w mundurze szambelańskim wybiegł do przedpokoju, szukając jakby kogoś oczyma. Pomimo i rysów twarzy dawniej przystojnych i stroju, aż do zbytku wyszukanego, nie była to wcale postać sympatyczna.
Choćby na sobie nie miał ani tej liberji królewskiej, ani klucza u fraka, łatwo w nim było poznać człowieka, który zrósł, wychował się, zestarzał na dworach i uwiądł zawczasu w dusznej atmosferze pozornego zbytku, istotnego niedostatku, długów, intryg, ambicyj pożerających, nadzieij gorączkowych, upokorzeń wypijanych i połykanych codziennie. Latały mu oczy niespokojem, głęboko zapadłe, usta niepewnego wyrazu, gotowe na uśmiech i skrzywienie, dygotały niecierpliwie; całe ciało zdało się wyłamane jak u kuglarza, który nawykł zwijać się w kłębek lub rozciągać jak struna.
Zaledwie wszedł do przedpokoju, już wzrokiem obiegł wszystkich, zakręcił się na nodze i jakby go co rzuciło, przypadł, chwytając za guzik sukni Simonisa. Pochylił mu się do ucha, jedną nogę podnosząc do góry, i szepnął:
— Simonis, z rozkazu najjaśniejszego pana... mamy do pomówienia; chodź waćpan ze mną do ogrodu. Jestem szambelanem króla jegomości, baran Pöllnitz do usług.
Lekko głową skłonił.
Simonis, od roku bawiąc w Berlinie i obracając się pomiędzy ludźmi, co znali dwór cały, jakżeby o baronie Pöllnitz nie słyszał.
Pöllnitz był sławny, z Pöllnitza śmiał się i drwił król nielitościwie; był pośmiewiskiem i plastronem wszystkich, a mimo to król mu przy sobie wisieć dozwalał.
Ciekawa to była i figura i historja tego człowieka, który za typ pewnego rodzaju awanturników mógł być uważany. Nic bardziej zszarzanego a śmielej narzucającego się z cynizmem i natrętnością niewysłowioną wyobrazić sobie nie było można. Pöllnitz, o wiele starszy od króla, był wnukiem znakomitego swojego czasu ministra, generała, komendanta Berlina, komendanta pułku gwardii i t. d. i hrabianki de Nassau, córki pobocznego księcia Maurycego, namiestnika Niderlandów. Ojciec jego dosłużył się stopnia pułkownika; on sam rozpoczął przy dworze służbę od kamerjunkra. Później, spadłszy z etatu, puścił się na podróże, z których powstały wydane przez niego o dworach niemieckich Listy i Pamiętniki, a naostatek najsłynniejsze z dzieł jego, bezimienne: La Saxe galante. Za Fryderyka II dostał Pöllnitz szambelaństwo, ale ten obchodził się z nim jak z błaznem.
Zdaniem Fryderyka był to infamis, któremu wierzyć się nie godziło, zabawny przy obiedzie, ale potem chyba za drzwi. Tysiące anegdot chodziło o nim.
Raz Fryderyk polecił mu sprowadzić jakieś kury indyjskie; Pöllnitz pospieszył ze spełnieniem rozkazu i przesyłając je, a chcąc ruszyć dowcipem, bo chorował na dowcip, napisał do króla cztery wyrazy:
— „Oto kury, Najjaśniejszy Panie!“
Król kazał nazajutrz kupić jak najchudszego wołu, pozłocić mu rogi, zaprowadzić przed dom Pöllnitza, gdzie go do płotu uwiązano. Bilet przytem zawierał tylko: „Oto wół Pöllnitz“.
Przed laty kilku, baron, który wiecznie był w długach i wzdychał do łatwego zbogacenia się, napatrzył jakąś wdowę katoliczkę w Norymberdze, z którą zapragnął się ożenić. Poszedł więc do króla, prosząc go o odprawę i świadectwo. Fryderyk kazał mu usiąść i następujące słowa podyktował. Maluje ono doskonale króla i szambelana i godne jest pamięci:
„My Fryderyk itd. czynimy wiadomo wszystkim, komu o tem wiedzieć należy, iż baron von Pöllnitz, rodem z Berlina i o ile my wiedzieć możemy, z uczciwych rodziców zrodzony, u nieboszczyka dziada naszego, świętej pamięci, kamerjunkier, u księżnej d’Orlêans w tym samym charakterze, u króla hiszpańskiego, jako pułkownik, u niedawno zmarłego cesarza, jako rotmistrz, u papieża, jako szambelan, u księcia brunświckiego, jako szambelan, u księcia wejmarskiego, jako chorąży, u spoczywającego w Bogu ojca naszego, jako szambelan, a naostatek u nas jako mistrz ceremonji służący; gdy potokiem tych honorów wojskowych i wysokich dostojeństw dworskich z kolei na osobę jego spływających, czuł się zupełnie zalanym, a w ostatku znużonym światem i złym przykładem szambelana Montaulieu uwiedziony, który na mało przed nim ze dworu zemknął, u nas wymieniony baron Pöllnitz prosił i najuniżeniej suplikował, abyśmy mu dla utrzymania jego dobrej sławy i mienia uczciwą i łaskawą dali odprawę.
„My więc, uwzględniając prośbę jego, gdyśmy za dobre uznali świadectwa mu tego nie odmówić, o które nas upraszał; zważywszy bardzo ważne usługi, jakie na dworze naszym spełniał przez swe błazeństwa i rozrywkę jaką nieboszczykowi ojcu naszemu na Nowy Rok przynosił; nie wahamy się oświadczyć: że w ciągu całego tego czasu, gdy baron sławnie usługi przy nas pełnił, nie zdarzyło się ani razu, aby po gościńcach rozbijał, mieszki obrzynał, albo truciznę przyprawiał; nie porwał żadnej panny, ani żadnej gwałtu nie zadał; niczyjego honoru na dworze naszym nie naruszył grubiańsko, ale się sprawiał zawsze, jak na szlachcica przystało i na urodzenie jego a dary, jakimi wielu się podobało go wyposażyć, na uczciwy obracał pożytek, to jest do jednego zawsze zmierzając celu, który za zasadę mają komedjanci, którym zależy na tem, żeby śmieszności ludzkie w sposób wesoły i przyjemny wystawiać i tym sposobem je poprawiać.
„Również za radą Bachusową w punkcie umiarkowania i wstrzemięźliwości zawsze szedł wiernie, a miłość chrześcijańską posuwał tak daleko, iż chłopów nawet potrafił przekonać o prawie ewangelicznem, że dawać błogosławionym jest lepszem, niżeli brać. Oprócz tego umie on wszystkie anegdotki o naszych zamkach i ogrodach, a szczególniej w pamięci wiernej zachowuje caluteńki inwentarz starych sprzętów; naostatek umiał też swemi zasługami tym nawet stać się miłym i pożytecznym, którzy zarówno znali jego złą głowę i dobre serce.
„Dajemy też wymienionemu baronowi to świadectwo, że nas nigdy do gniewu nie pobudził, wyjąwszy ten raz, gdy podłem swojem natręctwem (làche importunité), przechodzącem wszelkie należnego uszanowania granice w nikczemny i nieznośny sposób popioły naszych przodków zbezcześcić chciał i skalać.
„Ale że w najpiękniejszych krajach trafiają się bezpłodne i puste okolice, gdy najpiękniejsze ciała mają swe ułomności, a malowidła największych mistrzów wady; dlatego wymienionemu baronowi jego błędy i ułomności chcemy przebaczyć i udzielamy mu niniejszą chociaż niechętnie pożądaną przezeń dymisję, powierzoną mu zaś godność chcemy całkowicie znieść i skasować, ażeby przez to pamięć jej u ludzi na wieki zniszczyć i pewni będąc, iż po wymienionym baronie nikt jej już godnie sprawować nie może“.

Poczdam, dnia 1 kwietnia 1774 r.

Baron, otrzymawszy takie zaszczytne świadectwo, pojechał do Norymbergji, przyjął wiarę katolicką; wdowa dała mu, namyśliwszy się, odprawę; stracił co miał i wrócił do Berlina, wpraszając się napowrót do króla i ofiarując protestantyzm przyjąć znowu. Fryderyk kazał mu odpowiedzieć, że to go nie skłoni do przywrócenia mu dostojności dawnej, ale jeżeliby muzułmańską wiarę przyjął i poddał się obrzędowi zwykłemu, natenczas gotów go do służby przypuścić.
Pomimo to jednak Pöllnitz do służby powrócił znowu, pod następującymi warunkami, które przyjął: Po ulicach Berlina miało być przy odgłosie trąby i bębna ogłoszonem, pod karą stu czerwonych złotych, ażeby nikt się nie ważył mu nic kredytować ani pieniędzy ani towarów. Zabroniono mu było nogą próg przestąpić obcego poselstwa, lub z posłami cudzoziemskimi w innych domach się widywać i o rozmowach z królem cokolwiekbądź im udzielać. Naostatek, zaproszony do stołu, miał się starać być wesół i nie wyglądać jak ...rogacz.
Król wiedział, że się Pöllnitz gdzieś dobitnie wyraził, iż korzystniej było świniom służyć niż... radził mu więc udać się szukać służby do Westfalji; ostatecznie jednak długi zań płacił, trzymał go i bawił się nim. Raz proszącemu o zasiłek kazał korzec owsa zanieść i wysypać w pokoju...
Pöllnitz był swego czasu sławną figurą na dworze, a że z siebie dawał szydzić, wygodną. Nie był to człowiek bez zdolności, ale niestety, bez charakteru. Pomiatano nim, jak ścierką.
Przymrużonemi oczkami wpatrzywszy się w Simonisa, który go znał z reputacji, szambelan wywiódł go na taras przed pałac. Tu w tej chwili nie było nikogo.
— Król mi kazał waćpanu, panie kawalerze de Simonis, wszak tak? — począł żywo Pöllnitz — król mi kazał dać informację względem dworu saskiego. Najjaśniejszy pan to wie, że tajemnic tego dworu i innych, mogę powiedzieć, wszystkich w Europie, nikt tak nie zna, jak ja. Ale powiedz mi waćpan, co masz robić na tym dworze?
Simonis łatwo zmiarkował, iż całej prawdy wyjawiać nie był powinien, zwłaszcza, że Pöllnitz miał język tak długi, a usta tak szerokie, że nic w nich utrzymać nie mógł.
— To się łatwo domyślić, panie szambelanie, spojrzawszy na mnie. Szukam szczęścia: chcę służby!
Pöllnitz od stóp do głów go mierzył oczyma.
— Rozumiem! chłopiec jesteś ładny, szykowny i młody. Hm! za Augusta II mógłbyś był może tam zrobić karjerę. Dziś chybabyś Brühlowej wpadł w oko; ale to Minotaur rodzaju żeńskiego — dodał żywo — pożera żywcem, kto jej w paszczę wpadnie...
Simonis się uśmiechnął.
— Królowa — mówił dalej baron — brzydka, jak grzech śmiertelny, pobożna jak kropidło od święconej wody... Kobiety tam teraz nie rządzą, tylko stary Guarini i Brühl... a prawdę rzekłszy, Brühl panuje. Miałżebyś waćpan ochotę o opróżnioną posadę jednego z sekretarzy Brühla konkurować? Właśnie jeden podobno był piętnowany pod pręgierzem i poszedł ułaskawiony na całe życie do Koenigsteinu... Wiesz waćpan za co?
Pochylił mu się do ucha:
— Wszyscy sekretarze ministra są też zarazem faworytami pani hrabiny... Ten chybił jej, bo się zakochał w garderobianej, słusznie więc postawiono go pod pręgierzem..
Simonis zbladł trochę, ale starał się uśmiechnąć.
— Panie baronie — rzekł — ja tak wysokich i trudnych obowiązków ani się spodziewam, ani życzę dostąpić, skromniejszem się czemś zadowolę.
— Uczynisz waćpan, kawalerze de Simonis, jak uznasz właściwem — rzekł Pöllnitz — ale ja ci daję klucz do wszystkiego: staraj się Brühla pozyskać. Są na to różne sposoby... — Tu odchrząknął znacząco. — I on młodych ludzi lubi... bardzo lubi, jak powiadają. Jeżeli wypróbuje waszą wierność, może przy królu umieści. Król od czasu, jak go najukochańsza córka opuściła, wyszedłszy za bawarskiego, niema z kim poobiednich godzin przepędzać... Któż wie, może mieć kaprys dla waćpana.
To mówiąc, szambelan ręce założył pod poły fraka i przeszedł się parę razy po tarasie; potem znowu stanął naprzeciw Simonisa.
— O ile mogłem zauważyć — rzekł, zniżając głos, Pöllnitz obejrzawszy się dokoła — miałeś waćpan szczęście dosyć się królowi podobać, bo słyszę Alkmena wydała ci świadectwo dobre, włazłszy na kolana; dlaczegoż cię tu gdzie nie umieszczą przy dworze? hę? to rzecz dziwna! Jego królewska mość sam waćpana pędzi stąd do tej Saksonji? Hm? to coś niezrozumiałego...
Simonis uląkł się tego domysłu i przerwał żywo:
— Bardzo przepraszam pana barona! Moje postanowienie jechania do Saksonji od dawna było powziętem.. mam tam blizkiego krewnego... radcę Ammona. Nikt mnie tam nie wyprawia... ja sam jadę.
Pöllnitz spojrzał nań i uśmiechnął się, skinął i sprowadził zwolna w dół tarasu, gdzie mniej było niebezpieczeństwa być podsłuchanym. Pochylił mu się do ucha.
— Waćpanu szczęście samo w ręce się ciśnie — rzekł. — Król narzeka, że ani Beguelin, ani Ammon dokładnych mu wiadomości nie dają stamtąd... a nad Saksonją nadzór mieć trzeba, bo Brühl jest człowiek przewrotny. Zgrabne stylizując liściki, możesz, młodzieńcze zrobić karjerę...
Spojrzał mu w oczy. Simonis pomiarkował, iż się powinien był oburzyć, aby nie wydać z sekretu.
— Przepraszam pana barona — odparł z dobrze odegraną zgrozą — obowiązków szpiega podjąć się, ani bym je spełniać umiał.
Pöllnitz śmiechem wybuchnął.
W tej chwili hałas w przedpokoju oznajmił coś niezwyczajnego, a że baron Pöllnitz był niezmiernie ciekawy, pospieszył z Simonisem wraz do pałacu.
W alei, wiodącej do niego, widać było poszóstny powóz dworski z wielką liberją, najparadniejszymi końmi w uprzęży błyszczącej od złoceń, wiozący gości jakichś do króla.
Król snadź był to już zobaczył i słychać było w audjencjonalnej sali, której drzwi stały otworem, gniewny głos jego:
— Kto posłał poszóstny ekwiparz po tych dwóch rzymskich prałatów?
Wszyscy milczeli, aż stary generał Lentulus, na boku stojący odezwał się:
— To ja, Najjaśniejszy Panie!
Widać było, jak Fryderyk z kijem podniesionym pobiegł do Lentulusa, który stał wyprostowany.
— On osioł! osioł! — zawołał — rozumie mnie: stary osioł!
Ale kijem uderzył król tylko w posadzkę i w tej chwili wszystkie psy szczekać poczęły.
— Gdy prałaci przyjadą — dodał Fryderyk — niech on idzie sam do stajni konie wyprządz, karetę wciągnąć, dwa kulawe chabety najgorsze i odartą im dać doróżkę... I tego dla nich dosyć. Rozumie mnie on?
Lentulus się skłonił. W tejże chwili dwaj rzymscy prałaci w fioletach, z krzyżami na piersiach, płaszczykami na ręku wchodzili na pokoje i drzwi się za nimi zamknęły.
Jakie tam było posłuchanie, nikt nie wiedział, ale w godzinę potem, gdy z audiencji wyszli, stanęli zdumieni nędznym powozikiem, jaki na nich czekał. Lentulus odprowadzał ich do ganku. Monsignor zapytał go nieśmiało o przyczynę zmiany.
Generał przybrał minę bardzo poważną.
— Jest to etykieta tradycyjna dworu naszego — rzekł — jak najparadniej przywozimy, a fiakrem odprawiamy nazad. Etykiety zmienić niepodobna.
W czasie, gdy to się działo, baron Pöllnitz znikł był, a Simonis zajął swe miejsce przy Malszyckim w kącie przedpokoju. Sam nie był pewien, czy dłużej ma czekać, czy przez Pöllnitza był już odprawionym; wolał jednak omylić się bodaj, a pozostać dłużej i skorzystać z jedynej sposobności przypatrywania się temu dworowi.
Przeczucie było dobre, gdyż w pół godziny później zjawił się podskarbi Fredersdorf, szukając go oczyma; skłonił mu się zdala i dał znak, aby szedł za nim.
W milczeniu po schodach weszli do skromnego pokoju, który był nie mieszkaniem, ale kancelarją podskarbiego. Z tej on przeprowadził go do małego gabinetu, jeszcze prościej urządzonego.
— Najjaśniejszy pan — rzekł, zamknąwszy drzwi za sobą — mówił mi o spotkaniu w ogrodzie. Miałeś pan prawdziwe szczęście i mogę mu powiedzieć, żeś się królowi podobał... Psy tam podobno popsuły waćpana kapelusz. Król chce mu wynagrodzić tę szkodę, a razem dopomódz do dalszej karjery i kazał mi wręczyć ten zasiłek na drogę.
To mówiąc z biurka dobył Fredersdorf rulon w papier zawinięty i wsunął go w rękę Simonisowi.
— Najjaśniejszy Pan życzy sobie jednak — dodał — abyś waćpan o tym nikomu nie wspominał. Jesteśmy bardzo oszczędni, a toby mogło naprowadzić innych na myśl podrzucania Alkmenie starych kapeluszy.
Rozśmiał się podskarbi.
— A teraz — rzekł — zejść możesz na dół, szanowny kawalerze, zjeść obiad z paziami i powracać do Berlina, gdzie bardzo proszę kłaniać się ode mnie hrabinie, bo spodziewam się że waćpan nie wyruszysz w tę drogę, nie widząc jej i nie korzystając ze światłych uwag, jakich ona panu może udzielić.
Skłonił się Simonis bardzo nizko i wypuszczony, zszedł znowu do Malszyckiego; w istocie godzina królewskiego obiadu zbliżyła się.
Nakryto później dla paziów stolik w bocznym pokoju i tam skromnie się posiliwszy, bo oszczędność na dworze była we wszystkim wielka, Maks, w chwili gdy król do czytania poobiedniego zasiadał, wysunął się z pałacu, szukając sobie sposobu dostania się do Berlina.


III.

Tegoż wieczoru jeszcze, kawaler nasz otrząsłszy się z pyłu i odświeżywszy perukę, pospieszył na czwarte piętro do „raiku“ hrabiny de Camas. Staruszka zdawała się oczekiwać na niego. Gdy wszedł, poszeptała coś na ucho ze znajdującą się właśnie u niej drugą damą dworu, i ta pospieszyła ją pożegnać.
Po wyjściu jej ochmistrzyni niecierpliwie zbliżyła się do młodego chłopaka.
— A cóż? — zapytała — byłeś w Sans-Souci? Mów... mów mi wszystko...
Nie tając więc nic przed tą, której miał być winien cały los swój, kawaler rozpoczął wesoło opowiadanie. Nie ominął najmniejszego szczegółu, a że umiał dowcipnie ubrać tę powieść, ubawił staruszkę bardzo. Szczególniej ów szczęśliwy z psem przypadek uradował panią de Camas.
— Nader waćpan jesteś szczęśliwym — odezwała się, śmiejąc. — Na dobrą jakąś trafiłeś godzinę! Król nie zawsze bywa tak usposobiony... Mogło równie łatwo spotkać cię coś gorszego daleko. Winszuję waćpanu, żeś wyszedł z takim tryumfem, a w dodatku zrobił jeszcze znajomość z Pöllnitzem, który bywa zabawny, ale na nic się nikomu nie zdał. Teraz — rzekła, przysuwając się i przybierając twarz poważniejszą — teraz mówmy serjo. Ponieważ młodzi ludzie nie bywają zwykle oszczędni, a robienie nowych znajomości kosztuje ich wiele... nic nie zaszkodzi, gdy i ja waćpanu coś pożyczę... Tego oddawać mi nie będziesz potrzebował. Odsłużysz to listami, które do mnie pisać będziesz, co tygodnia. Listy oddasz tylko Beguelinowi: przez niego mnie one dojdą. Ja, jako kobieta stara, nie mająca żadnego zajęcia, ciekawa jestem: mnie wszystko obchodzi. Pisz więc waćpan, co zobaczysz, co usłyszysz, co poczujesz w powietrzu. Młodych ludzi kręci się wielu około Brühla i Brühlowej... gdybyś do nich samych mógł się wcisnąć, poznać Moszyńską, zawiązać stosunki z faworytami ministra... byłoby bardzo dobrze. Tymczasem, nim się to stanie, jako cudzoziemiec ciekawy, jako młodzieniec, co się zabawić musi... z kancelarją Brühla postarasz się o zbliżenie... W listach opiszesz mi wszystko... wszak mnie rozumiesz?
Z oczu kawalera de Simonis wyczytać mogła staruszka, iż doskonale swe posłannictwo pojmował: błyszczały one roztropnością. Zdało mu się jednak, iż upewnić powinien hrabinę.
— A, pani! — zawołał — ja pojmuję to bardzo dobrze, iż najmniejsze nawet rzeczy, najlżejsze słówka mogą mieć swe znaczenie.. Dowiedzieć się jak najwięcej, choćby plotek; donieść jak najobszerniej, cokolwiek pochwycić potrafię, będzie moim obowiązkiem...
— A pamiętaj o tem — dodała ciszej hrabina — że od mężczyzn najwięcej się potrafisz dowiedzieć przy kieliszku, a od kobiet, gdy się która w waćpanu zakocha.
Kawaler de Simonis skromnie nader spuścił oczy.
— Nie wstydź się waćpan — śmiejąc się, dorzuciła hrabina — młody jesteś, przystojny, dowcipny; umiesz się znaleźć w towarzystwie: nicby nie było dziwnego, gdyby tam jakie serce do was przylgnęło... Saskie panie zachowały pamięć czasów Augusta II. Nie trzeba tylko brać ich na serjo, tak jak one miłości na serjo nie biorą. Dla waćpana, jak dla nich, powinno to być rozrywką, z której rozumny człowiek potrafić powinien korzystać...
Naukę tę zrozumiał doskonale Simonis i przyrzekł się do niej zastosować.
Hrabina dobyła z pod przycisku na stole dwa przygotowane listy i podsunęła je kawalerowi.
— Jeden z nich jest do ziomka waszego, Beguelina — rzekła — drugi do mojej dawnej przyjaciółki, baronowej Nostitz która, chociaż saskie nosi nazwisko, z Berlina jest rodem i całą duszą do naszego brandenburskiego przywiązana domu. Jest to niemłoda już kobieta, u której znajdziesz opiekę, radę, pomoc, przyjęcie życzliwe... Oba listy przydadzą się...
Zatrzymała się na chwilę staruszka i pomyślała, jakby szukając w pamięci, coby jeszcze dodać mogła, a potem odezwała się, głos podnosząc:
— Bądź mi zdrów, kawalerze de Simonis, a sprawuj się dobrze. Życzę i ufam, że ci się powiedzie na saskim dworze... Jeśli się będziesz mógł z pomocą baronowej Nostitz dostać na dwór Brühla, uchwyć skwapliwie tę sposobność... Jedź prędko.. jutro, jeśli można. Chodzą dziwne wieści od tamtej strony (tu znowu głos zniżyła), mówią, że Brühl z Austrją wiążą się przeciw nam. Wartoby dotrzeć prawdy. W listach pisz waćpan śmiało, ale poczcie ich nie powierzaj: Beguelin znajdzie drogę. Bądź waćpan zdrów!
I podała mu rękę staruszka, którą kawaler, zgięty aż do ziemi, po kilkakroć pocałował, wynurzając jej całą wdzięczność swoją.
Znalazłszy się w ulicy i przywodząc sobie na myśl, co mu z domowego pozostało zapasu, co miał z daru króla i od hrabiny, Maks tak się znajdował bogatym, iż mu się w głowie zawracało. Opłaciwszy nawet gospodarza wspaniale i zrobiwszy piękny prezencik Carlocie, miał zawsze jeszcze w zapasie trzysta kilkadziesiąt dukatów i talent robienia wielkich rzeczy małymi pieniędzmi. Z rzadką w młodych ludziach roztropnością, Simonis, gdy było potrzeba popisać się ze wspaniałomyślnością, rzucał dukatami głośno i pokaźnie; ale w powszedniem życiu miał więcej cudzym kosztem się przeżywić, niż swoim.
Nie miał teraz nic więcej do czynienia, jak upakować swe węzełki, pożegnać gospodarzy i szukać sobie fury, któraby go przyzwoicie do stolicy saskiej zawiozła.
Wróciwszy do swej izdebki, zastał już wszystkich uśpionych, w domu cicho, i wkradłszy się niepostrzeżony, począł od rozpalenia światła, co naówczas nie przychodziło z łatwością. Każdy porządny, jak on, chłopak, nie chcący żebrać iskierki u sąsiadów, miał na kominie krzesiwo i nasiarkowane drewienka, które się dopiero od hubki zapalały... Tym sposobem i nasz kawaler, natłukłszy sobie palców po nocy, doszedł do zapalenia drewienka a od niego świecy. Miał tak wiele do czynienia, że mu się wcale na sen nie zbierało.
Szczególniej męczyła go okoliczność jedna... Na stoliku leżały przed nim dwa listy polecające do Beguelina i baronowej Nostitz. Paliła go ciekawość grzeszna dowiedzenia się, co tam o nim pisano. Sam on nie rozumiał dobrze celu swojego poselstwa... radby się był o nim objaśnił. Wiedział bardzo dobrze iż kusząc się o to, popełni więcej niż niedyskrecję, bo nawet przestępstwo karygodne naruszeniem pieczęci... ale Simonis nie był tak nadzwyczaj skrupulatnym, a ciekawość, co się w tych listach znajdować mogło, paliła go okrutnie.
Kilka razy brał je ze stolika, oglądał, stawiał naprzeciw świecy i kładł przestraszony nazad. A po chwili pokusa wracała, ręce wyciągał i papiery te miał w nich znowu. Pieczęci na listach położonych przez hrabinę de Camas, pośpiesznie i drżącą snadź ręką, nie były zbyt wyraziście odbite. Majaczyło na nich coś na kształt jakiegoś herbu, który z zewnętrznego kształtu przypominał wyrznięty na ojcowskim sygnecie kawalera. Przymierzywszy go do pieczątek, przekonał się, że, rozgrzawszy lak nieco, podjąwszy papier, mógł go wyśmienicie na nowo własnym herbem przymocować. Starcie jego mogło iść na rachunek podróży, gorąca i potrzeby trzymania przy sobie tych drogocennych rekomendacji.
Z sumieniem i wykonaniem tego śmiałego pokuszenia przyszedłszy do ładu, kawaler de Simonis drzwi pokoiku zaryglował na zasuwkę i wziął się drżącemi rękoma do występnego dzieła.
Najprzód rozgrzał zlekka pieczątkę listu do Beguelina, w którym się spodziewał znaleźć polecenie hrabiny; ale jakież było zdziwienie jego, gdy w zawinięciu czystego papieru trafił tylko na żółty kawałek obdarty nie daremnie, na którym stały niezrozumiałe dlań liczby poprzedzielane punktami 64... 871... 55... 2 i t. p.
Była to cyfrowana depesza, oczywiście z królewskiego gabinetu, na której widok przerażony Simonis pobladł, rękoma coraz bardziej drżącemi włożył ją nazad do papieru i zapieczętował niezgrabnie. Tę tylko wyciągnął korzyść z pokuszenia o tajemnicę stanu, iż się dowiedział, że był istotnie posłem króla. Listu do baronowej wahał się już rozpieczętować i choć smutny wyrzekł się zaspokojenia ciekawości. Schował do pugilaresu obie koperty, starannie je do siebie zwróciwszy pieczątkami, aby one przylgnęły i ślad naruszenia jednej z nich zniknął.
Nareszcie zgasił świecę i jeśli nie dla snu, to dla wypoczynku położył się.
Pierwszy ruch ranny w domu przebudził go; pospieszył się ubrać co najprędzej. Potrzebował widzieć się z gospodarzem.
Ojciec Carlotty, pan Ceroni, cukiernik z powołania, któremu wcale się dobrze działo, bo był w kunszcie swym biegły i gruszek nie zasypiał w popiele, mimo narzekań i krzyków piekarzy, łączył z cukiernictwem wypiekanie bułeczek różnych, a nawet rozmaitego chleba, któremu pozór nadawał niezwyczajny.
Był to mężczyzna lat pięćdziesięciu, otyły, rumiany, z twarzą lśniącą, uśmiechniętemi ustami, czynny, gadatliwy, nie widzący daleko, ale bardzo praktyczny. Lubił on Simonisa, lubiła go i gospodyni, a najwięcej podobno jedynaczka ich córka, której to była pierwsza miłość zawczesna. Ulubieńcowi całego domu, bo i słudzy grzecznego chłopca dobrem widzieli okiem, Simonisowi pieszczonemu przez wszystkich wcale się tu nieźle działo.
Majster Carl, od którego imienia i jedynaczka córka zwała się Carlottą, właśnie rozpoczynał pod osobistym nadzorem porządkowanie sklepu na dole, gdy wszedł niezwykły o tej godzinie gość Simonis.
Carl rękę mu podał, śmiejąc się.
— Cóż to was już drugi dzień tak rano budzi? — począł — widzę, że się musicie brać do jakiegoś ważnego dzieła, kawalerze Maksie? Wczoraj dodnia ruszyliście na przechadzkę i nie było was na obiedzie, a obiad był doskonały. — Uderzył się po pełnym brzuszku.
Simonis, ponieważ chłopcy zmijali się ze szczotkami, odciągnął go ku oknu.
— Panie Karolu kochany — rzekł — przykro mi nad wyraz, ale przychodzę wam oznajmić, że muszę was opuścić.
Gospodarz aż się cofnął.
— A tóż co jest? czy wam źle u nas?
— Jak w raju, ale z założonemi rękami siedzieć nie mogę dłużej; lata upływają, trzeba o sobie myśleć; tu nie znajdę nic.
Carl patrzał zdumiony.
— Więc dokąd?
— Mam listy polecające do Saksonji.
Gospodarz głową zaczął kręcić.
— Trudno wstrzymywać — rzekł — ale i radzić wam nie miałbym ochoty. Saksonię znam. Łatwo tam się dorobić, to prawda, ale jeszcze łatwiej za lada podejrzenie pójść do lochu, a za lada słowo pod pręgierz.
A po chwili dodał:
— Chyba listy macie do Brühla, bo tam jeden Brühl wszechmogący i niema nad niego nikogo więcej.
— A! tam już sobie dam radę — rzekł Simonis, nie chcąc się wygadywać.
Carl westchnął.
— No, niebezpieczna to gra; dużo ludzi poginęło w Saksoni — rzekł cicho. — Dzieją się tam rzeczy dziwne, a dodałbym jeszcze, że pruska rekomendacja do saskiego dworu... he! he!
Tu usta wykrzywił i nie dokończywszy, odwrócił się do chłopców, których łajać począł. Widocznie było mu niemiło, iż tracił kawalera de Simonis. Miał z niego między innemi i tę korzyść, że mu jego listy pisywał, a żonę i córkę zabawiał w dni słotne.
Simonis stał z posępną twarzą.
— Nie moglibyście poradzić, jakby mi najtaniej i najbezpieczniej dostać się do Drezna? — zapytał.
— Kupcy stąd jeżdżą często, napytacie ich łatwo przy Judengasse w gospodzie — rzekł Carl. — Czy wam pilno?
— Tak jest bardzo pilno — odparł Simonis.
Carl głową pokiwał i jakby już o tem więcej nawet mówić nie chciał, począł łajać służbę i latać po izbach.
Kawaler nasz, spełniwszy to, do czego się czuł obowiązanym, wysunął się z domu i poszedł szukać sposobności dostania się do Drezna. Wskazówka była dobra, gdyż w godzinę potem napytał brykę, która dość pstre towarzystwo wiozła do saskiej stolicy; dał więc zadatek i po południu stawić się obiecał do gospody.
Pakunek nie zabrał wiele czasu, po drodze kupił kawaler parę kolczyków z niezapominajkami turkusowemi dla Carlotty i w godzinę gotów był do podróży.
Właśnie dopinał tłómoczka, gdy zastukano i dziewczę wbiegło z namarszczonemi brwiami, gniewne, prosząc go do obiadu. Zamiast, spełniwszy tę formalność, usunąć się prędko z pokoju kawalera, Carlotta oczyma zasępionemi zaczęła się po tej pustce rozglądać.
Z twarzy jej mógł Simonis gorzką wyczytać wymówkę.
— Piękna Carlotto! — zawołał — nie mógł bym odjechać nie zostawiwszy wam coś małego na pamiątkę. Proszę was przyjmijcie to odemnie!
I z wdzięcznym ukłonem podał jej pudełeczko z kolczykami. Dziewczę zarumienione zrazu gniewnie prawie odtrąciło ten dar, potem spojrzało znacząco w oczy kawalerowi; pod powiekami zakręciły się jej dwie łzy i uciekła aż do progu.
Od progu zwróciła się nazad, jakby się namyśliwszy.
— Ja, o! ja was nie zapomnę — zawołała ze łzami w głosie — ale wy?...
Simonisa poruszyło to przywiązanie dziecięce, zbliżył się do niej; Carlotta ręce zarzuciła mu na szyję, i zaszła się od płaczu.
Scena ta, ta wcale nieprzyjemna dla Maksa, bo dziewczę za dziecko uważał i wstydził się rozbudzonego uczucia, byłaby go w kłopot wielki wprawiła, gdyby w sieni matka nie zaczęła głośno wołać Carlotty.
Rzuciła się więc ku drzwiom, łzy ocierając a gdy matka weszła nazad do mieszkania, pożegnawszy wzrokiem Simonisa zniknęła.
Przy obiedzie gospodarz butelkę wina podać kazał, wypito zdrowie miłego ziomka. Wymożono na nim słowo, iż powróci jeśli mu się nie powiedzie w Saksonji, że o sobie napisze i doniesie; nareszcie, gdy się godzina odjazdu zbliżyła, Carl fartuch zrzucił, włożył surdut, wziął kapelusz i laskę, chłopcom kazał zabrać tłómoczki i przeprowadził pana kawalera do gospody, aby go woźnicy polecić.
We drzwiach stała jejmość i Carlotta, żegnając długo chustkami.
W gospodzie znaleźli już zachwalony ów powóz podróżny dla osób dystyngowanych, zaprzęgający się właśnie końmi chudymi, które na dychawiczne wyglądały. Było to starożytne pudło, ogromne, na dwóch drągach zawieszone, ze skórzanemi firankami i dwoma siedzeniami z tyłu i sprzodu. Oprócz tego na wysokich kozłach obok woźnicy mógł się mieścić jeden podróżny, dwóch mniej wymagających z tyłu na desce, do której przywiązany był zmiękczający ją wór z sianem. Szerokie dwa stopnie mniejszej objętości osóbkom wybornie służyć mogły za siedzenia. Wysokie i grube koła i cała budowa, niezmiernie trwałą wydająca się, wszystko to utrzymać przyobiecywała.
W chwili, gdy kawaler nadchodził, pakowano właśnie węzełki i tłómoczki podróżnych, których czterech było oprócz naszego Szwajcara.
Trzej mężczyźni i jedna kobieta składali towarzystwo. Pani ta mocno wyróżowana i ubielona, ubrana nie bez pretensji pewnej, zdawała się, mimo młodocianych ruchów, należeć do osób drugą młodością obdarzonych, bo pierwszej nie było śladu.
O ile z pod osłonek widać było rysów twarzy, zdradzały one już mnogie lata żywota i doświadczenia. Oczy tylko jeszcze czarne świeciły blaskiem niepospolitym, a usznurowane usteczka przypominały, że niegdyś małemi być musiały. Dziś dwa fałdy przy nich dawne dołki zastąpiły. Osoba ta zajęła sobie zawczasu miejsce w powozie najpoczestniejsze i najwygodniejsze, ostawiła się workami, na kolanach miała chustki i torebki i zamyślona wielce na świat zaledwie raczyła spoglądać.
Obok niej sadowił się w trójgraniastym kapelusiku i płaszczu szarym, z laską w ręku, niemłody człowiek, z twarzą dziadka do orzechów, bezzębną i zapadłą, milczący i poważny. Obie ręce trzymał na swym bambusie, który miał głowę pozłacaną. Trzeci podróżny, który oświadczył się do kozła za mniejszą opłatą, wyglądał na dawnego wojskowego. Wąsy miał wywoskowane twardo, harcapik mały i płaszcz z szarego płótna, który odzież okrywał. Drab to był ogromny, pleczysty i milczący. Wewnątrz na przedzie, obok kawalera de Simonis, miejsce miał zająć maleńki jegomość niepomiernie otyły, któremu brzuch zdawał się ciężyć, bo nieustannie ocierał czoło z potu i sapał, a poruszał się z trudnością. Na krótkich a grubych nogach osadzony, niecierpliwił się, że nie jechano, i klął po niemiecku zcicha. Węzełki jego już były przymocowane, a on sam zobaczywszy, że konie za chwilę miały być gotowe, począł się niezgrabnie drapać do tej arki Noego. Nikt mu nie pomagał i kawaler de Simonis, tknięty litością, wyciągnął rękę, aby go wywindować do góry, za co wdzięczne otrzymał wejrzenie. Gdy tłuściuch siadł, powóz się widocznie na jedną pochylił stronę; wszyscy po sobie spojrzeli, ale cóż było radzić na to.
Uścisnąwszy poczciwego Carla, który otarł oczy i poszedł żywo do domu, ażeby miękkości serca nie zdradzić, kawaler zawinął się w płaszcz, zasunął w kątek swój, nogami tak rozporządził, ażeby naprzeciw siedzącej pani nie zawadzały, i wehikół ów z hałasem i wołaniem wielkiem przez wysoki próg, o który stuknął tak, że w nim chrzęstnęły odwieczne żelaziwa, wydobył się szczęśliwie na ulicę.
Kawaler de Simonis był tedy na drodze do saskiej stolicy.
Sposób ten podróżowania, niezbyt oszczędny nawet, miał i tę niedogodność, że się przeciągał nad miarę. Popasano na dzień raz dwa, nie spiesząc odpoczywano i wydychiwano razy cztery, stawano na noc niezbyt późno i z Berlina do Drezna kilka dni potrzeba było. Droga przytem ciągnęła się piaskami, lasami głuchymi, krajem pustym, dzikim, niewiele zamieszkanym wśród którego oko nawet spocząć nie miało na czem, oprócz chudej i powypalanej sosninki.
W miesiącu lipcu, przy skwarze, utrapione to było jechanie. Lecz, że niema tego złego, coby na dobre nie wyszło (tak przynajmniej chce przysłowie), podróżni, sprzężeni z sobą na dni kilka, byli zmuszeni uczynić bliższą znajomość.
Kawaler de Simonis niezmiernie zawsze ostrożny w interesie własnej skóry, którą nawykł był szanować, nie spieszył z robieniem znajomości i rozwiązaniem ust, które mu polecono trzymać zamkniętemi. Spoglądał, przypatrywał się, czynił postrzeżenia różne, ale sam jak ślimak się chował w swej skorupce, unikając śledczych wejrzeń swoich towarzyszów podróży.
Piękna jego twarz młoda musiała sympatyczne uczynić wrażenie na przywiędłej jejmościance, siedzącej naprzeciw niego, gdyż kilka razy spotkał jej wejrzenie skierowane na siebie i natychmiast trwożliwie uciekające w drugą stronę, gdy je na tym gorącym pochwycił uczynku. Upał zapewne wyrwał kilka westchnień z czułej piersi niegdyś pięknej jejmości z którą znajomość zrobił kawaler de Simonis, przyniósłszy jej drugiego dnia szklankę wody. Odtąd zaszczycała go wejrzeniami coraz śmielszemi i zdaje się, że tylko świadkowie niepotrzebni opóźnili rozpoczęcie poufnej rozmowy.
Jegomość, oparty na lasce, a pozbawiony zębów, który obok brudnych mankietów, miał na palcu chudym wspaniały pierścień z jakimś pompatycznym kamieniem, absolutnemu ślubował milczeniu. Zatopiony był w myślach, wzdychał, zaglądał niekiedy do zegarka jajowatego, który piastował na piersiach, i możnaby było powiedzieć, że patrzał w niebo, gdyby ono nie było w powozie reprezentowane skórzaną deką, noszącą na sobie groźne ślady przeciekania.
Tłusty sąsiad kawalera de Simonis jadł i pił prawie całą drogę. Między krótkiemi nóżkami umieszczony miał na ten cel koszyk wypakowany dobrze i z niego czerpał do utrzymania życia zasoby. Jeżeli jeść i pić nie mógł, zasypiał a naówczas przechylał się to na żelazne pręty od firanek, które go rychło ze snu budziły, to na ramiona kawalera, znoszącego cierpliwie ten nadmiar ciepła i wilgoci. Znudzony opowiadał swoją historję całą, nie czyniąc z niej tajemnicy. Był on rymarzem, a raczej właścicielem warsztatu rymarskiego w Berlinie, a córkę miał za podoficerem saskim w Dreznie. Jeszcze przed wieczorem wiedzieli wszyscy, iż mu pilno było na chrzciny wnuka, że saski zięć jego byłby złoty człowiek, gdyby nie pił i nie kłócił się; że Dorotka była śliczna kobiecina, i że on kilka tysięcy talarów czystego miał w rok dochodu, dom nad Sprewą, a po ludziach kapitały.
Za to ze staruszka bez zębów nic się nie było można dowiedzieć, ani zeń wyciągnąć; snadź złe towarzystwo, w które wpadł, ignorował umyślnie. Niekiedy tylko robił miny znaczące i zdające się mówić:
— A cóż to za szuja! a żebyż prędzej się z tego czyśćca wydobyć!
Drugiego dnia na popasie, ponieważ czasu było poddostatkiem, a karczma gdzie się woźnica zatrzymał, ciasna i brudna otoczona była cienistym laskiem sosnowym, kawaler de Simonis usiadł spocząć w chłodku. Tu znalazła się uróżowana jego towarzyszka i nieznacznie zawiązała się rozmowa. Z niej dowiedział się Maks, iż podróżująca zwała się mademoiselle Doris, że należała do składu teatru francuskiego w Dreznie, nieco dawniej że miała w życiu des grands malheurs, i że napróżno w Berlinie starając się o pomieszczenie, wracała do możnych i znaczących dawnych swych przyjaciół i protektorów w stolicy saskiej.
Starała się ona wybadać nawzajem kawalera, który zbył ją ogólnikami. Dała mu nawet do zrozumienia, iż protekcja na którą rachowała, starczyłaby na dwoje, gdyby jej potrzebował, na co Maks podziękowaniem jak najgrzeczniejszem odpowiedział. Do zasad jego należało niczym nie gardzić, a starać się korzyść wyciągnąć ze wszystkiego.
Panna Doris, która panieński swój tytuł wyraziście i dobitnie uczuć dawała (niktby się go inaczej nie domyślił), mówiła w istocie o saskiej stolicy, jako o miejscu doskonale sobie znajomem.
Zrazu nieco powściągliwsza, rozgadała się potem wielce i obszernie, dowodząc, że z całych Niemiec było to może jedyne miejsce, gdzie żyć umiano i gdzie przyzwoici ludzie żyć mogli.
— W Berlinie tylko żołnierzom dobrze — dodała — piękny mi teatr, gdzie spektatorami są dwa bataljony piechoty, które się mieniają. Połowa tych gburów słowa po francusku nie umie. Saski dwór, król, to przecie cywilizowani ludzie i znają się na tem, co piękne...
Widocznie niesmak jakiś wynosiła z sobą z Berlina panna Doris. Kawaler słuchał tylko, ale z taką inteligencją, iż coraz do wynurzeń skłonniejsza artystka zaprosiła go, aby ją w Dreznie odwiedził, i stanowczo przyrzekła zająć się jego losem.
— Brühl, gdy był jeszcze kawalerem, mogę powiedzieć, że się kochał we mnie — szepnęła cicho — chciał mnie wydać za bardzo ładnego Sasa... ażebyśmy się nie rozstawali, ale mnie naówczas co innego było w głowie... Albożem nie mogła się spodziewać przynajmniej taką zrobić karierę, jak Barberini... ale...
Westchnienie dokończyło.
Mężczyzna z woźnicą siedzący na koźle, który przez całą drogę z ust fajki nie wyjmując, kurzył zapamiętale, objawił się drugiego dnia jako eks-wojskowy pruski, jadący do szwagra w odwiedziny. W kampanji śląskiej dostał był kontuzję w nogę, która mu służby czynnej pełnić nie dozwalała; był więc żonatym i z małą pensyjką przy pracy żył wygodnie. Z rozmowy jego z woźnicą dolatywały do wnętrza ciekawe urywki, dowodzące że był wielkim wielbicielem Fritza, chociaż razy kilka dobrze od niego dostał po grzbiecie.
Sławny Pfund, bez którego król Fryderyk nigdzie się ruszyć nie mógł, i który go tak doskonale wozić umiał, iż przez całe życie raz pono tylko wywrócił, był rodzonym bratem eks-grenadjera. Chlubił się tem żołnierz niemało, bo przez Pfunda więcej można było dokazać czasem, niż za protekcją szambelanów i ministrów.
Droga w tem towarzystwie nikogoby nie znudziła, gdyby nie wrażenie przykre, jakie czynił milczący pogardliwie, z zaciśniętemi ustami stary grat na lasce oparty. Wszyscy mieli wstręt do niego.
Tłusty, naprzeciw siedzący rymarz w ciągłych milczących był zapasach z nogami sąsiada, które na jego terytorjum się wdzierały. Nie mówili do siebie nic, ale rymarz mając milczka tego za arystokratę, mścił się na jego nagniotkach...
Naostatek, pod wieczór gdy się właśnie na burzę zbierało a panna Doris spoglądała z obawą na skórę nad głową, obiecującą przeciekać niezawodnie, ukazało się Drezno na horyzoncie, a kto je ujrzał, powitał wesołym okrzykiem. Tylko nieporuszony dziadek ani głowy nie wychylił, ani dał znaku życia. Rymarz z radości koszyk pusty, który trzymał między nogami precz na gościniec wyrzucił, wołając:
— Hopsa!
Kawalerowi de Simonis poruszyło się coś w piersiach; panna Doris szepnęła mu, że tu może najpiękniejsze godziny życia swojego strawiła.
Gwarno zrobiło się i na koźle i w powozie.
Wkrótce potem ciężki powóz toczył się po bruku tej części miasta, która dawniej zwała się starą, a od czasów Augusta Mocnego została na nowe miasto przeznaczoną.
Stąd od złoconego posągu nieboszczyka króla (o którym mówili Sasi, iż go tyłem miasta postawili umyślnie, aby sobie do Warszawy od nich jechał), widać było bramy i mury miejskie za Elbą i przepyszny most wiodący ku zamkowi. Widok stąd był wspaniały, gdyż naówczas jeszcze w śród murów i kamienic ogrodów było mnóstwo, a zielone drzew klomby rozweselały szare ścian szeregi.
W lewo, w najpiękniejszem miejscu ponad ciężkie kurtyny i baszty zamku wznosiły się pałace i ogrody wszechmogącego, królewskiego ministra Brühla, jego galerye obrazów, altany i cały ten taras Brühlowski, który był naówczas jedną z najwspanialszych rezydencji w Europie, godną króla. Augustowi III. też pochlebiało, iż jego minister mógł monarchom się równać i przyjmować koronowane głowy.
Z przeciwnej strony piętrzyła się kaplica, mająca rozmiary kościoła, ale żadnego dzwonu. W protestanckiem państwie tolerancja naówczas nie dochodziła do tego, aby obecnemu wyznaniu dozwolić wołać głośno do modlitwy. Z wieży zaledwo dokończonej, odejmowano właśnie rusztowanie.
Już około starego mostu ruch miejski otoczył podróżnych. Mnóstwo panów, pań, kawalerów na koniach, liberji wspaniałej, powozów wytwornych przesuwało się z miasta do miasta. Przed niektórymi biegli laufrowie pstro strojni, przed innymi jechali konni, rozpędzając zgraję. Widok był ożywiony, choć niewesoły. Lud szedł przygnębiony, milczący, patrząc ponuro i żałobnie... dworska służba pozwalała sobie zuchwale.
U mostu wstrzymano powóz dla formalności celnych i paszportowych, które zabrały dość czasu. Wszyscy iść musieli meldować się do kordygardy. Staruszek milczący, spełniwszy tę formalność, znalazł sobie człowieka, który zabrał pakunek jego i nie żegnając się z nikim, zniknął.
Kawalera de Simonis woźnica obiecywał zawieźć do przedziwnej gospody, która się zwała Trompetter Schlösschen, a piękna niegdyś mademoiselle Doris tymczasowo także chciała się tam umieścić pod jego opieką. Wprawdzie Maks oświadczył jej, iż natychmiast musi sobie prywatnego szukać mieszkania, ale i ona także miała to w myśli, a sama jedna lękała się pozostać.
Trompetter Schlösschen naówczas znajdował się niemal za miastem i nie miał wcale powabnej powierzchowności; izdebka od podwórza, którą dano kawalerowi de Simonis, była ciemna i cuchnąca, lecz nazajutrz obiecywał uciec od niej i od Doris. Ponieważ wieczór jeszcze nie był późny, odpoczynek w zadusznem mieszkaniu nieponętny, sąsiedztwo zaś panny dosyć niesmacznem dla kawalera, oczyściwszy się nieco, pospieszył wybiedz do miasta. Dar orjentowania się miał niepospolity i temu przypisać należało zapewne, że niewiele błądząc, znalazł się na Starym Rynku. Po Berlinie nowym i szeroko rozłożonym, Drezno wydało mu się ciasne, lecz przypomniało stare szwajcarskie miasta i powagą swą uczyniło na nim wrażenie.
Rozglądał się właśnie po rynku, niewiele troszcząc się o to, za kogo wezmą go ludzie, gdy obok niego przesunęła się lektyka, na którą nie uważał; z lektyki wysunęła się głowa w peruce siwej, z oczyma czarnemi, i za targnięciem sznurka, tragarze ze swym ciężarem stanęli tuż obok kawalera de Simonis.
Teraz dopiero obejrzał on się mimowolnie i w oknie ujrzał z otwartemi od podziwienia ustami starego swojego stryjaszka Ammona, którego raz tylko widział w życiu, ale mu jego rysy na wieki w pamięci pozostały. Zapomina się często ukochanych lecz rzadko tych, do których się żal zachowało w duszy.
Zobaczywszy tę przykrą twarz surową i zimną, z wyrazem gniewnym i dzikim, z policzkami obrzękłymi i oczyma wypukłemi, których białka jakby krwią były zabiegłe, Simonis się cofnął, odwrócił i chciał iść dalej, gdy grzmiący głos nań zawołał:
— Maks! Maks!
Niepodobna było zbuntować się całkowicie, Simonis przytem rad był może powtórzyć radcy Ammonowi, iż go wcale nie potrzebuje; przyłożywszy więc rękę do kapelusza, od niechcenia, powolnie zbliżył się ku lektyce.
— Co ty tu robisz? — krzyknął radca — po co tu przyjechałeś?
Kawaler zamilczał chwilę, a potem odparł powoli:
— Przepraszam pana, ale jakimże prawem bada mnie pan o to!
— Jakiem prawem! — huknął głos z lektyki — jakiem prawem! Ty mnie, młokosie, o prawo będzież pytał! o prawo! a to przedziwne!...
— Panie radco — zawołał zimno kawaler, umyślnie kładąc nacisk znaczący na ten tytuł, który wszelkie pokrewieństwo wyłączał — panie radco, od naszej pierwszej i ostatniej rozmowy niema między nami nic wspólnego; ja waćpana o nic nie proszę, nawet o radę, a pan mnie nie masz prawa pytać o nic.
To mówiąc, skłonił się i chciał odchodzić, ale radca skinął na tragarzy, którzy podnieśli wieko lektyki i stary, laskę pochwyciwszy, z kapeluszem pod pachą, pogonił za odchodzącym.
— Słuchaj, Maks... ty jakiś — wołał radca — nie bądź... głupim. To, com uczynił, gdym cię pierwszy raz przyjął, było dla twojego dobra. Ale co ty tu robisz? u kata! Mów! Dawno tu jesteś?
— Od godziny — odparł Simonis — i widzę, że mi się w stolicy saskiej powodzić nie będzie, gdy na pierwszym kroku pana radcę spotykam.
Ammon na lasce się oparł.
— Młokosie — rzekł — ha! w Berlinie się nie poszczęściło: ani ładna twarzyczka, ani mowa układna nie pomogła, przyszedłeś szczęścia szukać tu... gdzie? na dworze? u Brühla? po starych babach! I myślisz, że tu ci pójdzie lepiej?
Simonis uśmiechnął się szydersko.
Nie rad był wydawać się z tajemnicami swemi, ale mu się chciało pomścić nad kuzynem.
Jakby obelżywa ta mowa dotknąć go nawet nie mogła, Maks popatrzał z politowaniem na Ammona, rękę jedną wsunął do kieszeni i odezwał się, cedząc wyrazy powoli:
— Nie gonię tu za niczem: mam interesa.
— Saperment! waćpan masz interesa? Jakież to? kieszonkowe? spódniczkowe? czy...
— Moje interesa do mnie należą — odpowiedział żywiej Simonis — ale pan radca, który mi tak wszedłeś w drogę, ażeby mnie znowu połajać, z obowiązków krewnego znając tylko ten jeden karcenia młodzieży, pan radca mógłbyś mi uczynić przysługę, któraby go nic nie kosztowała.
Ammon się zmieszał nieco.
— Potrzebuję adresu pana Beguelina, którego mam polecenie odwiedzić — dodał Simonis.
Między starym Ammonem a Beguelinem, choć oba byli Szwajcarowie, oddawna wrzała głucha wojna i współzawodnictwo. Ammon miał się za zwierzchnika, a Beguelin go pomijał i wprost się z Berlinem znosił. Nazwisko Beguelina poruszyło starego do najwyższej niecierpliwości.
Przyskoczył do Maksa.
— Na cóż ci ten Beguelin? na co?
— To już rzecz moja, adresbym tylko chciał wiedzieć.
Stary popatrzał długo, splunął, namarszczył się, ramionami ruszył i nie powiedziawszy słowa więcej, powrócił do lektyki, którą ku zamkowi nieść kazał.
W tę samą stronę poszedł też zwolna kawaler de Simonis, dosyć rad z siebie, iż się staremu Ammonowi równą monetą wypłacił.
W ciaśniejszej ulicy do zamku wiodącej dosyć było gwarno, spieszono na koncert i teatr do króla. Lektyki i powozy zdążały wszystkie w tę stronę i kawaler nasz miał sposobność przypatrzyć się przepysznym liberjom, koniom, perukom, służbie galonowanej, a nawet pięknym główkom kobiet, które gdzieniegdzie z karet i portechaise wyglądały.
Wśród tego natłoku pierwszy raz w życiu z podziwieniem dopatrzył też strojów wschodnich, jakich nigdy nie widział, biorąc zrazu panów polskich za jakichś posłów z dalekiej krainy. Mnóstwo ich tu się kręciło, ściągając oczy przepychem ubioru, szabel i powagą twarzy wypogodzonych.
Stanąwszy u muru kamienicy, tak się w ten różnobarwny tłum wpatrzył, iż wcale nie uważał, jak naprzeciw niego stanął młody, ale starszy już od niego mężczyzna, który z równą jak on tłumowi, uwagą, jemu się przyglądał. Obchodził go z jednej i drugiej strony, badał twarz, zdawał się niepewnym, naostatek przystąpił do niego z ukłonem.
Był to mężczyzna lat trzydziestu może, wystrojony nader wytwornie, woniejący jakimś pudrem fiołkowym, w peruczce cudnie w pukielki małe ułożonej, we fraku aksamitnym lila z białą atłasową podszewką. Pończochy wyciągnięte jak struny, trzewiki ze srebrnemi klamrami na korkach ponsowych, rękawiczki z których jedną trzymał w rączce białej, nadawały mu wybitny charakter dworaka i eleganta.
Na koronkami oszytej koszuli wśród piersi błyszczał brylantami osadzony szmaragd, jak liść rośliny z kraju czarów.
Trącił zamyślonego Simonisa.
— Pardon! czyżbym się mylił? kawaler de Simonis?
Usłyszawszy swe imię, drgnął dopiero i oczy skierował na mówiącego Maks.
— Na Boga! — zawołał — Robert Blumli!
Rzucili się sobie na szyję.
— Skądże? Jakże? — sypnęły się pytania.
Blumli był tak samo, jak i kawaler de Simonis, wychodźcem z okolic berneńskich, z tą różnicą, że pieszo wywędrował, umiejąc niewiele i nie wiedząc dobrze, jakiemu się zawodowi poświęcić. Wyszedł stamtąd z młodością i świeżością dziecięcia gór, wykarmionego wonią ziół alpejskich i mleczywem stad szwajcarskich, silny, zdrów, wesół, krzepki; pozostała mu wprawdzie i teraz piękność, przybyło elegancji, ale ten kwiat świeży nadwiądł nad Elbą.
Blumli wyprzedził był Simonisa o lat kilka.
Wzięli się pod ręce.
— Znać, że ci się wcale dobrze wiedzie, Robku mój — zawołał rozweselony kawaler — wyglądasz mi na pana!
Smutno się jakoś uśmiechnął Blumli.
— Nie mogę się skarżyć! — odparł cicho.
— Prawdziwe to dla mnie szczęście, żeśmy się spotkali — dodał Simonis — byłeś mi zawsze przyjacielem, mam nadzieję, że i teraz nie odmówisz opieki wędrownikowi. Nic nie potrzebuję zresztą, oprócz obeznania się z miejscowością. Ale ze stroju twojego widzę — dodał — żeś miał plany na wieczór, proszę cię, idź, nie czyń żadnej dla mnie ofiary; znajdziemy się jutro.
— Najmniejszej ofiary nie czynię — rzekł Blumli — wyszedłem właśnie z koncertu, a chciałem odetchnąć świeżem powietrzem: do jedenastej jestem wolny. Zabieram cię więc z sobą, do mnie, a tam rozmówimy się od serca.
Nieopodal stała lektyka pana Blumli, drugą kazał wyszukać dla Simonisa, gdyż, jak się okazało, stał na Pirnajskiem przedmieściu. Pierwszy raz w życiu zapakowany do pudełka, kawaler odetchnął w niem, rad że mu los nadarzył tego ziomka. Zebrał jednak myśli i postanowił jak najmocniej nie wygadać się z niczem.
Wydobywszy się za mury, lektyki mogły iść obok siebie, ludzie niosący nawyki byli do równego chodu, mogli więc, nie lękając się być podsłuchanymi, dalszą rozmowę prowadzić po francusku. Obu im przypomniał się kraj i więcej na ten raz mówili o Bernie, o młodości, o swych latach spędzonych pod śnieżnemi Alpami, niż o Saksonji i o teraźniejszych swych losach.
Lektyki stanęły u bramy pięknego domu; zadzwoniono; otworzyły się wrota i wniesiono ich obu pod schody, na których dwóch lokajów czekało. Blumli wziął przyjaciela pod rękę i zdumionego dosyć prowadził na górę.
— Nie jesteś przecie żonaty? — zapytał, oglądając się na swój strój podróżny, Simonis.
Blumli się rozśmiał, trzęsąc głową.
— Bynajmniej! — Westchnął, potem spuścił oczy, a w tem drzwi się otworzyły i weszli do bardzo pięknego salonu.
Jedno z przysłów, powtarzających się we wszystkich językach, powiada słusznie bardzo: „Jaki pan, taki dwór“... Ad exemplar pana urabiają się ci, co go otaczają, przyjmują jego upodobania, nabierają niemal fizjognomji. Tak za Augusta Mocnego już świetność, przepych, zbytek, weszły w życie u Sasów; dwór bawił się w płoche miłostki, jak pan, sypał, jak on pieniędzmi i lubił go, o ile mógł, naśladować. Tak potem syn jego przejął po nim zamiłowanie w przepychu, zabawach, ucztowaniach, w myśliwstwie. Brühl był swojego czasu największym zbytnikiem i marnotrawcą, pomimo, że miljony pozostawił po sobie, drugie tyle ich przeżył. Dwór jego liczył się na seciny ludzi, a Hennike, który począł służbę od lokaja, bez czterech w liberji ludzi u powozu nie ruszał się z domu. Najmniejsi urzędnicy zbytkowali na właściwą skalę, upodobanie w pięknej odzieży, klejnotach, porcelanie, cackach kosztownych było powszechnem.
W tym względzie porównanie życia i dworu króla pruskiego stanowiło najskrajniejszą sprzeczność. Fryderyk II nie miał nigdy nawet półtora tuzina koszul; chodził w brudnej, buty nosił łatane, na wielkich uroczystościach dworu, dla oszczędzenia świec, nie zapalano ich w jednej sali wprzódy, aż goście z drugiej wychodzić mieli, tak, że na weselu którejś z księżniczek długi czas cały dwór stał w ciemnościach, oczekując na światło. W bocznych salach palono po jednej świeczce. Wszystko szło na ten sposób, ale siedemdziesiąt miljonów talarów leżało na przypadek wojny i Fryderyk przez czas siedmioletniej walki wprawdzie część sreber posłał do mennicy, wprawdzie bił fałszywe talary, ale u nikogo nic nie pożyczał. Stół, ubranie, utrzymywanie dworu, wszystko było w tym sposobie. Rachunki przeglądał Fryderyk i dopisywał na boku, ażeby kanalie nie kradły! Nauczony tym przykładem dwór wprawiał się do oszczędności opłacano go bardzo skromnie. W Saksonji zaś, gdzie Brühl żył po królewsku, gdzie jednej opery przedstawienie kosztowało czasem sto tysięcy talarów, wszyscy chcieli naśladować króla i Brühla... Każdy potrzebował zbytku. I w chwili właśnie, gdy się to opowiadanie zaczyna, Saksonja miała doskonałą operę i piętnaście tysięcy wojska, Prusy mizerny dosyć teatr, na który chodzili żołnierze, i sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi pod bronią; Saksonja miała długów po uszy, a Prusy kapitały. Po skromnych mieszkaniach Berlina apartament takiego małego człowieka jak Blumli, zdumiał niewypowiedzianie przybywającego Simonisa. Dwóch lokajów kręciło się po pokojach, niezbyt obszernych, ale jak gniazdeczko miękkie i ciepłe, wygodnie i świecąco wysłanych. Zwierciadła, porcelany, kobierce, obrazy, kazały się zamożności domyślać.
Kawaler de Simonis oglądał się, jakby wszedł nagle do zaczarowanego pałacu.
— Jesteś tu u siebie? — zapytał ziomka.
Blumli uśmiechał się ciągle smutnie, miał minę raczej znudzoną, niż szczęśliwą.
— Tak jest — rzekł — to moje mieszkanie, i wszystko co w nim widzisz moje...
— No, to ci winszuję...
— Ach!... — powtórzył Blumli i spuścił oczy. — Dziękuję ci.
Siedli obaj, podano wino, owoce, cukry i ciasta.
— Jesteś więc w urzędzie i widzę, że ważne zajmować musisz miejsce?... — dodał Simonis.
— Ja? jestem jednym z nadliczbowych sekretarzy ministra — cicho odezwał się Blumli, jakby się z tego wstydził — ale z tego stanowiska u nas dochodzi się do wszystkiego.
— I wiele musisz mieć zajęcia?
— A! parę godzin z rana w kancelarji — odparł, urywając żywo Blumli — wieczorami zaś... wieczorami, muszę być... na pokojach...
— Na szczęśliwego człowieka, który się tak rychło dorobił — rzekł, śmiejąc się, Simonis — jakiś mi się wydajesz kwaśny.
Blumli przymuszonym uśmiechem pokrył widoczny zły humor. Nie chciał się więcej tłumaczyć i zwrócił rozmowę.
— Cóż ty myślisz? — zapytał.
— Ja? myślę się rozpatrywać, uczyć, poznawać, i nie pilno mi wcale... Miałem do przybycia tu — dodał, kłamiąc bardzo zręcznie, jak na poczynającego dyplomatę — miałem powód bardzo ważny. Sam osądź. Słyszałeś, że Ammonowie są moimi blizkimi krewnymi. Przyjechawszy do Berlina, stawiłem się do starego radcy, który mnie przyjął, jak psa w kręgielni, i niemal za drzwi wypchnął. Naówczas dałem sobie słowo, że bez pomocy jego potrafię sobie dać radę i, postarawszy się o listy polecające, przybyłem tu właśnie, aby mu się kręcić pod nosem... Ta zemsta tak mi się powiodła szczęśliwie, że dziś, zaledwie wysiadłszy, jużem się z nim na ulicy rozprawił.
Blumli słuchał z natężoną uwagą.
— Wspomniałeś o listach polecających: za pozwoleniem, mogę wiedzieć, do kogo je masz?
Zawahał się nieco Simonis, bo się nawet przed przyjacielem zwierzać lękał.
— Czym mówił o listach? — podchwycił — jeśli tak, to była poetyczna amplifikacja, bo mam w istocie jeden tylko i to do Beguelina.
— Do Beguelina! — z lekceważeniem powtórzył Blumli. — Mój biedny Simonisie, ja tu nic nie znaczę, ale gdybyś list miał do mnie, wyszłoby to prawie na jedno... Do Beguelina! ale cóż taki niby rezydent pruski uczynić dla ciebie może! chyba cię, jako emisarjusza pruskiego, skompromitować, gdyż my tu wcale nie lubimy Prusaków... My, to znaczy... Brühl, bo Brühl jest tu wszystkiem.
— Ależ ja także za Prusaka uchodzić nie mogę, kiedy stamtąd ze strachu głodnej śmierci wynosić się musiałem... — rzekł Simonis.
Blumli zdawał się namyślać.
— Życzę ci dobrze — odezwał się. — Chcesz się czego dorobić? Niema innej drogi, tylko się dać poznać Brühlowi, stać mu się potrzebnym i dworować koło niego.
Blumli spuścił oczy, westchnął i zamyślił się.
— Czy i ty tą drogą doszedłeś? — spytał Simonis.
— Nie inną — szepnął Szwajcar i, podniósłszy oczy, zdał się chwilę przyglądać ciekawie Simonisowi.
Potem wstał, przechadzać się począł, niby od niechcenia, wyglądając przeze drzwi, czy ich kto nie podsłuchuje i, przekonawszy się snadź, iż mógł mówić bezpiecznie, siadł blizko, aby prawie do ucha Simonisowi szeptać:
— Przez kobiety, mój kochany, wiele się tu rzeczy dzieje; wyjąwszy królowę, która się modli i plotkami żyje, reszta tych pań lubi młodzież i szuka w jej towarzystwie rozrywki... Jeżeli serce twe wolne, a podwiędłe i nieco zblakłe wdzięki nie czynią ci wstrętu... próbuj szczęścia.
Simonis uśmiechnął się, nie mówiąc nic długo.
— Hę! — rzekł wreszcie — człowiek, co się fortuny dorabiać musi, drożyć się z sobą nie może. Ja nawet wolę starsze panie, bo te do ołtarza nie prowadzą a zakuć się w wiekuistą niewolę nie miałbym ochoty.
Rozśmiał się jakoś przymuszonym i niezdrowym śmiechem a Blumli westchnął.
— Tam — rzekł — na pruskim dworze, kobiety nic nie znaczą. Królowa siedzi, jak na wygnaniu. Fryderyk nie kocha się nigdy, płeć piękną traktuje, jak żołnierzy na mustrze. Tu u nas, począwszy od starej Faustyny, od niemłodej Moszyńskiej i podstarzałej Brühlowej, baby rej wodzą potajemnie; no, i księża — dodał zcicha. — Inny świat...
— Nie lepszy! — rzekł Simonis — ale pewnie łatwiej się doń wcisnąć i bezpieczniej w nim żyć.
— Ha! bezpieczniej — przerwał Blumli, krzywiąc usta — bezpieczniej? tam jest Kistrzyn i Spandau, a my tu mamy Koenigstein i Pleissenburg... ba! ba! Jak dla kandydata do faworów, dobrzeby ci historję Seyferta powiedzieć...
— Jakiego Seyferta?
— Mógłbym ci go jutro gdzie na przedmieściu pokazać, bo dziś już jest wolny, ale mu się w ulicach pokazywać nie godzi. Lat temu sześć, Seyfert miał apartament daleko piękniejszy od mojego, był sekretarzem do spraw wojskowych przy ministrze i hrabina go bardzo lubiła, bo był tak ładnym, jak ty, chłopcem... Dziś, gdybyś go zobaczył, skóra i kości, żółty, przygarbiony, kaszlący, ma lichy domek na przedmieściu i biedę klepie.
— Cóż zawinił? — zapytał Simonis zdumiony.
— Jak by ci to wytłómaczyć! — odparł Blumli. — Zakochał się w garderobianej hrabiny Brühl, bardzo ładnem dziewczęciu. Doniósł o tem zazdrosny współzawodnik... spotkała go niełaska, poszedł precz z sekretarstwa. Prawda, że nieostrożny: chcąc się mścić na Brühlu, pisał listy do Holandji, aby mu psuć kredyt... listy połapano i Seyfert skazany został na śmierć. Hrabina wstawiła się za nim przez pamięć dawnych stosunków i stawiono go tylko pod pręgierzem na Nowym Rynku, a kat go wypoliczkował...
Blumli zbladł, słów mu zabrakło, popił winem szybko i dokończył:
— Tylko sześć lat wysiedział na Koenigsteinie, ale sześć lat w wilgotnej izbie, bez słońca, bez powietrza, bez nadzieji, bez słowa pociechy; sześć lat takich, mój Maksie, nie jest-że to sześć wieków konania? Rozumiesz ty, co to jest z młodością w głowie, z sercem bijącem, z duszą głodną świata, sześć lat pazurami drzeć kamień zimnych ścian więzienia?
Simonis wzdrygnął się cały.
— Daj mi pokój z takiemi łaskami i z taką do fortuny drogą — rzekł głosem złamanym. — To nie dla mnie. Mówmy o czem innem.
Blumli przerwał rozmowę i począł mówić o piękności okolic, o przyjemnościach życia, jakby i on sam też potrzebował zatrzeć wrażenie własnego opowiadania.
— Jakkolwiek — dodał — jeżeli tu posiedzisz, prezentować się trzeba Brühlowi i poznać jego i to, co go otacza. Człek i rzeczy ciekawe... Jako kawaler Maks de Simonis, podróżujący dla nauki i rozrywki, będziesz zawsze dobrze przyjętym. Wprawdzie moja pretekcja ci nic nie pomoże, ale nie zaszkodzi przynajmniej.
Po chwili jeszcze rozmowy przerywanej, która wiele dała do myślenia naszemu awanturnikowi, ponieważ godzina nadchodziła o której Blumli powinien się był znajdować na pokojach ministra, wyszli razem, a Simonis, podług drogi wskazanej, pieszo pociągnął do swojej gospody.
Nazajutrz z rana chciał oddać swe listy polecające, wyszukać Beguelina i baronową Nostitz. Zręcznie bardzo, nie obudzając niczyjej uwagi, oba adresy dostał w aptece na Starym Rynku. Beguelin stał niedaleko na Przedmieściu Wilsdrufskiem w małym domku z ogródkiem. Bosa dziewczyna przyszła drzwi otworzyć. Drewniany, lichy dworek mieścił na lewo kancelarję rezydenta, a na prawo jego mieszkanie. Sam Beguelin, który za pozwoleniem Fryderyka razem dyplomatyczne zajmował stanowisko i obok tego serami handlował, był starym, niepoczesnym, trędowatym, łysym człowiekiem, żywego i zgryźliwego temperamentu, skąpym i chciwym. Chciano Simonisa oddać na łup kancelarji, lecz gdy oświadczył, że ma list, który do rąk musi oddać, puszczono go do zabrukanego gabinetu pana radcy. Siedział w brudnym przyodziewku, boso w pantoflach, z okularami na nosie u biurka, pisząc jakieś rachunki. Gdy Simonis wszedł, przyjął go zrazu z krzykiem:
— Po co? czego? co za list? jakie u djabła interesa?
Nie odpowiadając nic na to, de Simonis podał mu papier, a gdy Beguelin go rozpieczętował i spojrzał nań, stał się cud. Zagniewana twarz wyjaśniła się, czoło wygładziło, usta przybrały rozmiary do śmiechu właściwe i z wielką gracją, gubiąc jeden pantofel po drodze, radca wskazał kawalerowi siedzenie na kanapce czarną włosiennicą pokrytej, sam uprzejmie zajmując przy nim miejsce.
— Przepraszam cię, szanowny kawalerze — rzekł, brudną od tłustego sera i atramentu rękę kładąc mu na kolanie — nasze nieszczęśliwe obowiązki narażają nas na ciągłe opędzanie się nieznośnym natrętom. No cóż? cyfry nie mam czasu czytać; odcyfruję ją później. Co słychać w Berlinie.
Simonis odparł, że wiadomości nowych nie przywiózł żadnych.
— Byłem wprawdzie — rzekł dla dodania sobie wagi — w wigilję odjazdu w Sans-Souci i miałem szczęście najjaśniejszego pana oglądać a nawet mówić z nim... ale, o ile mi się zdaje, tam właśnie stąd, od Drezna oczekują wiadomości.
Beguelin dał znak ręką, wstał z okularami, zasiadł nad cyfrą, szybko ją porównywając z dobytym z szufladki zamkniętej kluczem; potem opatrzył drzwi, siadł znowu przy Simonisie i rękę zwinąwszy w trąbkę, puścił mu przez nią w ucho:
— Tu się zbiera na burzę!! tak... niema się co łudzić. Austrja się łączy z Rosją, a zdaje się i z innymi dworami na nas... Saksonja może jeszcze nie podpisała traktatu, ale to lada dzień nastąpi; Brühl się targuje, ile mu za to dadzą; bo on też pieczeń swoją przy tem upiec musi.
Simonis słuchał z wielką uwagą, ale nie odpowiedział nic.
— Polecono mi listy do hrabiny de Camas składać na ręce pana radcy — rzekł.
Beguelin skłonił głowę.
— Lecz — dodał cicho Simonis, w rolę swoją wchodząc — pozwolisz mi pan radca, abym się tu jaknajmniej pokazywał, bo...
— Suffit! — odparł Beguelin.
— Mógłbym się tłómaczyć, żeśmy obaj ziomkowie, bo i ja Szwajcarem jestem.
— A ja byłem! byłem! — poprawił Beguelin i machnął ręką.
— Ponieważ nic przed radcą taić nie chcę — dodał Simonis — muszę i to dodać, że radca Ammon jest moim blizkim krewnym.
Beguelin zerwał się z kanapy, podniósł nogę, zgubił pantofel i porwał się za łysą głowę.
— A to proszę do niego! — I pokazał na drzwi — u mnie tu nie macie co robić.
Simonis się nie poruszył.
— Przepraszam — odezwał się — stary Ammon jest egoista obrzydły, którego znać, z którym obcować, do którego się zbliżyć wstręt mam. To niegodziwy człowiek.
Zdumiony Beguelin podniósł głowę do góry, prychnął i nagle, zbliżywszy się do Simonisa, podał mu obiedwie ręce.
— Suffit! — rzekł — jesteś szlachetnym młodzieńcem. Idź i niech cię bogowie prowadzą po tej chropawej drodze, którą sobie obrałeś.
Już się żegnali, gdy Beguelin do ucha szepnął gościowi:
— Szpiegostwo tu kwitnące: język za zębami, oczy pod powiekami, ręce w kieszeniach trzymać należy, a w pisaniny, bilety itp. praktyki się nie wdawać. Kantorki zamykane na klucz nie pomagają... Adieu!
Stąd udał się kawaler de Simonis na nowy Rynek, gdzie w starej kamieniczce o trzech oknach od czoła mieszkała na drugiem piętrze baronowa Nostitz.
Z opowiadania hrabiny de Camas spodziewał się już kawaler de Simonis znaleźć w niej rówieśnicę swej protektorki. Kamieniczka do niej należała. Zdaleka na drugiem piętrze zobaczył okna poodmykane i klatki w nich ptaszków pełne. W przedpokoju jasnym u okna siedziała niemłoda służąca z pięcioksięgiem protestanckim na kolanach i pończochą w ręku wełnianą. Ponieważ nie dosłyszała, jak się okazało, Simonis musiał bardzo głośno w ucho jej krzyczeć, że przybywa z listem od hrabiny de Camas. Gospodyni snadź to wprzód usłyszeć musiała, niż stara Gertruda, gdyż drzwi od pokoju się otworzyły i jejmość maleńka, pomarszczona, w wysoko stojącym czepku białym, przewiązanym w pół wstążkami karmazynowemi, których końce na ramiona jej spadały, wyszła uśmiechnięta, zapraszając gościa do pokoju.
Tu było ładnie bardzo, czyściuchno a nawet dosyć wesoło.
Ptaszki w klatkach sejmikowały bardzo głośno, słońce złociło stare mebelki, mnóstwo po ścianach portretów w perukach i czarnych wystrzyganych sylwetek za szkło oprawnych. W kącie stał staruszek fotelik na cieniuchnych nóżkach, a na nim leżała gitara z wstążką niegdyś niebieską. Piesek bonończyk, tak tłusty, że zaledwie, kołysząc się na krótkich nóżkach, powoli mógł się z miejsca na miejsce przenosić, wystąpił naprzeciw przybyłego, powąchał go i ziewnął. Staruszka w białym czepcu, uśmiechając się, krzesełko wskazywała. Simonis już jej był list wręczył z którym poszła do okna. Wyczytanie go nie kosztowało wiele czasu, żwawa gosposia przebiegła oczyma pismo, usta jej przybrały uśmiech pełen uprzejmości i zbliżyła się do kawalera.
— Jakże się ma moja Zośka? — zapytała. — Zdrowa? Reumatyzmy jej nie dokuczają?
Simonis zapewnił ją o dobrem zdrowiu hrabiny de Camas.
— Ot jak to w naszym wieku, ani ja do niej, ani ona do mnie dojechać nie możemy, a tak się kochamy.
Mówiąc to, przypatrywała się z uwagą wielką nietylko twarzy, ale ubraniu i całej postaci gościa; zdawała się go badać i chcieć odgadnąć.
Pochyliła mu się do ucha.
— Cóż was tu sprowadza? — spytała i, palec podniósłszy do góry, położyła go na ustach znacząco. Nie czekając nawet odpowiedzi, szepnęła: — No, wiem, wiem; ale bądźcież ostrożni! bardzo ostrożni!
I schyliwszy się bliżej jeszcze Simonisa, który nagiął się ku niej, poczęła, osłaniać usta rękoma nieco drzącemi.
— Niema wątpliwości, że spisek na Berlin knują. Tak! tak! już się nawet podzielili całą fortuną Fryderyka. Tak! Rosji mają się dostać Prusy za koszty wojny; Śląsk odbierze Austrja, Magdeburg i Halberstadt dadzą królowi saskiemu, Szwedzi wezmą Pomeranję, Francja Neufchatel; a i na resztę znajdą się amatorowie.
To mówiąc, załamała ręce i jak w tęczę patrząc na Simonisa głową kiwała.
— Maż to tak być? — dodała ożywiając się — ja się nie spodziewam po moim Brandeburczyku, ażeby na to pozwolił... Zobaczymy.
Szybko nachyliła się do ucha Simonisowi.
— Brühl jeszcze nic nie podpisał. To ja wiem — dodała tajemniczo — ale nie żeby mu na ochocie zbywało. O! nie! chciałby coś dostać za to! Biedne człowieczysko, tyle potrzebuje na te zbytki, a bez tych zbytków, jakżeby żył!
Kręciła się staruszka na kanapce, mówiąc to i coraz przypomniawszy sobie coś, pochyliła się do ucha słuchającego.
— Wojska tu nie mają — rzekła — nie mają; jest tam tego z kilkanaście tysięcy do parady, ale więcej oficerów, niż żołnierzy. Nasi grenadjerowie pruscy zjedzą ich na śniadanie! Ale sza! sza!
I, jakby jej coś znowu na myśl przyszło, poczęła dopytywać żwawo:
— Słuchaj-że, kawalerze! cóż tu myślisz robić? z kim żyć, którędy chodzić? nawet gdzie mieszkać?
— Mieszkania nie mam jeszcze!
— Brawo! zawołała baronowa. — Wprawdzie na trzecim piętrze, ale nogi masz młode, dwa pokoje jak stworzone dla was, u mnie tu! Przecież balów dawać nie będziesz?
Simonis ramionami ruszył, staruszka z szuflady dobyła pęk kluczy, wyjrzała do przedpokoju, pokazała je Gertrudzie, która się domyśliła, o co chodziło i Simonisa poufale po plecach poklepała odchodzącego z nią.
— Idź, zobacz; podoba ci się; będziesz miał tanio.
Już odchodził, gdy go za rękę pochwyciła.
— Grasz na jakim instrumencie?
— Trochę na skrzypcach i na klawicymbale, ale muzykę porzuciłem.
— Bobyś mi w nocy spać nie dał, a tego ja nie lubię — żywo rzekła pani Nostitz. — W dzień sobie graj, ile chcesz, ale wy młodzi macie zwyczaj do księżyca przygrywać, a ja tego znieść nie mogę.
Gertruda poprzedziła Simonisa na trzecie piętro, gdzie znalazł dwa pokoiki z małą antykamerą, cale wesołe i miłe. Zachodziło pytanie, co miały kosztować, gdyż z innych względów świadectwo staruszki było bardzo pożyteczne.
Niepytana stara służąca oświadczyła mu, że kancelista, który zajmował dawniej to mieszkanie, płacił za niego po trzy talary miesięcznie z usługą. Cena więc przystępną była. Składało się wszystko jak najszczęśliwiej. Baronowa potwierdziła wracającemu Simonisowi cenę i układ został zawarty pocałowaniem ręki. Poufne informacje, tyczące się nierozlewania wody na posadzkę, nierobienia dziur w ścianach, oszczędzania sprzętów i restytucji szkła, któreby stłuc się mogło, udzieliła jeszcze staruszka przyszłemu lokatorowi i Simonis pobiegł się przenosić.
Jakoż wieczorem był już we własnem swem mieszkaniu i nie czekając dłużej, wszystkie pochwytane tu wiadomostki spisywał jak najstaranniej dla hrabiny de Camas, tak, że drugiego dnia rano, Beguelin mocno zdziwiony, odebrał list do przesłania. Zakłopotał go ten pospiech widocznie.
— Kawalerze kochany — rzekł — miałbym ci jedną uwagę do uczynienia... jesteś nadto gorliwym, nauczysz ich wymagać wiele, a nie zawsze krowy mleko dają. Przytem wiatr nosi po ulicach takie śmiecie czasem, że tego posyłać nie warto.
Simonis zmilczał i list został wysłany.


IV.

Był to czas największej ministra Brühla potęgi i nikt jeszcze nie przeczuwał, jak skała Tarpejska Kapitolu może być blizko. Wiedziano, że w Saksoni po ojcu Mocnym panował August III, spokojny, pobożny, lubiący operę i polowanie, szlafrok i fajkę; lecz widywano go tylko, gdy do Hubertsburga puszczał się na łowy, lub w loży kaplicy, albo w teatrze. Saksonią rządził nie z bożej, ale z królewskiej łaski Brühl i, po kilku próbach strącenia go z tronu, naostatek przyszli wszyscy do tego przekonania, iż póki życia króla, dopóty panowania Brühla.
Król, który jadł, pił, spał wyśmienicie, strzelał dowoli i bawił się operą i błaznami swymi, galerją obrazów, a jak najmniej trudną polityką, nie mieszał się do niczego. Zapytywał czasem o pieniądze i usypiał spokojny zaręczeniem, iż jest ich nad miarę i potrzeby.
W istocie z nieporównaną sztuką i zręcznością pieniądze dobywano z pod ziemi. Opodatkowane było szczelnie wszystko tak, że pono nawet żebracy od jałmużny podatek płacili; nikt mruknąć nie śmiał, w ostateczności pożyczano grosza u Holendrów, brano go, gdzie tylko się nawinął, i wprawdzie wojsko było niepłatne, ale opera stała świetnie.
Ostatnie odniesione przez Brühla zwycięstwo nad hrabią Lynarem dowiodło, iż w walkę z nim wdawać się, było niepodobieństwem.
Hrabia Maurycy Karol Lynar, za cesarzowej Anny poseł w Petersburgu, po ustąpieniu z tej posady, bez zajęcia mieszkał w Dreznie z tytułem radcy tajnego. Minister wiedział bardzo dobrze, iż zbierał przeciwko niemu wiadomości i grawamina, które chciał do uszu królewskich przynieść dogodną porą, ale król był obsadzony tak, iż bez pozwolenia ministra nikt do niego dostąpić nie mógł, a Lynarowi zawsze towarzyszył przez grzeczność sam Brühl, wprowadzał go i wyprowadzał.
Wojsko naówczas od dwudziestu ośmiu miesięcy płatne nie było. Lynar znalazł śmiałego pułkownika, który stan armji jak najdobitniej opisawszy w suplice do tronu wzywał litości pańskiej. Manewrowano tak jakoś zręcznie, iż mimo szpiegów króla otaczających, suplika znalazła się na stoliku w takiej chwili gdy królowi nic ją przeczytać nie przeszkadzało.
Można sobie wystawić przerażenie Augusta, gdy marząc o operze, paląc fajkę, odczytał nagle to pismo okropne, a tak stanowcze podające fakta, cyfry i dowody, iż ich nic zbić nie mogło.
Król pobladł strasznie i natychmiast kazał przywołać Brühla, który się niczego nie domyślał. Była to chwila odpoczynku. Minister, otoczony swoimi, w najlepszym humorze zabawiał się wesoło, gdy paź wpadł, wołając go natychmiast do króla. Brühl najpewniejszy był, iż wojna między Włochami ojca Guariniego i Faustyny wybuchnąć musiała. Ubrał się szybko i zaniesiono go na zamek. Jedno spojrzenie na króla dostatecznem było do przekonania, że coś nieskończenie ważniejszego zajść musiało. Król, nie mówiąc słowa, podał mu suplikę pułkownika. Kto inny uczułby się przybitym, okazał pomieszanie, dał poznać po sobie trwogę. Brühl zawsze był przygotowany do odegrania takiej sceny dramatu życia, jaką okoliczności nakazywały. Nie drgnął jeden muskuł jego twarzy. Spokojnie odczytał do ostatniej litery i, złożywszy papier, schował do kieszeni.
— Najjaśniejszy Panie! — rzekł — wiernie służąc Waszej Królewskiej Mości, zasłaniając go piersiami memi, dzień i noc pracując, aby najlżejsza chmurka nie zaćmiła horyzontu, musiałem razem z łaską Waszej Królewskiej Mości zarobić sobie na nienawiść zazdrosnych, występnych, niegodziwych ludzi. Ci nie wahają się nawet potwarzą mnie obrzucać, byle obalić mogli i w oczach Waszej Królewskiej Mości oczernić, aby mi serce jego odebrać. Jest to najnikczemniejsze kłamstwo! ofiaruję się do jutra dostarczyć Waszej Królewskiej Mości dowody najautentyczniejsze, iż wojsko żołd aż do ostatniego miesiąca co do grosza odebrało.
Król spojrzał zdumiony i odetchnął.
— Brühl, i to prawda?
— Najjaśniejszy Panie, stawię głowę.
— Więc to nikczemna potwarz?
— Albo formalna warjacja! Nie rozumiem — dodał Brühl. — Zaklinam Waszą Królewską Mość, aby to wieczornego strzelania nie przerywało, ani dobrego humoru: jutro się wszystko wyjaśni!
Skłonił się i wyszedł, ucałowawszy podaną rękę królewską. W przedpokojach podwojono najściślejsze straże, aby się żywa dusza do króla dostać nie mogła. Brühl kazał się nieść do ministerjum wojny. Pracowano tam całą noc, jak? niewiadomo. Dosyć, że z ostatnich miesięcy pokwitowali wszyscy płatnicy pułkowi, jako żołd odebrali. W nocy Hennicke zjawił się u pułkownika, który niespokojny czekał skutku swojej supliki. Otaczała go rodzina, siostry, żona, dzieci w trwodze śmiertelnej.
Hennicke zażądał pomówić z nim na osobności.
— Panie pułkowniku! — rzekł — oto są kwity z zapłaconych wojsku żołdów aż do ostatniego miesiąca. Mam rozkaz aresztowania go i zawiezienia na Königstein, dopóki się sprawa podanej przez niego supliki i oskarżenia nie wyjaśni.
Pułkownik zbladł, ale rzekł:
— Jadę...
— Panu pułkownikowi wiadomo — dodał Hennicke — że o ile wrota jadącemu do Königsteinu szeroko się otwierają, o tyle wyjść przez nie trudno. Gdy tego można uniknąć... Idzie o bardzo małą rzecz; pułkownik podpisze tylko oto to zeznanie, iż czasami miewa napady melancholji i marzenia czarne: to nikomu krzywdy nie czyni.
— Nigdy w świecie! — zawołał pułkownik.
— Jedziemy więc na Königstein...
Rodzina nieszczęśliwego, słuchająca pode drzwiami, na samo imię Königsteinu przerażona wpadła, płacząc i ręce łamiąc.
Hennicke zbliżył się do żony.
— Pani — rzekł — może was żal, niech pułkownik darmo nie ginie. Proścież go, niech papiery podpisze, a będzie wolny.
Dzieci, żona, krewni otoczyli pułkownika, który złamany ich prośbami, zeznanie, iż bywał na umyśle nieprzytomny, podpisał. Nazajutrz triumfujący Brühl kwity złożył królowi, wstawiając się usilnie za nieszczęśliwym pułkownikiem, aby mu się nic złego nie stało. Wymógł też na królu, iż mu dano prostą dymisję z pensją dożywotnią i naznaczono mieszkanie w dalekiej mieścinie w górach.
Hrabia Lynar śmiał się z tego cały wieczór i odtąd prób obalenia Brühla nie przedsiębrał więcej.
Opowiadanie to w parę dni po przyjeździe swym kawaler de Simonis usłyszał od Blumlego. Tegoż dnia ponieważ minister z królem na łowy pojechał był pod Schandau, Blumli przyrzekł Simonisowi okazać wszystkie wspaniałości pałacu i rezydencji ministra.
W istocie było tam co widzieć i czemu się dziwować. Sama przestrzeń, zajęta gmachami, pałacem, ogrodami, galerją, belwederem, ogromne sumy kosztować musiała. Widok stąd na Elbę i na wyniosłe brzegi okryte lasami był zachwycający.
Trzynaście domów z ogrodami zakupić było potrzeba, aby na ich ruinach tę monarchiczną wznieść rezydencję, którą Balkonem Drezna nazywano. Jeden z najzdolniejszych budowniczych, Knöfele, dawał plany gmachów, na które kosztu ani zachodu w doborze materjału nie żałowano. Brühl miał tu teatr, galerję, bibljotekę, kioski, posągi i fontanny, jak król na Zwingrze.
Simonis zdumiał się, przebiegając sale pałacu, powybijane chińskiemi materjami, gobelinami, złoconą skórą, wśród których marmurowe medaljony, olbrzymie zwierciadła, a nad niemi sufity malowane w blasku najżywszych farb jaśniały. Wszystkie kominy były z porcelany, najwytworniejszemi ozdobami okrytej; wszystkie piece zdawały się starożytnymi jakimiś pomnikami. Porcelana była wszędzie, od podłogi począwszy do świecznika u sufitu i figur na gierydonach.
W osobnym składzie mógł admirować osłupiały Szwajcar sławny serwis, który miljon talarów był ceniony. Ile tam ludzkiej pracy w tem misterstwie utonęło, ile dni poszło na te zabawki, ile sztuk wyszafowano marnie na niedojrzane drobnostki!
W każdej sali, w każdym pokoju inny zegar kunsztowniejszy coraz ściągał oczy, a wszędzie kapało złoto, bo niem i drzwi, zamki i okna były wykładane.
Sprzęty drogocenne i fraszki same były nieobliczonej ceny.
Blumli, który znał się ze wszystkimi, pokazał mu teatr, zaprowadził do stajen, w których stało trzysta koni, i szepnął po cichu, że ta cała ciżba sług należała do pierwszego ministra. Dwunastu kamerdynerów, dwunastu paziów, marszałek dworu, koniuszowie, bereiterzy, kucharze, pisarze, lokaje, w liczbie okrągłej sto głów, zapełniali wszędzie przedpokoje i podwórza. Większa część dworzan składała się ze szlachty niemieckiej i polskiej. Wolano naówczas służbę Brühla, niż królewską. W kredensach stosy złoconych i srebrnych talerzy, puharów, dzbanów, roztruchanów, przypominały skarby królewskie.
Weszli nareszcie do garderoby.
Brühl był jednym z pierwszych, jeśli nie najwybredniejszym z elegantów ówczesnych. Suknie wszystkie sprowadzał z Paryża. Każdy ubior miał właściwe do barwy i smaku: zegarek, tabakierkę, trzcinę i szpadę. Dwie sale ogromne ledwie starczyły na pomieszczenie sukien ministra. Na stole oprawna w safian leżała książka, w której wszystkie stroje w miniaturach były odmalowane; Brühl wskazywał tylko, który sobie wybierał. Ceniono te dwie sale na pięćdziesiąt tysięcy talarów. Spis, który Simonis mógł przejrzeć, zawierał pięćset ubrań, z których blizko dwieście szytych, stokilkadziesiąt szamerowanych, sześćdziesiąt przeszło bogatych bardzo, czterdzieści jedwabnych, trzydzieści kilka aksamitnych i t. p. Do tego należały niezliczonych kształtów kapelusze, stosy piór do nich, futra, zarękawki, masy koronek, przeszło sto zegarków, osiemset tabakierek, szpady, laski, flaszeczki i trzysta flasz wody de la reine d’Hongrie, bez której zapasu minister żyć nie mógł.
Przepych był olśniewający; ten pierwszy sługa króla Augusta III wspanialej daleko żył, niż król Fryderyk II, który chodził w butach podartych. Blumli zaprowadził go jeszcze do osobno stojącej bibljoteki w ogrodzie, złożonej z 70 000 tomów, której katalog sam sześćdziesiąt jeden foliantów składały. Nietykany ten skarbiec odziany był cały w safian ponsowy i szamerowany złotem, jak suknie ministra. Brühl musiał mieć wszystko i to, co miał, najwspanialszem być musiało. Ponieważ hrabia Henryk von Bünau-Dahlen pod Dreznem mieszkający w Nöthnitz przepyszną słynął bibljoteką, przy której Winkelman był sekretarzem i zawiadowcą, Brühl nie dając mu się prześcignąć, kupił księgozbiór i trzymał do niego uczonego Heynego. Ponieważ król lubił i kupował obrazy, minister także musiał mieć galerję mistrzów, którą tak jak król sztychować kazał.
Galerja mieściła się w budynku osobnym w którym niekiedy wielkie dawano obiady i wieczerze. Sala miała długości przeszło półtorasta łokci i co sobie naówczas powtarzano ze zdumieniem, była o całe ośmnaście łokci dłuższą od słynnej galerji zwierciadlanej w Wersalu. Obrazy w złoconych ramach z herbami puna wisiały tylko naprzeciw ogromnych okien, wychodzących ku Elbie. Pomiędzy oknami temi ściany wykładane były zwierciadłami do sufitu a przed każdą z nich na marmurowym postumencie stały posągi i popiersia starożytne.
Król niekiedy przychodził się bawić widokiem tych pięknych płócien o których wiedział, że mu je Brühl testamentem swym przeznaczył choć później los zrządził inaczej.
Przebiegając ogród, pałac, gmachy, kawaler de Simonis osłupiał, oniemiał i zaczynał nabierać takiego pojęcia o potędze Brühla i Saksonji, że mu się Prusy wydały zuchwałemi, śmiejąc się porywać na te splendory. Ci, co je posiadali, musieli przecież myśleć o ich zachowaniu i obronie. Niepojętem i to było dla niego, że gdy w Sans-Souci i kołach wyższych nad Sprewą wszystko się zdawało zbierać na wojnę i do niej gotować, tu nic widać nie było, coby ją przeczuwać dozwalało. Zabawy i sprawy podatkowe, to jest ssanie pieniędzy, a utrzymanie karności i posłuszeństwa, były jedynem zajęciem stojących u góry urzędników. Blumli zaraz mu dał uczuć, iż po nawyknieniu do pewnej swobody gęby i mowy w Berlinie, gdzie król śmiał się z satyr i pamfletów, dozwalał paplać, co się komu przywidziało byle słuchał i płacił, — Saksonja wymaga nowej nauki życia. Tu mówić de publicis, a w ogólności co się w urzędowym języku nazywało „raisonniren“, najsurowiej było wzbronione. Rezonujący, szczególniej o podatkach i o sprawach polskich, dostawali się bez sądu do Koenigsteinu. Nicht raisonniren! było hasłem i maksymą! Za śmiałe słowo Fryderyk karcił czasem kijem, częściej śmiał się z niego, bo słowo dlań nie miało wagi. Sam on słowem tem kunsztownie władał i znał ile ono waży i może, a jak długo trwa. Nieposłuszeństwo karał śmiercią, paplaniną pogardzał. Tu inny świat, cały zbudowany z fikcji i na kłamstwach, lękał się prawdy, pękającej jak bomba, któraby tę budowę wątłą w gruzy obrócić mogła. Z jednej strony był cynizm posunięty do najostatniejszego kresu, bo do bezwstydu i szyderstwa z wszelkiego sromu; z drugiej fałsz ubrany za boginię pełną wdzięku, malowaną, całą w szychach, w farbowanych strzępach pokrywających łachmany i uśmiechach sączących z siebie śmierć i truciznę...
Dwa takie światy musiały z sobą wystąpić do walki, choćby Ślązka do zdobycia i utrzymania, Czech do zawojowania, Saksonji do wyssania nie było. Zło w dwóch odmiennych postaciach musiało wystąpić do boju i niszczyć się wzajemnie. Brühl był reprezentantem najidealniejszym kłamstwa. Fryderyk cynizmu; ani dziw, że się nienawidzili... Ale Brühl nienawiść swą okrywał głębokim na pozór poszanowaniem; Fryderyk nazwiska nawet pierwszego ministra nie chciał wymówić nigdy, jednego tylko z wierchowych koni przezwał Brühlem. Brühl spiskował przeciwko niemu po cichu, ostrożnie, wykrętnie, ściągając krok stanowczy do chwili ostatniej; Fryderyk, gniewny, nie chcąc go znać ani widzieć, zemstę zań kładł na barki Saksonji.
Mając za sobą Austrję, Francję, Rosję, Szwecję, pierwszy minister był pewny, że pokona łatwo Brandenburczyka. Nie trwożyło go to, że nad 15 000 wojska nie miał więcej; kilkakroć sto tysięcy otoczyć miało na dany znak Fryderyka. Spać więc na Brühlowskim tarasie, w tem złocistem gnieździe, mógł spokojnie. Tak mu się zdawało...
W Dreźnie nie zadawano sobie nawet pracy zbyt skrzętnie dowiadywać się o to, co się działo w Berlinie. Tajemnica spisku i aljansów zdała się doskonale zachowaną. Nie domyślano się wcale, iż Fryderyk miał wszędzie swoich, co mu o najdrobniejszych donosili wypadkach; że z kancelarji samego Brühla szły kopje wszystkich aktów i listów do Berlina; że najmniejszy ruch, myśl, ledwie się zrodził, był zdradzonym. W Berlinie był niepokój pokrywany pozorem obojętności i zaufania w sobie, w Dreźnie ślepota dziwna i zarozumiałość niesłychana.
Ale nad Sprewą od dawna w najściślejszej tajemnicy czyniono przygotowania; bataljony i pułki ciągnęły nieznacznie na granice, małymi oddziałami, nocami, rozpierzchłe, tak, aby w kraju o nich nie wiedziano prawie. Główna armja kupiła się pod rozkazy króla i jego wodzów; w przedpokojach paziowie szeptali już o Ślązku: lecz poza taras w Sans-Souci nie wyszło stąd nic. W Dreznie tymczasem kupowano obrazy, gotowano się do nowej opery i król polował a Brühl pieniądze przesypywał oblane łzami i potem biednych ludzi.
Simonis, który był chłopakiem pojętnym, patrząc na to, co się działo, doznawał dziwnego wrażenia. To bezpieczeństwo, ta obojętność zdawała mu się na czemś opartą, a więc straszną. Lękał się więcej o Berlin, niż o Drezno.
Sardanapalowski przepych ten onieśmielał go i przerażał.
Poza nim nie mógł ani domyśleć się, ani uwierzyć w taką lekkomyślność olbrzymią, w takie zaślepienie niepojęte, jakie w istocie miał przed sobą. Blumli pozapoznawał go z urzędnikami, otaczającemi Brühla i Brühlową: byli to wszystko panowie tak dumni, strojni, ukameryzowani, uperfumowani, wyzłoceni, jak ich pan i pani. Pieniądz zdawał się tu nie mieć wartości, a zdobycie jego było rzeczą silnej woli. Z rozmów pochwytywał, że, gdy potrzeba gwałtowniejsza wypadła, urzędnik akcyzy lub poborca jechał z oddziałem żołnierzy na prowincję i wracał z sumą żądaną.
Co chwila szeptał mu Blumli:
— Oto ten nie miał przed dwoma laty koszuli na grzbiecie a dziś ma dwóch kamerdynerów i karetę.
Przebywszy ranek cały ze Szwajcarem, Simonis, zbogacony wrażeniami i pochwytanemi plotkami, pospieszył do domu, gotując się do obszernej korespondencji. Już miał wejść na trzecie piętro, gdy drzwi się otworzyły na drugiem i głucha Gertruda dała znak, że jej pani prosi go do siebie.
Staruszkę zastał tym razem już nie w owym domowym czepcu białym ze wstążkami, ale w wysoko napiętrzonej peruce, ubraną starannie, z mnóstwem pierścieni na palcach i wachlerzykiem w ręku. Stała w progu, kiwając na niego. Poza nią widać było młodziuchną, rumianą, śliczną twarzyczkę dzieweczki lat może osiemnastu, której puder jeszcze świeżości i barwy dodawał. Dalej stał poza nią w mundurze gwardji saskiej oficer młody, niepowabnej ale marsowej twarzy, blady, żółty, jakby wymęczony, z konwulsyjnemi jakiemiś poruszeniami, które mu nie dodawały uroku. Dzikie wejrzenie, wydymanie ust, ściąganie twarzy jakby mimowolne, długo nań bez przykrości patrzeć nie dozwalały. Rzuciwszy nań zdala tylko wzrokiem, Simonis poczuł jakiś wstręt i obawę. Za to ta różyczka z oczyma niebieskiemi, biała i różowa, jak cukierek, drobnych kształtów, śliczniuchna, zachwyciła wchodzącego. Oczu od niej nie mógł oderwać. W pośrodku saloniku stół był właśnie na trzy osoby, a Gertruda, snadź domyśliwszy się sama, czwarte niosła nakrycie.
— Chodź-że waćpan, kawalerze de Simonis — odezwała się baronowa — ale chodź: czatowałam na niego. Mam tu gości, a czwartego nam do stołu brakło; musisz zły obiad zjeść z nami. I poczęła go prezentować, a potem, wskazując na panienkę, odezwała się: — Synowica moja, panna Pepita Nostitz (włoskie imiona były w modzie), tak zapalona Saksonka, jak ja jestem Prusaczką. A to — dodała — mój dobry przyjaciel, pan kapitan baron Feulner.
Simonis skłonił się obojgu, ale na piękną Pepitę patrzał, jak w tęczę, a że był młody i wiele miał też wdzięku, baronówna obdarzyła go wcale uprzejmem wejrzeniem. W każdym razie, wolała pewnie patrzeć na niego, niż na niespokojnie wywijającego twarzą barona Feulnera, który tymczasem cieńkiego wąsa pokręcał, nie mając co począć z rękami. Staruszka kazała zaraz siadać do stołu i rozporządziła tak, że po prawej ręce miała synowicę, po lewej Simonisa, naprzeciw barona. Gość więc nasz wystawiony był na ogień tych oczów niebieskich, na pozór łagodny, pociągający, ale rodzący niepokój jakiś i prawie obawę.
Panna, pomimo młodości swej, a może właśnie dlatego, że była niedoświadczoną, patrzała tak śmiało, uśmiechała się tak swobodnie, jakby ją nowy przybysz wcale nie obchodził.
— Mów-że nam waćpan — odezwała się stara — gdzieś był? co widziałeś, kogoś poznał?
— Jeszcze myśli zebrać nie potrafię — odparł Maks — po tylu wspaniałościach na Brühlowskim dworze, w głowie mi się zawraca.
Staruszka i Feulner spojrzeli po sobie znacząco.
— Tak — wtrącił Feulner — jeżeli się nie mylę, pan jakiś czas bawiłeś w Berlinie; po tamtej stolicy dziwnie się to wydawać musi. Przyznam się, że dla Saksonji wolałbym koszary, niż teatr, i obóz niż galerję.
Stara pogroziła na nosie.
— Kapitanie, Nicht rasonniren! Ostrożnie! Wprawdzie Gertruda głucha, ja milcząca, kawaler de Simonis obcy, Pepita, to papla i Prusaków nie cierpi. Myślę nawet i mnie kochać nie może, jakby powinna, dlatego, żem się Prusaczką urodziła.
— Ależ, kochana stryjenko — przerwała porywczo ładna panienka — ja tak mało znam świat, że do nikogo nienawiści mieć nie mogę; — że swój kraj kocham i że mi się tu wydaje lepiej, ładniej, milej, czyż to grzech?
Staruszka pocałowała ją z daleka.
— Ja tobie wszystko przebaczam.
Gertruda wniosła zupę i rozmowa się przerwała na chwilę, ale oczy kawalera de Simonis prowadziły ją dalej z panną, która się wcale nie obawiała tej wymiany wejrzeń i nie spuszczała powiek przed natrętem. Czy się to kapitanowi Feulnerowi podobało, nie wiem; ale krzywił się straszliwie. Zaczęto mówić o dworze.
Pepita należała do frejlin królowej.
— Cóż tam porabiacie? — pytała stara.
— Modlim się i zbieramy plotki, bo czymżebyśmy żyły? — odpowiedziała baronówna — nie wesoło u nas, za to na tarasie u ministra wszystko wesele się chroni...
— Masz słuszność. O! udało ci się! — zawołała staruszka — w istocie i wesele i życie i bogactwo tej biednej Saksonji pochłania...
Dziewczę się rozśmiało i przerwało stryjence:
— A! nicht raisonniren.
Baronowa się też rozśmiała.
— Masz słuszność, o tem mówić nie wolno; choć stara mogłabym pójść na wygnanie.
Kapitan Feulner jadł zupę a z pod oka wpatrywał się w Simonisa. Znalazł zręczność wkrótce, pochyliwszy się ku niemu zapytać:
— Dawno z Berlina?
— Dni parę!
— Tam co słychać?
— A! — rzekł Simonis — w Berlinie zupełnie nic nie słychać... oprócz maszerowania żołnierzy...
— A w Sans-Souci?...
— Jeszcze mniej: charciki króla szczekają.
— Żadnych nowin politycznych?
— Cisza zupełna...
Feulner się zamyślił.
— Dziwna rzecz; u nas nigdy się tak nie krzątano, jak dzisiaj, choć niema koło czego.
Spojrzał na baronową.
— Nie dziwiłbym się wcale, gdyby tam cisza pokrywała jakąś robotę, a nasza krzątanina osłaniała próżniactwo...
Spojrzenie starej gospodyni zamknęło mu usta. Pepita spytała Simonisa, czy się bawiono nad Sprewą.
— O balach i zabawach nie słychać wcale — odparł Simonis — królowa czasem przyjmuje po obiedzie... u księcia Henryka bywają zabawy huczne, ale na samym dworze nie byłoby się komu bawić!...
— A stary Pöllnitz żyje też? — spytała baronowa.
— W najlepszym zdrowiu, może dlatego, że mu król gorzkich pigułek nie szczędzi — rzekł kawaler.
Kapitan Feulner zapytał o generała Lentulusa i Warnery, baronowa o lorda Marichal, a po nich z koleji imiona Winterfeldta, von Anhalta, Coccejego wyrywały się z ust tak, że widać było, iż dwór Fryderyka nie był pytającym obcy.
— A widziałeś że pan kanclerzowę Coccei? — spytała baronowa.
— Miałem raz to szczęście — rzekł Simonis.
— I wiesz waćpan, kto ona jest? — szepnęła pani Nostitz.
— Niegdyś słynna Barberini.
— Tak, tak, słyszeć musiałeś jej historię — dodała z gadatliwością wiekowi właściwą baronowa — ja naówczas byłam w Berlinie i wiem ją najlepiej. Niech tylko Pepita nie bardzo słucha, to ją opowiem. — Uśmiechnęła się baronowa. — Mówią o Fryderyku; że się nie kochał nigdy, no, ale bałamut z niego, jak i drudzy... Któż nie wie, że z Drezna sobie Formerę zabrał i w Orzelskiej był na zabój zakochany... A pani Wrech? Tylko, że u niego miłość zawsze trwa krótko. Już nie wiem, kto królowi zachwalił tak tę baletnicę, która się naówczas popisywała w Wenecji... tę signorę Barbarę de Campanini, którą u nas przezwano Barberiną. Prawda, że Campanini naówczas już nietylko w Wenecji, ale w Paryżu i Londynie w teatrze Common Garden zbierała oklaski. Zdaje się, że Bielefeld nią królowi nabił głowę. Pruski rezydent w Wenecji już ją był umówił i kontrakt podpisał na 7 000 talarów rocznie, gdy się jej za Szkota Mackenzie za mąż wyjść zachciało. W Berlinie czekano na nią, a tymczasem... fru! panna uciekła. Król sobie nie pozwala uchybiać łatwo, nawet baletniczkom. Bawił naówczas na terytorjum pruskiem przeznaczony posłem do Londynu od rzeczypospolitej weneckiej cavaliere Campello. Fryderyk zasekwestrował mu bagaże, pókiby mu Barberini nie wydano. Stał się hałas okrutny. Wzięto jejmościankę pod wartę i rzeczpospolita odprawiła ją do granicy austrjackiej, skąd uprzejmi Austrjacy odwieźli ją na granicę saską, a Sasi wręczyli ją w całości naszym Prusakom. Mackenzie jechał, wzdychając za nią. Tymczasem przybyła z matką do Berlina. Kazano jej wystąpić: podobała się królowi. Zamiast siedmiu, dano jej dwanaście tysięcy talarów i kawaler szkocki został odprawiony. Barberini nietylko była piękną, zręczną ale roztropną, dowcipną, wesołą i król do niej przychodził na wieczorki. Miała szczęście być zapraszaną do „Confidenztafel“ razem z panią Brand i wdową po hrabi Truchsessie. Na maskowych balach u dworu król też do niej chodził do loży. Nie przyznawał się do tego Fryderyk nigdy, ale „charmante Barberina“ tkwiła mu w sercu i listy od niego często odbierała. Kochali się w niej na zabój wszyscy, miała w kim wybierać, Rottenburg, hr. Algarotii, cavaliere Chazot, bez miary Włochów, Francuzów, Rosjan, Anglików padało przed nią. Prawda, że była uroczą. A co Coccei dla niej wyrabiał! Na jednej reprezentacji w teatrze dworskim signora tańcowała... Coccei zawsze stawał w pierwszym rzędzie, żeby żadnego ruchu jej pięknych nóżek nie stracić. Pewnego razu obok siebie spostrzega drugiego takiego zapaleńca, który oczy wywraca i od przytomności odchodzi... Barberini kilka razy spojrzała na niego. Tego już Coccejemu było zanadto. Pochwycił go w olbrzymie ręce i cisnął, jak piłkę, na scenę pod nogi Barberinie. Fryderyk patrzał z loży, wszyscy struchleli; sądzono, że Coccei zginął! Ojciec poleciał na klęczkach błagać o przebaczenie... posłano go tylko do Głogowa do twierdzy, aby ostygł nieco... Coccei jest dziś jej mężem, ale czy on szczęśliwy, i czy ona nie wzdycha, nie wiem.
Staruszka zmordowana zamilkła wreszcie. W czasie tego opowiadania, którego nie wiem czy Simonis słuchał z uwagą, oczy jego ciągle były zwrócone na piękną Pepitę, tak, że choć mało mówili z sobą, zrobili wszakże, jeśli nie blizką znajomość to przygotowanie do niej, wiele obiecujące...
Staruszka, która lubiła mówić o przeszłości, już miała począć drugą historyjkę podobną, gdy kapitan Feulner sprowadził rozmowę na domowe sprawy.
— Panna baronówna — rzekł — musisz to wiedzieć najlepiej; wszak się nie mylę, ktoś z Wiednia w tych dniach musiał być u królowej?
— Nie wiem dobrze o tem — odpowiedziała baronówna. — Zresztą nie byłoby nic dziwnego, bo między królową, a jej rodziną muszą istnieć stosunki.
— Słyszałem — dodał Feulner — że nigdy one częstsze i gorętsze, niż w tej chwili, nie były.
Popatrzał na baronową znacząco.
— Ja o tem sądzić nie umiem — szepnęła Pepita.
Tymczasem obiad skromny zbliżał się do końca, baron zdrowie gospodyni wypił z Simonisem... przyniesiono owoce.
— Król Fryderyk ma najpiękniejsze w Niemczech gruszki, brzoskwinie i winogrona — odezwała się baronowa — i pewnie ich więcej spożywa, niż którykolwiek z jego poddanych.
Na tem się skończyła pogadanka u stołu, gdyż wstawać trzeba było, a Gertruda dawała do zrozumienia, iż dłużej czekać nie może. Podnieśli się więc wszyscy.
Kapitan zbliżył się do gospodyni, którą na chwilową, cichą rozmowę odciągnął ku oknu, a Simonis korzystał z tej sposobności, aby się zbliżyć do baronówny i słów kilka z nią zamienić.
Oboje z naiwnością dziecinną niemal nie taili przed sobą, że się podobali sobie. Pepita spytała, czy zabawi w Dreznie; kawaler miał odwagę wyznać, iż radby ją widzieć znowu, a nie wie, gdzie będzie mógł spotkać.
— O! wszędzie! — odpowiedziało dziewczę — a najłatwiej u stryjenki...
Maksowi, nieskłonnemu wcale do łatwego zawrotu głowy, tym razem i serce biło, i młodość czuć się dała ze swą gorączką. Dziewczę tak było ładne, a tak zdawało się przystępne i miłe...
Wśród bardzo żywej rozmowy, wpadła śmiejąc się gospodyni i zawołała:
— O! o! proszę mi tylko nie bałamucić synowicy... bardzo proszę.
Z drugiej strony kapitan Feulner wziął go pod rękę i szepnął:
— Chodźmy, mamy do pomówienia z sobą.
Kawaler się żegnał z paniami, choć niechętnie, gdy baronowa przystąpiła do niego i cicho na ucho dodała:
— Polecam wam kapitana!!? To nasz dobry przyjaciel.
Z tem wyszli; kawaler nie dobrze zrozumiał, co miało znaczyć to wyrażenie, gdy baron zażądał, aby razem wstąpili na górę. Simonis zgodził się na to chętnie. Milcząco przeszli schody i gdy się w pokoju na spoczynek wygodny u okna rozsiedli, kapitan obejrzawszy się dokoła, pochylony ku Simonisowi, mówić zaczął głosem zniżonym:
— Baronowa mówiła mi o panu... wiem, że mu zaufać mogę. Nie potrzebuję od niego żadnych zwierzeń, ale sam usłużyć może potrafię informacją potrzebną...
Simonis zdziwił się trochę.
— Niech to pana ani trwoży ani zdumiewa — spokojnie począł baron — we wszystkich warstwach, u góry i u dołu, znajdziesz pan ludzi, którym ten stan kraju dokuczył i których sympatje są gdzieindziej. Jest nas tu więcej, niż sądzisz, co pracujemy, aby nieznośnemu uciskowi i wyzyskiwaniu kraju przez niegodną gawiedź koniec położyć...
Myśmy protestanci, dwór jest katolicki; ale niechby był, czem chciał, byle Boga miał w sercu. Gdybyś przejechał Saksonję i zobaczył jej nędzę, a postawił ją przy tym zbytku i marnotrawstwie, jakie tu panuje, pojąłbyś dopiero, co mamy w duszy. Muzyka odzywa się nam jękiem, myśliwskie rogi chrapaniem konających... Po tych galonach złotych płyną łzy ludzkie. Tak dłużej być nie może. Król nie winien nic, to stare dziecko, które kołyszą, aby nie płakało, a gdy zapłacze, dają mu niedźwiedzia, tak jak dziecinie lalkę...
Baron wstał i odetchnął, a czoło potarł.
— Jestem wojskowym — dodał — wojsko bezpłatne, umiera z głodu... z głodu nęka włościanina i miasta... Wolno mu wszystko, byle się o żołd nie upomniało. Wojsko to nic nie jest warte... Ubrane w paradne mundury, może zdaleka błyszczeć, ale dwóch tygodni kampanji nie wytrzyma...
Simonis słuchał, nie śmiejąc się odezwać.
— Możesz mi wierzyć, że mówię prawdę, i na wiarę słów moich pisać.
Tym wyrazem dał uczuć Simonisowi, iż jest wtajemniczony. Kawaler chciał zaprzeczać, Feulner się rozśmiał.
— Pochwalam waszą ostrożność, ale ona ze mną nie jest potrzebną — dodał. — Skądżebym wiedział o was, gdyby mi znać nie dano, że otwarcie mówić mogę. Na mnie, na wielu innych, rachujcie — dodał kapitan. — W Berlinie wiedzieć powinni wszystko. Na nas tu są oczy zwrócone, wy jesteście tu obcy, przez was płynąć tam powinny informacje... Ostrożność jednak nie zawadzi. Słodki Brühl nie waha się sprzątnąć człowieka, gdy mu zawadza, a potem w katolickim kościele i w ewangelickim odprawi zań nabożeństwo. W przyszłym liście piszcie co słyszycie i widzicie. Zapewnijcie, że traktat w imieniu Saksonji nie jest podpisany, ale ta formalność nic nie znaczy... Brühl związany jest z Austrją i Francją, to nie ulega wątpliwości. Jeśli Fryderyk da im czas wojsko zgromadzić i obsaczyć siebie, zginął, a z nim i monarchja pruska.
W ten sposób wchodząc w najdrobniejsze szczegóły, kapitan Feulner mówił długo jeszcze, wreszcie wziął za kapelusz i pożegnawszy Simonisa, wysunął się od niego.
Rozmowa ich z sobą trwała z godzinę; dzień był jeszcze jasny, piękny i kawalerowi nie chciało się wziąć do pisania, które rad był odłożyć do nocy. Po krótkiem więc wahaniu, wyjrzawszy oknem i widząc, że kapitan był już daleko, Simonis wziął za kapelusz, myśląc pójść obejrzeć okolice. Mówiono mu wiele o bażantarni... Było to wspaniałe dzieło Augusta Mocnego jego Parc aux cerfs, w którego pustych teraz domkach dwóch jezuitów i kilku Włochów zamieszkiwało.
Już się spuszczał zwolna ze schodów i minął drugie piętro, gdy za nim drzwi się otworzyły, zaszeleściała suknia jedwabna i serce mu powiedziało, wprzód nim się obejrzał jeszcze, że piękna Pepita wychodziła.
W istocie ona to była... Stara, głucha Gertruda, otulona chustką, służyła jej za towarzyszkę. Simonis się zatrzymał, podnosząc kapelusik i chciał ją puścić przodem, aby mieć przyjemność jeszcze raz spojrzeć w te prześliczne oczy... Panna baronówna przyspieszyła kroku, spojrzała nań i zrównawszy się z nim, po chwili wahania, zaczęła iść powoli, miejsce mu zostawiając obok siebie.
Simonis nie śmiał jej zaczepić słowem, dziewczę było odważniejsze od niego.
— Rada jestem, że się spotykamy, kawalerze de Simonis — rzekła nieco zniżonym głosem. — Przyznam się panu, nie bierz tego ze złej strony, ani zbyt pochlebiaj sobie, obudziłeś pan sympatję we mnie.
Simonis zarumienił się cały. Pepita spojrzała nań i rozśmiała się dziecinnie.
— Ta sympatja jest powodem, że pana przestrzedz bym chciała. Tak: przestrzedz... chociaż się wydaję takim młodym trzpiotem, jak mnie pan widzisz: przy dworze prędko się ludzie starzeją. Otóż! jakby to powiedzieć panu? Stryjenka nadto lubi Prusaków... jej to wolno... lękam się, aby kapitan także nadto się w nich nie kochał. Niezmiernie mi łatwo się domyślić, co pan tu robisz i po co przyjechałeś w tej chwili.
— Pani! Ja podróżuję! ja nie mam innego celu nad miłe przepędzenie czasu i naukę...
— Och! och! — rozśmiała się panna — a przybyłeś z listem do stryjenki? Nie mówmy o tem: ja dużo widzę choć młode mam oczy. Mówią o nas, że tu wszyscy ślepi... że się tak szalenie bawimy, iż nie poczujemy, jak nam pod stopami runie posadzka balowa. Może to być... potrosze; ale są ludzie co patrzą i czuwają. Stryjence się nic nie stanie; kapitana Feulnera już bardzo mają na oku; wiem o tem, ale go przestrzedz nie mogę... Co mi tam! Pana by mi żal było... gdybyś się tam dostał — szepnęła ciszej — skąd powrócić trudno... trudno.
Spojrzała mu w oczy.
— Pan jeszcze może nie jesteś w niebezpieczeństwie, ale za jutro nie ręczę. Szkodaby mi was było.
To mówiąc, wstrzymała się, jakby przestraszona, obie ręce przyłożyła do ust; potem jedną z nich chwyciła rękę kawalera i rzekła żywo:
— Słowo rycerskie, że mnie pan nie zdradzisz!
— Pani, byłżebym najnikczemniejszem z ludzi? Przysięgam!
— Bądź ostrożny...
I szybko, tak; że osłupiały Simonis gonić jej nie mógł, zbiegła po schodach na dół nie oglądając się nawet. Gertruda, mrucząc i chwytając poręcze, przeklinając trzpiotowatą młodość, zeszła za nią a Simonis powoli, nie mogąc przyjść do siebie, spuścił się za niemi i, wyszedłszy w ulicę, już ani śladu pięknej panny i jej towarzyszki nie znalazł; ukryły się gdzieś za kamienicami.
Niespodziana ta przestroga, równie jak rozmowa z kapitanem, dawały mu tyle do myślenia, iż nie rychło się poruszył, aby iść dalej. Maks nie był nazbyt odważny, a z natury przebiegły raczej, nawykł był każdą czynność obrachowywać wprzód bacznie. Wdzięczeń był pięknej panience, lecz przestroga ta szyki mu mieszała; potrzebował surowo roztrząsnąć wprzódy, co mu dalej czynić wypadnie. Uspokajało go to jedno, że na pokrycie skrytych celów podróży miał znajomość z Blumli i stosunki, jakie ten mu przyrzekał wyrobić na dworze Brühla. Ostrożność kazała może opuścić mieszkanie u baronowej, ale z niem razem potrzeba się było wyrzec spotykania i widzenia z piękną Pepitą, a niebieskie jej oczy nadto głęboko tkwiły mu już w młodem sercu. Nawet ta przestroga tak śmiała mocniej go jeszcze przywiązywała do niej. Cóż począć było? Czy wzgardzić niebezpieczeństwem, czy uchodzić od niego?
Nie szło tu zresztą o osobę samego pana kawalera, choć i ta wielce mu była drogą, ale o sprawę, którą zdradzićby musiał, o zawód, jakiby uczynił. Jakkolwiek obrachowany i przygotowany do dorabiania się w świecie jakimkolwiek kosztem stanowiska, Simonis jeszcze poczuwał się do obowiązku wierności tej sprawie, której raz się był podjął.
Na słońcu i owiany powietrzem, spojrzawszy na wesoły świat, odetchnął jakoś swobodniej; groźba w ciemnych schodach na ucho mu rzucona przez ładną panienkę, wydała się czczym postrachem! Pięknej Pepicie przywidywało się chyba. Wszystko, co dotąd tu widział, okazywało taką obojętność, taką apatję jakąś, iż szpiegowanie obcych wydało mu się niepodobieństwem.
Poradzić się nie miał z kim.
Beguelin nie był człowiekiem do rady i nie budził zaufania: kapitanowi tak świeżo poznanemu zwierzyć się było niepodobieństwem. Simonis rozmyślał jeszcze, gdy na zawrocie z rynku, który przechodził powoli, spostrzegł owego milczącego staruszka, współtowarzysza podróży z zaciśniętemi usty, z którym razem przybył do Drezna. Przybrany był teraz daleko wytworniej i przedstawiał się jako poważny stary urzędnik, co najmniej radca gabinetowy, a mina z jaką poglądał na ludzi, świadczyła, że nad nich wiele wyższym się mniemał. Szedł z wolna, nie śpiesząc, opierając się na lasce z gałką złoconą, jak człowiek, który niema nic do czynienia i któremu wcale nie jest pilno. Oczyma powlekał po domach ulicy, przechodniach a niekiedy machinalnie sięgał do kieszeni, dobywał z niej tabakiery i pociągał hiszpanki, której ślady starannie z kamizelki strzepywał.
Zagadkowa ta postać postrzegła snadź i poznała towarzysza podróży, z uwagą w niego wlepiła oczy i zdawała się nawet chcieć przybliżyć. Simonis, nie doświadczywszy w drodze najmniejszej ze strony jego grzeczności, nie myślał wcale zabierać znajomości. Lecz, że z zasady był grzeczny dla wszystkich, pamiętając, iż go uczono, jako nigdy przewidywać nie można, kto kiedy komu przydać się może, mijając starego dziadka od orzechów, przyłożył rękę do kapelusza i pozdrowił go, idąc dalej.
Stary oddał ukłon ten daleko uprzejmiej, niż się po jego obejściu w podróży spodziewać było podobna, przyspieszył nieco kroku i dogonił kawalera.
Jakże panu podróż posłużyła? — zapytał dziwnym głosikiem cieniuchnym — jak się nasze Drezno podoba?
Zdziwiony trochę Simonis odparł, że czuł się zdrów, i że stolica Saksonji, którą znał mało, wielce mu się zdawała powabną.
— A tak! tak! my Drezdeńczycy, możemy się nią pochlubić — rzekł stary. — Jak mnie pan widzisz, z dziadów-pradziadów tutejszy jestem, rzadko wyjeżdżam, a i tym razem — tu zniżył głos — tym razem przypadkiem tylko byłem w Berlinie, odwiedzić chorego przyjaciela. Co gorzej — szepnął zafrasowany — będąc urzędnikiem, pojechałem bez pozwolenia, bez wiedzy moich zwierzchników, i radbym, żeby o tej podróży nie wiedziano wcale. Dlatego to ośmieliłem się go zaczepić. W przypadku, gdybyśmy się gdzie w świecie spotkali, obliguję mocno, abyście mnie nie wydali.
— A! panie — rozśmiał się Simonis — nie mam szczęścia go znać, mało gdzie bywam i wątpię, ażebyśmy się spotkali. Daleko prędzej inni towarzysze podróży.
— O! co! — rozśmiał się stary — to są ludzie ze sfer innych: rzemieślnik, aktorka z temi się pewnie nie znajdę, nigdy razem i o tych mi nie idzie.
— Co do mnie — rzekł Simonis — możesz pan być spokojny.
— Pan tu długo myślisz pozostać? — spytał stary — i jeśli wolno spytać, jaki cel jego podróży?
— Na pierwsze pytanie odpowiedzieć mi dosyćby było trudno — odparł Simonis — co do drugiego, odgadniesz pan łatwo. Jestem młody, szukam zajęcia. Nie znalazłem go w Berlinie, któż wie?
— Masz pan znajomych?
— Ziomków — rzekł de Simonis. — Jestem Szwajcar, nas wszędzie pełno. Piękny kraj nasz mało daje chleba, instytucje republikańskie pozbawiają nas dworu. Młodzież nasza służby po świecie szukać musi.
Stary słuchał z uwagą.
— Tak, tak! — rzekł głosem suchym — mamy dwór liczny, a jego ekscelencja pierwszy minister żyje też po monarchicznemu. Dlaczegoby się pomieszczenie znaleść nie mogło? Talenta pewnie są...
— Młodość! siły! ochota! — odpowiedział Simonis.
Rozmawiając tak, szli dalej ku bażantarni i już się znajdowali wśród pola, które przegradzało las od miasta, gdy w ulicy bocznej zjawił się kapitan Feulner... i niezmiernie ździwiony, zobaczywszy Simonisa w towarzystwie starego, podniósł obie ręce do góry.
— Jakto, panie radco, już i wy tego kawalera znacie? a to przedziwnie!
Twarz starego pobladła, jedną ręką dał jakiś znak mówiącemu, drugą machinalnie sięgnął, nic nie odpowiadając po tabakierkę.
Simonis stał zdumiony.
— Zupełnie przypadkowe spotkanie — odezwał się powoli radca — zupełnie przypadkowe: pierwszy raz w życiu! Ani ja nie wiem, z kim miałem honor rozmawiać, ani szanowny ten pan.
— A to więc chyba Opatrzność was zbliżyła — zawołał Feulner — pan radca Mentzel senior; kawaler Maks de Simonis. Mocno go panu radcy polecam: jest domownikiem baronowej Nostitz, to dosyć.
Radcy się twarz nieco rozjaśniła, ale usta stały zaparte. Feulner wnet zmienił przedmiot.
— A propos — dodał — ta dzierlatka, która nam przy stole swobodniej się rozgadać nie pozwoliła, przestrzegam cię, kawalerze, abyś się jej zbałamucić nie dał. Trzeba być ostrożnym. Dziewczyna choć synowica baronowej, a raczej jej męża, ale wcale odmienne ma przekonanie. Ciałem i duszą przy dworze. A umysł żywy! domyślne dziecko i zapalone. Więc miejcie się za ostrzeżonego.
Radca pochylił się do ucha kapitanowi, poszeptali coś z sobą i skłonił się raz jeszcze Simonisowi.
— Ale czy we trzech, moi panowie, bezpiecznie nam tak wędrować o białym dniu? jak myślicie? — zapytał.
— Panowie na to lepiej odpowiedzieć potraficie — odezwał się Simonis — ja się do ich rozporządzenia zastosuję.
Prawdę mówiąc i jemu się nie bardzo chciało narażać od czasu otrzymanej przestrogi; namyśliwszy się więc, dodał:
— Jak tylko taka wątpliwość zachodzi, czy nie lepiej iść z osobna?
Feulner ruszył ramionami.
— A, zapewne, chociaż to mi wszystko jedno.
— Mnie zaś — mruknął Mentzel — zupełnie nie jedno.
Simonis już podniósł kapelusik i dokoła się żegnał, nadrabiając uśmiechem, chociaż niebardzo był spokojny i niezbyt wesoły.
Na dobitkę stary Mentzel z myślą czy bez myśli, wskazując odkryty z miejsca, w którem stali, widok na Szwajcarję saską, rzekł niby obojętnie:
— Patrzcie-no, panowie, wszak to tam we mgłach, hen! hen!... widzicie, to Königstein.
— Tak, to Königstein — mruknął, ramionami ruszając, Feulner.
Simonis się mimowolnie zatrzymał.
— Ilu to tam człowiek miał i ma znajomych — mruczał Mentzel, jakby dla nauki Simonisowi — baron von Beneda-Netzky, siostrzeniec hrabiny de Bellegarde, z domu Rutowskiej. Wszak znajomy i wam, kapitanie Feulner.
— Towarzysz broni! — bąknął lakonicznie kapitan.
— Jan August Heerwagen, syn radczyni Hausius, już powtórnie; znajomy także.
— Od dzieciństwa! — rzekł kapitan.
— Kamerherr i oberstleitenant hrabiny Kolowrath, synowiec hrabiny Brühlowej; hm! — chrząknął stary.
— Czyż być może? — wyrwał się Simonis.
— Jak mnie pan widzisz żywym — odparł Mentzel spokojnie — ale mój regiestr wspomnień nieskończony. Hrabia Chrystjan — mówił dalej, jakby czytał z papieru — Traugott Holzendorf, syn hrabiego i nadradcy konsystorza, szwagier syna hrabiny Cosel, chorąży od dragonów, pewnie znajomy wam, panie kapitanie?
— Towarzysz broni — rzekł z pogardliwym uśmieszkiem Feulner.
— Dalej, czekajcie, panowie, mam jeszcze kilku, zaraz — mówił stary, stukając laską o ziemię — pułkownik Henryk Levin von der Osten, mówią, że skradł pieniądze pułkowe; ale kapitanie Feulner, czy też to być może?
— Trudno, bo od lat trzynastu pułki nasze żadnych pieniędzy nie widziały.
Mentzel począł się śmiać.
— Nie wiem o tem — rzekł — ale na honor, kilka jeszcze imion przychodzi mi na pamięć. Kapitan Peter Ernest L’Hermet, baron du Cailau, za jakąś historję adulterii et blasphemiaram! To jeszcze szczęście — dodał Mentzel — bo in puncto adulterii prosty człowiek głową nakładał wedle prawa, ale baronowie...
Feulner przerwał:
— Potwarz na niego rzucono: to mój przyjaciel.
— Winszuję — dokończył stary — ale to jeszcze nie koniec. Nie liczę panów von Roebel i von Zedtwitz, bo ci już muszą być wolni, ale nie mogę opuścić kapitana d’Elbée i junkra Abels, syna mojego dobrego przyjaciela pana radcy wojennego.
Kończąc to, wskazał jeszcze raz na Königstein, zdjął kapelusz i rzekł z przyciskiem:
— To... Königstein. Żegnam panów moich.
Kapitan wszedł w boczną ulicę, a Simonis pozostał sam jeden.


V.

Była godzina szósta rano. Okno gabinetu pierwszego ministra, wychodzące na ogród i na taras, na Elbę i zielone łąki u jej brzegów, było otwarte; świeże powietrze poranku niem się wciskało; wspaniały widok na Nowe Miasto, na dalekie góry stąd się roztaczał.
Brühl, który tylko co był wstał z łóżka i wdział przepyszny szlafrok z materji chińskiej, a na głowie miał peruczkę ranną bez pretensji, jedną z półtora tysiąca, jakie zawsze były w zapasie, patrzał machinalnie na krajobraz, ale twarz miał jakąś posępną i zamyśloną.
Na stoliku leżał list otwarty, do którego kilka razy powracał; brał go w rękę, czytał i rzucał z pewnym rodzajem gniewu, jakby go zrozumieć nie mógł.
Na twarzy wszechwładnego ministra lata ubiegłe mało zostawiły śladu: miała ona jeszcze jakiś fałszywy odbłysk młodości, chociaż zarysowywały się na niej fałdy i cera przybierała ten pozór miękkiego grzybka, którym piętnuje człowieka znużenie i zużycie.
Na zegarze Nowego Miasta właśnie dobijała szósta.
Gabinet był widocznie do pracy i dla interesów przeznaczony. Ogromne biuro cylindrowe, w tej chwili otwarte, pełne stało porozrzucanych papierów, na stołach także leżały pliki. Brühl zdawał się oczekiwać na kogoś. Zapukano do drzwi i gdy się te otworzyły, wsunął się raczej niż wszedł o kiju, nogami już powłóczący, zestarzały, z dobrotliwym uśmieszkiem na ustach, w szarym długim cywilnym surducie pater Guarini.
Brühl podbiegł prędko i, chwyciwszy go za rękę, pocałował w nią, a Jezuita dotknął ustami jego ramienia i oczy nań podniósł z wolna.
Minister podsunął mu krzesło, które starzec zajął prędko.
— Piękny dzień — rzekł cicho — bellissima giornata.
— Tak — bezmyślnie odparł minister, który stanął przed nim — ale i piękne dni chmury mają. Nim nadejdą ci, których wezwałem, kochany ojcze, nie mam dla ciebie tajemnic; spojrzyjcie, co Fleming już mi po raz drugi z Wiednia pisze.
Ojciec Guarini dobył szybko okularów i, włożywszy je, z uwagą podane pismo odczytywać zaczął. Na twarzy jego przebiegały niezrozumiałe jakieś wrażenia, które pismo wywierało; wykrzywiała się, przeciągała, marszczyła; ale, nie rzekłszy słowa, ramionami ruszył i, list oddając Brühlowi rzekł:
— Nie rozumiem.
— Ja także — ręce rozkładając szeroko, zawołał minister — potwarz, intryga, chęć pochlubienia się wielką zręcznością; kłamstwo może.
— Nie, Fleming by nie kłamał — dodał pater Guarini — słyszałem u królowej, że jej coś podobnego pisano z Wiednia.
Brühl się nasrożył.
— Cóż to do królowej jejmości należy?
— Ona się też do tego nie miesza — rzekł ojciec — ale gdy jej piszą... Mój Brühlu, zdrajców jest pełno, mogą być i u ciebie.
Zamilkł na chwilę i dodał:
— Dio mi guardi da quella gatta, che davanti mi lecca e di dietro mi sgraffia... (Niech mnie Bóg strzeże od takiego kota, który z przodu mnie liże a z tyłu mnie drapie).
Zapukano do drzwi i pogodna, roztropna, pełna sprytu, ale niemiłego wyrazu twarz wice-królem zwanego Globiga ukazała się we drzwiach. Z nim razem szedł drugi powiernik ministra, Hennicke.
Brühl odwrócił się ku nim.
— Panie radco — odezwał się do ostatniego — uczyńcie mi tę grzeczność, zapowiedźcie, aby nikogo nie wpuszczano tu więcej. Tajemnica status... wezwałem panów na poufną radę.
Hennicke na chwilę się wychylił i powrócił nie mniej szybko.
— Nim zaczniemy o tem mówić — odezwał się Brühl z powagą przybraną i wymuszoną — proszę panów, abyście te dwa listy hrabiego Fleminga odczytali. O pierwszym nie mówiłem nikomu, lekce to ważąc, drugi nas zmusza do narady.
Globig z wprawą człowieka, który długiego pisma nie potrzebuje całego czytać, by odgadł treść jego, szybko przebiegł oczyma podane sobie papiery. Stojący za nim Hennicke; zmrużywszy oczy, oblizując się, również szparko szukał treści... Brwi mu się namarszczyły. Ojciec Guarini wpatrywał się w obu, milcząc.
— Krótko mówiąc — podchwycił Brühl — rzecz jest następująca: Fleming donosi nam z Wiednia, jako rzecz pewną, niezawodną dowiedzioną, że wszystkie nasze depesze tajemne, jakie odbieramy od posłów z Wiednia, z Petersburga, Paryża, Londynu, słowem zewsząd... w kopiach są z naszej kancelarji udzielane sekretnie do Berlina.
Globig wykrzyknął:
— Kłamstwo, to nie może być!
— Nie może być! — ponuro powtórzył Hennicke — a naprzód, jakżeby o tem wiedziano w Wiedniu?
Brühl mówił dalej namarszczony:
— Kancelarja cesarzowej jejmości ma, albo przynajmniej chwali się takimi stosunkami, iż wie, jak trawa rośnie w Berlinie i co jego królewska mość Fryderyk II wieczorem w Sans-Souci mówi generałowi Lentulusowi na ucho!
Ruszył ramionami.
— Cesarzowa, jak mi pisze Fleming, obawiając się, czy wiedeńskie depesze po drodze gdzie nie są przejmowane, nakazała najsurowsze śledztwo; czyniono je w Wiedniu i w Pradze: najmniejszego nie znaleziono śladu.
— Ale i u nas się nie znajdzie śladu — zawołał Globig gorąco — mnie idzie o mój i o honor moich urzędników. To wprost być nie może. Szafa, w której się mieszczą depesze sekretne dyplomatyczne, jest pod moim kluczem, klucz ten na chwilę mnie nie opuszcza.
To mówiąc, Globig dobył z kieszeni pęk i wskazał misterny spory klucz, który natychmiast schował.
— Depesze — dodał żywo — mogą być gdzieindziej łapane; nie wiem... ale nie z pod tego klucza. Co więcej, szafa stoi w sali, w której kilku kancelistów pracuje. Tajny kancelista Mentzel prawie jej nigdy nie opuszcza.
— A jednak... — rzekł Brühl.
— A jednak — powtórzył Guarini — si muove qualche cosa.
Hennicke rękoma strzepnął jakby z rozpaczy.
— Rzecz dla nas najwyższej wagi — mówił Brühl — nieskończonej doniosłości... Jeżeli w Berlinie wiedzą o układach, traktatach, umowach... cały nasz plan rozbić się może.
— Ba! — przerwał Hennicke — w Berlinie czego nie wiedzą, to odgadną. Szpiegostwo jest tam, jakiem się żadna stara ani młoda monarchja poszczycić nie może.
— Przepraszam cię, panie radco — odezwał się Brühl. — Cesarzowa jest jeszcze zręczniejszą od Fryca, bo Fritz u nas kradnie depesze, a ona odkradzione otrzymuje od złodzieji. Toć przecie jeszcze większa sztuka. U nas, przypuściwszy, że się coś podobnego dzieje, łatwo ze szlachetności naszej, dobrej wiary i zaufania korzystać, ale podchwycić u Fritza! Ha! ha!
Guarini się rozśmiał, Globig i Hennicke stali milczący.
— Jednakże — odezwał się Guarini — powinniście się w ludziach waszych rozpatrzyć; Fleming i Kaunitz kłamać nie mogą a dar la lattuga in guardia ai paperi (zamknąć wilka w oborze)...
— Nie może być! — zawołał Globig — wszystkich w myśli przebiegam, na nikim cieniu podejrzenia widzieć nie mogę.
— Ani ja — rzekł Brühl, przechadzając się. — Ta denuncjacja nie od dzisiejszego dnia datuje; psują mi nią uszy dawno. Prosiłem Kaunitza, aby mi na dowód przysłał z tego źródła choć by jedną depeszę... odmówił.
— To dowód, że prostym wierzą plotkom — zawołał Globig — u nas zdrajcy być nie może.
Jezuita się uśmiechnął.
— O sancta simplicitas! — rzekł cicho — Chrystus miał kilkunastu apostołów i wśród nich znalazł się zdrajca; wy macie kilkuset urzędników i ręczycie, że między nimi niema Judasza!
Zamilkli wszyscy.
— Mości panowie — odezwał się Brühl — jeżeli tajemnice gabinetu naszego zdradzone zostaną; jeżeli zawcześnie, nim cesarskie wojska zbliżą się ku granicom, a francuskie wysłane zostaną, Fritz zwietrzy robotę naszą; jeżeli się domyśli, jaki ja w tem udział miałem: Saksonja ucierpieć może...
Chwilę chodził niespokojny.
— Nie żebym się obawiał tego królika, którego korona pozłacana jeszcze wyschnąć nie miała czasu. Prusy... nie podołają nam, monarchja ta z rzędu mocarstw europejskich wymazaną być musi. Tak jest. Zachodzi fizyczne niepodobieństwo, ażeby się nam Fritz obronił. Liczmy... Austrja daje sto osiemdziesiąt tysięcy żołnierza z Piccolominim i Bour’em. Sto czterdzieści tysięcy Rosjan idzie już ku granicom, tyluż mieć będziemy Francuzów, naszych Sasów niech tylko dwadzieścia do trzydziestu tysięcy, Szwedów osiemnaście; złączonej armji cesarstwa dwadzieścia, Wirtemberczyków dwanaście... proszę zliczyć... Przypuszczam, że Fritz wypędzi do ostatniego parobka i złoży półtorakroćstotysięczną armję. Jakże się potrafi oprzeć napaści ze trzech, ze czterech stron? Jest zgubiony — mówił żywo Brühl — to rzecz oczywista, na dłoni... ani pieniędzy, ani ludzi, ani żywności nie ma. Zgubiony, powtarzam... Ale trzeba, aby nasze plany dojrzały, abyśmy mieli czas nastawić pułapkę na tego szczura.
Guarini patrzał na mówiącego z uwagą. Minister się rozgrzewał, zapalał i zwycięstwo już go zawczasu rozpromieniało. Globig i Hennicke słuchali, potrząsając głowami.
— Na wszelki wypadek — odezwał się Globig nieśmiało — o naszem wojsku pomyślećby też potrzeba.
— Zawcześnie jeszcze — rzekł lekceważąco Brühl — zawcześnie. Fleming mi zaręcza, że w ciągu tego roku nic się nie pocznie, mocarstwa sprzymierzone planu jeszcze nie zakreśliły i tak rychło na Prusy nie napadną. Czego się mamy spieszyć? Wojsko nasze jest w stanie świetnym, zaręczał mi to generał Rutowski; sam widzę...
Doradcy zamilkli.
— Do wiosny nie mamy się wcale czego lękać; czas jeszcze na wszystko.
Domawiał tych wyrazów, gdy do drzwi pukać zaczęto.
Brühl się rozgniewał.
— Mówiłem, by nie wpuszczano nikogo.
Hennicke pobiegł do drzwi i wrócił z kopertą, wielką pieczęcią zalepioną.
— Depesza z Wiednia!
Niecierpliwie ją rozpieczętowując, Brühl poszedł do okna. Ze zwykłą sobie szybkością przebiegł ją oczyma; ojciec Guarini, który na niego patrzał, dostrzegł, że brwi mu się ściągały.
— Oni tam w Wiedniu jakiejś dostali gorączki — odezwał się Brühl — Fleming mi donosi, że król pruski zapytuje już ich o przyczynę przygotowań wojennych. Zwietrzył więc coś... Mogą mu odpowiedzieć przecież, że żadnych nadzwyczajnych nie robią. Ruchy wojsk zawsze się dają tranzlokacją tłómaczyć.
— Wszystko się daje tłómaczyć — szepnął Guarini — ma questo diavolo niczemu nie daje wiary.
Minister chodził po pokoju zamyślony, jakby już myślami był gdzieindziej. Globig i Hennicke szeptali między sobą.
— Radco Globig — odezwał się Brühl — proszę o największą tajemnicę co do naszych depesz; ale trzeba mieć oko na wszystkich, na wszystkich... Czas, abyśmy i my, jak Fritz, nauczyli się nie wierzyć nikomu.
Hennicke przyszedł coś mu poszepnąć do ucha.
Guarini, oparty na lasce, dumał milczący. Globig ręce pod frak włożywszy, przechadzał się po gabinecie. Milczenie trwało dobrą chwilę, poczem wice król z Hennickiem, pożegnał się i wyszedł.
Brühl, ziewając, padł na kanapę, na białych rękach składając znużoną głowę.
Ojciec Guarini patrzał na niego z jakiemś uczuciem, którego natury trudno było odgadnąć.
— A — odezwał się Brühl — służba ta prawdziwy krzyż, ludzie zazdroszczą, nikt nie wie, co ona kosztuje i jak cięży. Ma to pozory świetne, a ani chwili pokoju.
— Onus pro peccatis! — uśmiechnął się Jezuita — dałbyś pokój, jam to już słyszał... Cóż dziś? opera, koncert, polowanie, strzelanie do celu?...
Brühl spojrzał na notatkę, leżącą na stole.
— Opera — rzekł.
— A! to moja sprawa potrosze — począł Guarini — alem ja już ociężał nawet do tego. Namby nowych sił potrzeba, nowych śpiewaków i śpiewaczek.
— Król starych swych lubi najbardziej.
— Ale ci chrypną coraz, jak ja — dodał Guarini i wstał powoli z fotelu.
— O której idziesz do króla?
— Jak zwykle, przed dziewiątą.
Guarini zabierał się do wyjścia, Brühl go przeprowadził aż do drzwi salonu. Zaledwie wrócił do gabinetu, gdy bocznemi drzwiami wsunęła się niepocieszna figurka. Liberja królewska wskazywała, że to był prosty lokaj z przedpokoju, ale lokaje naówczas nadzwyczaj ważne grali role.
Z większą daleko uprzejmością, niżby się spodziewać było można, Brühl się zbliżył do wygalonowanego służalca.
Był to jeden z tych, co pod pozorem służby króla jegomości pilnowali, aby się do niego nikt docisnąć nie ważył, nikt nie przemówił, nikt papieru nie podsunął. Po cichu poszeptał z ministrem i zniknął.
Szeregiem potem zjawiać się zaczęli: brat ministra tajny radca Fryderyk Wilhelm, za nim wielki koniuszy dworu Jan Adolf Brühl, generał Brühl, szwagier ich Berlepsch, hrabia Kolowrath i mnóstwo innych kreatur wszechmogącego człowieka. Każdy jakiś raport, żądanie, radę, plotkę przynosił.
Na srebrnych tacach przyniesiono jeden list od hrabiny Moszyńskiej, drugi od hrabiny Sternberg, żony posła austrjackiego. Na chwilę zjawił się też z uśmiechem na ustach, piękną i pełną życia twarzą młody syn ministra Alojzy, a gdy wszystko to przeciągnęło, i trzy kwadranse na ósmą zegar wydzwonił, czas się było ubierać. Tualeta zajmowała okrągłą godzinę, a przed dziewiątą Brühl już u króla być musiał.
Gdy czas ten nadchodził, August się niecierpliwił, patrzał na drzwi, brakło mu faworyta i rad też był odbyć swą pańszczyznę, to jest popodpisywać, co mu przynoszono do podpisu.
Ceremonja ta odbywała się codziennie jednakowo: August, zobaczywszy stos papierów, wzdychał, siadał do stolika, próbował pióra i, nie zaglądając wcale, ani pytając o treść aktów, z wielką pilnością a żwawo opatrywał je w podpisy. Z twarzy jego królewskiej mości widać było, iż czuł, jak ogromnie pracował. Czasem za dwudziestym „Augustem“ wzdychał i spoglądał na Brühla. Brühl się uśmiechał z kondulencją.
— Trudy panowania, Najjaśniejszy Panie — szeptał.
I król, westchnąwszy raz jeszcze, pisał dalej z wielkiem poczuciem świętego obowiązku, jaki spełniał.
Tego dnia też zupełnie się to prawidłowie odbywało. Ojciec Guarini, przypatrując się manipulacji tej, na stołeczku siedział.
Za piętnastym podpisem jakby go co tknęło, August podniósł dobroduszną twarz i spytał żywo, jak zwykle:
— Brühl, mam ja pieniądze?
— A jakże, Najjaśniejszy Panie!
Szło tedy dalej swym trybem.
O Austrji, o przymierzach, o Fritzu i tym podobnych fraszkach wcale tu mowy nie było.
Gdy ostatni arkusz został podpisany, królewska twarz wyjaśniała się wyraziźcie, oczy zabłysły, rzucił pióro i wstał z pewnym rodzaju tryumfu, po dokonaniu wielkiego dzieła.
— Brühl — rzekł — teraz o najważniejszych sprawach... Potrzebuję pieniędzy; Giovanni mi cuda obiecuje z Bolonji. Ten obraz Bagnacavalli znam, trzeba mi go nabyć koniecznie; Algarotti ma też piękne rzeczy.
— Algarotti za wiele żąda za nie — odezwał się minister.
— Za takie cuda i arcydzieła sztuki za wiele żądać nie można! — rzekł August żywo. — Crespi kupił dla mnie Ninusa i Semiramidę Guido Reniego. Trzeba się za to księdzu kanonikowi wywdzięczyć. To arcydzieło!
I mówiąc to, król ręce złożył jak do modlitwy.
— Wszystkie rozkazy Waszej Królewskiej Mości będą spełnione — rzekł z niskiem ukłonem minister.
— Inne wydatki... fraszka, mój Brühl; ale ty to pojmujesz! to sposobności jedyne: drugi raz się nabycie takie nie trafi... Ja to muszę mieć...
— Wasza Królewska Mość będziesz to miał...
— Dziesięć tysięcy skudów to nic! to bagatela za takie arcydzieło.
Brühl potakująco głowę schylił.
— Najjaśniejszy Panie — przerwał, zbliżając się Guarini — dziś mamy Cleofidę.
— A! a! — zawołał August — bardzo lubię tę operę, ale Solimana więcej jeszcze. Hasse w nim sam siebie przewyższył, Amorevoli, Monticelli, Puttini i „la diva“ jak w nim śpiewają!
Twarz królewska przybrała taki wyraz błogości, ekstazy, zachwytu, iż tylko Guarini i Brühl mogli na to pełne, okrągłe oblicze, żywym rumieńcem oblane a tak dziwnie rozpromienione patrzeć bez uśmiechu politowania i szyderstwa.
Rozmowa i zachwyt zmęczyły wreszcie najjaśniejszego pana który fajkę sobie podać kazał. Siadł w krześle i z oddaniem się tej nowej fantazji dym z niej łapczywie puszczać zaczął. Nie godziło mu się błogiego tego a niewinnego zajęcia przerywać nudziarstwem politycznem. Brühl przystąpił do ucałowania ręki pańskiej i zniknął.
W przedpokoju zaleciwszy mocno, aby nikt nie śmiał pokoju najjaśniejszego pana zamącić i aby doń nie dopuszczano nikogo, Brühl pojechał z zamku do hrabiny Moszyńskiej.
Nieubłagane lata, które się tak łaskawie obeszły z samym Brühlem, nieskończenie surowsze były dla pięknych pań, które niegdyś ozdoby saskiego dworu stanowiły. Ale hrabina Moszyńska, mimo dojrzałości, piękną jeszcze była, jak żyjąca dotąd jej matka, która dobrowolnie teraz na stolpeńskim zamku dożywała dni swoich.
Była ona Egerją tego Numy w peruce i gdyby nie owe czasy i nałogi z pod których wpływu i ona oswobodzić się nie mogła, byłaby może łodzią saską pokierowała baczniej i szczęśliwiej, niż ten co stał u jej steru, myśląc tylko o pieniądzach na zbytki i pokrycie przed królem tego, co się działo w kraju.
Około południa już z pałacyku Moszyńskiej minister do domu powracał.
Tu z przepychem królewskim, z usługą strojną i wygalonowaną podawano obiad, który się ciągnął godzin parę. Dnia tego czekały na smakosza sprowadzone z Paryża i Strassburga pasztety, gdyż łakocie zwożono mu z całego świata, a czekolady musiał mieć z Rzymu.
Właśnie wstawano od stołu, przy którym oprócz pięknej jeszcze, majestatycznej hrabiny, królowała też hrabina Sternberg a kilku cudzoziemców zaproszonych dowcipami je zabawiało, gdy żona ministra dała mu znak, że z nim ma coś do pomówienia na osobności.
Stosunek tego małżeństwa zmieniły lata również jak fizjognomje: hrabina przestała okazywać mężowi tej rodzaj wzgardy i lekceważenia, jakim go zrazu od siebie odpychała. Pewien rodzaj rozejmu zawarty został między niemi i żyli na stopie, jeśli nie bardzo czułego małżeństwa, to przynajmniej dobrych i wyrozumiałych na wzajemne słabości przyjaciół. Brühl potrzebny był hrabinie, hrabina niemniej mężowi; zbliżali się więc, oddalali, widywali częściej lub rzadziej, ale powierzchownie było to pożycie dwojga małżonków wielkiego świata, takie, jakich naówczas trafiało się tysiące.
W charakterze i obyczaju ministra była najwyszukańsza grzeczność, okazywał ją nawet tym, na których zgubę pracował; szafował nią dla wszystkich wogóle i tak nawykł do niej, że chcąc nawet może, zupełnie grubiańskim i ostrym okazaćby się nie mógł. Dla hrabiny zawsze był nadskakującym.
I tym razem pobiegł posłuszny na skinienie. Piękna pani stanęła w gabinecie, wsparta z wdziękiem na kominie marmurowym. Brühl w wyszukanej pozycji, gotów na rozkazy, stał przed nią.
— Co mi Frania rozkaże? — zapytał.
— Mam prośbę, nie rozkaz.
— Prośby jej są rozkazami...
Hrabina ramionami ruszyła.
— Musisz mieć miejsce sekretarza wolne?
Brühl spojrzał zdziwiony.
— Ośmiu ich jest, a dziesięciu na wakanse czeka.
— Niech czekają! — rozkazująco odezwała się Brühlowa — otaczasz się Sasami, którzy cię zdradzają wszyscy... Ja mam młodego, bardzo zdolnego człowieka, którego mi Blumli zalecił. Widziałam go, podobał mi się, ręczę; będzie ci użytecznym.
Chwilę milczał Brühl, podniósł powoli głowę.
— Ale czyż koniecznie ma być sekretarzem? — rzekł — ci panowie nadto o sobie mówić dają. Nie będę ci czynił przykrości, przypominając Seyferta.
Hrabina zżymnęła się na to imię i zarumieniła.
— Daj mi z tem pokój — zawołała. — Chcesz go wziąć czy nie?
— Ale niechże go poznam i zobaczę — rzekł Brühl zafrasowany.
A po chwili dodał cicho:
— Gdybyś też cokolwiek, cokolwiek mogła być ostrożniejszą.
Brühlowa ruszyła ramionami i odeszła od komina milcząca. Gniew widać było na jej twarzy.
— Mniejsza o to — odezwała się — miejsce dla niego znajdziemy. Proszę mi wierzyć, tu nie idzie o żadne fantazje, choć mam prawo je mieć i nie zapieram się ich wcale. Waćpan potrzebujesz wierniejszych sług, niż ich masz tutaj. Sasi cię wszyscy zdradzają. Głośna to rzecz w Wiedniu, że stąd depesze przedają do Berlina...
Brühl ręką dał znak gwałtowny, aby zamilkła.
— Ani słowa o tem! — odezwał się — bardzo proszę. Skąd pani wiesz?
Brühlowa nie odpowiedziała, zakręciła się po gabinecie, wzięła ze stolika wachlarz, przejrzała się w zwierciadle i posunęła ku salonowi, urywając rozmowę.
Lecz Brühl nie dał jej wyjść z tym złym humorem.
— Niech mi go Blumli jutro rano przyprowadzi!
Hrabina na znak zgody głową tylko skinęła i nucąc, wyszła do salonu.
Brühl, otoczony dworem swym, już rozpoczynał rozmowę tak obojętną, jakby mu nic nie ciężyło na głowie.
Cudzoziemców prowadzono do ogrodu galerję oglądać.


VI.

Kawaler de Simonis jeszcze rozmyślał o niespodzianem tego ranka spotkaniu z hrabiną Brühlową, które Blumli urządził, wcale mu o tym wprzódy nie mówiąc, gdy kartka nadeszła po obiedzie, że jutro rano przedstawić się ma ministrowi.
Wszystko to działo się jakoś tak szybko, tak mimo woli naszego kawalera iż sam dobrze nie wiedział, co począć z sobą, a oprzeć się, nie ściągając na siebie podejrzeń, nie było podobna. Blumli aż nadto uprzejmy, nie obiecawszy mu nic, nie oznajmiwszy rano tego dnia, zaprowadził go z sobą do ogrodu Brühla. Miało to pozór spokojnej przechadzki, wśród której znaleźli się niespodzianie w kiosku. Hrabina Brühl właśnie się po nim przechadzała sama jedna w rannym stroju. Blumli przedstawił jej swojego ziomka i przyjaciela.
Simonis z pewnych oznak domyślił się łatwo, iż spotkanie było przygotowane, umówione. Rozmowa hrabiny zdradzała co chwila, że o nim wiedziała wprzódy.
Chociaż duma i ton pański nigdy owej niegdyś tak pięknej a dziś jeszcze dosyć miłej Frani nie opuszczały, dla kawalera de Simonis okazała się bardzo uprzejmą. Ładny chłopak ujął ją widać młodością swą i łagodnym twarzy wyrazem. Zaczęła go rozpytywać o przeszłość, z której cały ostatni rok spędzony w Berlinie utaił jakoś kawaler, pokrywając go ogólnikiem podróży po Niemczech; potem badała o zdolności, o upodobania, o powołanie, jakieby był życzył obrać sobie. Simonis, zawsze nadskakujący kobietom, tym razem jeszcze był staranniej grzecznym dla żony pierwszego ministra. Usiłował się jej podobać, może już nie w widokach i rachubach przyszłości, ale przez próżność samą. Udało mu się to zupełnie: hrabina się ożywiła, pół godziny trzymała go na rozmowie, paliła go oczami czarnemi, które nie straciły blasku, czarowała dowcipem, była naprzemiany złośliwą, czułą, mądrą, smutną i wesołą; a że w tym rodzaju kobiety kawaler de Simonis w życiu jeszcze nie spotkał, wziął to zjawisko za coś cudownego.
Gdy hrabina wreszcie, rzuciwszy nań urok ten, odeszła rada z siebie, Simonis długo stał w miejscu, jak wkuty, nie mogąc się ruszyć, nie umiejąc przemówić i Blumli musiał go uderzyć po ramieniu, aby do przytomności przywrócić.
Spojrzeli sobie w oczy: Blumli śmiał się z politowaniem starego strzelca, który spogląda na pierwszy raz w pole wychodzącego fryca.
— Kochany Maksie — rzekł — a jakżeś ty młody jeszcze!
— Jakto? dlaczego? — odparł Simonis.
— Jesteś zachwycony...
— Ale jakże nim być nie mam! Kogożby ten blask nie olśnił...
Blumli ramionami ruszał, wziął go pod rękę i wyszedł z nim do ogrodu.
— Mój drogi Maksie — rzekł — niezmiernie szczęśliwy jestem, żem ci mógł sprawić przyjemność, chociaż postąpiłem podstępnie trochę. Nie miałbym sumienia teraz gdybym cię nie ostrzegł o niebezpieczeństwie. Hrabina Brühl, to wszystkim wiadomo, kochała raz w życiu człowieka, który umarł na Koenigsteinie. Z tą miłością zmarło jej serce, odtąd miewa fantazje. Możesz być bohaterem jednego z tych małych poematów... ja byłem nim też i widzisz, jakie z tego szczęście wyniosłem. Życie mi obrzydło, świat zmierziłem... Seyfert o którym pewnie słyszałeś z pokoju hrabiny, gdzie spędzał słodkie godziny, dostał się pod pręgierz na Nowym Rynku... O innych nie mówię.
Zamilkł. Simonis szedł z głową spuszczoną.
— Proszę cię, nie odejmuj mi złudzenia — rzekł — jeśli to ma być złudzeniem tylko.
— Gorzej, niż złudzenie, bo nader smutna rzeczywistość, pokryta trochą świecideł. Lecz młodość jest ciekawą nowych krajów... dlaczegożbyś i ty nie miał się puścić, jak Förster, na odkrycia, jeśli się rozbicia okrętu nie lękasz i zjedzenia przez dzikich.
Przechadzali się jeszcze dosyć długo, aż Simonis powrócił do domu, pożegnawszy przyjaciela. Tu ledwie miał czas zebrać myśli, gdy odebrał bilet, oznaczający na jutro godzinę przedstawienia się ministrowi.
Opanowała go jakaś niepewność i trwoga, jak ma postąpić. Pod nogami jego coraz grunt zdawał się mniej bezpiecznym. Z jednej strony groziło odkrycie jego posłannictwa, z drugiej tajemne doniesienie do Berlina o stosunkach, które tam mogły wzbudzić podejrzenie. Hrabina w rozmowie z nim napomknęła już, iż mógłby łatwo za jej pośrednictwem otrzymać posadę sekretarza o którą się tak ubiegano. Wiodła ona w najgorszym razie do stanowiska urzędowego, do dostatków, do dostojeństw. Simonis w razie, gdyby mu ofiarowano to miejsce, ani wiedział czy je może przyjąć i czy je bezpiecznie odrzucić. W tej niepewności, nie mając nikogo, zbiegł na drugie piętro do baronowej, aby jej wszystko wyznać i z nią się poradzić.
Była to godzina w której szanowna matrona, pieska trzymając na kolanach, po obiedzie odprawiała drzemkę w sorgenstuhlu wygodnym. Przerywać się jej nie godziło nikomu.
Wygodne to krzesło stało obok saloniku w sypialni, od której drzwi były przymknięte. O tem wszystkiem, pukając u wnijścia, Simonis nie wiedział wcale, a że głucha Gertruda drzemała także, pukać musiał długo, nim się po cichu otworzyły drzwi i baronówna Pepita, która także czekała na przebudzenie stryjenki, ukazała się w całym blasku zdumionym oczom pana Maksa.
Nie mogło na świecie być skuteczniejszego lekarstwa przeciwko urokom hrabiny Brühlowej nad tę świeżą, jak podmuch wiosny twarzyczkę, z której tryskał dowcip i szlachetność. Simonis stanął jak przykuty...
— Stryjenka śpi — odezwała się baronówna wpół cicho — ale za pięć minut Fidel się obudzi i ona także nigdy nie drzemie dłużej. Jeśli pan chcesz widzieć się z nią, chodź i cichuteńko posiedź ze mną w saloniku.
Simonisowi zdało się to znowu najwyższem szczęściem.
Miał tę młodzieńczą żywość wrażeń, które dozwalają co pół godziny uwielbiać inną piękność z najmocniejszem przekonaniem, że obojętność byłaby grzechem... Niebieskie oczy Pepity zupełnie zatarły wspomnienie owych czarnych, około których, niestety, snuła się już tkanka pajęcza przyszłych zmarszczek. Weszli więc razem do saloniku po cichu.
Baronówna czuła się w zastępstwie gospodyni powołaną do bawienia gościa.
— Gdzieżeś pan był? kogo poznałeś? — zapytała.
Simonis przyznał się prawie do wszystkiego, do przyjaciela Blumli, a nawet do rannej rozmowy z hrabiną i jutrzejszego przedstawienia u Brühla.
— Jakże pan to pogodzisz — zapytała go śmiało Pepita — z innymi obowiązkami?
I spojrzała mu w oczy z dziecinnem zuchwalstwem.
— Z jakimi? — zapytał Simonis.
— Z tymi, o których mu mówić nie wolno, choć mnie się ich niepodobna domyśleć.
Simonis stał zmieszany, udając, że nie rozumie; Pepita śmiało patrzała mu w oczy. Nie było to płoche dziecko, pomimo pozoru niedoświadczonej młodości. Matka surowa wychowała tę jedynaczkę, wlewając w nią swoją duszę, i Pepita dojrzalszą była od rówieśnic swoich. Umysł jej poważny dziwił wszystkich, a kawaler Simonis, jeszcze nie mając sposobności poznać go lepiej, już ulegał jego sile i dziwnie czuł się małym, onieśmielonym przy tem dziewczęciu.
Pytanie, które mu zadała, było dalszym ciągiem przestrogi na schodach rzuconej. Oczy, zwrócone nań, z politowaniem jakiemś go badały.
— Nie wymagam od pana wyznań żadnych — dodało dziewczę — ale mi was żal szczerze. Możecie uniknąć niebezpieczeństwa, o którem mówiłam; ale jakże z dobrej woli rzucać chcecie w otchłań taką? I co was zmusza do tego?
Zapytanie było zuchwałe, a młodość dziewczęcia czyniła je niepojętem.
— Będę z panem bardzo otwartą, bobym pana uratować chciała — mówiła, zmierzywszy go oczyma, baronówna. — Nie potrzeba było wielkiej przenikliwości, ażeby odgadnąć, z czem pan tu przybyłeś. Stryjenka jest rodem z Prus, sprzyja Prusakom i życzy dobrze Fryderykowi. Wszyscy, co stamtąd do niej wylądowują, są posłańcami Fryderyka. I pan nim jesteś.
— Pani! — przerwał Simonis — pani się mylisz, król mnie tu nie posłał.
— Król, czy hrabina de Camas, od której list miałeś, to wszystko jedno — żywo kończyła Pepita. — Przybyłeś tu nas badać, o nas donosić.
Simonis się zarumienił.
— O! przecież ja was nie wydam — zawołało dziewczę — bo bym stryjenkę zgubiła... a was mi żal bardzo.
— Pani! — zaprotestował Simonis.
— Nie mów pan nic, nie uwierzę — mówiła baronówna — to jasne, jak na dłoni. I w tem położeniu będąc, starasz się o miejsce u ministra, o wciśnięcie się tam, o zdobycie naszych tajemnic, aby je wydać nieprzyjacielowi.
Simonis stał struchlały: słów mu zabrakło, twarz jego bladością się okryła.
— Cóż mi do tego? — odezwała się, lekko ruszając ramionami Pepita — co mi do tego? Powinnabym milczeć i nie wdawać się wcale w sprawy cudze; ale powtarzam: młody pan jesteś, żal mi go. Niesiesz głowę swoją na ofiarę nie dla kraju, bo to kraj nie wasz, nie dla wiary, nie dla rycerstwa i sławy, ale dlaczego? dlaczego?
Założyła ręce i pilno patrzała mu w oczy. Nigdy w przykrzejszem położeniu nie był jeszcze Simonis, nawet gdy Ammon za drzwi go wypędził grubiańsko. Stał i milczał.
Piękna Pepita z założonemi rękoma, jak sędzia surowy, nie spuszczała go z oka; niekiedy lękliwie spojrzała tylko ku drzwiom za któremi spała stara baronowa, jakby się lękała jej przebudzenia i chciała mieć czas do dokończenia tej przykrej rozmowy.
Simonis miął kapelusz w ręku.
— Pojmuję zresztą — odezwała się baronówna — służbę czyjąkolwiekbądź, gdy się służyć musi; ale dwom nieprzyjaciołom służyć, jest to narażać się na to, aby jeden z nich na was się pomścił. O! żal mi was! żal mi was! — dodała potrząsając główką.
— Daję pani słowo — zebrał się na odpowiedź Simonis — że u nikogo nie przyjąłem służby, a u hrabiego Brühla ani się jej mieć spodziewam, ani podobna, żeby mi ją ofiarowano.
— Owszem, masz pan wszystko za sobą, jesteś cudzoziemcem — z bolesnem uśmieszkiem dodała piękna panna. — My Sasi nawykliśmy do tego, że nad nas przenoszą wszędzie Marcolinich, Cerrinich, Piatich, Chiaverich, Guarinich i nie wiem tam kogo jeszcze. Tytułem dla was, że nie tutejsi jesteście. Jeśli jutro Brühl wam da miejsce, których nie brakuje, cóż dalej, kawalerze de Simonis? komu się sprzeniewierzycie?
Nielitościwe dziewczę mówiło z coraz większym zapałem i niemal ironiczną pogardą.
Pod pręgierzem jej oczu stał nieszczęśliwy, wijąc się i męcząc.
— Pani — zawołał — nic się jeszcze nie stało: ja jutro reprezentuję się ministrowi, a wieczorem opuszczę Drezno.
Dziewczę spojrzało nań.
— O! tej siły mieć nie będziecie! — rzekła. — Cóż mnie do tego! radziłabym wam tymczasem tylko jedną obrać drogę i prostą, bo dwiema nigdzie nie zajdziecie.
To mówiąc odwróciła się szybko i przeszła w drugi koniec salonu. Simonis, odebrawszy tę naukę, stał w milczeniu ponurem. Kilka razy spojrzał ku niej, ale jej oczu nie spotkał; unikała widocznie wejrzeń jego, patrząc po ścianach i przyglądając się ze zbytnią uwagą sylwetkom na nich pozawieszanym. Kawaler się namyślał, co ma począć i już nawet zabierał się do wyjścia, nie czekając przebudzenia baronowej, gdy drzwi od drugiego pokoju otworzyły się powoli: wtoczył się naprzód tłusty Fidel, a za nim zdziwiona nieco gośćmi, którzy czekali w salonie, staruszka. Zobaczywszy synowicę w jednym końcu pokoju, a kawalera u okna, parsknęła śmiechem i załamała ręce.
— A tóż co za skromna i grzeczna młodzież, że się nawet bez pozwolenia starszych zbliżyć nie śmie do siebie — poczęła staruszka. — Doprawdy! Oczom mi się wierzyć nie chce! Miałażbym wnosić z tego, że się państwo aż nadto blizko wprzódy spotkali i chcecie tylko starego gderliwego oszukać Argusa?
Pepita przyszła wesoło pocałować w rękę staruszkę, rzucając z ukosa szyderski wzrok na kawalera.
— Obawialiśmy się rozmową przerwać sen baronowej! — rzekła.
— I dawnoż to trwała ta cicha zabawa?
— Przybyłem przed kwadransem — odezwał się kawaler.
— A ja przed półgodziną — dodała Pepita.
— Cóż słychać u królowej? — spytała baronowa ciekawie — ty wiesz, jak ja plotki lubię, a nigdzie ich niema tyle, jak u najjaśniejszej pani.
— Nic, prócz, że znowu żydóweczkę z Lipska chrzcić będziemy.
— Któraż-to od przeszłego roku? — zapytała się staruszka.
— Zaraz, zaraz! W marcu w roku przeszłym chrzciliśmy matkę z córkami, pamięta stryjenka? zaraz po śmierci księżnej Lubomirskiej, w czerwcu parę znowu, we wrześniu dziewczynkę a w grudniu po narodzinach naszego księcia Antoniego jeszcze jedną.
— I królowa to wszystko wyposaża?
— Nie sądzę, żeby jej to za złe wziąć można — odparła Pepita.
— Tak! — mruknęła staruszka cicho — nawróconych obsypują złotem, a z biednych chrześcian ostatni grosz ciągną.
— Ale nie królowa — szepnęła Pepita.
Baronowa zamilkła, Simonis patrzał się w okno, ażeby się do rozmowy nie mięszać.
— A wy, kawalerze — spytała gospodyni — jakże się tam wam powodzi?
— To ja stryjence powiedzieć mogę — odezwała się Pepita.
— Ty, a to skąd?
— My u królowej wszak wiemy wszystko. Kawaler de Simonis dziś z rana miał szczęście prezentować się hrabinie Brühl a jutro ma się przedstawić ministrowi. Jeżeli się nie mylę czeka go na dworze jego ekscelencji świetna karjera.
Baronowa spojrzała zdziwiona, jakby żądając potwierdzenia: Simonis stał ze spuszczonemi oczyma.
— Ale, kochana stryjenko — dodała głośno Pepita, patrząc z boku na delikwenta — dziwne mi się to wydaje. Kawaler de Simonis przybywa z Prus, jakże tak odrazu nawykłemu do berlińskiego powietrza ważyć się na karmienie saskiem, które jest zupełnie inne? Jak o tem stryjenka trzyma?
Baronowa kiwała głową.
— Ty bo jesteś złośliwa i długojęzyczna, ty żmijko — rzekła zamieszana — gdybyś nie była moją synowicą, nienawidziłabym cię, ale że kochać muszę... wybaczam tę paplaninę.
— Właśnie przybyłem tu — odezwał się Simonis — aby prosić o radę pani baronowej. Kazano mi się prezentować ministrowi.
— Więc już o was wiedział? cóżby to znaczyć miało? — niespokojnie spytała staruszka.
— A! w tem niema nic dziwnego — odezwał się Maks — niespodzianie prawie zastałem tu, oprócz innych ziomków moich, także przyjaciela lat młodych, niejakiego Blumli który jest sekretarzem przy ministrze. Czasem tacy gorliwi przyjaciele niewygodni bywają. On mnie wprowadził wczoraj do kiosku i zaprezentował ministra żonie, i on, nie pytając mnie wcale, wyrobił na jutro audjencję u ministra.
— A o czem pan nie wiesz, a co już u królowej po obiedzie wiedziano, to, że hrabina wstawiła się do męża, aby pana wziął do swego boku.
I Pepita uśmiechnęła się szydersko. Stara baronowa dziwnie pokręciła głową.
— Teraz proszę stryjenki pozwolić mi puścić trochę cugle wyobraźni — mówiła Pepita. — Pan kawaler de Simonis nie napróżno rok jakiś przeżył w Berlinie, musi tam mieć dobrych znajomych, serdecznych przyjaciół, ziomków... musi też do nich pisywać! to rzecz naturalna! Będąc u tego boku ministra, z którego wiele widać, nuż się wypisze w liście do Berlina z jaką wiadomością ciekawą... Ponieważ w Wiedniu wiedzą wszystko, co kto czyta w Berlinie, list przyjdzie w kopji do Kaunitza, od niego do Fleminga, od tego do Brühla i kawaler de Simonis dostanie bezpłatny pokoik w Königsteinie.
To mówiąc, dygnęła i rozśmiała się głośno. Kawaler de Simonis stał ze spuszczoną głową, stara zacisnęła usta i zamyśliła się głęboko, nie mówiąc słowa.
Pepita zaś, wypaplawszy się z tem, co na sercu miała, zbliżyła się do ściany i zaczęła pilnie bardzo przypatrywać się sylwetkom.
Milczenie trwało chwilę. Dziewczę, które czuło, jakie wrażenie uczynić musiało, udało, że nie przywiązuje wagi do słów swoich, i zwróciło się do stryjenki.
— Ten rok już nie dorównywa przeszłemu — rzekła. — Gdybyś pan tu był w przeszłym przyjechał, gdy grano Artemizę Hassego, w której trzystu tancerzy występowało w balecie! albo gdy w styczniu w zapusty przedstawiono Ezio (Aetius) z takim przepychem... Nawet stryjenka dała się zaprowadzić do loży. Oprócz Włochów artystów, mieliśmy na scenie szesnaście koni, osiem wielbłądów, muły, wozy, całą stajnię i menażerję. Cudne to było i nie więcej jak sto tysięcy kosztowało. Wprawdzie — dodała, szczebiocząc ciągle — ja taka jestem dziecinna, że wykradłszy się do Gewandhausu, gdy grano dla ludu... pana von Habenichts, więcej się nim bawiłam, niż zwycięzcą nad Attylą; ale ja...
— O! ty! ty! — przerwała stryjenka, grożąc — kto ciebie zrozumie, kto twój jęzorek wstrzyma i kto ci da pomiarkowanie!
Pepita przybiegła pocałować ją w rękę i gderanie skończyło się uściskiem.
— Wiesz jednak, kochany kawalerze de Simonis — rzekła stara — ten trzpiot, papląc tak co mu ślina do gęby przyniesie, czasem i do rzeczy coś powie. Otóż i dziś...
Spojrzała nań, dając mu znak.
— Co wy na to?
— Właśnie na wypadek, gdyby... czego się nie spodziewam, zbyt gorliwy przyjaciel miał mi w istocie postarać się o nieproszone miejsce, radzić się chciałem, co mam czynić?
Pepita milcząc, z założonemi na piersiach rękoma patrzała na niego i na stryjenkę; czekała, co powie baronowa: ta byłaby może wcale inaczej radziła Simonisowi, gdyby nie synowica i wszystko, co poprzedziło pytanie.
— Nad tem się namyślić potrzeba — rzekła cicho.
Domawiała tych wyrazów, gdy w przedpokoju hałas się wszczął jakiś, jak gdyby cisnął się ktoś, kogo dopuścić nie chciano. Usłużne dziewczę wybiegło do Gertrudy, ale nie wróciło rychło. W przedpokoju słychać było głos gruby męski, sprzeczający się ze sługą.
Niespokojna baronówna sama już gotowa była wynijść się dowiedzieć, gdy żołnierz w dosyć nędznym ubraniu, w zabłoconych butach wdarł się do salonu, obejrzał z obawą jakąś, dostrzegł gospodynię, wcisnął jej prędko w rękę kawałek papieru i prędzej jeszcze uszedł; tak, że nim baronowa oddaną kartkę otworzyć czas miała, słyszeć już było stukanie jego ciężkich butów po schodach.
W tem wszystkiem było coś tak przerażającego, niezwykłego że nawet powracająca od Gertrudy śmiała Pepita blada była i przestraszona.
Baronowa drżącemi rękoma, rzuciwszy się na fotel, usiłowała brudną rozerwać kartkę, którą jej żołnierz oddał. Ale przestrach i zdziwienie nie dozwoliły jej tak łatwo, ani rozpieczętować, ani bladego pisma odczytać. Domyślała się już w tem czegoś takiego, czego przy Pepicie nie rada była czytać, a ciekawe dziewczę stało nad nią, oczyma usiłując odkryć, co na kartce stało.
— Moje okulary! — odezwała się baronowa.
Pepita chciała iść po nie, ale stara ręką ją zlekka odtrąciła i weszła drżącym krokiem do drugiego pokoju, drzwi zamykając za sobą.
Pepita i Simonis zostali znowu sam na sam, a Fidel powlókł się za panią. Wtem lekki wykrzyk dał się słyszeć z gabinetu baronowej i jakby ciężkie upadnięcie na krzesło. Pepita pobiegła do stryjenki. Przez drzwi otwarte Simonis mógł tylko dojrzeć staruszkę na fotelu w ściśniętej ręce trzymającą konwulsyjnie papier, z obawy zapewne aby Pepita go nie pochwyciła.
— Co się stało? co stryjence jest?
Baronowa miała czas się opamiętać.
— Nic, nic; bądź spokojna: moja stara przyjaciółka, dawna sługa, Barbara Tuchlaubin, chora.
Pepita spojrzała stryjence w oczy i nie odpowiedziała nic. Czy uwierzyła nowinie, trudno było poznać; minkę zrobiła dziwną, jakby urażoną trochę... Simonis, widząc, że wcale tu jest nie potrzebny, chciał odejść; ale widząc, że się żegna, pani Nostitz dała mu znak potajemny, aby pozostał. Posłuszny zatrzymał się nieco, a baronowa, ochłonąwszy, wróciła do salonu. Synowica spojrzała na zegar, potem na Simonisa i ze stolika chwyciła chusteczkę, którą narzuciła na włosy.
— Ja muszę iść — rzekła. — Niech stryjenka nie troszczy się zbytnio Tuchlaubinową, ja jej poślę doktora.
I zdala tylko główką skinąwszy Simonisowi, wybiegła żywo.
Po jej wyjściu czas jakiś panowało milczenie; staruszka zdawała się wyczekiwać, aby Pepita wyszła z domu i dopiero usłyszawszy drzwi zamykające się za nią, zwróciła się, łamiąc ręce, do Simonisa:
— Nie wiecie nic! dziś w nocy Feulnera wzięto i na Koenigstein zawieziono. Któż wie, co znaleźć u niego mogli? On był tak nieostrożny!
— Ale wczoraj jeszcze — zawołał strwożony i zbladły Simonis — jeszcze wczoraj...
— Dają mi znać! niema wątpliwości... Kawalerze de Simonis, bądź mi pomocą: potrzeba palić papiery; mogą napaść i na mnie. Ktoś nas zdradził.
Simonis podał rękę drżącej staruszce i z nią razem przeszedł do gabinetu; musiał wydobyte z osobnej szkatułki papiery palić z nią na kominku, stojąc na straży, aby Gertruda nie weszła w czasie tego palenia, bo baronowa i jej się obawiała. Gdy ostatni kawałek listu dogorzał i popioły zostały zmiecione, baronowa odetchnęła. Lecz po wzruszeniu doznanem, ani rozmawiać, ani radzić już nie mogła i skinieniem ręki pożegnała gościa, który wyszedł na palcach.
Na progu znalazł się Maks jeszcze mniej pewien tego, co ma począć, i więcej przelękły, niż gdy tu szedł, aby od baronowej zasięgnąć światła. Nie mając po co wracać do mieszkania, z gotowym listem do hrabiny de Camas, który miał w kieszeni pociągnął do Beguelina. Chciał go się pozbyć co prędzej.
Wywiezienie Feulnera z którym niedawno zabrał poufałą znajomość, kazało mu się obawiać wszystkiego. Każda twarz nieznajoma z którą się spotykał, każdy człowiek, idący za nim, zdawał mu się podejrzanym: oglądał się z trwogą. Przyszło mu na myśl dziwnie prorocze zakończenie rozmowy ze starym Mentzlem, wyliczającym kapitanowi wszystkich wysłanych do Koenigsteinu. Była to jakby przepowiednia!
Pospiesznym krokiem o ile znajomość miasta dozwalała, mniejszemi uliczkami przerznął się do dworku Beguelina. Obawiał się go nie zastać, ale z okna po prawej stronie wyjrzał radca i drzwi mu sam otworzył.
Blady był i poruszony mocno.
Milcząc, wpuścił go do swojego gabinetu i nierychło po przywitaniu usta otworzył. Simonis też musiał niezbyt wesoło wyglądać.
Spojrzeli sobie w oczy.
— Co słychać? — rzekł Beguelin.
— Nic nie wiem, oprócz... oprócz, że niejakiego kapitana Feulnera na Koenigstein zawieziono — rzekł Simonis — a przyznam się panu, że mnie to tembardziej obeszło, iż właśnie z nim byłem zabrał znajomość.
— A! a! a! — wykrzyknął Beguelin i obejrzał się dokoła. — Nie dobrze jest — rzekł — coś zwąchali... mnie i nas wszystkich śledzą; do nikogo się zbliżyć, zagadać nie mogę nawet. Jesteśmy my wszyscy Prusacy tu jak zapowietrzeni! Cóż u kata! Wojna nie wybuchła żadna! Stosunki dyplomatyczne nie są zerwane!
Ledwie tych słów domawiał, gdy do okna od dziedzińca zapukano szybko. Beguelin pochwycił Simonisa za barki i nie mówił słowa, wepchnął go przez ciasne drzwiczki do drugiej izby, zamykając je na klucz.
Kawaler de Simonis znalazł się niespodzianie w obszernej drewnianej salce, jakby na prędce zkleconej, w której z jednej strony leżały sery, bo nimi Beguelin z Neufchatelu handlował, z drugiej książki kancelaryjne. Zapach tłustości i stęchlizny papierowej pomieszany razem wcale nie był przyjemny. Chwilowe to więzienie, oświecone małemi dwoma okienkami zakratowanemi u góry, smutne było i brudne. Próżne pudła, porwane sznurki leżały na ziemi i siąść nawet nie było na czem.
Od kancelarji Beguelina dochodził głos żywej rozmowy.
Simonis nie uczuł się wcale grzecznym, oko przykładając do dziurki we drzwiach i nadstawiając pilnie ucha.
Głos był mu znajomy, nierychło jednak potrafił szczupłym otworem dojrzeć tego staruszka Mentzla, który tak dziwnie prorokował kapitanowi. Stał on tu blady, przelękły, oglądając się i łamiąc ręce.
— Jestem zgubiony, panie radco! zgubiony przez was! tak! przez was, którym za psie pieniądze służyłem. W waszej kancelarji cesarzowa ma szpiegów; wszystkie depesze, które ja wam dałem, jej posłano; kazała Flemingowi ostrzedz Brühla. Już dziś zamki opatrywano, mnie egzaminowano, szafę badano... Rozumiesz to pan?...
— Ale rozumiem — rzekł Beguelin.
— Oni mnie powiesić gotowi! — dodał Mentzel ręce łamiąc — za te nędzne wasze pieniądze.
Bezmyślnie Szwajcar powtórzył:
— A gotowi, a gotowi!
— I ja nawet uciekać nie mogę! ja mam żonę, dzieci, dom, familję...
Załamał ręce.
— Kusiliście mnie, jak djabli — wołał Mentzel, zapominając się i głos podnosząc. — Opierałem się. Nie mogłem przecież tej zamczystej szafy palcem otworzyć, toście mi dwa razy po pęku kluczów przysyłali z Berlina, póki licho nie nadało i jeden z nich nie otworzył. Więcej jak cztery razy nie sięgnąłem do tej nieszczęsnej szafki, i to trzeba niedzieli czekać lub czwartku, a południowe godziny wybierać, kiedy w izbie nikogo oprócz mnie nie było. Daliście mi słowo, że depesze w kieszeni u króla zostaną, że nikt o tem wiedzieć nie będzie, a sekretarz Plassmann posyłał je panu Benoit, a Funka depesze petersburskie już w Wiedniu znają. I cuście mi za to dali? co?
— A ja nie wiem! — rzeki Beguelin — wyście się sobie układali z baronem Maltzanem; ja umywam ręce...
— Ale ja stąd nie wyjdę krokiem bez tysiąca talarów! — zawołał Mentzel — darmo! Któż wie? gotówem żonę i dzieci porzucić, aby życie ratować. Brühl mnie zetnie lub powiesi, albo ćwiertować albo kołem bić każe. Ja! ja!...
Zabrakło mu tchu.
— Tysiąc talarów! ale ja nie mam pieniędzy! To do mnie nie należy. Idźcie sobie do hrabiego Beesa, do Ammona, do djabła — krzyknął Beguelin — ja wam nie dam nic... nic... nic...
Mentzel stał przybity; usta mu się skrzywiły, zacisnął pięści, przyłożył je niemal do twarzy radcy, potrzymał tak chwilę, plunął i, drzwiami trzasnąwszy, wyszedł.
Beguelin zamyślony stał chwilę, dopóki pukanie we drzwi Simonisa nie przypomniało mu, że powinien był otworzyć więźniowi. Nie spieszył z tym jednak, dopóki nie był pewien, że Mentzel, który przez ogrody się tu wdrapał, nie odszedł bezpowrotnie.
Naówczas wypuścił kawalera, przepraszając go.
— Spodziewam się, że mi tego za złe nie weźmiecie — rzekł. — Z tym djabłem Mentzlem nie można sobie dać rady. Nie chciałem, aby was widział u mnie. Gdy go złapią i dadzą na męki, gotów śpiewać wszystko, co wie i co mu na język słowo przyniesie.
Simonis zbierał się na odpowiedź, gdy na mostku prowadzącym do dworku od ulicy, stąpanie żywe słyszeć się dało i nim Beguelin po raz wtóry z serami zamknąć pospieszył kawalera, wszedł Ammon.
Zobaczywszy krewniaka zdumiał się mocno. On i Beguelin byli w stosunkach najnieprzyjemniejszych, zetknęli się więc, jak dwa jeże. Simonis, który jeszcze się był nie pozbył listu, stał na boku. Zamiast się zwrócić ku radcy, Ammon wprost skierował się na kuzynka.
— A waćpan tu co robisz? — zapytał.
— Nie widzę obowiązku tłumaczenia się — rzekł Simonis.
Ammon obrócił się do Beguelina.
— Mam w interesie urzędowym do pomówienia z waćpanem. Zlecenie jest pilne. Nie mogę go spełnić przy tym jegomości, a czekać, aż mu się podoba wyjść, nie mam czasu.
— Ja także mam tak jak urzędowy interes do radcy Beguelina — odezwał się Simonis — i oddalić się nie mogę.
— Fanfaron! patrzcie go! — krzyknął Ammon — on ma interes urzędowy. Ktoby go takiemu świszczypałce polecił...
Beguelin przybrał postawę poważną.
— Przepraszam pana radcę — rzekł — kawaler de Simonis w istocie jest mi poleconym z Berlina.
— Co za kawaler? skądże wziął u djabła to kawalerstwo? Przyśniło mu się: prosty Simonis...
— Panie radco! — zawołał Maks.
— Mości Maksie! — odparł Ammon.
Zanosiło się na scenę nieprzyjemną, gdy Beguelin szybko kantorek swój zamknął na klucz i odezwał się:
— Kawaler de Simonis zaczeka tu na mnie, a radcę proszę do biura.
Nie mówiąc słowa, Ammon rzucił tylko okiem wzgardliwie na kuzyna i wyszli.
Maks padł na krzesło znużony i gniewny. Wszystko, co się w nim działo od wyjazdu z Berlina, wprawiało go w rodzaj gorączki. Czuł, że to przejście do czynnego życia niemal siły jego przechodziło. Żal mu było spokojnej izby u cukiernika i dni tam na marzeniach spędzonych. Po kwadransie tych rozmyślań ujrzał wreszcie oddalającego się Ammona: Beguelin powrócił chmurny. Nie czekając dłużej, Simonis list mu wręczył.
Radca zważył go na ręku.
— Mam polecenie od hrabiny do pana — rzekł — jest to właśnie chwila, gdy wszystko, co się tu dzieje, niezmiernie nas obchodzi. Trzeba się docisnąć do wojskowych, na dwór, do Brühla. Każde słowo pochwycone drogocenne. Wiemy, że na papierze mają trzydzieści tysięcy. Hę? ale nas upewniają, że niema go więcej w istocie nad połowę, a generałów półtorasta, oprócz Rutowskiego niewiele wartych. Waćpan się musisz prawdy dobadać; to wasza rzecz.
— Ale niebezpieczeństwo!...
— Hę? — spytał Beguelin — albożeś waćpan nie wiedział, jadąc tu, czem to pachnie?? Zresztą niebezpieczeństwo niewielkie, byleś się waćpan wykręcał kilka tygodni jeszcze.
— Jakto, kilka tygodni? — spytał Simonis.
— A tak! — odparł Beguelin, ręce zakładając w kieszenie. — Za kilka tygodni (tu do ucha mu się nachylił) my tu panami będziemy.
Simonis zamilkł ze zdumienia. Beguelin śmiał się.
— Jak mnie waćpan żywego widzisz — rzekł — dlatego ja moje sery radbym spieniężył wprzódy, nim nasi przyjdą, bo je gotowi wziąć nawet odemnie w kontrybucji. Jużciż wolałbym żeby je na kwitki wzięli u kupców, niż u mnie. Zobligujesz mnie, miły kawalerze, jeśliby ci się trafiło kupca mi na sery nastręczyć. Nie śmiej się z tego, że dyplomacja pruska serami handluje: bardzo nam licho król płaci, nie tak, jak August Brühlowi. Co pan chcesz? u Herzberga na korytarzu mleko sprzedaje baba na jego rachunek, a hrabiemu Lusi w Londynie pozwolono olejem handlować: czemubym ja nie miał serem?
Beguelin rozśmiał się i pozbywając Simonisa skłonił się i drzwi mu otworzył.


VII.

Mrok był w ulicy, gdy nasz Maks wydobył się od radcy, handlarza serami, i odetchnął lżej, odbiegłszy spory kawał od jego dworku. Był już pewnym, że dnia tego przygody szczęśliwie przebrnął. Mentzel jednak ze swymi żalami i zdradzoną tajemnicą, kapitan Feulner wywieziony, Pepita która go odgadła i zawstydziła, Brühlowa z oczyma czarnemi, jutrzejsze posłuchanie u ministra, uwijały mu się po głowie. Szedł tak ze spuszczonemi oczyma, kierując się machinalnie ku domowi, gdy nagle uczuł się potrąconym.
Naprzeciw niego niosło dwóch w kanarkowych frakach tragarzy lektykę, która go właśnie mijała. Z okna wychyliła się głowa w kilkopiętrowej peruce i okrzyk dał się słyszeć: „Halt! halt!“
Tragarze stanęli. Simonis mimowolnie się zatrzymał przez ciekawość, chociaż ani przypuszczał, ażeby miał być przyczyną zatrzymania lektyki. Wpatrując się dopiero uważniej w twarzyczkę zbyt jaskrawą, białą i różową, aby naturalnymi kolory tak jaśnić mogła, poznał w niej swą towarzyszkę podróży, czułą Doris, która, przybywszy z nim ową budą, w Dreznie dobiła się lektyki... Była nawet bardzo wystrojoną, a na twarzy, o ile róż i bielidło dozwalały, malowała się radość jakaś i rozpromienienie.
Lektyka stała już na miejscu, jak wryta, a panna Doris, wychylona z niej, domagała się gwałtownie od towarzysza podróży aby się do niej przybliżył.
— A! jakżem szczęśliwa, że pana spotykam! Chodź pan... słówko tylko! muszę panu opowiedzieć moją historję. Powiodło mi się nader szczęśliwie. Znalazłam tu przyjaciółkę dawną, od serca, która mi miejsce wyrobiła w teatrze. To kobieta, która co chce, może... Przez nią ja wam nawet dać mogę protekcję.
Tu się uśmiechnęła.
— Tak! tak! Poczciwa Mina mnie przytuliła. Wiecie, kto jest Mina?
— Nie, pani — rzekł Simonis, trochę szczebiotaniem tem onieśmielony i przestraszony — nic nie wiem, kto jest Mina.
— Tak, boście wy tu obcy! Przecież to cały świat wie, że minister oprócz żony, której kochać nie potrzebuje, bo ją tam inni za niego kochają, ma hrabinę Moszyńską w sercu, hrabinę Sternberg w uwielbieniu, dla rozrywki w czarnych godzinach Terenię Albuzzi, a najulubieńszą mu ze wszystkich jest moja Mina, Mina Tennert. Żebyć wiedział pan, jaką kamienicę postawił dla Miny!
Tu nachyliła mu się do ucha:
— Nie bardzo ona mu jest wierną, ale jemu o to nie idzie; chce, gdy się zmęczy, znaleźć twarz wesołą i szczebiotanie miłe. Mina umie doskonale rozerwać, a Mina jest moją przyjaciółką od serca. Kochamy się, jak dwie Lesbianki.
Kawaler wyrażenia tego nie zrozumiał i radby był zwierzeń dalszych uniknąć; zbywał więc milczeniem pannę Doris, gdy ta obawiając się, aby jej nie uszedł, zatrzymała go, chwytając ręką.
— Jadę właśnie do Miny, a waćpan musisz mi towarzyszyć: nic nie pomoże.
— Kiedykolwiekbądź, ale nie dziś! — zawołał Simonis.
— Nieodmiennie dziś! koniecznie dziś! Wieczorem u niej nikogo nie będzie. Minister ma jakieś kłopoty, które go zatrzymują w domu. Powiem panu pod sekretem: Mina się kocha w sekretarzu Brühla, w Szwajcarze Blumli. On wiele może, ja pana z nim poznam.
Simonis aż drgnął, chciał się właśnie z Blumlim zobaczyć.
— A! jeśli Blumli będzie, służę! — zawołał.
— Widzisz! widzisz waćpan, jak jesteś niegrzeczny, dla mnie-byś nie poszedł, a dla tego...
— To mój przyjaciel, rodak.
Doris skinęła na tragarzy.
— Idź waćpan przy mnie! — rzekła. — Jak mnie pan dziś znajdujesz? Nieprawda, że mi w tych włosach do twarzy? Fryzjer królewski zaklinał mi się, że nie dałby mi lat dwudziestu!
Tu westchnęła!
— Winnam Minie, że mi i wesołość i młodość wróciła.
Tak szczebiocząc i nie puszczając Simonisa od siebie, Francuzka zaprowadziła go do domu zajmowanego przez sławną śpiewaczkę Wilhelminę Tennert.
Jak Albuzzi, dla której Brühl wzniósł sławną rotundę, panna Tennert miała jeśli nie pałac, to wcale pokaźną kamienicę z ogrodem na Wildrufskiem przedmieściu. Tam, gdzie minister spędzał czasem wieczory, nie mogło być zbyt ubogo i skromnie. Na mniejszą skalę był to pałacyk wielkiej pani lub słynnej artystki. Na schodach, u dołu, stały dwie marmurowe postacie, trzymające lampy w podniesionych do góry rękach. Były to napół obnażone kobiety, obwite wieńcami kwiatów i liści. Dwóch lokaików w liberji seledynowej przyjęło gości na dole. Doris, wyszedłszy z lektyki, wiodła jeńca swojego na pierwsze piętro. W przedpokoju stał lokaj w takich-że seledynach i peruce przepysznej, ten otworzył im drzwi do niewielkiego saloniku, który był prawdziwem cackiem. W białych ze złotymi promykami ramach, okrywało go obicie atłasowe w kwiaty bukietami rzucane. Do tej bieli, złota i kwiatów stosowało się wszystko; ramy zwierciadeł porcelanowe, komin podobny, pająk z kwiatów, ptaków i motylów, sprzęt okryty takimże atłasem.
Pod oknami w ogromnych wazonach z porcelany rozpierały się bujno wyrastające kwiaty żywe, a w pośród nich stała właśnie piękna Mina, rozmawiając z Blumlim.
Mina, choć już dawno minęło jej lat dwadzieścia, trzymała się jeszcze, jakby więcej nad nie nie miała. Był to typ prawdziwie niemieckiej piękności: włosy złoto-blond, oczy niebieskie, cera biała i przezroczysta, wzrost ogromny, coś niby przypominającego Tusneldę dziką, której dłoń mogła napiąć łuk i dźwignąć pałkę w potrzebie. Majestatycznie wyglądała, lecz niewieściego wdzięku jej brakło i chłodna otaczała ją atmosfera. Nie można było nie uznać jej piękną, a Simonisowi zdało się, iż w tej piękności chyba znużony minister dla odmiany mógł się zakochać. Mówiono, że głos miała bardzo ładny i potężny.
Zobaczywszy ją, Doris rzuciła się ku niej z ognistymi objawy przyjaźni, jak gdyby się lat kilka nie widziały. Blumli zobaczywszy idącego za nią Simonisa, niezmiernie się zdumiał.
— Złapałam tego pana, którego poznałam w podróży, bardzo miłego, aby go tu przyprowadzić, kochana Mino. Spodziewam się tembardziej, iż mi tego nie weźmiesz za złe, bo jest przyjacielem twojego przyjaciela.
Piękna Mina, obejrzawszy Szwajcara zdala, dosyć go zimno powitała. Nie była wogóle rada gościom, mając u siebie swego Blumli. I Blumli jakoś chłodno przyjął Simonisa, ale Doris, nie zważając na nic, w najlepszym humorze gospodarowała już po salonie.
Kawaler wytłómaczył się w kilku słowach przed panią domu i Blumlego wziął na stronę.
— Nie mogłem się oprzeć tej babie — szepnął mu w ucho — widzę, że nie jestem tu gościem pożądanym, ani ja, ani ona; lecz potrzebowałem kilka słów pomówić z tobą i natychmiast się wymknę.
— Gdybyś i starą tę doryndę zabrał z sobą! — zawołał Blumli — ale takiego heroizmu wymagać po tobie nie mogę.
— Jakimże sposobem stało się, iż jutro już mam być ministrowi przedstawiony? — zapytał Simonis.
— Najprostszym w świecie: wpadłeś w oko hrabinie, kazała, aby cię poznał i dał ci miejsce u dworu.
— Ale ja, ja miejsca przyjąć... ja nie umiem — zmieszany odparł Simonis.
— Dlaczegoż? — rzekł zadziwiony Blumli — odpychasz szczęście, które cię spotyka. Hrabina ci się podobała, jesteś wolny, obowiązki sekretarza będziesz, zdaje mi się, pełnił więcej w jej kancelarji, niż w naszej. Cóż może być pomyślniejszego!
— Będę otwartym — odezwał się Simonis — namyśliłem się. Nie życzę sobie losu Seyferta, pręgierza i Koenigsteinu. Jestem młody za serce ręczyć nie mogę.
Blumli nań patrzał z uwagą.
— Nie rozumiem cię — rzekł — coś innego stać musi na przeszkodzie; znam cię z dawniejszych czasów i z pierwszej rozmowy, byłeś innym. Cóż to? nastraszono cię?
— Tłómacz to jak chcesz!
— Jużciż cię stary szkielet Dorydy nie zbałamucił! — rozśmiał się Blumli. — Ha! postąpisz jak zechcesz, zmusić cię przecież nie mogę, ani ja namawiać będę. Przedstawienie się ministrowi do niczego nie obowiązuje.
Simonis zmilczał i rozmowa na chwilę przerwana została. Dosyć zręcznie potem kawaler nasz potrafił ją przeprowadzić na przedmiot inny.
— Cóż to jest com słyszał w mieście? — szepnął cicho — aresztowano jakiegoś Feulnera.
Blumli ruszył ramionami.
— Chleb powszedni — rzekł obojętnie — kapitanów co dzień ślą do fortecy, bo dokazują wielce, o tym coś bąkają, że się z Prusakami zwąchał, a my dziś na to jesteśmy draźliwi. Wyobraź sobie — dodał — iż nam Prusacy depesze kradną z przed nosa. Brühl jest bardzo grzeczny, ale kto się w jego białe rączki dostanie, tego można pożegnać na zawsze.
Piękna Mina dopomiała się o swojego faworyta i odebrała go Simonisowi, dając mu w zamian niebezpiecznie dnia tego ożywioną Doris, której przy kawalerze przychodziły śmieszne reminiscencje młodości. Simonis nie mając ochoty grać w nich żadnej roli, zabawił krótko i umknął jak mógł najprędzej.
Księżyc przyświecał mu w drodze do kamienicy pani baronowej. O tej porze wszystkie już domy w mieście, oprócz publicznych lokalów, były pozamykane, ale kawaler, obyczajem drezdeńskim, opatrzony był kluczem, który mu wrota otworzył.
Noc przeszła więcej na niespokojnych marzeniach, niż na śnie, który ledwie nad rankiem skleił powieki.
Posłuchanie wyznaczone było na niezbyt wczesną godzinę; Simonis, skromnie ale ze smakiem przybrany czarno, poszedł do kancelarji do Blumlego. Było to właściwie ognisko, z którego rozkazy na całą rozchodziły się Saksonję.
Brühl kierował tylko głównemi rozporządzeniami, środki wykonania zostawiając podwładnym. Tych ośmiu panów sekretarzy panowało w istocie z mocą nieograniczoną. Znać było to uczucie ich potęgi po twarzach młodych panów, wyrażających najzupełniejszą wzgardę dla rodzaju ludzkiego.
Gdy Simonis wszedł na próg, oczy wszystkich zwróciły się na niego raczej ciekawie, niż życzliwie. Widzieli w nim współzawodnika a może niebezpiecznego faworyta. Wprawdzie panowie ci kręcili się tu z rękoma pod poły fraków i za żaboty u kamizeli pozakładanemi, niekiedy spoglądali na robotę młodych kancelistów, ale interesa bieżące wcale się ich nie zdawały obchodzić. Mówiono o Faustynie, o Teresie, o Minie i o mnóstwie innych kobiet, o teatrze, o polowaniu, tylko nie o nudnych sprawach administracji.
Simonis wszedł w chwili, gdy z rozkazu ministra wykomenderowywano jednego z radców, dając mu w pomoc szwadron konnicy, dla ściągnięcia zaległego podatku w górnych powiatach, gdzie ludność odmawiała należnej panu daniny, pod pozorem nieurodzaju i głodu. Rozkazy były wyraźne; podatek ściągniętym być musiał dla samego przykładu i wpojenia tej zdrowej zasady, którą Brühl się zawsze kierował: Nicht raisonniren. Rezonowaniem zwała się każda wymówka od spełnienia świętych obowiązków.
Z okien później mógł się Simonis przypatrzyć, jak radca jechał otoczony konnicą, wioząc za sobą pisarzy dla protokułów, pachołków dla przytrzymania rezunujących i gawiedź sądową, aby forma legalna w domierzeniu słusznej kary była zachowaną. Blumli, chodzący jak inni z rękoma w kieszeniach, o naznaczonej godzinie udał się z kawalerem de Simonis do gabinetu ministra.
Brühl niezmierną i bardzo słuszną przywiązywał wagę do pierwszego wrażenia, jakie miał wywrzeć na obcym człowieku. Wszystko u niego było obrachowanem: tło, na jakiem się miał malować, akcesorja obrazu, wyraz twarzy, strój, poza. Tym razem siedział w fotelu rozparty z nogą założoną na nogę, cały w jedwabiach, szytych srebrem, w koronkach, w peruce, którą amorki chyba fryzować musiały, a której wdzięk nie uwłaczał powadze. Ciężar spraw kraju i polityki europejskiej spoczywał na czole osłoniętym lekką chmurą.
W białej, pulchnej rączce trzymał na kolanie spartą tabakierkę emaliowaną. Przed nim leżał stos listów. Nieinaczej byłby usiadł do portretu dla potomności. Gdy Blumli drzwi otworzył i Simonisa wprowadził, minister zrazu nie posłyszał nic i nie spostrzegł, zatopiony w głębokich kombinacjach polityki europejskiej, którą był pewnym, że ukryty w Saksonji kieruje; dopiero za zbliżeniem się ich, przybrał nader uprzejmą postać i z gibkimi ruchy, pełnymi elegancji, dając poznać w sobie człowieka wielkiego świata, godnego dworu Ludwików, przyjął Simonisa protekcjonalnym uśmiechem. Machinalnie otworzył tabakierkę, patrząc w niebo, palcami rozstrzępionymi, aby na nich solitery tego dnia będące na dyżurze widać było, wziął szczyptę i poniósł ją roztargniony, rozmawiając do pięknego nosa. Usta tymczasem wyginały się z całą gamą stłumionych różnych wyrazów, odgrywając z wdziękiem nieporównanym.
— Bardzo się cieszę z poznania pana — rzekł, cedząc powoli — bardzo się cieszę.
Oczyma tymczasem egzaminował młodzieńczą postać filuta, który z mniejszą wprawą grał, już jak wirtuoz wielkich nadziei, swą pierwszą rolę na dworze. Brühlowi wydał się skromny i naiwnym.
— Bardzo się cieszę — powtórzył minister. — Kraj Helwetów dostarcza nam najzdolniejszych we wszystkich zawodach urzędników, artystów, uczonych. A pan jakiemu się powołaniu chcesz poświęcić? — dodał z uśmiechem.
Simonis namyślał się nieco.
— Właśnie chciałbym samego siebie doświadczyć i wypróbować — rzekł skromnie — jestem młodym i niewprawnym.
— Wyznanie pełne skromności — ciągle się w niego wpatrując, mówił minister — daje to o waćpanu najlepsze wyobrażenie. Cieszyłbym się, gdybym mógł go tu zużytkować.
— Byłoby to dla mnie największem szczęściem, w usługach tak znakomitego męża stanu, jak Wasza Ekscelencja, pierwsze stawić kroki, ale nie czuję się do tego zdolnym.
To mówiąc skłonił się dziękczynnie. Brühl uśmiechnął się; skromność przypadła mu do smaku.
— Ja też bardzobym rad zdolnego i tak pełnego nadziei młodzieńca mieć przy sobie — odparł, zbliżając się — ale powiedz-że mi, kawalerze, otwarcie, do czego się przykładałeś?
— Ja? Wasza Ekscelencjo ciężkie mi do odpowiedzenia dajesz pytanie — rzekł żywo Simonis — uczyłem się potrosze wszystkiego, a umiem niewiele. Kilka języków posiadam nieźle, lubię muzykę, rysowałem trochę, nie jest mi obcą matematyka; lecz wszystko to potrzebuje bez wątpienia wprawy i dopełnienia.
— A! — zawołał Brühl — jakże z kaligrafją? charakter wyraźny?
— Starałem się o to — odparł Simonis.
Minister, który snadź był nawykł, że mu się inni kandydaci zbyt przechwalali, zdumiony był nieco.
— Będę miał miejsce w mojej kancelarji — rzekł — możebyś je waćpan chciał zająć przy korespondencji zagranicznej.
Simonis skłonił się nisko.
— Wielkie to i niespodziane dla mnie będzie szczęście, pracować pod zwierzchnictwem tak wielkiego ministra, którego Europa cała wielbi i podziwia; ale Wasza Ekscelencja raczysz mi dozwolić choć miesiąc czasu, abym się obeznał ze stosunkami miejscowymi.
— Prawdziwie, zachwycasz mnie waćpan taktem i rozumem nad wiek! — zawołał Brühl. — Proszę bardzo, masz waćpan od dziś dnia wstęp wolny do mnie, dla obeznania się z porządkiem, a rozpoczniesz pracę, gdy zechcesz.
Zażył tabaki, strzepnął starannie koronkowe mankietki i spojrzał w zwierciadło boczne, które mu poświadczyło, że postawę i minę miał Richelieu’go lub Mazarina.
— Masz waćpan familię? — spytał.
— Nikogo, oprócz siostry, którą w Berlinie zostawiłem[1].
— Stosunki? znajomych?
— Bardzo mało, a głównie pan Blumli jest i był łaskawym moim opiekunem. Nie będę też taił przed Waszą Ekscelencją, jegomość pan radca Ammon jest mi krewnym, ale on mnie a ja jego nienawidzę.
— A! a! — zawołał zdumiony Brühl — a toż dla czego? Radca Ammon jest człowiek wielce szanowany.
Tak, ale mnie, przybyłego po radę, przyjął jak włóczęgę, a uczucie osobistej godności nie dozwala mi mieć z nim stosunków.
Brühl się zamyślił i machinalnie sięgnął do tabaki.
— Wielka szkoda — rzekł — wielka; na ten raz byłoby mi się to wielce przydało. Ale, zdaje mi się, że ja panów do siebie przybliżę.
To mówiąc, spojrzał na zegarek.
— A zatem, szanowny kawalerze — dodał — zrozumiejmy się: vous êtes des notres, daję panu tylko urlop na miesiąc.
Simonis zaczął dziękować, ale Brühl już się odwrócił, ręką okazując, że tego nie wymaga. Pobiegł z pośpiechem do biurka jakby przestraszony nawałem pracy, która go czekała. Simonis wyszedł.
Zaledwie się zamknęły drzwi, minister papier wzięty do ręki rzucił i głęboko się zamyślił. Gdzie myśli jego błądziły, któż odgadnie? Wzdychał niekiedy. Zbliżała się godzina, w której dziś wyjątkowo u króla być musiał, bo najjaśniejszy pan po niego przysłał, dając mu znać, że czeka w interesie niecierpiącym zwłoki.
Już miał zadzwonić o lektykę, gdy bez zapukania wpadł wysokiego wzrostu, piękny i Augusta Mocnego twarzą i postawą przypominający, w wojskowym mundurze mężczyzna. Był to generał Rutowski, syn ostatniego króla, wojskowy z powołania i upodobania, żołnierz, galant, rycerz, którego nawet Brühl szanował, bo nie obawiał się z jego strony żadnej intrygi, a rachował nań w przypadku wojny.
Na tej nieumiejącej nic ukryć twarzy człowieka, charakteru z natury otwartego i żywego, każde wrażenie malowało się, jak w zwierciadle. Spojrzawszy nań, Brühl poznał odrazu, iż coś musiało go wzburzyć i zaniepokoić. Nie mówiąc słowa, Rutowski wziął za rękę ministra i poprowadził go do okna.
— Kochany ministrze — rzekł — wiesz ty dokładnie, co knują w Berlinie?
— Jakto? cóż oni knuć mogą? to my (entre nous) knujemy ale ten nieszczęśliwy Fryc obsaczony jak niedźwiedź, co ten może?
— Pewien jesteś tego?
— Kochany hrabio! racz pomyśleć: my tego człowieka mamy w matni.... Ale cóż mogło was tak zaniepokoić?
— Powiem ci: mam wiadomość z Berlina — rzeki Rutowski — mam ją pewną. Fritz skupia czterdzieści tysięcy wojska, które, nim my się zbierzemy ku obronie, do Saksoni wkroczą.
Brühl szczerze się rozśmiał.
— Ale kochany hrabio, jesteście znakomitym wodzem, nie przeczę, godnym uczniem Wiktora Amadeusza, jednak w polityce chyba uczniem. Możnaż wkroczyć, nie wypowiedziawszy wojny? Byłoby to przeciwko wszelkim prawom pacis et belli. Nie mamy z kochanym sąsiadem naszym najmniejszego zatargu, siedzą u nas jego rezydenci i agenci; uśmiechamy się do siebie przez granicę. Jakżeby mógł, jakżeby śmiał?
Rutowski pomyślał.
— Tak, to prawda — rzekł — ale znasz-że ty Fryderyka II-go? — zapytał.
— Pochlebiam sobie, że jego grubiańsko-królewską mość znam choć trochę — odparł minister. — W chwili, gdy pół Europy się na przyjaciela Imć pana de Voltaire szykuje, nie zdaje mi się aby dobrowolnie chciał się postawić sam hors la loi? Pogorszyłby sobie sprawę — rzekł Brühl z uśmieszkiem — i moglibyśmy mu nawet Brandenburgję odebrać, ogłosiwszy go au ban de l’Empire. Ale, mój hrabio — dodał, to są czcze, dziecinne strachy. Austrja go tego roku nie zaczepi, a sam, ręczę wam zato, wojny nam nie wyda; król Fritz nadto jest przebiegły, by mógł się tak unieść. Allons donc!
Rutowski pomyślał trochę.
— Masz słuszność — odparł, podając mu rękę — ja dyplomatą nie byłem, nie jestem i być nie chcę. Jestem żołnierzem! Nie rozumiem tych spraw, uląkłem się niepotrzebnie. Ale, ale, jakże chcesz, doniesiono mi to z takimi szczegółami...
— Naprzykład? — zapytał Brühl szydersko trochę.
— Doniesiono mi, że część wojska jedna ma pozostać pod wodzą feldmarszałka Lewalda na obronę kraju i stolicy, jeżeliby weszli Rosjanie. Główne siły rozdzielone są na trzy korpusy, z których jednym dowodzi książę brunświcki, drugim sam król, trzecim książę Bevern.
Brühl się uśmiechał.
— I te trzy korpusy mają być na nas przeznaczone?
Zaczął się śmiać coraz głośniej.
— Ha, chyba na rok przyszły.
Rutowski stał zmieszany.
— Wyście to naturalnie daleko lepiej odemnie wiedzieć powinni — rzekł — jestem więc spokojny i przepraszam, żem was napróżno nudził.
Brühl, chwytając go za rękę, poskoczył ku niemu.
— Generale — zawołał — na miłość Bożą, ani słowa o tem przed królem jegomością, aby go napróżno nie męczyć. Jest to wprost niemożliwe.
— A! wiesz przecie, że plotek nie noszę! — odezwał się Rutowski.
Podał mu rękę i wyszedł żywo. Brühl ramionami ruszył, spojrzał na zegarek; godzina królewska się zbliżała: zaledwie miał czas kazać się zanieść na zamek.
— Kłusem! — zawołał na tragarzy i dwaj silni chłopcy podnieśli lektykę, jak piórko.
W przedpokoju minister prawie się przeląkł, niespodzianie postrzegłszy oczekującą ciżbę; ale obawa trwała chwilę tylko, wprędce bowiem rozpoznał, że ta gromada osób składała się z dzieci Muz i Apolina, z artystów i znawców sztuki. Stał wśród nich, z włosami na ramiona rozpuszczonymi i żywemi oczyma, Rafael Mengs, obok niego skromny, szydersko jakoś uśmiechnięty Dietrich; dalej profesor i miłośnik starożytności Lippert i wielki znawca kunsztu, erudyt i intrygant, spekulator i krytyk zarazem, niegdyś jeden z sekretarzów Brühla, dziś dyrektor akademji Heinecken. Oprócz nich kilku Włochów, Anglik Hamilton, malarz scen myśliwskich i inni.
Brühl spojrzał na to zgromadzenie, zwołane bez jego wiedzy, i zapytał Heineckena:
— Co to jest?
— Król nas zawołać kazał: nie wiemy — odparł dyrektor.
Nie czekając dłużej i zostawiając tych panów w antykamerze minister wbiegł do królewskiego pokoju. August zamyślony siedział w fotelu, naprzeciw którego na ogromnym trójnogu stał obraz; było to owo sławne Guido Reniego dzieło, nabyte przez kanonika Luigi Crespi z Bolonji od rodziny margrabiego de Tanara.
Na widok Brühla król jakby rozbudzony powstał.
— Brühl! opóźniłeś się — zawołał — tu idzie o rzecz największej wagi. Czy są wezwani znawcy?
— Czekają na rozkazy Waszej Królewskiej Mości.
— Wprowadź ich, chcę raz mieć stanowczy wyrok w tej mierze.
Szambelan, stojący u drzwi, otworzył je i skinął na oczekujących, którzy z kolei wsunęli się do pokoju, oddając nizki pokłon królowi i stając rzędem jedni za drugimi.
August przybrał twarz uroczystą.
— Panowie — rzekł — chciejcie się bacznie przypatrzyć arcydziełu temu, ręki cnego Guido Reniego. O autentyczności wątpliwości niema. Boskiego mistrza znać na nim dotknięcie. Ale rodzi się wątpliwość straszna, okropna, niepokojąca. Dyrektorze von Heinecken, profesorze Lippert, patrzcie! Tradycja rodziny Tanarów mówi, że obraz wystawia Salomona i królowę Sabę; tymczasem słyszałem drugich gorąco obstających przy tem, że to jest Ninus i Semiramis.
Wszyscy oczy na obraz zwrócili, milczenie wielkie, uroczyste jakieś, ledwie oddechami uczonych mężów przerywane, trwało minut kilka. Król patrzał po twarzach, twarze nie mówiły nic. Każdy oczekiwał zdania pańskiego, aby się do niego zastosować, a z własnem ani się myślał odezwać. Nie szło nikomu o to, czy to był Salomon i Saba, czy Ninus i Semiramida, ale wszystkim chodziło o to wielce, ażeby się najjaśniejszemu panu nie sprzeciwić.
Brühl, usta wydąwszy, zatopiony był na pozór w kontemplacji obrazu, chociaż w istocie o czem innem myślał. August III. powoli obracając głowę, patrzał po tych osowiałych mężach zdających się conajmniej ważyć losy świata. Wszystkich fizjognomie wyjąwszy nieco szyderską Dietricha, były nadęte, zadumane, pomarszczone od wysileń mózgowych. Król uśmiechając się, oczekiwał. Nareszcie odezwał się:
— Brühl, ty się znasz; hm? Co mówisz?
— Przychylam się do zdania Waszej Królewskiej Mości — zawołał żywo minister.
— Ale ja właśnie zdania nie mam — rzekł król, uśmiechając się.
— Ja także, wyznaję — odparł Brühl — zdania mieć nie mogę. Jakżebym śmiał je mieć, gdy Wasza Królewska Mość, daleko większym będąc znawcą, nie raczysz go wyrzec.
— Hm! otóż to; ale jak sądzicie?
Brühl obawiając się skompromitować, ruszył ramionami.
— Pan dyrektor Heinecken mógłby być w tej mierze sędzią najlepszym — odezwał się Brühl, spoglądając na niego.
Heinecken był jednym z najzręczniejszych dworaków; powołany, skulił się, zgarbił, głowę skłonił, ręce roztworzył i koniec końców rzekł:
— To kwestja!
— Tak, to kwestja! to kwestja! — zawołał król, uśmiechając się — wielka i ważna kwestja, ale kto ją nam rozwiąże?
Spojrzano na profesora Lipperta, bo każdy rad był pierwsze słowo zrzucić na kogo innego. Lippert, to zrozumiawszy jako podstęp i zdradę, ramionami ruszył, na bok odstąpił i krótko rzekł:
— Nie wiem!
August ręce zacierał i śmiał się.
Na widok tego uśmiechu, zaczynali się i inni uśmiechać po cichu, a nareszcie Dietrich prychnął. Ze grozą obróciły się nań oczy: trzymał dłoń przy ustach.
— Dietrich ty szyderco jakiś! niedowiarku! chodź mi tu zaraz — zawołał król. — Co ty mówisz? he? z kogo się ty śmiejesz?
— Najjaśniejszy Panie! — nizko się kłaniając, rzekł malarz — proszę mi przebaczyć. Śmiałem się ze wszystkich, oprócz majestatu Waszej Królewskiej Mości i Jego Ekscelencji.
— Ale cóż ty mówisz? — nalegał król.
— Ja? — spytał Dietrich.
— Tak, ty.
— Ja? — zamyślił się ponuro i westchnął malarz. — Najjaśniejszy Panie! — rzekł — ja mówię, że czy to jest Ninus i Semiramis, czy Salomon i królowa Saba, obraz — arcydzieło i to mi wszystko jedno.
Król w ręce klasnął.
— Brawo! Dietrich brawo! é vero! Ślicznieś powiedział bardzo, ale tu idzie o katalog, tu idzie o wyrozumienie przedmiotu, tu idzie o dojście prawdy.
— Najjaśniejszy Panie! — odezwał się Dietrich — starożytni malowali prawdę nagą i wychodzącą ze studni; ale mnie się zdaje, że ona zawsze tak w szlafroki pozawijana, tak osłonięta i spowinięta, że jej jeszcze nikt na oczy nie widział.
August III aż się za boki wziął od śmiechu.
— O! jakiż on przedziwny ten Dietrich, jaki on przedziwny!
Malarz skromnie już się wyrejterował w tył i schował za drugich.
Na przodzie stał jakoś Anglik Hamilton, znakomity malarz, władający jednak daleko wyborniej pędzlem, niż językiem, a do tego dystrakt.
— Panie Hamilton, co wy na to? — spytał król — hę?
Anglik głową zaczął kiwać, rękę jedną podłożył pod łokieć i sparł brodę na drugiej: myślał.
— Nie wiem, Najjaśniejszy Panie — rzekł — może to być Salomon i Semiramis, a może być Ninus i królowa Saba! Wszystko może być!
Król homerycznym parsknął śmiechem z omyłki, inni prychali tak, jakby na panewkach proch spalał. Anglik pomiarkował, że się szkaradnie omylił, i poprawił się z wielką powagą:
— Przepraszam, może być Ninus i Salomon, albo Semiramis z Sabą.
Śmiech jeszcze większy. Hamilton się nasrożył i cofnął. Nastąpiło głuche milczenie.
August spojrzał po zgromadzeniu prawie zafrasowany.
— Tylu tu widzę mężów uczonych, panowie, nie może być ażeby żaden z was nie miał o obrazie zdania. Proszę o nie, bardzo o nie proszę, moi panowie; będę za nie wdzięczny.
Profesor Lippert pokiwał głową.
— Najjaśniejszy Panie — rzekł — obraz nabyty jest od rodziny Tanara.
— Tak — rzekł król — i mieliśmy z nim kłopotu nie mało, gdyby nie ten poczciwy ksiądz kanonik Crespi, któremu trzeba posłać za to wazon porcelanowy, gdyby nie on, nie miałbym tego obrazu. Tak jest przywiązywano do niego cenę nadzwyczajną, że chciano dziesięć tysięcy skudów, co się dało zredukować do trzech tysięcy dukatów w złocie, ale młody markiz de Tanara zaprotestował przeciw sprzedaży tej familijnej pamiątki, tego drogiego klejnotu i nie chciał go wypuścić. Kanonik Crespi musiał u jego świętobliwości ojca świętego wyrabiać breve, a Academici Clementini di Bologna wydali zgodne świadectwo, że to dzieło Guida. Ale cóż mówisz, profesorze!...
— Familja de Tanara musiała mieć tradycję: wszak dla niej obraz był malowany! Academici Clementini musieli w świadectwie wyrazić przedmiot.
— E vero! — zawołał król żywo. — Tradycja mówi o Salomonie, świadectwo o Salomonie, ale jest kwestja, jest kwestja.
Wszyscy znowu oczy zwrócili na obraz i stali niemi. Brühl się skłonił.
— Najjaśniejszy Panie! — odezwał się — niema tu między nami znawcy nad Waszą Królewską Mość, a co nasz Pan wyrzecze to będzie sądem ostatecznym.
Król głową potrząsł i chytrze się jakoś uśmiechnął, szepnąwszy cicho:
— Ja nie powiem!
Położenie dworaków stawało się niesłychanie przykre. Z tym dowcipem, jaki go charakteryzował, minister odgadł swojego króla. Milczenie, według niego, nie mogło co innego znaczyć nad Ninusa i Semiramidę.
— Najjaśniejszy Panie — odezwał się po namyśle — gdybym miał odwagę przyznać się do mojego zdania...
— Miej ją! proszę! — wtrącił król.
— Sądzę, że i familja zapomniała i akademicy się omylili. To Ninus i Semiramis.
Wszyscy spojrzeli na ministra, podziwiając jego odwagę. Król rozpromieniony w ręce uderzył.
— I ja tak trzymam! — zawołał, wybuchając nareszcie.
Szmer się rozległ pomiędzy przytomnymi.
— Tak jest, Ninus, niezawodnie Ninus i Semiramis — powtarzano.
Wejrzeniem objął król zgromadzenie; nie było najmniejszej opozycji; wszyscy teraz utrzymywali, że to nie mógł być Salomon ale Ninus, że niepodobieństwem było, aby w kobiecie malarz Sabę stworzył nie Semiramis. Tylko Dietrich, ten szyderca co umiał wszystkich mistrzów malować, a sam sobą nie był nigdy, uśmiechał się dziwnie i ukrył w kątku.
Profesor Lippert wystąpił na poparcie z erudycją, Heinecken z prawdopodobieństwem, Mengs z charakterystyką.
Król usiadł w krześle uspokojony zupełnie i rad z siebie.
— Panie dyrektorze Heinecken, proszę obraz w katalogu poprawić, aby mi tam nie stał Salomon z Sabą, rozumiesz? Dzięki Bogu, ważne to pytanie stanowczo rozstrzygnięte zostało. Dziękuję panom.
I August uprzejmie ręką ich pożegnał. Z kolei tedy, od najstarszych począwszy, szeregiem poczęli się kłaniać majestatowi i schyleni tyłem cofać się do drzwi, za któremi każdy dopiero swobodniej odetchnął.
Dietrich popatrzał po towarzyszach szydersko nieco skłonił się i pierwszy zbiegł ze schodów.


VIII.

Kawaler de Simonis jakoś nierychło dnia tego potrafił się wydobyć z pałacu Brühlowskiego: zaproszono go tu na obiad do stołu dworzan i sekretarzy, przy którem prezydował marszałek dworu. Obiad był wytworny, wino doskonałe, humory wyborne i młodzież potem wybiegła do ogrodu. Maks mógłby być zupełnie zadowolony z przepędzonego tu czasu, gdyby nie jedna okoliczność. Przy stole siadł obok Blumli, ale z drugiej strony, niemal gwałtem się wcisnął młody chłopiec, który mu natarczywie patrzał w oczy i natrętnie szukał jego znajomości. Simonisowi wydało się to jakoś podejrzanem, bo nie mógł w żaden sposób odgadnąć powodu, dla którego ów młodzieniec zupełnie obcy, tak się do niego cisnął. Od Blumlego się dowiedział, że to był Polak, syn dosyć zamożnego szlachcica, który gwałtem niemal go oddał do dworu Brühla. Minister, który miał dlań jakieś obowiązki z tych czasów, gdy się o szlachectwo polskie starał i ocieszyńskie sobie pochodzenie wyrabiał, wziął chłopaka do Drezna.
Znali tu wszyscy tego pana Ksawerego Masłowskiego, którego, chociaż ich tam na dworze bardzo było wielu, zwano kat exochen Polaczkiem. Zrazu przyjechał był do Saksonji z podgoloną głową, przy szabelce, w kontuszu i żupanie; ale że na dworze Brühla noszono się po europejsku, musiał w końcu przebrać się jak drudzy. Taka była wola pana stolnika, ojca pana Masłowskiego. Na dworze dziwną Ksawery grał rolę, bo niebardzo tu kogo szanował, głowę do góry zadzierał, żartował ze wszystkich, i choć po francusku mówił jak hiszpańska krowa, a po niemiecku jak owca hiszpańska, łamanym językiem, nitki na nikim poczciwej nie zostawił. Kraj mu się wydawał osobliwy, ludzie śmieszni, stosunki dziwaczne, po szlachecku się zapatrując na to, ramionami tylko ruszał i drwił.
Blumli, który się go i obawiał i nie lubił, bo był śmiałek okrutny i zawalidroga, ostrzegł zaraz Simonisa, z kim miał do czynienia, żeby się miał na ostrożności, bo Masłowski do nikogo nie zwykł się był czepiać darmo.
Kawaler więc grzecznie się go zbywał przez cały obiad, sądząc że chłodem odpędzi. Nie było to tak łatwo, Masłowski kroku od niego nie odstał, a gdy się przenieśli do ogrodu i Blumli odszedł nieco, pochwycił Simonisa jak swojego. Tym razem Szwajcar sądził, iż łagodnością i uprzejmością go rozbroi, przestał się więc wyrywać.
Masłowski był słuszny, blondyn z nosem maleńkim garbatym a ustami wydętemi i oczyma wysadzonemi na wierzch. Okrutna się buta malowała w tej twarzyczce. Śpiczastą nieco głowę z dziwnie do góry zaczesanymi włosami nosił zawsze zadartą. Mały wąsik blond, który lubił pokręcać i którego dla stroju francuskiego nie chciał poświęcić, zdobił mu wargę wierzchnią.
— Cóż, szanowny kawalerze — odezwał się, do ogrodu wyszedłszy, Masłowski — jak się panu ten niemiecki kraj podoba.
— A! bardzo — rzekł Simonis.
— Bardzo? ja się panu przyznam, że mnie niekoniecznie. My obaj jesteśmy republikanie, a to przecie zupełnie co innego; szlachty ani widać: sami lokaje i urzędnicy.
Kawaler zmilczał nieco.
— No i lutry mało nie wszyscy — rzekł Masłowski — w katolickim kościele dzwonu powiesić nie wolno, jak u nas na bożnicy.
Ruszył ramionami, rozśmiał się, pokazując białe zęby, i dodał:
— Ale dziewczęta ładne!
Simonis, gdy raz wpadli na tę materję, wcale nierezonującą i nieprzedstawiającą niebezpieczeństwa, odetchnął wolniej.
— Ja tu mało kogo widziałem! rzekł.
— Ale! ale! — przerwał Masłowski — nie tracisz pan czasu. Wszaksze pan już znasz najpiękniejszą ze wszystkich i niemal ją codzień widujesz.
— Ja? kogo? — spytał zdziwiony Simonis.
— Ano pannę baronównę Nostitz, która jest przy królowej frejliną. Oprócz tego juści pan i z naszą hrabiną zabrał pono znajomość.
Szyderski uśmiech Masłowskiego, pokręcającego wąsa, nie podobał się Simonisowi.
— Hrabina jeszcze hoża baba — mówił szlachcic — wcale niczego, jak się wyczupurzy; a Pepita choćby na siebie i listka babuni Ewy nie miała, byłaby jak anioł ładnę! Tego to panu zazdroszczę, że ją tam u stryjenki widujesz...
— Ale skądże pan o tem wiesz? — spytał Simonis.
— Ja? widzi pan — mówił szlachcic — ja tu nie mam nic do roboty, ojciec mnie oddał dla przetarcia się i przecieram się... Patrzę, szpieguję i kpię. Ciekawy jestem! Cóż mam robić! Do czego to próżnowanie nie doprowadzi! Wszystkie ładne panny znam, a co Pepitę, choć Niemkę, przyznaję się, że uwielbiam. Gdyby nie była taka dzika, ja bym ją nauczył po polsku.
Simonis się uśmiechnął.
— Mówiłeś pan, że mi zazdrościsz, ale doprawdy niema czego, ja ją ledwie kilka razy widziałem.
— Kilka razy! ale swobodnie! a ja tylko ją oczyma gonić muszę; rozmowy ani sposobu. Śliczne stworzenie! — dodał Masłowski, wzdychając.
— Kochasz się waćpan w niej? — Spytał Simonis szydersko.
— A nie wiem — rzekł Masłowski — ale bardzo być może, iż... wypadnie się zakochać. Prawda, że Niemka, no ale szlachcianka i taka bestja ładna i niegłupia.
— I śmiała — dodał Simonis.
— A to nic nie szkodzi, ja sam śmiałe lubię. Przyznam się panu — przebąknął Masłowski — że tej pannie winieneś, żem się tak mu do boku przyczepił. Chciałem was ostrzedz. Jakby wam ochota przyszła koperczaki do niej stroić, to między nami byłaby awantura.
Simonis stanął i popatrzał mu w oczy.
— Cóż to ma znaczyć? — spytał, śmiejąc się.
— Czy pan kiedy w życiu spotkałeś szlachcica polskiego? — odparł drugiem pytaniem Masłowski.
— Nie — rzekł Szwajcar.
— No widzi pan, co kraj to obyczaj; my, szlachta naszej rzeczypospolitej, od nie wiem wielu lat mieliśmy i mamy przywilej sami tylko bronić kraju. U nas chłopów w wojsku niema: oni sobie ziemię orzą. Otóż od dzieciństwa nawykłszy do szabli i żołnierki, mamy ten nałóg, że gotowiśmy się bić o lada co. Co robić! dłonie świerzbią!
— A! — rzeki Simonis — ja też nieźle się fechtuję i strzelam.
— A, ba! daj ty mi pokój z fechtunkiem — rozśmiał się Masłowski — ja z różnemi waszymi nie mam do czynienia, choć i tegom się uczył; u nas na szabelki. To mi gra! Szpada to śmiech, a szablą jak płatnie...
Zamachnął Masłowski.
— Ale daj-że mi waćpan pokój, mój rycerzu szablowy — odezwał się ze śmiechem Simonis — ja ci przecież w drogę nie wchodzę.
Masłowski podał mu silną i szeroką dłoń.
— Widzisz, kochany kawalerze — rzekł — mnie się zdaje, że starzy i młodzi, kto żyw, w baronównie kochać się musi.
Ruszył ramionami i zaczął poświstywać.
— Ja kłótni, uchowaj Boże, nie szukam, ale się napieram do przyjaźni waćpana. Wiesz dlaczego?
— Cóż to takiego?
— Oto dlatego, że mi ta przyjaźń da sposobność uczęszczać na trzecie piętro kamienicy, w której na drugiem ta dziewieczka czasem przebywa. Mogę, obrachowawszy się dobrze, idąc, spotkać ją na schodach.
Simonis się śmiał, śmiali się obaj.
— Żeby ojciec wiedział o tem — rzekł Masłowski — dopierożbym się miał z pyszna! Gdy mnie na to przecieranie się w świat wyprawiał, choć mi to nie było do smaku wcale, zapowiedział najuroczyściej, że jeśli się w Saksonji z babami wdam w amory, sto bizunów na kobiercu.
Simonis aż odskoczył.
— Kochany Szwajcarze — rzeki serjo bardzo Masłowski — u nas sto bizunów jest porcją bardzo umiarkowaną. Ja ci ręczę że dają i po dwieście. Zaś mniej dwudziestupięciu, szkoda zakasywać rękawy i szarawary. Ale z drugiej strony, bracie republikaninie — mówił dalej pan Ksawery — trzeba wiedzieć, że u nas wielcy panowie, kiedy im przyjdzie fantazja skórę trzepać, często płacą potem po dukacie od bizuna.
Simonis słuchał, już nie rozumiejąc.
— Co chcesz — ciągnął dalej Masłowski — u nas świat inny, jakże ty chcesz, ażeby mi się tu podobało. Wcale inne obyczaje tu wszystko w kątku i po cichu.
Schylił mu się do ucha.
— Słyszałeś o Königsteinie? o Pleissenburgu, o Stolpen? Tam i naszej dużo szlachty rekolekcje odsiadywało. W Stolpen król starą kochankę posadził, gdy mu się sprzykrzyła, a do Königsteinu co dzień wożą. U nas tego niema. Prawda, tu świat polerowany bardzo, ale gęby na kłódki pozamykane. U nas mówić wolno, co komu ślina do ust przyniesie; u nas... ale ty tego nie zrozumiesz, kawalerze de Simonis. My ludzie trochę dzicy, prawda, ale u nas każdy Pana Boga chwali, jak chce co ma na sercu, to wypowie i sejmy mamy, na których się wykrzyczeć można, co dusza zapragnie.
— Tak, o sejmach słyszałem — odparł Simonis — u was jeden szlachcic zrywa sejm, gdy zechce.
— Tak jest, i jeżeli go w miejscu nie rozsiekają, to mu nic. Kawalerze de Simonis — przerwał nagle Masłowski — czy nie myślicie wy iść do domu? jabym was rad odprowadził.
Rozśmiał się Szwajcar, wymawiając od tego honoru, a że Blumli nadszedł, skłonił się Masłowskiemu i wymknął z nim razem.
Blumli chmurną miał twarz.
— Chodź do mnie — rzekł — tu niebezpiecznie mówić, a do pomówienia mamy.
Z ogrodu więc przez pałac znowu się dostali na nowy Rynek i skierowali ku mieszkaniu Blumlego.
Tu, gdy się znaleźli sami, tak, że ich podsłuchać nie było można, Szwajcar schylił się do ucha Maksowi.
— Coś dziwnego krąży w powietrzu — rzekł — jakieś pogłoski chodzą niezrozumiałe; Brühl udaje wesołego, taji się z czemś, ale niespokojny. Ludzie, co od granic jadą, wciąż plotą o wojsku pruskiem, jakoby już zbliżającym się trzema korpusami ku granicom naszym. Dopóki się życie ciągnęło, jak było, nieraz sobie niem człowiek sprzykrzył; teraz gdyby, uchowaj Boże, na wojnę się zaniosło, co będzie znami? To jedno — mówił Blumli — ale nie mniej trwoży, że u nas zdrajców się i szpiegów pruskich namnożyło. Najmniejsze podejrzenie, człowiek zginąć może.
Simonis udał bardzo obojętnego.
— Feulner tam coś do Berlina donosił, wzięli go na Koenigstein, a dziś, ale zachowaj to przy sobie, osób nie znasz, dziś uganiają się za Mentzlami, z których jeden podobno depesze Prusakom wydawał. Obaj Mentzle zniknęli. Brühl się wścieka bo długo nie wierzył w zdradę, bo Flemingowi odpisywał, że to nie może być, a jeśli depesze nasze ma Fryderyk i wie, co myśmy mu życzyli, no to około nas źle być może.
Blumli westchnął.
— W Dreznie, oprócz trocha gwardji, żołnierza i załogi niema; co nam pomoże forteca i mury, kiedy na nich dział nie widać. Myśmy do baletu gotowi choć jutro, ale do wojny ani za rok.
— Ależ wojna tak rychło przyjść nie może.
Towarzysz ruszył ramionami.
Wtem hałas posłyszeli za sobą i Blumli, odciągając Simonisa, ustąpił z drogi, spostrzegłszy dwór, który w wielkiej paradzie ciągnął na strzelanie do celu do bażantarni.
Na przepysznych koniach strzelcy nadworni, myśliwstwo, jägermeistrowie, dalej król, synowie jego starsi, królowa, kilka pań, Brühl i jego żona, generałowie, dygnitarze; wszystko to poważnie bardzo ciągnęło z tem przejęciem się uroczystością zajęcia, jakby przystępować miano do niesłychanej ważności dzieła. Na twarzy króla pogodnej, zamyślonej, było jakieś Nemrodowskie namaszczenie, strzeleckie jakieś niby kapłaństwo.
Biada temu, ktoby, patrząc na to, odważył się ironicznym uśmiechem tę kawalkatę powitać: Brühl srodze by ukarał zuchwalca. Gawiedź coprędzej ustępowała z drogi, a czapki i kapelusze leciały z głów; dworska służba przodem jadąca czuwała, ażeby ulice były oczyszczone.
Procesjonalnie tak, zwolna przeciągnęli wszyscy w milczeniu a dwaj Szwajcarowie z okrytemi głowami zatrzymali się, dając orszakowi miejsce. Mimowolnie porównywał Simonis Sans-Souci do Drezna i sam nie wiedział, coby był wybrał. Tu w istocie był majestat jakiś, tam tylko siła pewna siebie i szyderska, tu zdziecięciała powaga, tam naigrawający się z całego świata cynizm z kijem w ręku. Łatwo było przeczuć że człowiek, który uroku tego nie poszanuje, bezsilną pychę zwycięży. Lecz przyznać trzeba było, iż dla oka ślicznie się to wydawało, a etykieta dworu wielkiego mu dodawała blasku.
Gdy dwór przeciągnął cały, milcząc dwaj młodzieńcy poszli za nim ku domowi Blumlego i wkrótce obaj zamknięci w nim gwarzyli przy butelce wina.



IX.

Późno wieczorem wrócił Simonis znużony do domu, w którym już wszyscy spali, rozmyślając nad wcale nieosobliwem położeniem swojem. Mijał milczące pierwsze piętro, gdy stara Gertruda otworzyła drzwi, wyjrzała ostrożnie i poznawszy go przy świetle ogarka, który trzymała w ręku, dała znak, aby szedł za nią.
Zdziwił się nieco Simonis tak późnem zaproszeniem, lecz posłuchał go. Staruszka siedziała w wieczornym dezabilku i ogromnym czepcu z wstążkami na swoim fotelu i drzemała. Świeca okryta umbrelką paliła się na stoliku.
Zobaczywszy Simonisa, dała mu znak, ażeby usiadł naprzeciw.
— Cóż tam słychać? — zapytała po cichu, jak gdyby Gertruda nie była głuchą — co mówią w mieście? Jestem bardzo niespokojną. Feulnera wzięli, a choć się nie wygada pewnie, zawsze u niego coś znaleźć mogli; Mentzel uciekł, ale czy go nie dogonią? czy go nie wyda kto? Nareszcie i o waćpana mi idzie — dodała ciszej — tak, o waćpana...
— O mnie? — spytał zdziwiony Simonis.
— Czyś się waćpan podpisywał na listach do hrabiny de Camas? — zapytała baronowa.
Zbladł Maks.
— Dlaczego mnie pani pyta o to?
— Bo zdaje mi się, że listy czatowano i schwytano je.
Simonis ust nie mógł otworzyć.
— Pani to skąd wie?
— Wiem — zimno odezwała się baronowa — wiem... to dosyć.
— Ale ja dziś rano byłem u ministra; który mnie przyjął jak najlepiej.
— A wieczorem listy waćpana są u niego na stoliku.
— One szły przez Beguelina — zrywając się z siedzenia, odezwał się Simonis.
— A Beguelin więcej myśli o serach swoich, niż o listach. Waćpan, jeśli tak jest, nie masz chwili do stracenia; idź na górę zabierz co konieczne, resztę oddaj Gertrudzie; każe zanieść na strych. Gdy zapukają do wrót, nie czas już będzie.
— Lecz gdzie się ja skryję?
Staruszka, mimo wieku, zachowała zimną krew i przytomność.
— Idź waćpan na górę, spal jeśli co masz; zabierz pieniądze, weź płaszcz, zmień kapelusz: dam ci kartkę do Serba, mojego starego sługi, który mieszka w chatce nad Elbą między rybakami. Dopytasz się o niego. Spiesz...
Simonis zawahał się z początku, staruszka wskazała mu na drzwi.
— Spiesz! — powtórzyła — idź, a pamiętaj, jeśliby cię złapano, nie mów nic o mnie. Źle byś mi się wywdzięczył. Stare moje kości już ani więzienia ani męki nie wytrzymają.
Maks zerwał się z miejsca żywo i co prędzej pobiegł na górę. Zaczęty list spalił przy ogarku, który mu dała Gertruda, złoto swe pochował w kieszenie, płaszcz narzucił na ramiona; westchnął, łza niemęska zakręciła się w oku i już biegł na dół. Staruszka podała mu drżącą rękę do pocałowania.
Idź waćpan, idź, idź...
Simonis co tchu zbiegł na dół, drzwi ostrożnie otworzył; na rynku nie było widać nikogo; księżyc świecił i plac stał pustkami.
Niedobrze sobie zdając sprawę z tego, co uczynił, puścił się ku Frauen-Kirche i dla odetchnięcia a zorjętowania się przyparł u jednego z jej kanków.
W tejże chwili z przyległego gmachu, który dawniej część kościoła zakrywał i w którym mieścił się odwach główny, ujrzał wychodzących sześciu żołnierzy, oficera i urzędnika, który temu oddziałowi przodował. Za żołnierzami wlókł się w płóciennej odzieży człowiek, który trzymał łańcuszki w ręku. Simonisowi zrobiło się jakoś mdło, zakręciło mu się w głowie, nie mógł z miejsca ruszyć, choć chciał uciekać. Widział, jak żołnierze skierowali się do bramy domu baronowej i jak urzędnik do niej stukać zaczął.
Nie było wątpliwości straż ta po niego szła; musiał więc co najrychlej umykać z placu i za Pirnajską bramą szukać przejścia gdzieś nad Elbę, aby tam znaleść schronienie. Nieznającemu dobrze miejscowości wyprawa ta była niesłychanie trudną i ryzykowną.
Tonący brzytwy się chwyta. Simonis, nie wiedząc już, dokąd bieży, począł szybko mijać rynek i wpadł w pierwszą jaką napotkał ulicę; z tej puścił się w inną, niebardzo bacząc dokąd idzie; dobierając tylko jaknajciaśniejsze uliczki, o które w ówczesnych miastach nie było trudno zupełnie się zbłąkał. Zdało mu się wszakże, iż tu był bezpieczny. Okiennice wszędzie były pozamykane, bramy zaparte, mało gdzie świeciło się w oknie: w zaułkach oprócz kilku psów błąkających się nie spotkał żywej duszy. Idąc po tej stronie, na którą cień padał, nie lękał się aby księżyc w pełnym blasku mógł go zdradzić. Niekiedy nastawiał ucha, chcąc szmery dalekie usłyszeć i rozeznać, ale te, na chwilę tylko zaszumiawszy, tonęły gdzieś w głębiach. Zdala czasem skrzypienie drzwi otwierających się chwytał i trzask zamykania, niekiedy jakby ostrożne stąpanie po bruku. Przystając to idąc, rozmyślił się wreszcie, że w jakimkolwiek kierunku, iść należy, nie zmieniając go, aby tak do dnia nie błądzić i na patrol jaki nie natrafić. Prawdopodobnie nie znalazłszy go w kamienicy, musiano szukać w mieście: ostrożność więc zachować musiał największą.
O! jakże sobie w tej chwili wyrzucał, że się dał w tę sieć wpędzić, z której nie wiedział, czy wyjdzie z całą głową! Dom stary w Bernie, siostra, młodość, Berlin, stancyjka u cukierników, Carlotta — wszystko mu teraz ze łzami na pamięć przychodziło. Strwożony wlókł się pod murami i płotami, rozglądając, czy nie rozpozna, gdy wreszcie trafił na większą jakąś ulicę. Ale na niej posłyszawszy śpiew wesoły, cofnął się w cień i czekał. Środkiem szedł właśnie młody człowiek, jedną ręką w bok się wziąwszy, drugą opierając się na lasce; kapelusik na lewem uchu, mina gęsta, a humor jak po węgierskim winie. Simonisowi zdawało się że coś podobnego gdzieś widział niedawno i nie mylił się; był to bowiem pan Ksawery Masłowski. On i kilku młodzieży szlacheckiej ze dworu Brühla i najjaśniejszego pana sprawili sobie po teatrze niemieckiem w Gewandhausie traktament w winiarni u Czecha Hreczki, przy uliczce Kreuzkirche. Tamci się jakoś porozchodzili, a Masłowski powracał do domu i, żeby mu smutno nie było, polską na całe gardło śpiewał piosenkę.
Szwajcarowi, na widok kogoś ze dworu Brühla, zimno się zrobiło, choć noc aż nadto była parna; przylepił się do muru w przekonaniu, że go przechodzień nie postrzeże. Ale wśród ulicy pustej, nie mając co robić z oczyma, Masłowski przeglądał niemi wszystkie kąty. Dojrzawszy nieruchomo stojącego człowieka, rad, że może trafić na awanturę, nie zastanawiając się, wprost puścił się na niego z krzykiem: Wer da?
Zrazu Simonis chciał uciekać, ale siły i determinacji mu zabrakło; wziął się więc już do szpady, gdy Masłowski, przypadłszy tuż, poznał go i rozśmiał się na całe gardło.
— A ty tu co robisz, Szwajcarze? mnie pod sekretem mówiono, że cię wieczorem na odwach za coś miano wsadzić i wybierałem ci się tam oddać wizytę.
— Na miłość Boga! nie zdradzicie mnie! — zawołał Simonis — wy Polacy macie naturę szlachetną. Chciałżebyś się znęcać nad nieszczęśliwym!
— Niech Bóg uchowa! — zawołał Masłowski — na złość tym szołdrom bronić cię będę; ale powiedz-że mi prawdę, rękę na sercu położywszy, sumiennie, uczciwie, coś zbroił?
Simonis był w takiem położeniu, że nie miał już nic do stracenia; rodzaj gorączki go opanował.
— Szlachetny młodzieńcze — rzekł — przybyłem z Berlina, to starczyło, aby mnie posądzić.
— A jak na teraz to dosyć posądzenia, ażeby do sznurka się wzięli — krzyknął Masłowski. — Ale przyznaj się tyś pruski, he?
Szwajcar się zawachał.
— Sluchaj-że! Bóg widzi, mnie to zupełnie wszystko jedno; jak tylko Niemiec, gatunku nie mogę rozpoznać. A jak mnie to bawi, że oni się z tobą tłuc będą! A jak mnie to bawi! Gdybym mógł, to bym z obu stron podżegał! Bądź ty sobie pruski, saski, austrjacki, a mnie co do tego? jak tylko im pomagasz, żeby się z sobą jedli, to cię kocham! Lecz wiesz co, kawalerze szwajcarski — dodał ciszej — cóż ty myślisz z sobą. Ciebie szukają, a jak znajdą, niema żartu. Brühl słodki jest, ale jemu człowieka sprzątnąć, jak mnie wypić kieliszek. Ty się musisz skryć i pomagaj Prusakom, niech Sasów tłuką, a potem jeśli ci z tem będzie lepiej, pomóż Sasom, żeby Prusaków wytłukli. Jak ich mniej będzie, świat nie przepadnie. Masz-że ty już jaką dziurę?
Simonis się jeszcze wachał.
— A! gadaj-że, tchórzu — zawołał Masłowski — żaden polak nigdy nie zdradził.
— Mam — odparł Simonis — ale do niej sam nie trafję, bo miejsca nie znam ani ludzi.
Obejrzał się pan Ksawery: w ulicy żywej duszy nie było.
— Daleko to? — zapyta!
— Nad Elbą, między rybakami — rzeki Simonis.
— Hm! — odparł szlachcic — ja co innego mam na myśli; niech sobie ta dziura zostanie na wszelki wypadek na później. Gdzie ty tam w śmierdzącej chacie o cebuli i razowym chlebie wytrwasz? Ja ci powiem co zrobimy. Ja się nikogo w świecie nie lękam. Stoję sam jeden u wdowy, nawet nie starej, u niejakiej Fuchsowej: oto stąd nie daleko, kilkadziesiąt kroków. Fuchsowa mnie drze, ale nie zdradzi i dałaby się posiekać za mnie. Nie pierwszy to raz u mnie się kto przytuli i przymieszka kilka dni. Powiem babie: Verstehen, język za zębami halt! Będzie milczała, choćby ją pieczono.
— Nie będziesz-że się lękał? — Spytał Simonis.
Masłowski, oczy otworzywszy szeroko, odstąpił kilka kroków.
— Ja? żebym się szołdrów zląkł? A niedoczekanie ich! Szwajcara, jakby się zawzięli, mogą poturbować i połaskotać koło szyji, ale polskiego szlachcica? ha! ha! Co mi zrobią? wsadzą do Koenigsteinu? Ano, wielka rzecz: ojciec uwolni. Chodź!
To mówiąc, pociągnął go z sobą; a dla większej pewności pod rękę go ujął i tak prowadził do pani Fuchsowej. Masłowskiego ojciec, pan stolnik, był człowiek majętny; kilka razy już długi synowskie płacił, działo się więc panu Ksaweremu u Fuchsowej jak nie można lepiej.
Jak tylko do bramy zaczął kluczem świdrować, służąca w pantoflach zbiegła ze światłem, a na pierwszem piętrze czekała gospodyni, średnich lat, nieszpetna kobiecina, wygadana, śmiała dworka. Gdy ją zobaczył Masłowski, zaczął zaraz łamanym językiem witać ją i oznajmować, że prowadził z sobą przyjaciela, że ten kilka dni u niego spocznie, ale o tem powinno być cicho.
Fuchsowa, oczyma tylko ciekawie zmierzywszy młodego chłopca, usty i rękoma zaręczyła uroczyście, że spełni polecenie grafa. Masłowski, jak wszyscy majętniejsi Polacy, dostał ten tytuł od Fuchsowej; potwierdzili go potem tragarze, którym dobrze płacił i kupcy u których brał na kredyt.
Mieszkanie pana Ksawerego nie było paradne, a po saskich w porządku utrzymanych, wydawało się tem, co dotąd Sasi zwać zwykli polnische Wirthschaft. Nieład, panujący tu, dwa razy tyle kosztował, co gdzieindziej najwyszukańszy porządek. Fuchsowa nie śmiała zaprowadzać u niego żadnych reform, bo Masłowski się gniewał.
Wśród dosyć porządnych mebli stały buty pod krzesłem jednem, na drugiem wisiał przyodziewek, na trzeciem ręcznik; miednica stała na stoliku wśród papierów, świeca przy talerzach z owocami; na ćwieczkach tu i owdzie wisiały piękne i nie piękne rzeczy; na kanapce leżała biała poduszka; na łóżku w drugim pokoju stało pudło.
— Przepraszam cię, kochany kawalerze Simonis — począł, wchodząc, Masłowski.
— Na miłość Boga! nie wymieniajcież mojego nazwiska — krzyknął Szwajcar.
— A! prawda. Ale jakże was będę nazywał? hę? Po imieniu?
— Ani po imieniu.
— Ochrzcij-że się, kim chcesz być.
— Włochem nazwij mnie.
— Terrini, znałem jednego, który się tak nazywał, to mi łatwiej będzie — podchwycił Masłowski. — A zatem signor Terrini, przepraszam cię za nieporządek u mnie. Niemcy się z niego wyśmiewają, ale te szołdry nie rozumieją bestje tego, że ja szlachcic wolny nie chcę być niewolnikiem moich rupieci i dla nich się męczyć! pal ich djabli! Niech każda rzecz tam leży, gdzie ja każę, nie gdzie jakiś głupi wymaga porządek. Pomimo to będzie wygodnie, możesz nogi położyć na stole, kiedy chcesz; u mnie wolno wszystko... mojem godłem libertas!
To mówiąc, Masłowski wskazał na drugi pokoik, gdzie stało łóżko.
— Gość jesteś, zdejmę pudełko i oddaję ci łóżko. Sam się prześpię na kanapie. Jeśli jesteś zmęczony, zrzuć łupinkę z siebie i idź prosto w bety, a ja sobie radę dam; bądź spokojny.
Simonis jednak dalekim był od tego uczucia. Uścisnął rękę Ksawerego z wdzięcznością.
— Ale jutro?... jutro co będzie?...
— Jutro ja idę na służbę — rzekł Masłowski — dla samej niepoznaki, muszę. Fuchsowej zapowiem, że tu niema nikogo; musi uwierzyć bo bym babie uszu natarł dopiero. Zamkniesz się na klucz i jesteś jak u Boga za piecem.
— A jeśli się wyda?
— Jakimże sposobem ma się wydać?
— Któż to przewidzi?
— To nie może być.
— Lecz, gdyby...
— A no? gdyby; widzisz kochanie, moje okno z sypialni, hę? wychodzi do ogrodu... Ofiaruję ci dwa prześcieradła, które masz czas skręcić i związać, zpuścisz się i drapniesz prosto nad Elbę. Mówiono mi, że tego sposobu doskonałego używał kompatrjota asindzieja Blumli, ile razy Brühl zastał go nie w porę u Miny, i takiej nabył wprawy, iż go to potem nic nie kosztowało.
Masłowski śmiał się i już zaczynał się rozbierać.
— Idź spać, kawalerze Simonis, u mnie się nie ma czego obawiać! Jabym was dlatego samego bronił, że im pomagasz do ciupaniny! A! gdybym wojny między niemi doczekał, to dopiero będzie satysfakcja. Dobranoc kawalerze, kładź się, ja tu na warcie! Dobranoc!


X.

Ostatnich dni sierpnia, ktoby był po długiej niebytności przyjechał do spokojnego Drezna, mógłby go nie poznać. Jakieś niezwyczajne, rozbudzone życie krążyło nietylko w ulicach miasta, ale w najodleglejszych jego zakątkach. Twarze, które spotykano, potrwożone były, zdziwione, niektóre uśmiechały się szydersko, inne krzywiły smutnie. Kupki mieszczan gromadziły się tu i owdzie, szeptano między sobą żywo, a na widok wojskowych i urzędników, rozpierzchały się w mgnieniu oka. Z okien domów, na najmniejszy hałas, wyglądały ciekawie głowy w perukach, czepkach i szlafmycach. Od zamku kiedy niekiedy wyjeżdżał konny gwardzista, pędził ciężkim kłusem ku Pirnajskiemu przedmieściu i znikał. Około pałacu Brühla ruch był większy jeszcze, niż gdzieindziej, lektyki i powozy stały przed nim, odchodziły, powracały, posłańcy bez kapeluszy biegali z zamku i do zamku; kobiety szczególniej były w gorączkowym ruchu.
Hrabina Brühlowa siedziała u królowej, minister był przy królu, a w jego salce czekało nań, niecierpliwiąc się, mnóstwo osób. Wszystkich twarze były zafrasowane, namarszczone. Hennicke chodził z głową zwieszoną. Hlobik i Stammer kłócili się z sobą. Wnoszono i wynoszono pliki papierów. Generałowie przybiegali, dowiadywali się i odjeżdżali. Niekiedy przez most od Nowego Miasta wpadał na koniu kurjer wprost przed pałac Brühla i szybko ze skórzanej torebki dobywszy listów, oddawał je na dole, a z rąk do rąk chwytane dostawały się w mgnieniu oka do sali, gdzie je Globig bez ceremonji rozpieczentował; służba jak oparzona biegała, wołana, odwoływana, wylękła. Nigdzie dnia tego nie było porządku, a rozkazywał, kto chciał. Słuchano jednych, zapominano o rozkazach drugich; frasunek opanował do najmniejszego pachołka.
Wśród tego dworu, oszalałego niemal jakąś trwogą, Masłowski z rękoma w kieszeniach z miną na pozór serjo, w istocie szyderską, chodził przysłuchując się, przypatrując, jakby go to niesłychanie bawiło.
Nie wydawał się jednak z tem uczuciem i przed towarzyszami przesadne rozwodził żale.
Do osób, które na Brühla już oczekiwały, w tej chwili przybył jeszcze generał Rutowski. Z posępnem czołem rozepchnął tłumy te, nie patrząc prawie na nie; zapytał o ministra, niecierpliwie się zżymnął, usłyszawszy, że go niema, i otworzywszy sobie gabinet, padł w nim na krzesło przy stole, głowę opierając na ręku.
— Słuchaj-no — rzekł do jednego z kamerdynerów — jak tylko minister wróci, dać mu wiedzieć o mnie.
Ale ministra nie było, godziny porządkowe zmieszane zostały, nikt nie wiedział, kiedy się co zacznie i skończy. Pomniejsza służba korzystała z tego szczęśliwego składu okoliczności, po kątach wysuszając butelki i ściągając niekontrolowane słodycze. Nikt ich teraz nie pilnował.
Wśród tego szmeru i wiru, nagle stała się cisza, a potem gwar, ruch, zamęt, wrzawa podniosły się jeszcze. Wołano:
— Jego ekscelencja!
Drudzy poprostu:
Brühl!
W istocie minister wysiadał z lektyki i nie widząc nic, nie słysząc, nie zważając na to, co się koło niego działo, biegł na schody. Twarz miał gniewem wywróconą, bladą i zestarzałą nagle; jeden mankiet koronkowy wisiał u rękawa oddarty, peruka była w nieładzie.
W sali powlókł oczyma po twarzach przytomnych i jakby nie widział nikogo, wpadł do gabinetu, w którym siedział Rutowski.
Za nim też wcisnęli się: hrabia Loss, kanclerz Stammer i prezydent konsystorza Globig, wszyscy wicekrólami zwani. Zmienione ich twarze zwiastowały przestrach; Loss, trzymał papiery w rękach tak drżących ze wzruszenia, iż latały z góry na dół.
Za nimi nadbiegł z zamku dążący generał adjutant baron von Spörken. Stosownie do temperamentów, twarze tych panów były blade jak marmur, żółte jak wosk, czerwone jak piwonie: baronowi von Spörken krew o mało nie tryskała z oczu, Rutowski, poważny i smutny, miał majestatyczny spokój ojca, którego był obrazem.
Brühl stanął w pośrodku i odetchnął.
— Panie generale — rzekł do Spörkena — zmiłuj się, rozporządź, nakaż, pilnuj, aby mi nikogo do króla, ale co się nazywa nikogo z wojskowych nie dopuszczano.
— To się rozumie, bądźcie spokojni — rzekł Spörken.
Oczyma jakby obłąkanemi Brühl powiódł po ścianach i siłą woli odzyskał przytomność i krew zimną, przynajmniej pozornie.
— Rzecz jest niesłychana, w dziejach niepraktykowana, niepojęta, która wszelkim kombinacjom kłam zadaje, bo się wszelkiemu prawu urąga. Słyszeliście panowie?
Rutowski podniósł głowę.
Tak jest; co chwila gońcy to potwierdzają — mówił Brühl coraz usiłując się spokojniejszem okazać — tak jest. Król Fryderyk, niepomny praw narodów, nie wypowiedziawszy nam wojny, nie mając najmniejszego powodu do najazdu, trzema kolumnami wkracza do Saksonji. Oto są z Berlina doniesienia jak najdokładniejsze. Ma czterdzieści tysięcy ludzi. Książę Ferdynand Brunświcki wszedł do księstwa magdeburskiego a kwatermistrz i przednie straże na Hallę, Lipsk, Bornę, Chemnitz, Freiburg, Dippelswalde zmierzają ku Dreznu. Król sam z wyborem żołnierza idzie po lewym brzegu Elby przez Wittembergę, Torgau, Meissen, zapewne na Kesseldorf. Książę Bevern od Frankfurtu nad Odrą, przez Elsterwerde, Budyszyn, Stolpen i Lohmen, dąży w okolicę Pirmy.
Rutowski porwał się z krzesła, łamiąc ręce.
— A my przeciwko tym trzem oddziałom mamy zaledwie...
— Trzydzieści tysięcy żołnierza! wybornego żołnierza! — przerwał Brühl, porywając papier ze stołu. — Tu stoi rachunek. Trzydzieści tysięcy...
Rutowski szybko z za munduru dobył inny papier.
— Hrabio, mylisz się i uwodzisz! — krzyknął — nie mamy połowy tego. Piętnaście tysięcy z ciurami, ani jednego więcej.
— To być nie może! — odezwał się Brühl.
— Tak jest! tak jest! Na papierze mieliśmy ich trzydzieści, ale ja wiem, że połowy niema przy regimentach.
— Austrja... — zawołał Brühl.
— To złudzenie — przerwał Rutowski śmiało — z nami będzie to samo, co z księciem Karolem Lotaryńskim pod Kesseldorfem; Austrja tak nas poświęci jak jego dała na ofiarę.
— Nie może być, nie może! — począł Brühl. — Dwór cesarski, mam najpewniejszą wiadomość, wysłał siły znaczne do Czech. Korpusem jednym dowodzi Broun, ten stanie pod Kolinem, drugim Piccolomini pod Köniksgrätzem. Generał Wied wykomenderowany zostanie do Peterswalde, aby nam podał rękę. My też wojsko nasze musimy zgromadzić w tej stronie.
— A Drezno? — spytał Rutowski — a król? królowa?
— Drezno! — uśmiechając się, zawołał Brühl, — pan hrabia się lękasz o Drezno! Drezna nikt się tknąć, nikt się do niego zbliżyć nie waży, choćby w niem nie było jednego człowieka. O Drezno ja jestem spokojny.
— A ja nie! — rzekł Rutowski.
— Panie hrabio — odezwał się minister — proszę przypomnieć sobie, że gdy za śp. ojca waszego, Karol XII zajmował i nękał Saksonję całą; gdy mógł najłatwiej opanować stolicę: przecież się nie ważył nogą stąpić na próg jej, a gdy tu przybył, to z uszanowaniem w gościnę. Jużciż Fryderyk nie będzie zuchwalszym od Karola XII?
— Wasza Ekscelencja nie znasz Fryderyka, a ja służyłem w wojsku pruskim i znam ducha, jaki tam panuje — mówił Rutowski. — W Karolu XII, jakkolwiek zdziczałym, było coś rycerskiego, było poszanowanie pewnych praw i przyzwoitości. Fryderyk, który się z Pana Boga śmieje, z religji drwi publicznie, nie wierzy ani w piekło, ani w niebo, a teraz już nawet ani w pana de Voltaire, swojego przyjaciela, nie poszanuje nic, wejdzie wszędzie, gdzie siłą wejść będzie mógł bezkarnie.
— Nie sądzę — rzekł Brühl głosem niepewnym.
— Mamy pierwszy dowód tego na wkroczeniu do Saksonji — dodał Rutowski.
— Król jegomość już podpisał list, który natychmiast wysyłamy.
— List! — ruszając ramionami, mruknął von Spörken — wyślijcie armaty, ale list!... list pewnie nie poskutkuje.
— Zobaczymy — odparł Brühl. — To są strachy człowieka, który sam się boi. Fryderyk II wie, że naprzeciw siebie ma nie jedną Saksonję, ale Austrję, Francję i Rosję; wie, że jest zgubiony. Wiem, jakie są jego plany: chce nas tą groźbą zmusić, abyśmy szli z nim przeciwko Austrji.
Rutowski pokręcił tylko głową.
— Nigdy w świecie z Fryderykiem — dodał Brühl — za nic w świecie. Król jegomość na to się nie zgodzi.
— Tymczasem Saksonja padnie ofiarą — rzekł hrabia.
— To chwilowy kryzys — gorzko odparł minister — Fryderyk zgubiony, zrozpaczony, targa się jak hyena w klatce zamknięta, ale darmo! Prusy zostaną wymazane z rzędu mocarstw europejskich.
Rutowski ruszył ramionami znowu i milczał.
— Radźmy, panie generale — odezwał się po małym przestanku Brühl. — Mojem zdaniem i zdaniem generała Nostitz, wszystkie nasze siły należy zgromadzić w obozie pod Pirną. Tam będziemy czekali, oparci o Koenigstein, dalszych wypadków. Fryderyk nie będzie śmiał. Generał Wied poda nam rękę, a przez niego utrzymamy komunikacje z Bourem i Piccolominim.
Obejrzał się Brühl; nikt się nie sprzeciwiał. Rutowski stał zamyślony.
— Jakże wy sądzicie, panie hrabio? — spytał minister.
— Ja nie chcę mieć głosu, aby nie brać na siebie odpowiedzialności — rzekł Rutowski. — Jego królewskiej mości służyć chcę i będę, ale w takiem położeniu, w jakiem się znajdujemy, z piętnastu tysiącami na czterdzieści, bez przygotowania, zaskoczeni niespodzianie, możemy bronić honoru tylko, nie Saksonji.
— Panie hrabio! pan widzisz wszystko zbyt czarno. Za naszymi piętnastoma, przeciw Prusom staje kilkakroć sto tysięcy sprzymierzonych.
— Za pozwoleniem — przerwał Rutowski — traktat podpisany?
Brühl zawahał się.
— W tem była cała moja przebiegłość i polityka, aby go nie podpisać i nie dać pozoru do wojny. Traktat jest jak zawarty. Gdybym go podpisał, Fryderyk jutro miałby jego kopię, a tak...
— Wie tylko, coście pisali do Wiednia, i to mu wystarcza — zakończył hrabia — nie mówmy o tem. Na słowa niema już dziś czasu: trzeba coś robić. Robić! robić! — dodał Rutowski — rozkazy! rozkazów trzeba.
— Tak jest — potwierdził baron Spörken.
— Obóz pod Pirną... odparł Brühl — pozycja jest doskonała! obronna! położenie, nad które nie znajdziemy szczęśliwszego. Całe siły nasze pod Pirną. Pan generał zechce obmyślić.....
Rutowski, nie mówiąc słowa, wziął za kapelusz leżący na stoliku.
— Idę, wysyłam rozkazy.
Brühl z pewnym niepokojem przeprowadził go do progu.
Spörken począł chodzić po gabinecie. Hrabia Loss, Stammer i Globig rozmawiali po cichu; Brühl powrócił, czoło ocierając, i padł na krzesło.
— Tak — rzekł — nie przeczę, jesteśmy w chwilowem zakłopotaniu, ale kosztem tym pozbędziemy się raz tego nieprzyjaciela, któryby nam wiekuiście wbity siedział na boku. Il faut en finir une bonne fois pour toutes. Nigdy plan szczęśliwszy nie był obmyślany, nigdy zwycięstwo nie mogło być pewniejszem. Niech wchodzi do Saksonji; bardzo dobrze: obsaczymy go tutaj i weźmiemy. S’en est fait de la Prusse!
Gdy to mówił, twarz mu się stopniowo wyjaśniała.
Hrabia Loss stał przed nim zadumany.
— Jak myślicie, archiwa sekretne należałoby wywieźć do Koenigsteinu? — zapytał.
— Po co? — rzekł Brühl.
— A jeśli wnijdą?
— Dokąd?
— Do Drezna...
Brühl rozśmiał się.
— Mówcie panowie, co chcecie, jest to rzecz tak niemożliwa, tak niemożliwa...
Wszyscy zamilkli.
— Król chce być sam w obozie pod Pirną — rzekł, zwracając się do Spörkena, Brühl — napróżno usiłowałem go od tego odciągnąć. Mój Boże! ile go to zdrowia i spokoju kosztować będzie! Powiedział mi, że jeśli Prusacy natrą, sam gotów do nich strzelać; ale Prusaków nie zobaczymy.
Rozśmiał się Brühl.
Marszałek dworu wszedł w tej chwili, oznajmiając, że obiad stygnął oddawna.
— Jeść zawsze potrzeba — odezwał się Brühl, wstając — proszę panów z sobą do stołu.
I podawszy rękę hrabiemu Loss, wyszedł układając twarz do salonu, w którym hrabina Moszyńska i hrabina Stórnberg i cały dwór jego nań oczekiwał.
Gdy się to działo w pałacu pierwszego ministra, około zamku gęstsze niż kiedykolwiek stały straże. Służba była przebrana najtroskliwiej. Po korytarzach ukryte czatowały warty, na schodach i w przedpokojach snuły się różne postacie, kosemi oczyma mierzące nietylko przechodzących przez pokoje, ale nawet ukazujących się w dziedzińcu.
Król August III siedział w swem krześle zadumany nieco, ale ukołysany już tak obietnicami posiłków przez Brühla, planem jego przeciw Prusakom, przedstawionym mu doskonałym stanem armji saskiej, której dla króla było zawsze trzydzieści tysięcy, iż myślał już więcej o księdzu kanoniku Crespi, kupnach Algarottego, o galerji, o polowaniu, o różnych potajemnych przyjemnostkach życia, które ojciec Guarini pod warunkiem tajemnicy rozgrzeszał, niż o Fryderyku II i Prusach. W duchu też był przekonany, że ten Fryderyk nie mógł mu być tak nieprzyjaznym że można go było ująć, ukołysać tymczasem, a potem do Brandenburga odesłać, żeby mu się nie wiedzieć czego nie zachciało. August III czuł się tak silnym, iż chwilowy kłopot domowy nie zdawał mu się groźnym. W ostatnim razie alboż nie miał jeszcze Krakowa i Warszawy, i puszcz polskich i niedźwiedzi i wilków, a nawet żubrów, gdyby mu się ich koniecznie zachciało.
Wprawdzie szlachta polska nie wszystka mu była do smaku; naród był burzliwy i krzykliwy, zuchwały i niegrzeczny, a jednak między nimi byli ludzie choć do rany przyłożyć. Pałac saski nie był nazbyt niewygodny... tóż za Wilanowem i za Pragą lasy a w lasach zwierzyny moc.
I dumał król, fajkę paląc, a wzdychając niekiedy nad niezmierną niegrzecznością Fryderyka.
A w zamkowej ulicy, pod bramami, zbierały się potajemnie kupki ludzi. Szeptano sobie na ucho i spoglądano ku oknom zamkowym.
Nieopodal stąd, w sklepiku naprzeciwko, pod Orłem Białym gospodarz pan Weiss, otyły, połyskujący Niemiec, z rękoma na żołądku, rozmawiał z sąsiadką, panią Krause.
— Powiadam ci, panie Weiss, żem w zamku słyszała... idą Prusacy; król Fryderyk nasz, ewangelik...
— Co waćpani w głowie! — uśmiechnął się Weiss — on ewangelik?... poganin. Wiem to najlepiej. Mają swój osobny kościół w Berlinie, do którego zgromadzają się nocami dla odprawiania swych obrządków. Kozła na ołtarzu czczą ze złoconymi rogami.
— Ale pfe! — zawołała pani Krause — to nie może być.
— Wiem najlepiej od duchownych: z Francji przyjeżdża ich arcykapłan.
— Otóż za to Pan Bóg karze! za to! — odezwała się pani Krause. — Już były w tym roku znaki. Czy nie pamiętacie, co się u nas działo w styczniu 13 na 14? Sądny dzień! Dachówki leciały jak liście, kominy sypały się, okna wyrywało, koło Wilsdrufskiej mur wywaliło. A w lutym znowu jaka była burza! Czy kiedy co podobnego ludzkie oczy widziały?
— Tę pamiętam, bo w kilka dni potem spaliło w Kaitz jedenaście domów — westchnął Weiss. — Ale do Drezna, niedoczekanie ich, Prusacy nie przyjdą — dodał — mury mocne.
— Kto ich wie, jeśli z kozłem mają do czynienia, a czary na posługi... — I westchnęła Krausowa, dygnęła i poszła.
Około ratusza kilku mieszczan rozglądało się po ulicach.
— Kurjery latają jak oparzone — rzekł jeden.
— Trzech na Pirnajską bramę posłano; sam widziałem — odpowiedział drugi.
— Gdzież, mówią, Prusacy? — spytał trzeci.
— Kto to może wiedzieć? Plotą ludzie tak, że człek głowę traci. Gadają jedni, że już w Lipsku, drudzy, że w Meissen, inni, że w Stolpen.
— Nie może to być: wojny, słyszę, nie wypowiedzieli — rzekł jeden polityk.
— A co myślicie? — odezwał się z boku inny — gdyby Saksonję i zajęli, alboby nam było gorzej?
Syknął któryś:
— Bo już chyba nie może być gorzej! — ale drudzy znak dali, aby milczał.
W tem Beguelin się zjawił, znajomy kilku.
— Panie Braun! — rzekł szybko — bierzcie swój ser, na miłość Boga!
— A kto będzie jadł, jeśli wojna przyjdzie?
— O to niema biedy — wtrącił drugi — spytaj lepiej, kto go będzie płacił? Zjeść, zjedzą!
— Panie radco — zapytał zcicha Braun — prawdaż to, że wasi nam Saksonję zajmują?
Beguelin stanął jakby zdziwiony.
— Kto? gdzie? oszaleliście, czy co! ja nic niewiem! — i odszedł szybko.
Do późnej nocy trwał ten ruch niespokojny w ulicach. Wieczorem, że się bez rozrywki obejść niepodobna, król w Jägershofie wyprawił sobie strzelanie do celu. W Gewandhausie dworscy komendanci grali przedziwnie wesołą sztuczkę.
Lecz tego dnia pan Ksawery Masłowski nie potrzebował dla rozrywki iść do teatru: dosyć mu było w pałacu Brühla i w ulicach przysłuchiwać się i przypatrywać skutkom ogólnego popłochu. Ktoby go był widział prychającego kiedy niekiedy, gdy śmiechu wstrzymać nie mógł, myślałby, że istotnie coś nadzwyczaj szczęśliwego mu się trafiło.
Wychodził właśnie z pałacu, zamyślając iść wcześniej do domu, aby nieszczęśliwemu Simonisowi dotrzymać towarzystwa, gdy Blumli się do niego przyłączył.
Zmieniony był i smutny. Z rana, z powodu Simonisa, musiał przebyć złą chwilę: posądzono go o wspólnictwo, przetrząśniono mu dom i papiery i tylko opiece hrabiny, która zań zaręczyła, winien był, iż cały wyszedł a swobodny.
— Patrzaj-że, Panie Ksawery — rzekł do niego — com odpokutował za tego człowieka! Ale któżby się był tego po nim spodziewał!
— W istocie — odparł Masłowski — miał taką minę, jakby trzech zliczyć nie umiał.
— I niezręczny, w dodatku! — zawołał Blumli — dać się złapać na pierwszym kroku.
— Jakto złapać? — przerwał Masłowski.
— Jego jeszcze nie złapano, ale listy — mówił Blumli. — A co się z nim stało?
— Jak się wam zdaje? co się z nim stać mogło? — spytał Masłowski.
— Kto go wie! Wymknął się pewnie z pomocą baronowej lub baronówny!
— Ta by go była nie ocaliła — rzekł Masłowski — nadto dobra Saksonka.
Blumli mówiąc, szedł ciągle, jak gdyby w zamiarze odwiedzenia Masłowskiego. Panu Ksaweremu zaczynało być przykro.
— Idziecie do domu? — spytał Szwajcar.
— Ja? niekoniecznie: wolałbym się powłóczyć jeszcze.
— A ja bym się do was wprosił w gościnę na kilka godzin — dokończył Blumli. — Do domu nie chcę iść. Któż wie? może im przyjść fantazja i po mnie przysłać, tymczasowo na odwach wsadzić; wolę u siebie nie być.
Masłowski się zmieszał widocznie.
— U mnie taki nieład! — rzekł — Fuchsowa właśnie zabrała się szorować i robić porządek.
— Musiała go skończyć — rzekł Blumli — jużcić Polak niegościnnym być nie może. Czyżbyście mnie u siebie przyjąć nie chcieli? Czy się obawiacie?
W dwie draźliwe struny trącił Szwajcar: w gościnność i odwagę. Masłowski aż się rzucił.
— Nie mówcież mi tego! — zawołał. — Idę przodem o dwa kroki, abym Fuchsowej nakazał co rychlej izbę oczyścić. Proszę za mną.
Pobiegł pan Ksawery i pędem skoczył na górę, drzwi znalazł zamknięte i pięściami bić w nie począł. Nierychło jednak Simonis mu otworzył.
— Zamknij się w sypialnym pokoju — krzyknął, pospiesznie go popychając. — Nie mogłem się odczepić od Blumlego który tu idzie. Ruszaj i siedź cicho!
Zaledwie drzwi zamknęły się za kawalerem, który do alkowy umknął, Blumli był na progu.
— Fuchsowa dziś nie robiła porządku, chwała Bogu! — odezwał się Masłowski — zajęta jest Prusakami. Całe miasto o nich gada. W sypialnym pokoju nastawiała mi tylko konewek i balii. Siadajcie!
Masłowski posłał po wino i owoce i siedli, tak gwarząc, a gospodarz z wielką pilnością chodził około drzwi zamkniętych lękając się, aby Blumlemu nie przyszła fantazja zajrzeć do balij i konewek. Jakby naumyślnie, Szwajcar rozwodził się nad niegodziwą zdradą Simonisa, nad podwójną rolą, jaką odgrywał, nad kłopotem, jaki z tego powodu miała stara baronowa. Słowem, nie żałował go wcale, a ukryty w izbie obok wszystkich tych narzekań słuchać musiał.
— A! — zawołał w końcu Blumli — gdyby mi popadł w ręce! Nie zaręczam co bym zrobił... Dla oczyszczenia samego siebie, oddałbym go Brühlowi; przecieżby go nie powiesili, a niechby się raz strachu najadł, drugi raz byłby ostrożniejszy. Hrabina mówiła mi dziś rano, że gdyby wpadł w ręce sprawiedliwości, prosiłaby męża o surowość: jest oburzona.
Wśród tej rozmowy zdawało się Masłowskiemu, jak gdyby okno w alkowie brzęknęło, jakby ruch jakiś dał się w niej słyszeć. Zagadywał, jak mógł, Szwajcara i głuszył go, lecz zbyt blizko drzwi siedzieli, żeby rozmowa ujść miała uszu nieszczęśliwego.
Dwie długie godziny tak przeszły.
— Teraz, gdy już noc nadchodzi — odezwał się Blumli — pójdę do Miny, ona mnie przechowa. Wątpię, żebym tam dziś Brühla zastał: nadto ma na głowie.
Pożegnali się; Masłowski go na schody wyprowadził i co najprędzej wrócił do pokoju, aby Simonisa uwolnić. Otworzył alkowę, spojrzał: okno stało naoścież... począł szukać po kątach, nigdzie Simonisa ani śladu; tylko koniec skręconych prześcieradeł bielał przywiązany do listwy, a spojrzawszy w ogród dojrzał pan Ksawery końców sznura na gałęzi starej gruszy.
— Skorzystał z mojej instrukcji doskonale — rzekł, wciągając prześcieradła — a jeśli go teraz gdzie pochwycą, jam nie winien!
I rozśmiał się na całe gardło.


KONIEC TOMU PIERWSZEGO.





TOM II



I.


Piękny i ciepły jeszcze był dzień dziewiątego września 1756 roku, ale w świetnem i ożywionem zwykle Dreznie panowała cisza jakaś dziwna i złowroga. Trudno było rozpoznać, co ją spowodowało, choć na pierwszy rzut oka widać było, iż się działo lub przyjść miało coś nadzwyczajnego. Mało było ludzi w ulicach, za to pilnie wpatrując się, dostrzedz mogło ciekawe oko na wieżach kościoła Świętego Krzyża i Panny Marji, na świeżo dokończonej nadwornej kaplicy, ludzi, którzy kryjąc się przez okna i z za gzymsów spoglądali ciekawie na okolicę.
Pałac Brühlowski stał zamknięty, a ciżba, która się zwykle około niego kręciła, znikła była zupełnie; od ogrodu i arsenału wywożono paki, które wozami szły na Pirnajskie przedmieście. W oknach pozamykane były okiennice i zapuszczone zasłony. Na zamku stała jeszcze na straży gwardja królewska, zajmująca główny odwach i inne zwykłe swe stanowiska; ale na ponurych twarzach żołnierzy malowało się jakieś niezrozumiałe uczucie i obawa. Najmniejszy hałas wywoływał z okien głowy ciekawe.
Drzwi kościoła katolickiego przy zamku, tej wspaniałej, świeżo dokończonej budowy, na której szczytach stali na straży święci Pańscy, były otwarte... Z uroczystą powagą na chórze organy odzywały się modlitwą tęskną, powolną, pełną głębokiego uczucia, tęsknić się zdającą, ku niebiosom i temu pokojowi, którego świat dać nie może.
Śpiew towarzyszył organom, a przed wielkim ołtarzem, w którym królowało arcydzieło Rafaela Mengsa, stał kapłan sprawujący świętą ofiarę. Loża wprawo była otwarta, firanki jej rozsunięte; w oknie jej zakwefiona Józefina, za nią młodsze jej dzieci, rodzina i dwór. Z głową spuszczoną, zdawała się płakać, modląc, niekiedy załamane ręce nad głowę podnosiła ku niebu, a po chwili opadały bezsilne na bogato oprawną księgę. Organ grał ciągle pieśń swą błagalną i uroczystą.
W ogromnym kościele mała zaledwie kupka osób nabożeństwu była przytomną, tuląc się przy filarach. Niektórzy klęczeli zatopieni w modlitwie, inni stali pogrążeni w myślach. Przez okna aż ku środkowi kościoła, wpadał szeroki pas światła, jak gdyby słońce chciało promieniem lepszej nadzieji pocieszyć strapionych.
Wtem, wśród przestanku, gdy organ umilkł na chwilę, wśród ciszy dobiegł aż tu z ulicy szmer głuchy i daleki okrzyk. Do barona Spörken, który stał w drugiej loży dworskiej, przysunął się zdyszany paź królewski.
— Prusacy idą! Prusacy wchodzą! Prusacy!... — zawołał.
I uszedł żywo.
Królowa drgnęła, jak gdyby przeczuła tę chwilę i to słowo. Właśnie kapłan od ołtarza odwrócony, ukończywszy ofiarę, z twarzą ku loży, krzyżem świętym dawał błogosławieństwo. Józefina podniosła się. Pomimo niemiłych i ostrych rysów niepięknej twarzy, w postawie jej i ruchu znać było córkę cezarów.
Powolnie, przyklęknowszy raz jeszcze, posunęła się na korytarz.
Tu ją napotkał baron Spörken.
Spojrzała nań pytająco: schylił głowę milczący.
O krok dalej stał pater Guarini w sukni swej duchownej z rękoma założonemi na piersiach; głowę miał spuszczoną, twarz smutną ale spokojną.
Królowa z dziećmi, nie odezwawszy się słowem do nikogo, pytać nie chciała, aby się nie dowiedzieć zbyt wcześnie — poszła korytarzami i gankami do zamku. Za nią pociągnął dwór w posępnem milczeniu. Już tu zalatywały głosy z ulicy, bo ulice przed chwilą puste, wypełniały się ludem, a protestancka ludność miasta witała Prusaków, jako współwyznawców. Przypominano sobie, że w czasie pierwszego zajęcia Drezna Fryderyk uczęszczał czasem do protestanckich zborów, a nie pamiętano lub nie wiedziano tego, że je zarówno jak katolickie kościoły wyszydzał i ośmiewał.
Lud zresztą każdej zmianie przyklaskuje łatwo, bo niema lekkomyślniejszego nic nad zbiorowisko a tłum, który słowu i wrażeniu, jak morze wiatrom, rozkołysać się daje.
Po tylu widowiskach w operze, do której ulica przystępu nie miała, po Re pastore i Aecyuszu, granych dla dworu, nadchodził dzień widowiska dla ludu. I napawała się ciżba upokorzeniem od Boga zesłanem tym, przed którymi wczoraj zmuszona była padać na twarze. Pięćset osób występowało dla króla w operze, tu kilkadziesiąt tysięcy Prusaków grało dla ludu dramat krwawy.
Wołano zewsząd: Prusacy! idą Prusacy! ale wojsk tych jeszcze widać nie było; spostrzeżono je z wież ciągnące ku miastu bezbronnemu, którego załoga z resztą wojsk wyciągnęła do obozu pod Pirną. Bronić się nie było komu i nie przydałoby się na nic. Fryderyk nie wypowiedział wojny, zajmował Saksonię, szydersko prawiąc o własnem i jej bezpieczeństwie. Napróżno po dwakroć pisał król do niego. Odpowiadał mu, że jest i będzie jego najlepszym przyjacielem, a tymczasem wojska pruskie szły coraz dalej, zalewały kraj, zabierały kasy, wymagały prowiantów, chwytały ludzi i postępowały sobie jak w zawojowanem państwie.
Fryderyk cynicznie szydził z Augusta III, dla którego oświadczał się uszanowaniem; o Brühlu nie mówił wcale, nie mógł wyrzec jego nazwiska; nazywał go: ten... Konia tylko na którym jeździł, Brühlem nazywał. Był to najgorszy ze wszystkich. Wojska saskie wedle planu zakreślonego, usiłując się połączyć z austrjackiemi, wszystkie wyciągnęły do obozu pod Pirną. Dnia trzeciego września, Brühl chwilowo, jak mówił, dla rozrywki obejrzenia wojsk, skłonił króla i królewicza starszego aby wyjechali do obozu. Augustowi III towarzyszyło w tej przejażdżce pięćdziesiąt koni; pierwszy minister, który wiedział pewnie, że nierychło powróci do Drezna, miał ich z sobą sto dwadzieścia.
Król najmocniej był przekonany dotąd, iż Fryderyk może go odwiedzić w jego stolicy, ale się jej zająć nie odważy. Przeciwko Brühlowi nawet utrzymywał z uśmiechem, że Fryc nie jest znowu tak zły człowiek, tylko na nieszczęście niedowiarek trochę i bezbożnik.
Ostatniego dnia jeszcze poseł angielski Stormont ofiarował Brühlowi pokój od króla pruskiego, pod warunkiem, aby Saksonja rozpuściła wojska i ogłosiła się neutralną. Ale Brühl podrażniony i związany już słowem z Austrją i Francją, od których pobierał pensję za swe usługi, pewien, iż plany mocarstw przeciwko Prusom spełnić się muszą odrzucił. Rutowski dowodził obozem pod Pirną, generał Wied obozował pod Nollendorf; a przednie jego czaty dochodziły, wedle planu, do Peterswalde.
Tym samym gościńcem wspaniałym, który Brühl zbudował do granicy czeskiej, na urągowisko i groźbę napisawszy na słupach, że to był Gościniec wojskowy (Heerstrasse), i on i pułki saskie wyciągnęły na swe leże...
W ulicach coraz większe roiły się tłumy, wszystko, co wczoraj jeszcze kryło się, lękając prześladowania, wybiegało teraz, pewne nietylko bezkarności, ale opieki. Żywioły te krajowe, co się tulą po kątach, nie śmiejąc się na dzienne światło pokazać, rachując na łatwe zdobycze w mętnej wodzie, na zemstę niepoczciwą, na grabież zdradziecką, na posługę ohydną, wybiegły wszystkie, jak męty w potrząśniętym naczyniu. I widać było ludzi i twarze, jakie rzadko świat razem zebrane ogląda; wszystkie wyrzutki społeczne, chciwe swojego dnia, a raczej swej chwili zwycięstwa krótkotrwałego. Przelęknąć się było można tych oczu krwawych, tych ust spalonych, tych łachmanów brudnych, tych rąk grabieżliwych i drżących... które się już wyciągały po łupy...
— Idą, idą! — rozchodził się szmer w tłumie.
A każdy nicpoń, który długie lata chował złość w sercu, żywił zemstę, uśmiechał się tym Prusakom, którymi się miał posłużyć.
— Idą, idą! — gorączkowo, urywano powtarzała ciżba — idą! idą!!
Zdala głuchy grzmot jazdy i brzęk broni dochodził, ale nic widać nie było.
Na zamku dwór i królowa trwali na modlitwie przed obrazem; zapalone świece... na klęczkach wszyscy... cisza... z ulicy czasem jakby wybuch stugębnego stłumionego krzyku słychać było: — Idą, idą!
Z pałacu na Taschenbergu jeden z katolickich kapelanów dworu przesuwał się mimo protestanckiego kościoła świętej Zofji na zamek. W progu zboru stało duchowieństwo protestanckie. Pastor z szyderskim uśmiechem podjął biret z głowy i kłaniając się zawołał:
— Adieu! bywajcie zdrowi! panowanie wasze skończone!
Mnóstwo scen podobnych odgrywało się wszędzie; to też duchowieństwo katolickie w tym dniu zamknęło się na zamku prawie całe, a ci, co mieli nieprzyjaciół i lękali się zemsty, szukali przytułku...
Ze dworu Brühla, z tych kilkuset osób, co go otaczały, jedni z nim pociągnęli do Pirny, drudzy się rozpierzchli przed burzą; garść niemych i przybitych na straży pałacu została.
Do ostatniej godziny nie chciał minister wierzyć zajęciu Drezna; przykład Karola XII ubezpieczał go; nareszcie wobec głośnych odgróżek Fryderyka, trzeba się było poddać rzeczywistości. Zapóźno uczynił to minister i ze swych skarbów mało co już mógł ocalić. Wszystko prawie rzucał na pastwę mściwemu nieprzyjacielowi.
Król ze starszym synem wyjechał, królowa oświadczyła, że zostanie, że się nie ruszy krokiem, że zniesie wszystko, co jej losy gotują, ale nie ustąpi. Mówiąc o Fryderyku, zapalała się: oczy jej płonęły, ręce drżały, miotała się; modlitwa nawet ukołysać wzruszenia jej nie mogła.
Oczekiwanie, straszniejsze nad wszystko, nużące, trwało długo.
Prusacy, otaczający już Drezno, ciągnęli powoli, jakby te męczarnie oczekiwania przedłużyć chcieli.
Na ostatek w ulicach rozległy się krzyki i tętent, a na zamku królowa podniosła się z przed obrazu, przeżegnała i stanęła jak skamieniała, bezmowna, blada.
Przybliżył się ojciec Guarini.
— Najjaśniejsza Pani — rzekł — módlmy się do Ducha Świętego, aby nas natchnął męstwem i stałością. Są to dary Jego. Dni próby długo trwać nie mogą...
Baron von Spörken wszedł do sali blady.
Królowa nań spojrzała.
— Mów! — rzekła.
— Dwanaście bataljonów piechoty i trzy szwadrony jazdy zajmują miasto — rzekł stłumionym głosem. — W tej chwili pierwsze posterunki gwardji rozbrajają. Opór był niepodobieństwem.
— Niech się stanie wola Boża.
Szwajcarami obsadzają zamek...
Królowa nic nie odpowiedziała.
— A Fryderyk? — zapytała po chwili.
— Niema go przybędzie jutro; wolał na spełnione przyjechać, wstydząc się tego, co czyni.
W tej chwili popłoch z ulicy przenosić się zaczął do zamku.
Obszerne dziedzińce jego wypełniły się tymi, którzy pod skrzydłem królowej szukali opieki. Na tym podwórcu, jak salon flisami kamiennymi wykładanym, gdzie się niegdyś odbywały świetne karusele i maskarady za Augusta Mocnego, kędy się paliły ognie brylantowe i brzmiały muzyki, ciżba przestraszona, ludzie z węzełkami mienia, o którego całość obawiali się, cisnęli się teraz, szukając w cieniu, w załomach niedojrzanego schronienia.
Królowa wyglądała oknem i łzy płynęły jej po twarzy, choć rysy zdawały się nieporuszone i jakby od bólu stężałe.
Co chwila ktoś wpadł z wieścią.
— Zajmują magazyny wojskowe — wołał jeden.
— Wypróżniają arsenał... rozbierają broń...
— Zabierają kasy..
— Pieczętują dykasterja i archiwa.
Królowa zwróciła się żywo.
Archiwum sekretne, archiwum, o którego pochwycenie chodziło najwięcej Fryderykowi, aby nim wojnę usprawiedliwić, znajdowało się na zamku; klucz jego miała królowa.
Baron Spörken wszedł, zabawił chwilę i stanął, nie śmiejąc się odezwać.
— Archiwum? — zapytała królowa.
— Pieczętują je — rzekł generał.
W pierwszej chwili rzuciła się królowa, jakby chciała biedz na obronę jego, ale się powstrzymała.
— Baronie! — rzekła — jeśliby gwałtu użyć chciano, muszę i powinnam o tem wiedzieć; pójdę sama; stanę... Niech się poważą podnieść rękę na mnie, niech mnie zabiją.
Hrabina Brühl, która towarzyszyła królowej, zżymnęła się i zawołała:
— Nie będą śmieć!
— Najjaśniejsza Pani — odparł Spörken — na wszystko przygotowanym być potrzeba; dla króla pruskiego niema nic świętego: nic nie poszanuje...
— Nie będzie śmiał — zawołała Brühlowa — bo, gdy nadejdzie chwila zemsty — wie, że jest nieuchronną — naówczas nie będzie też dla niego litości, ani poszanowania.
Wszyscy milczeli. Baronówna Nostitz, piękna Pepita, stała u okna z twarzą w ogniu i piersią wzdętą; zdawała się jedną z tych bohaterek, którym tylko oręża brak w dłoni, aby się z nim rzuciły przeciw tłumowi. Coś rycerskiego pałało w jej oczach.
Nie śmiała mówić, co myślała.
W główce jej grało. — Zapusty trwały długo, pokuta i post przychodzą! Szaleliśmy nad przepaścią i otwarła się przed nami. Któż nas ocali, gdy my się sami nie umiemy bronić, gdyśmy dobrowolnie do kajdan wyciągnęli ręce. A! gdybym była mężczyzną!! gdybym była mężczyzną! — Sparła się na oknie i bezmyślne wejrzenie w dziedziniec rzuciła. Nagle rumieniec jej bladości ustąpił, głowa się pochyliła, brwi zmarszczyły; drgnęła... Przypatrywała się bacznie, coraz baczniej.
Podwórze zajmowali w tej chwili Szwajcarowie i Prusacy. Pomiędzy nimi kręciło się kilku po cywilnemu ubranych. Zdawało się jej, że oczy ją mylą: poznała w jednym z tych kawalera de Simonis. Szedł obok tłustego Beguelina, który rozmawiał ze swymi ziomkami.
Myśl jakaś dziwna błyskawicą przebiegła snadź po jej główce, zadumała się ponuro, ruszyła, wróciła na miejsce i poruszyła raz jeszcze.
Nikt nie zważał na nią.
Drzwi były blisko. Posłuszna tej myśli, której oprzeć się nie mogła, piękna Pepita wybiegła. Schody stały puste; nikt z dworca i otoczenia królowej nie ważył się wyjść z jej pokojów, ona jedna miała to męstwo. Z wierzchołka schodów spojrzała w dół. Szwajcarowie obsadzali warty... nieopodal stał Simonis.
Schyliła się Pepita; oczy jej zaiskrzyły się.
— Kawalerze de Simonis — zawołała głosem drżącym.
Maks podniósł głowę i, spostrzegłszy piękne dziewczę, drgnął, rękę podnosił do kapelusza.
— Tu, do mnie — odezwała się — dwa słowa.
Zawahał się Szwajcar, ale głos i twarz dziewczęcia tak były nakazujące, taką miały siłę i potęgę, że się oprzeć nie mógł. Puścił się na schody, nastrajając twarz pół zdziwioną, na pół smutną. Stanąwszy przed Pepitą, oprócz jakiegoś poruszenia ust, które głosu nie wydały, nie umiał się zebrać na nic.
Dziewczę w całym blasku piękności swej, którą gniew czynił jeszcze piękniejszą, majestatyczniejszą może, przybliżyło się do niego.
— Panie de Simonis — zawołała porywczo — moja stryjenka ocaliła was, gdyżcie byli w niebezpieczeństwie, jej winniście życie; ja wam przyrzekam wdzięczność królowej, moją, skarby, złoto, w przyszłości dostojeństwa, wszystko, czego zażądacie, ale musicie przejść w służbę moją.
Simonis się zmieszał.
— Tak jest, moją! tak! — Pochwyciła go za rękę oburącz, oglądając się dokoła, chociaż schody i korytarze były puste.
— Jam wyczytała z waszych oczu, że serce macie dobre, choć zbłąkane myśli, choć niepewne chęci; ja was od was samych chcę ocalić, ja wam wskażę szlachetną drogę, służbę nieszczęściu, nie niewolę siły. Jesteście wolni, kawalerze de Simonis, możecież lepszy uczynić użytek ze swobody waszej nad poświęcenie jej sprawie zacnej przeciw uciskowi najniegodniejszemu?
To mówiąc, cisnęło jego dłonie śmiałe dziewczę, paliło go oczyma, nagliło.
— Te ręce, które cisną dłoń waszą — dodała — nigdy nie dotknęły męskiej dłoni, nawet brata; te usta, które was proszą, nigdy o nic nie prosiły nikogo, oprócz Boga. Idzie mi o kraj mój, o królowę; dla nich chcę i muszę was zyskać. Rodzina moja majętna, własne mienie wam oddam a sama pójdę do klasztoru, uczynię was bogatym. Wszak nie pragnęliście niczego innego nad to, przyjmując służbę Prusaka. Panie de Simonis, odpowiedzi! na Boga! odpowiedzi!...
Maks milczał. Spadło to na niego tak, jak od wyjazdu z Berlina ciągle niespodzianie nań gromadziły się niebezpieczeństwa i pokusy. Piękność Pepity, jej śmiałość, uczucie czyniły na nim wrażenie, któremu oprzeć się nie mógł. Radby był uciec, widząc przed sobą zawikłanie nowe, nowe groźby na przyszłość. Baronówna go nie puszczała.
— Pani! — rzekł — daj mi się pani namyślić; ja nie wiem, ja nie mogę...
— Na to namysłu nie potrzeba — odparła Pepita — pan musisz mi służyć, a ja daję panu słowo uroczyste, jeśli chcesz, stwierdzam je przysięgą (tu rumieniec na twarz jej wytrysnął); — poświęcenie wasze opłacę poświęceniem bez granic!
Słowa te nie przebrzmiały jeszcze, gdy Simonis oszalały schylił się do jej rąk i, gorąco je całując, zawołał:
— Rozkazuj pani!
Pepita odetchnęła, odstąpiła kilka kroków; po krótkim namyśle odwagi jej zabrakło.
— W tej chwili — rzekła ciszej — mam jedno tylko: zachowaj pan dawne stosunki, nie zrywaj z nikim. Niech wszystko zostanie, jak było. A dziś wieczór u stryjenki, rozumiesz mnie pan...
Simonis skinieniem tylko odpowiedział; baronówna znikła.
Przez chwilę stał, nie mogąc oprzytomnieć, zbierał myśli, nie dowierzał rzeczywistości; sam siebie pytał, czy takie szczęście prawdą być może. Obok tego całe niebezpieczeństwo położenia na myśl mu przyszło. Zmieszany stał jeszcze, gdy u dołu ujrzał Beguelina, który szukać się go zdawał. Zbiegł więc żywo ze schodów ku niemu.
— A cóżeś tam waćpan robił?
— Pannę znajomą zobaczyłem...
Szwajcar ruszył ramionami pogardliwie.
— W takiej chwili o pannie myśleć, a to trzeba być takim młokosem, jak waćpan. Chodźmy stąd. Niema tu co robić. Sądziłem, że król jegomość dziś przybędzie, dlategom się stawił. Bądź co bądź, przykra rzecz patrzeć na to, co się tu teraz dzieje.
I boczną bramą ku kaplicy wyprowadził Simonisa w ulicę, która i z tej strony pełną była ciekawych tłumów. Przez most przeciągały wojska; wrzawa u wjazdu nań i ścisk był ogromny. Niekiedy szyderski śmiech zakręcił się w powietrzu i zmilkł.
Stąd widać już było straże postawione przy pałacu Brühla.
— No, jutro zobaczymy tu piękne rzeczy — rzekł Beguelin — bo że mu król jegomość nie daruje i że mu peruki przewietrzy za to ręczę.
Rozśmiał się, ale wnet zwrot myśli ku sobie wywołał westchnienie i dodał po cichu:
— Połowy sera mojego nie sprzedałem, a co zostało... kaput!
I ręką machnął.
— Kto mógł przewidzieć, że się to tak rychło stanie.
Simonis tu go pożegnał. Przyszło mu na myśl, ażeby pójść podziękować starej baronowej, i skierował się około pałacu Brühla, ku Nowemu Rynkowi.
Tu ludu mniej było; przeciągały małe kupki, poglądając w okna i jakby smakując tylko w myśli małego rabunku. Pałac słynął ze swych skarbów. Ale straże pruskie zajmowały podwórza i wnijścia. Przechodząc tędy zdala, usłyszał Simonis głos jakiś wygwisdujący wesołą piosenkę. Było coś tak niezwyczajnego w tej wesołości wśród powszechnego smutku i w takiej chwili trwogi, że Simonis szukać zaczął winowajcy oczyma, gdy głos ten zbliżył się ku niemu i ogromna silna dłoń uderzyła go po ramieniu. Obejrzał się: pan Ksawery Masłowski siedział na baryerze przed pałacem.
— A! niechże cię, Szwajcarze przeklęty — zawołał — obawiałem się, czyś karku nie skręcił, lub żeby cię nie zapakowali gdzie do komórki. Stój, gadaj, co się z tobą działo...
Simonis zatrzymał się, witając go i dziękując.
— Widzę, żeś cały i śmiało teraz używasz świeżego powietrza — dodał Masłowski — bardzo się cieszę. Ale mi się należy za podarte prześcieradła, żebym wiedział, co się z tobą stało. Mów!
Simonis przysiadł się przy nim na baryerze.
— Nie chciałem ani was, ani siebie wystawiać na niebezpieczeństwo. Blumli się odgrażał — rzekł — wolałem uchodzić.
— Dokąd? — zapytał Masłowski.
— W chwili, gdym się z okna spuścił, poszarpawszy ręce, patrz, że jeszcze znać — mówił dalej — w tej chwili wcale nie wiedziałem, co zrobić z sobą. Miałem adres dany mi do Serba, mieszkającego nad Elbą, ale w przeznaczeniu snadź mojem było, żebym się do niego nie mógł dostać.
— E! więc gdzieżeście ten czas posiedzieli?
Simonis zarumienił się mocno.
— Wyszedłszy od was przez ogród...
— I przez mur — poprawił Masłowski.
— Dostałem się na dziedziniec domu przez którego bramę otwartą trzeba było przejść, aby wydobyć się na ulicę; zdawało mi się, że trzeba to spełnić żwawo, aby mnie, jak złodzieja, nie pochwycono. Puściłem się więc kłusem przez bramę, gdy z drugiej strony wchodziła do niej właśnie kobieta, którą w pędzie nie mogąc się zatrzymać, potrąciłem. Krzyknęła mocno ze strachu. Poznałem w niej pannę Doris, moją towarzyszkę podróży z Berlina.
— Masz waćpan widocznie szczęście do starych bab — przerwał Masłowski — bo oto druga; wszak Brühlowa chciała waćpana wziąć za sekretarza... Widoczna to wskazówka Opatrzności, abyś się podżyłych pilnował, bo co przeznaczone, to nie minie. Już teraz odgaduję, że Doris, której los rzucił cię w objęcia, musiała ocalić...
— Coś podobnego — rzekł Simonis — nie puściła mnie, pókim się jej nie wytłómaczył, czegom tak uciekał. Piąte przez dziesiąte wykłamałem się niedobrze bo coś już o mnie i o mojej ucieczce od Miny zasłyszała. Uparła się być moją zbawczynią i przez te dni uchodziłem za jej brata.
— No, to jeszcze nic — odparł Masłowski — gorzejby było, żebyś musiał za męża uchodzić. A teraz co myślisz?
— Nie wiem jeszcze, a wy? — zapytał Simonis.
— Ja? Do obozu pod Pirnę hrabia Brühl brać mnie z sobą nie życzył, zostałem tutaj. Wcale się nie gniewam, to mi wszystko jedno, a mam satysfakcję patrzeć, jak się te szołdry jeść będą. Nasza ekscelencja, lękam się, żeby nie rychło chyba dostała pozwolenie powrotu do pałacu. Prusacy zabierają się tu gospodarować na dobre. Dalipan zabawne... Spojrzał obojętnie na Simonisa i swą piosenkę poświstywać zaczął, a potem odezwał się:
— Masz już waćpan mieszkanie? bo spodziewam się, że u Doris nie zostaniesz dłużej?
— Będę ja miał dzisiaj.
— Na przypadek potrzeby, zawsze moje na usługi wasze. Fuchsowa bardzo dobra kobieta i drugiej pościeli dostarczy.
Z tem się pożegnali. Simonis nic nie mówiąc, poszedł do kamienicy baronowej. Zdala już widać było okna drugiego piętra pootwierane i staruszkę w czepcu, przypatrującą się, jak z głównego odwachu przed jej oknami pruscy żołnierze ściągali resztki nieszczęśliwej gwardji saskiej; tłum ludu, i tu stojący opodal, w milczeniu się temu przyglądał.
Jeszcze nie miał czasu dostać się na drugie piętro, gdy stara Gertruda, zapewne z rozkazu swej pani, otworzyła mu drzwi, witając go ręką i uśmiechem.
— Pańskie zawiniątko na strychu w całości: nic nie zginie....
W progu stała baronowa z twarzą promieniejącą. Simonis w rękę ją pocałował.
— Cieszę się, że waćpana widzę całym i zdrowym, teraz już jesteście zupełnie bezpieczni. Ale mi mój Serb kazał odpowiedzieć, gdym się o was pytać posyłała, że tam u niego aniście byli. Lękałam się bardzo.
Kawaler wytłómaczył się, iż znalazł przytułek u przyjaciela, nic nie mówiąc o przyjaciółce. Staruszka go posadziła przy sobie.
— Jutro przyjeżdża nasz król... Choć to faworyt mojej poczciwej hrabiny de Camas, choć przyjam mu, choć go od tych Sasów wolę, co tylko hulać i swawolić umieli, a lud ze skóry drzeć; choć się ucieszę, że im da naukę: ale mi królowej żal trochę i tego niedołęgi króla, która może i teraz jeszcze nie wie, co znim robią. A Brühla, żałuję tylko, że nie pochwycił go Fryderyk... ha! ha!
Staruszka pokręciła głową.
— Prusacy zajęli miasto; nie było go komu bronić; choć do baletu nigdy nie brakło ludzi.
Gderząc tak przez chwilę, pani Nostitz przypomniała sobie, że Simonis nie miał pewnie mieszkania.
— Zajmij-że swój pokój na trzeciem piętrze i niech ci Gertruda da klucze, a wieczorem przyjdziesz do mnie.
Zaproszenie było bardzo na rękę: myślał bowiem, jak spełnić rozkaz pięknej Pepity, który obraz miał ciągle na myśli. Do wieczora było wprawdzie daleko; Simonis jednak tak był zmęczony i tak się potrzebował namyślić, co dalej pocznie, że cały ten czas, porządkując w mieszkaniu i leżąc wyciągnięty, przebył, nie postrzegłszy, jak przebiegł. Gertruda zastukała do drzwi.
Trochę poprawiwszy stroju, zamyślony Maks zszedł do baronowej. Pepity wzrok powitał go w progu. Stała czarno ubrana i wejrzeniem dała mu znać, ażeby się nie wygadał przed staruszką. Przywitała go tak, jakby się wcale dnia tego nie widzieli. Baronowa, oszczędzając synowicę, drażliwej nie wprowadzała rozmowy; pytała tylko o królowę.
— Wiem — odezwała się Pepita — że nasza pani przyjaciół nie ma, że jej charakter nigdy się nie dozwolił przypodobywać ludziom i szukać jej względów, ale dziś któż jej nie pożałuje! W tem wszystkiem niema jej winy najmniejszej, a dla niej, nad nią cięży najstraszniejsza pokuta! Modli się i płacze!
— I gniewa — dodała baronowa.
— Któżby jej tego nie przebaczył? — zawołała Pepita. — Córka cesarska niewolnicą brandenburskiego margrabi, królowa dwóch państw — na łasce tego żołnierza...
Stara baronowa westchnęła.
— Tak — rzekła smutnie — gdy się wielkie dzieło sprawiedliwości dokonywa, i niewinni porwani są burzą: gdy dęby padają, gniotą kwiaty, co kwitły pod nimi.
— Jest-że to dzieło sprawiedliwości? — zawołało dziewczę.
— Tak — odparła staruszka — patrzały na to oczy moje, gdy szalał August Mocny, nie szanując ani rodziny, ani wstydu, ani ludzkich łez; gdy mu się bóstwo jakieś śniło i Jowiszowe miłostki. Zostawił po sobie niedołężnego syna, a wychował dlań opiekunów w Brühlach. Spełnia się na dziecku, na co ojciec zasłużył.
— Ale, kochana stryjenko — poczęła gorąco Pepita — to tylko próba, to chwila i przesilenie. Pan nasz ma królestwo drugie, w którem znajdzie schronienie; pan nasz ma sprzymierzeńców potężnych i ukarze to zuchwalstwo. To nie kara Boża, to próba: my z niej wyjdziemy zwycięsko!
Spojrzała na Simonisa, który milczał, pożerając ją oczyma; czekał on na przyrzeczoną mu rozmowę; nie jego rzeczą było myśleć o tem, gdzie i jak ona odbywać się może. Pepita miała dosyć odwagi i przebiegłości, by nastręczyć sposobność. Wcale też po niej nie widać było obawy, ani wahania. Zdawała się być swego pewną.
W chwili, gdy baronowa poszła do drugiego pokoju olulić swego Fidela do snu w jego koszyku, Pepita zbliżyła się żywo do Simonisa.
— Przed dziewiątą pożegnaj pan stryjenkę, zejdź na dół i czekaj na mnie przy mojej porte-chaise.
Simonis skłonił głowę, baronówna odeszła od niego prędko.
O naznaczonej godzinie, choć staruszka wstrzymać go usiłowała, Simonis wyszedł na stanowisko. Lektyka już czekała przed kamienicą.
Wkrótce potem zbiegła Pepita i wsiadła do niej, rozkazując ludziom iść powoli ku zamkowi. Maks towarzyszył jej stanąwszy przy oknie, które było spuszczone.
— Panie de Simonis — zaczęła Pepita — nie wymagałam od was przysięgi, choć sama mu ją złożyłam. Nie zacięża mi ofiara żadna, bylem ocaliła moją królową, mój kraj. Nieprzyjaciela, który nas, urągając się wszelkiemu prawu, zagarnął bezbronnych, godzi się odpierać wszelkimi środkami. Nie mamy żołnierzy; my, kobiety, chytrością, podstępem, orężem, jaki nam Bóg dał, opierać się i walczyć będziemy. Waćpan jesteś moim, prawda? jesteś moim? ja na niego rachować mogę?
— Pani — zawołał Simonis — dosyć było twojego słowa ażeby Szawła Pawłem uczynić. Pani wiesz, co możesz: któżby ci się oparł?
Pepita uśmiechnęła się smutnie.
— Niestety! — rzekła — jakież to okropne! Pan mnie nie znasz, tylko z tej odrobiny nędznego blasku, jaki mi młodość nadaje. Pan nie wiesz, czyś aniołowi dał duszę, czyś szatanowi zaprzedał! Mój Boże, dlaczegoż ja w panu, zamiast tego zaślepienia we mnie, nie mogę natchnąć szlachetniejszego uczucia litości dla uciśnionych, miłosierdzia dla tego nieszczęścia, dla tej królewskiej niedoli?...
— Pani możesz mi natchnąć wszystko bo jej słowa mają potęgę.
Dość, dość — przerwała Pepita — muszę tej potęgi używać, bo innej nie mam siły; ale użyję jej, aby was podnieść, podźwignąć! Panie Simonis, wyście nic nie winni, ja wiem; wyście wzrośli w tych przekonaniach, że możecie, że powinniście zaprzedać się pierwszemu lepszemu dla chleba i dla przyszłości. Niestety, wasi ziomkowie służą tak po całym świecie: biedni! To było we krwi u was, ale wam Bóg dał, spodziewam się, duszę szlachetną, którą rozbudzić tylko potrzeba, aby uczuła, iż człowiek nie jednym chlebem żyje, ale sumieniem i cnotą.
Podała mu rękę przez okno. Simonis ją pocałował. Zawstydzony był, milczący.
— Chciałabym was szeroką, jawną, jasną poprowadzić drogą; niestety, nie czas. Nieprzyjaciel — mówiła dalej — wpędził nas w te wąwozy ciemne, w których się bronić musimy. Jesteś pan i zostaniesz w obozie nieprzyjaciela, ale dla nas, abyś nas ostrzegał, abyś działał. Musisz moją sprawę poślubić dla mnie.
— Rozporządzaj pani i bądź pewną, że będę jej wierny.
— Będę mówić obrzydliwym językiem — odezwała się Pepita — ale raz muszę i to powiedzieć: nie stracicie na poświęceniu się waszem. Fryderyk głodem morzy swoje sługi, my przyjaciół obsypiemy złotem, choćbyśmy sami nędzę cierpieć mieli. Tam nie dosłużyłbyś się nic, tu spodziewać się możesz wszystkiego.
— Dosyć mi będzie, gdy pani... — rzekł Simonis.
Pepita nakazała mu milczenie.
— Na te oświadczenia zawcześnie — rzekła — czekaj pan, aż mnie poznasz. Jestem tyranem...
— Jutro przybywa król! Jutro, wiem pewnie, odegra się scena z królową naszą. Nie wiem, jak się ona skończy, nie wiem, jakie będą plany nadal. Poznaj się pan z generałem von Spörken: on nam jest oddany cały.
— Nie mogę go szukać — rzekł Simonis — ani się jawnie zbliżyć do niego.
— Tak, ale możesz pan być zakochanym we mnie — odparła Pepita — kompromituj mnie, jak chcesz. Dla mnie możesz przyjść do zamku, a znajdziesz barona. O tem nikt w świecie wiedzieć nie będzie.
Mówili jeszcze chwilę, gdy Simonisowi Masłowski na myśl przyszedł z zazdrością i uwielbieniem dla pięknej Pepity: rozśmiał się. Na zapytanie baronówny, opowiedział jej o Polaku malując jego charakter i dziwactwo.
— Gdyby się na takiego wartogłowa spuścić można — zawołała Pepita — mógłbyś go pan użyć dla nas.
— Nie sądzę — rzekł Simonis — dla niego ta tragedya jest komedyą tylko, której się obojętnie zdala przypatruje i czyni sobie z niej zabawkę.
— Wszelkiej broni używać trzeba — rzekła — któż wie?!
Lektyka zbliżała się do zamku, u którego bramy stali Szwajcarowie. Straż przyszła zajrzeć, a Simonis odezwał się do swoich ziomków, ażeby przepuścili porte-chaise, co też natychmiast spełniono.
Pepita podała mu rękę.
— Nim się umówimy o inne miejsce... u stryjenki wieczorem. Jeśli będę potrzebowała was, u Gertrudy zostawię książkę; w książce między kartami wklejona będzie karteczka. Baczność i wierność...
Raz jeszcze pochyliła się ku niemu.
— Masz pan pieniądze? — spytała.
Simonisowi przykro się zrobiło.
— A! pani — rzekł szybko — starczy mi ich na długo: wcale nie potrzebuję.
Lektyka znikła w ciemnych podwórcach zamkowych.


II.

Młodość tylko szczęśliwa i starość zobojętniała są tak obdarzone, że wśród rozgorączkowania powszechnego, wśród klęski i niepokoju, zachowują: pierwsza lekkomyślność swą, druga odrętwienie. Nie było może w całem Dreznie drugiego człowieka, któregoby mniej obchodził gwałtowny ten wywrót i niespodziana zmiana, jak pana Ksawerego Masłowskiego. Śmiał się i powtarzał: „niech się Niemcy tłuką; a mnie to co obchodzi? Zawsze ich trochę mniej będzie!“ Lamentującej pani Fuchsowej śmiał się w oczy i ramionami ruszał, co ją zdumiało i rozgniewało prawie. Zobaczywszy Simonisa, zajął się nim na chwilę, lecz gdy odszedł, na myśl mu przyszła piękna baronówna. Był to jedyny wyjątek w całym tym kraju, dla Masłowskiego nie obojętny.
— Gdyby, broń Boże, Polką była, śmiertelniebym się w niej zakochał, ale ojciec — człowiek słowny; nie mam ochoty leżeć na kobiercu.
Korciło go to jednak, że Szwajcar znowu pewnie do starej baronowej się wniesie i koperczaki będzie stroić.
— Trzeba sumienia nie mieć, żeby na to pozwolić — mówił w duchu, siedząc na baryerze przed pałacem Brühlowskim i przypatrując się piechocie pruskiej, która po marszu nieosobliwie wyglądała. — Gdybym przynajmniej mógł mu przeszkodzić!
Dla pana Ksawerego dosyć było pomyśleć, aby wziąć się do roboty.
— Taki kuglarz, co z sumieniem tu przyjechał jak drugi z małpami na pokaz, żeby taką piękną pannę bałamucił a niedoczekanie jego! Trzeba się o tem bliżej przekonać.
Jakoż, dictum, factum, pobiegł natychmiast, kryjąc się pod kamienicami, za Simonisem. Zobaczył, jak wszedł do domu baronowej, a że dworska lektyka, która właśnie zaniosła baronównę Pepitę, odchodziła, przyczepił się do tragarzy, ażeby ich rozpytać.
Będąc na dworze Brühlowskim, Masłowski codzień przed i to po kilkakroć biegał na zamek, znał całą służbę i nie było człowieka, z którymby w dobrych nie był stosunkach. Lubiono go za jego wesołość, a potrosze i za pieniądze, którymi rzucał chętnie; łatwo mu więc było zaczepić znajomych tragarzy.
— Słuchaj, Hans — rzeki do jednego — kogożeście nosili do starej baronowej? przysięgnę, że pannę frejlinę Pepitę.
— Zgadłeś pan — odparł Hans — a jużci wolimy ją nosić, niż jutro może tego króla co nam takiego piwa nawarzył.
— Ale jego nosić nie będziecie — zawołał Masłowski — ten albo konno albo pieszo, nigdy inaczej i nigdy bez kija. Nawet konia, gdy chce popędzić, wali go laską między uszy*), a tak samo i generałów. Dostałoby się i waszmościom.
Tragarze zamilkli. Niebezpiecznie było o tem mówić, mając już Prusaków w mieście.
— He! Hans, miałbym jeszcze się o co pytać — dodał Masłowski.
— A co? — odwracając się, odezwał tragarz — byle nie o tego króla...
— Nie. Czy panna baronówna kazała przyjść wam po siebie?
— Rozumie się — odpowiedzieli obaj razem — o dziewiątej.
— Hans! mógłbyś spocząć i dostać dukata!
— Jakim sposobem? — spytał tragarz.
— Bardzo prostym a mówił chłodno na pozór Masłowski. — Któż z was nie wie, że my, Polacy jesteśmy szalone pałki. Czasem się nam zachciewa niewiedzieć czego. Pewnieście słyszeli, jak mój jeden kolega najął sobie Niemca i konno na nim jeździł po rynku. No to cóżby było dziwnego gdybym ja zechciał spróbować ponosić lektykę; wezmę suknię waszą, Hans, i pójdę z lektyką wieczorem po pannę.
Hans oczy wytrzeszczył.
— Oho! oho! — zawołał, kręcąc głową — co bo to się waści zachciewa! Chcesz z tyłu pewnie iść i pannie coś szeptać do ucha. Baronówna poskarży przed królową, królowa powie marszałkowi, marszałek da wiedzieć starszemu a starszy kijem wytrzepie.
— Daję na to słowo, że tego nie będzie — rzekł Masłowski.
— I to za dukata? — dodał tragarz.
— Dam dwa.
Hans zamilkł, bo drugi już odwrócił głowę i chciał targu dobić.
— Zgoda — rzekł pierwszy.
— A tobie żebyś milczał, dukata także.
Umowa na tych warunkach łatwo została zawartą; Masłowski niewymownie był z niej rad.
Stało się tedy, że gdy wieczorem Simonis odebrał rozkaz iść przy porte-chaise i prowadził rozmowę z piękną Pepitą po francusku, dosyć głośno, bo się oboje nie lękali być zrozumianymi przez tragarzy, pan Ksawery wszystko wysłuchał.
Nie jeden raz zadrgała lektyka, bo się chłopak zżymnął i ochota go brała okrutna przeszkodzić, odepchnąć, zdusić szczęśliwego rywala. Niestety! nie mógł się tego dopuścić. Wysłuchał nawet, jak Simonis mówił o nim, jak go Pepita wartogłowem nazwała i t. d. Byłby może w pierwszym impecie poleciał za kawalerem de Simonis i popełnił niedorzeczność jaką, ale suknie tragarza i obietnica, dana Hansowi, zmusiły go odejść spokojnie od ganku do izby, w której swoje odzienie zostawił; miał więc czas ochłonąć i namyślić się.
Żal mu było szlachetnego dziewczęcia, które w rozpaczy, chcąc ratować kraj i królewską rodzinę, rzucało się w grę tak niebezpieczną. To, co słyszał z rozmowy, jakkolwiek trzpiotem był, trafiło mu do serca. Ten najemnik tego nie zrozumie! — mówił w duchu — ale że ma szczęście, to niewątpliwa. Taka śliczna panna!
Gdy rozpłaciwszy się i ubrawszy, wyszedł Masłowski z izby, zamiast odrazu na ulicę, skierował się ku podwórzom zamkowym. U bram stała straż Szwajcarów, która się nie mieszała wcale do tego, kto wchodził i wychodził; miała tylko polecenie powozów i pak żadnych, oraz tłómoków z zamku nie wypuszczać. Na rozległych a teraz ciemnych podwórzach dużo jeszcze było ludzi lękających się Prusaków, rabunku i nocnych nieprzyjaciela ekscesów.
Generałem komendantem z ramienia pruskiego mianowany był Wylich; wprawdzie objeżdżał on miasto i mówił o utrzymaniu porządku. Lecz na to nie bardzo się spuszczać było można. Ze strony saskiej, minister, wyjeżdżając, zostawił umocowanych do zarządu krajem, stolicą i interesami: hrabiego Loss, Stammera i Globiga, trzech wicekrólów; ale tych władza była tak jak żadna: słuchał ich, kto chciał, kto nie chciał, nie słuchał. Było to więc jakieś bezkrólewie, którego się obawiać każdy miał prawo. Na zamek zbiegli się najwierniejsi słudzy i poszlakowani o jawną niechęć ku Prusakom. Rodzaj obozu znajdował się w dziedzińcu. Wiele ubogich przeniosło się tu za wiedzą i pozwoleniem królowej, z małem mieniem, z dziećmi, ze wszystkiem, co unieść mogli. Wełniane kołdry porozkładano na ziemi, w latarkach paliły się świeczki, karmiono niemowlęta, głodni posilali się chlebem. Starzy leżeli już i spali obojętni na to, co ich spotka, inni gwarzyli po cichu. Widok dziedzińca wielkiego był zaprawdę osobliwy, jak czasu oblężenia lub wojny. Tłum ten w ciemności, w mroku mruczał i poruszał się, nie śmiejąc głośniej odzywać, aby go nie wypędzono. Gdzieniegdzie promyk latarki rozświecał twarze powiędłe, zlęknione, kupkę łachmanów, stos worków, a światło słabe z okien zamkowych, nieco oddalonych, nie dając rozpoznać tej masy ruchawej fantastycznie, tylko gdzieniegdzie coś z jej głębi wydobywało. Pomiędzy rodzinami, które się tu schroniły, było kilka z tych co niedawno, pod opieką królowej wiarę chrześcijańską katolicką przyjęły i z Mojżeszowego wyznania do niej przeszły. Ci neofici lękali się swoich współbraci i ich zemsty.
Królowej z wieczora dano znać o tem: a że wielce zawsze była troskliwą o los nawróconych, gdy panna Nostitz od baronowej przybyła na zamek, poleciła swojej służbie, by jedzenie i okrycie wyniesiono dla jej protegowych.
Pepita zwykle do podobnych czynności bywała delegowaną, dla śmiałości swej i znajomości języków. Zawołano ją i teraz, nim z siebie zrzuciła okrycie, dano jej za towarzyszkę pannę hrabiankę Frohsdorf i jednego szambelana, i w chwili, gdy Masłowski wchodził na to podwórze, ujrzał zdala ze schodów spuszczające się poselstwo dobroczynne, przed którem nieśli pochodnie dwaj pachołkowie dworscy.
Z gromady ludzi instynktowo podniosło się i przybiegło co było biedniejszego. W koszach przygotowany chleb i inne zapasy żywności rozdawać zaczynano. Korzystając z tego, Masłowski przysunął się. Znano go dobrze, wmieszał się więc niepostrzeżony między dworskich i ze śmiałością sobie właściwą potrafił docisnąć się do Pepity.
Zdziwiła się, zobaczywszy go, baronówna.
— Właśnie nie mam nic do roboty i to mnie trapi — odparł Masłowski — jestem prostym spektatorem. Hrabia Brühl z sobą mnie wziąć nie chciał, w pałacu pustki więc się kręce po mieście.
Pepita popatrzyła nań jakoś badająco: Masłowski śmiało też do oczu jej pięknych spoglądał.
— Z tego próżnowania rozmowy — dodał ciszej — przyszła mi fantazja spróbować nosić lektykę i miałem to szczęście być jednem z tragarzy, którzy przed chwilą panią od stryjenki tu odstawili.
Zarumieniła się i wyprostowała sztywnie, hardo Pepita.
— I nie wahałeś się waćpan podsłuchiwać rozmowy? — odezwała się.
— Byłem zmuszony do tego — rzekł Masłowski — cieszę się bardzo, iż się tak stało, bo mogę panią przestrzedz, że gra z takim jegomością, jak Simonis, jest bardzo niebezpieczna i wątpię, by się na co przydała.
Niezmieszany Masłowski, mimo gniewnego spojrzenia baronówny, mówił dalej.
— Rozumiem to bardzo, iż w podobnych razach nadzwyczajnych tonący brzytwy się chwyta; ale brzytwa nikogo nie uratowała. Ludzie, co dwom służą, zdradzają obu.
— Waćpan mnie podsłuchałeś, to niepięknie — odezwała się zmieszana panna — lecz ufam, że mnie nie zdradzisz: toby było ohydne.
— Żaden Polak nigdy nie zdradził nikogo — rzekł Masłowski — robimy głupstw wiele, ale w zdrady się nie bawimy nigdy: na to jest dosyć innych, takich, jak Simonis, awanturnik.
W tej chwili przyszło na myśl pannie Nostitz, że i o Masłowskim była mowa, zarumieniła się znowu i podchwyciła żywo;
— Toś waćpan słyszał, co o nim mówiono?
— Ani słówka nie straciłem — kłaniając się, rzekł pan Ksawery — pani mnie nazwałaś wartogłowem, jeśli się nie mylę.
Mimowolnie rozśmiała się baronówna.
— Możem na to zasłużył — zawołał Masłowski — ale gdyby mnie szczęście spotkało takie, jak Simonisa, a! pani, głowę-bym się postarał zamienić, ażeby go się stać godnym.
Wejrzenie zapłaciło śmiałemu chłopcu.
— Nie pozwalasz pan pewnie, żem Szwajcara zobowiązała do służby krajowej? — spytała.
— Nie ufam mu — krótko rzekł Masłowski. — Pani go możesz innym, niż był, uczynić.
— Rzecz nie do poprawienia — szepnęła Pepita.
Masłowski spojrzał ku niej i westchnął.
— Zazdroszczę mu! — rzekł — bardzo zazdroszczę. Pani mi żal, lecz kiedy mnie los do sekretu przypuścił, pozwól pani, abym się i ja przydał na co. Ja się obowiązuję pilnować go, a jeśli spostrzegę najmniejszy krok podejrzany, no, to go zadławię.
Baronówna nieznacznie wyciągnęła rękę ku niemu, nie mówiąc nic.
— Będę jego opiekunem — rozśmiał się Ksawery — pani mi zaufać możesz; nie żądam za to nic, oprócz uśmiechu i wejrzenia dobrego, bo gdy pani spojrzysz na mnie (tu się za piersi pochwycił), cieplej mi w duszy!
To mówiąc, zdjął kapelusz; skłonił się i, nim panna Nostitz odpowiedziała mu, zniknął w tłumie. Baronówna stała długo, oglądając się, rozmyślając, trochę na siebie gniewając, plany układając różne, aż gdy jadło rozdane zostało i tłum się rozchodzić zaczął, wróciła na pokoje.
Mało kto tej nocy zasnął w Dreznie. Na zamku czuwano do dnia: mieniała się służba, a w mieście mimo pruskich patrolów, włóczyli się też ludzie ciekawi i niejedno okno do rana było odemknięte. W wielu z nich widać było światło, bo przy świetle ludzie bezpieczniejszymi się czuli. Z brzaskiem dnia chorobliwie jakieś życie zaczęło się rozbudzać.
Na ratuszu zgromadzeni panowie radni miasta spali na krzesłach w perukach i poradnych strojach, nie śmiejąc, na wypadek wszelki, rozejść się do domów. Prusacy coraz czegoś nowego domagali się. Dnia pierwszego zaraz zapowiedziano, że miasto będzie mieć obowiązek dostarczania komisowego chleba dla wojska, a raczej mąki, drzewa, ludzi i pieniędzy; gdyż Prusacy woleli sami pieczywa pilnować, aby im tam czego do niego nie namieszano. Nad Elbą kazano na łące dwadzieścia kilka pieców budować.
Gdy dnieć zaczynało, i panowie rajcy i co było urzędników, którzy się spodziewali zostać przed króla powołanymi, gotowali się wystąpić bo wiedziano, że Fryc wstawał rano i mógł, nocując niedaleko, co chwila ich zaskoczyć. Najmniejszy tętent po bruku wszystkich ciągnął do okien.
Na mieszkanie dla króla wyznaczono pałacyk hrabiny Moszyńskiej, który już od wczoraj był wyprzątnięty. Chciano go czemś dla przypodobania się królowi przyozdobić, ale generał kwatermistrz rozśmiał się, ruszył ramionami i dużo z tego, co było, powyrzucać jeszcze kazał.
— Nam to nie potrzebne — zawołał — my żołnierze, nie baby, i jego królewska mość żołnierzem też jest.
Jeszcze przed przybyciem króla, od strony Pirny i obozu, gościniec i wszystkie komunikacje zostały odcięte i silnie obsadzone. Od tej chwili Brühl, król, dwór, nie mogli już ani listu odebrać z Drezna, zostawał im Koenigstein na schronienie.
Gdy około dziesiątej rozlegały się wołania: „król! król!“ co żyło, puściło się naprzeciw, ażeby go zobaczyć. Drezdeńczycy, oddawna nawykli do przepychu otaczającego majestat pański, stanęli osłupieni.
Rynek był chłodny.
Fryderyk jechał na Brühlu, to jest na najgorszym swoim wierzchowym koniu, w starym mundurze, w butach zabłoconych, okryty płaszczem poszarpanym, z laską nieodstępną w ręku, przygarbiony nieco, z głową na jedno ramię zwieszoną. Z pod trójgraniastego zrudziałego kapelusza, którego pióra nie w najlepszym były stanie, widać było tę twarz posępną, oczy bystre i usta szyderskie, uśmiechające się bez wesela, na zimno. Pomimo że wchodził jak zwycięzca, że mu się nic tu opierać nie śmiało, jechał raczej gniewny i zniecierpliwiony, niż uradowany i tryumfujący. Widać było na czole troskę, w wejrzeniu niecierpliwość i niemal gniew. Spoglądał, jakby szukał tylko powodu, by wybuchnąć. Za nim nieco staranniej poubierani dwaj adjutanci, kilku generałów i urzędników. Generał Wylich, mianowany komendantem, który był na przedmieście wyjechał na spotkanie Fryderyka, w pewnem oddaleniu, tuż za królem jechał, jakby rozkazów wyglądał. O miasto o drogę, nie potrzebował się rozpytywać król bo je znał dobrze, bo nie pierwszy raz tu był gościem nieproszonym, a po raz pierwszy tu przybył przed laty z ojcem i wywiózł stąd pierwszą fantazję dla Formery i coś nakształt pierwszej miłości, rychło straconej, dla Orzelskiej.
Fryderyk jechał powoli stępem, czasem głowę podnosił popatrzył gdzieś pogardliwie i znowu ją spuścił obojętnie; na żółtej twarzy jego wcale widać nie było, aby to zajęcie stolicy domu panującego daleko starszego od dynastji, którą Fryderyk reprezentował, czyniło na nim jakie wrażenie. Wchodził tu widocznie jako żołnierz, nie jako król, a na urągowisko bolesne włożył pod niebieski mundur ciemno-szafirową wstęgę Orła białego, niby dla uczczenia króla polskiego, od którego ją miał. Gwiazda czasem się z pod płaszcza starego ukazywała. Nikt nie wiedział, dokąd król się ma udać, gdy stanąwszy na chwilę w rynku, gdzie cała gromada radców miasta w perukach wyszli na jego spotkanie, zaledwie spojrzawszy na tych dostojnych panów, którym i głową nie kiwnął, konia skierował ku zamkowi.
Przodem już pobiegli dworscy, stojący na straży, dać znać królowej, która, ubrana czarno, blada jak trup, z usty drżącemi, stała wśród dam swoich. Między niemi była i hrabina Brühlowa.
Głuche milczenie panowało w zamku. Króla poprzedził szmer tłumu, co go otaczał i gonił za nim. Szwajcarowie, stojący na warcie, krzyknęli; cały odwach rzucił się z bębnem dla oddania honorów królowi; głosy straży doszły aż do pokojów Józefiny, Fryderyk wjechał zamyślony w bramę i aż na drugim stanął dziedzińcu. Spojrzał na ten tłum, co się tu był wczoraj schronił, coś poszeptał adjutantowi i z konia zszedł.
— Wylich — zawołał — gdzie tajne archiwum?
— W zamku, Najjaśniejszy Panie; trzy pokoje zajmuje; wczoraj je opieczętowano; straż stoi u drzwi i pod oknami.
— U kogo klucze?
— U królowej jejmości.
— Idź waćpan ode mnie; pokłoń się najjaśniejszej pani i proś ją o klucze. Powiedz, że ja ich żądam.
Generał Wylich wbiegł szybko na schody, Fryderyk powoli opierając się na lasce, szedł także ku górze z flegmą i obojętnością, której w istocie nie miał, ale ją uznał za potrzebną.
Dwór królowej cały był przy niej zgromadzony; etykieta surowsza niż kiedykolwiek, choć Józefina nigdy o niej nie zapominała. Generał Wylich musiał się przez szambelana zameldować wielkiej ochmistrzyni i czekać. Dano mu postać umyślnie. Nareszcie szambelan przyszedł z oznajmieniem, że królowa jejmość prosi go.
Trzy sale, w których cały fraucymer i dwór był zgromadzony przechodzić musiał stary żołnierz, nie zdając się tą okazałością wcale zmieszanym. W gabinecie królowa siedziała w fotelu.
Generał skłonił się nisko.
— Najjaśniejszy pan król Fryderyk II, pan mój miłościwy, rozkazał mi złożyć uszanowanie Waszej Królewskiej Mości i prosić jej o klucze od sekretnego archiwum.
Była chwila milczenia: królowa zerwała się z krzesła, chciała mówić; słów jej brakło...
— Powiedz waćpan swojemu królowi, że jestem tu u siebie w domu, w stolicy mojej, na moim zamku; że nikt mi nie ma prawa rozkazywać; że kluczów mu nie dam. Wszedł gwałtem, niech gwałtem dokona tego, co nim zaczął...
Wylich zmieszał się nieco, skłonił głowę.
— Spełniam rozkazy mojego króla — odniosę mu odpowiedź; lecz lękam się, ażebyśmy nie byli zmuszeni istotnie...
— Możecie być zmuszeni — zawołała królowa, wyciągając rękę, która drżała widocznie jak jej głos — możecie być zmuszeni nietylko drzwi łamać, ale mnie od nich odciągnąć, ale mnie królowej, mnie córce cesarskiej, mnie... (tu na chwilę znowu głosu jej zabrakło) mnie odtrącić, mnie zabić!! Powiedz mu to.
I królowa na fotel padła.
Wylich skłonił się i wyszedł powoli.
Fryderyk, oparty na lasce, czekał na niego u żelaznych drzwi sekretnego archiwum, oczyma dzikiemi rzucając dokoła. Zaledwie ukazał się, krzyknął:
— Masz klucze?
— Królowa wydać ich nie chce. Niedosyć na tem, kazała mi powiedzieć, że sama osobą swą gotowa bronić nietykalności własności swojej.
Fryderyk, nie odpowiadając ani słowa, pogardliwie obrócił się ku drzwiom i z całej siły uderzył w żelazne ich blachy laską, którą trzymał w ręku.
— Wyłamać drzwi! — zawołał — ślusarzy... Wylich natychmiast; ja mam tu jeszcze dosyć do czynienia. Czekać nie lubię: niech on o tem pamięta...
Gdy z jednej strony świta króla rzuciła się natychmiast po rzemieślników i narzędzia potrzebne do odbicia archiwum, z drugiej w korytarzu stojący dworacy królowej natychmiast oznajmić jej pobiegli o tem.
Fryderyk stał, niecierpliwiąc się widocznie. Znalezienie ludzi i rzemieślników łatwem nie było, żaden ślusarz drezdeński nie dałby wziąć się do tego, nawet najstraszniejszą groźbą: uciekali i kryli się wszyscy.
Musiano więc gwałtem zabrać narzędzia, obcęgi, młoty, sztaby a żołnierzy pruskich użyć do tej roboty. Zaledwie pierwsze uderzenie słyszeć się dało, gdy w końcu korytarza ukazała się biegnąca królowa, w rozpuszczonych szatach z rozpłomienionym wzrokiem, straszna gniewem, niema ze wściekłości. Na widok jej, wpadającej między żołnierzy, ludziom młoty wypadły z rąk, stanęli jak osłupieli. Józefina rzuciła się na żelazne drzwi, osłoniła je sobą, rozpostarła ręce, położyła się płacząc na nich.
Fryderyk, który stał o kilka kroków, patrzał na to obojętnie chwilę; krew mu po twarzy przebiegła i znikła, wyciągnął laskę ku Wylichowi.
— Słyszysz — zawołał — dwóch grenadjerów niech weźmie królowę, waćpan będziesz jej towarzyszył do jej pokojów i postawisz straż przy nich.
Generał osłupiał i zawahał się.
— Słyszy on! — krzyknął król, podnosząc kij — słyszy on: rozkaz spełnić natychmiast!
Gdy Wylich oniemiały i drżący zbliżył się z dwoma żołnierzami i majorem Wangenheimem do królowej, krzyk się wyrwał z jej ust okropny, bolesny, a drugim jęknął cały jej dwór przerażony. Płacz wołanie przekleństwa, wrzawa stała się straszliwa. Królowa Józefina osunęła się, omdlała, a dwaj żołnierze napół martwą ponieśli ku jej pokojom. Za nią cisnęły się tłumem kobiety, szlochając i ręce łamiąc.
Fryderyk stał blady i wcale nieporuszony tą sceną; drgała mu twarz szyderstwem strasznem, zimnem, które przejmowało nawet tych, co nań patrzeć codzień byli przywykli. Laskę podniósł :
— Łamać drzwi!!
Żołnierze wzięli się żywo do kruszenia zamków i zawias, jedni drugich starali się wyprzedzić i pospieszać, a w miarę jak ta robota postępowała, Fryderyk do drzwi się przybliżał Gdy ostatnia zapora pękła i brzęcząc na ziemię opadła, a żołnierz, podważywszy drzwi, otworzył je z uśmiechem, król pierwszy pospiesznie wszedł do archiwum.
Na środku pierwszej sklepionej izby stały właśnie przygotowane do wywiezienia paki, zawierające dyplomatyczne depesze, których Mentzel był wydał do Berlina. Król gorączkowo, tak gwałtownie dobijał się do tego archiwum, obiecując sobie w niem znaleźć, coby wojnę i postępowanie jego usprawiedliwiło. Wiedział przez zdrajcę Mentzla, że paki te do polski uwieźć miano. Ostatniego dnia nie było na to czasu, a nazajutrz obóz w Pirnie, król i Brühl zostali odcięci.
Fryderyk niedługo zabawił w archiwum, paki natychmiast kazano wywozić do pałacu Moszyńskich, a dwóch kancelistów, pod przewodnictwem radcy wyznaczonego, pozostało dla przejrzenia reszty. Straż stała u drzwi.
W pół godziny potem, Fryderyk z oczyma zaiskrzonemi radością, której nie taił, śmiejąc się, wyszedł z archiwum, przebiegł żywo korytarz i, na schodach będąc, kazał sobie podać konia.
— Bataljon żołnierzy! — zawołał do Wylicha — za mną...
Drugą bramą zamkową, wychodzącą ku katolickiemu kościołowi, wyjechał król. Stąd już widać było gmachy pałacu Brühlowskiego. Wszyscy odgadli, że ku niemu teraz Fryderyk się uda. Batalion żołnierzy, ściągnięty z odwachu, stał w Georgenthor w pogotowiu. Król skinął, aby szedł za nim. Za żołnierzami szła ciżba milcząca. Brühlowski pałac był zamknięty, lecz na widok przybywającego króla, Szwajcar w paradnej odzieży, z buławą, przy szpadzie, na oścież drzwi otworzył. Fryderyk szepnął coś i skinął, kilku żołdaków rzuciło się na nieszczęśliwego stróża i odarło go natychmiast do koszuli. Przestraszony pobiegł, gubiąc perukę, w dziedziniec.
Na schodach stojąca garstka sług, widząc to, zemknąła. Król, zsiadłszy z konia, z całą swą świtą i żołnierzami wszedł na pierwsze piętro, nie spotkawszy nikogo. Przez przedpokój pusty, śmiejąc się, wpadł do ogromnego salonu, całego w zwierciadłach, porcelanie i atłasach. Był to apartament, w którym pierwszy minister przyjmował nieraz książąt panujących, posłów wielkich mocarstw, gdzie ugaszczał Richelieugo. Wspaniałości jego dziwili się dworacy króla francuskiego, nawykli do wersalskich przepychów. We wszystkich razem wziętych zamkach i pałacach króla Fryderyka nie było połowy tego bogactwa, wykwintności i smaku. Gdziekolwiek spoczęło oko, spotykało cudowne dzieła kunsztu, które na rozkaz pana stały się rzemiosłem, aby dogodzić fantazji królika. Niejeden talent, któryby arcydzieła mógł tworzyć, rozproszył się na te tysiące drobniuchnych misternych ozdób, zlanych tak w jedną całość, jakby tchnienie jedno, jeden człowiek, jedna wola stworzyła je jednem słowem.
Fryderyk spojrzał z pogardą i rozśmiał się, kijem, który trzymał w ręku uderzył w ogromną szybę zwierciadlaną: prysnęła w kawałki. Było to hasło.
— Zum Ausräumen! (Uprzątnąć) — zawołał król zwracając się do swoich żołnierzy — Zum Ausräumen!
Niepodobna odmalować skutku tego rozkazu, który w mgnieniu oka stał się czynem. Żołnierze z okrzykiem ogromnym, z dziką radością rzucili się na salon i pokoje.
Brzęk tłuczonych zwierciadeł, łamanych sprzętów, wyciąganych szuflad, chwytanych zegarów, śmiechy, wrzawa rozległy się po cichem pałacu. Służba Brühla pierzchnęła, nie było na obronę nikogo, nie było, ktoby w imieniu sztuki, w imieniu pracy, upomniał się o rozbijane posągi i zarzucane na ziemię obrazy.
Król siadł na chwilę w fotelu i patrzał a słuchał; widać było, że się zemstą nasycał, że ją pił z rozkoszą, że mu tego jeszcze było mało. Oczyma wodził po zniszczeniu i śmiał się.
Bataljon piechoty, któremu się te łupy dostały, nie starczył na uprzątnienie nagromadzonych tu bogactw, potrzeba mu było dodać drugi do pomocy. Zrzucano, spiesząc, dopókiby rozkaz nie był odwołany, sprzęty oknami w ulicę, wydzierano obicia, rwano firanki. W miarę jak to dzieło zniszczenia postępowało szał opanowywał żołnierzy, część ich dobrała się do kilku tysięcy butelek wina najprzedniejszego w piwnicy i hulała, pijąc zdrowie Fritza w dziedzińcu. Okrzyki dochodziły do uszu króla... Generałowie stali jakoś oniemieli i posępni, mieli trochę żalu; właściwie ta gradka, tak piękna, im się, nie jej gawiedzi należała.
Zostawał ogród a w nim bibljoteka i galerja, najdrogocenniejsze zbiory, których się nie godziło dawać na łupy zemście chwilowej. Jeszcze chwila a żołdactwo byłoby się rzuciło na nie; niebezpieczeństwo było wielkie, szczęściem obfita piwnica obroniła bibljotekę: nie chciało się opuszczać jej, dopókiby wszystko zabrane i wysuszone nie było.
Gdy się to działo, a król siedział jeszcze, kijem okutym dziurawiąc wysadzaną misternie posadzkę, człowiek blady, przelękły, trzęsący się cały, w czarnej sukni, wszedł do zburzonej sali i strwożony stanął u drzwi.
Król spojrzał na niego.
— Kto on jest? — zakrzyczał.
— Bosza, Włoch, Najjaśniejszy Panie, dozorca bibljoteki, galerji, ogrodu, Najjaśniejszy Panie!
Włoch kłaniał się i jąkał.
— Czegoż on chce, ten dozorca?
— Najjaśniejszy Panie — rzekł, wyciągając ręce z rozpaczą — przybyłem błagać go o ocalenie ogrodu, bibljoteki, galerji; Najjaśniejszy Panie...
— Żołnierze mają to sobie darowanem, to nie moje. Co mi dasz? Co im dasz?
Bosza się zająknął.
— Najjaśniejszy Panie, oddam co mam: cały mój majątek...
— A wieleż jego majątek wynosi?
— Nie mam nad dziesięć tysięcy talarów...
— To mało.
Włoch ukląkł, Fryderyk się rozśmiał.
— Ech! Canaillen Bagage, dawaj te dziesięć tysięcy talarów tu zaraz mnie... i niech cię djabeł bierze.
Skinął król na adjutanta.
— Ogrodu żeby mi nie tknięto!
Bosza pobiegł po pieniądze.
Jeszcze żołdactwo hulało po pałacu, gdy król ze świtą poszedł się przypatrzyć ruinie. Stawał co chwila i przyglądał się z gniewem, śmiał się, szczątki potrącając nogami i dobijając je kijem.
Cały szereg sal przeszedł tak, aż do tych dwu, gdzie cała niemal garderoba Brühla w przepysznych szafach się znajdowała. Lecz szafy te stały teraz otworem, suknie podarte walały się po podłodze, a na urągowisko półtora tysiąca peruk ministra złożono w stos ogromny w pośrodku sali; żołdactwo obeszło się z niemi tak nieprzyzwoicie, iż do niczego już nigdy służyć.
Fryderyk stanął nad temi perukami zadumany.
— Osobliwa rzecz — zawołał — żeby człowiek, co nie miał głowy, mógł tyle peruk potrzebować.
Dowcip królewski homerycznym powitano śmiechem.
Najmniejszego kątka nie pominąwszy i przekonawszy się, że wszystko było dosyć porządnie uprzątnięte, król zszedłszy zwolna do drzwi głównych, głośno zawołał:
— Podać mi Brühla!
Siadł na koń i zwolna pojechał do pałacu Moszyńskich.
Ulice długo jeszcze potem przedstawiały widok, jaki rzadko się trafia. Rozpuszczony żołnierz na wózkach, na rękach, na plecach, niósł, wlókł, dźwigał, co mu się dostało z Brühlowskiego pałacu. Niektórzy staczali walki o pochwycone sprzęty, które się kończyły zniszczeniem ich, ażeby się ani jednemu, ani drugiemu nie dostały. We drzwiach, w dziedzińcach, po ulicach odgrywały się sceny, które przestrachem przejmowały mieszkańców. Nawet otoczenie króla uczuło to, że scena z królową, a później „uprzątnięcie“ pałacu nie mogły im zjednać ani sympatji kraju, ni przyjaciół w Europie. Lecz Fryderyk II miał w tej chwili całą niemal Europę przeciwko sobie, a z jej uczuć dla siebie żartował.
— Wolałbym sto tysięcy dobrego żołnierza, niż najlepszych przyjaciół i wielbicieli.
W mieście wieść o wypadkach na zamku i o Brühlowskim pałacu ostudziła znacznie zwolenników pruskich. Przyczyniły się do tego kontrybucje, żywienie wojska i wszelkiego rodzaju zabory. Tegoż dnia kasy uprzątnięte zostały także.
Z temi smutnemi wieściami potajemnie wysłała królowa zaraz do obozu w Pirna zaufanego człowieka, który, jako świadek naoczny, ustnie miał donieść o wypadkach. Urzędnicy pozostali sprawowali obowiązki swoje, ale w istocie drżąc oczekując tylko na los, jaki im zgotowano.
Hrabia Loss, Stammer i Globig dla osobistego bezpieczeństwa siedzieli na zamku. Zdawało się, że ich król może kazać wezwać do siebie; cały więc dzień w mundurach i przy szpadach, w perukach, z kapeluszami pod pachą, spoglądając po sobie milczący przebyli, za każdem drzwi otworzeniem przewidując posła.
Zjawił się on w istocie postaci oficera, który zaprosił ich do gen. Wylicha, a raczej iść im do niego kazał.
Hrabia Loss ruszył się z powagą: towarzysze poszli za nim.
Wylich przyjął ich z fajką w zębach, stojąc nad papierami które trzech kancelistów wygotowywało.
Spojrzał tylko na wchodzących.
Najjaśniejszy Pan kazał mi waćpanom oświadczyć, że ministerstwo jest rozwiązane. Dopóki my tu jesteśmy, wcale go nie potrzeba; urzędnicy niżsi niech spełniają swe obowiązki, a wyższy nad nimi nadzór, aby to szło porządnie, do nas należy.
— Jednakże... — odezwał się hrabia Loss.
— Niema tu żadnego ale ani jednakże u nas — przerwał grubijańsko Wylich. — Po żołniersku: komenda i posłuszeństwo. W Saksonji nie było porządku, zdzierstwo i marnotrawstwo do najwyższego stopnia; my to się postaramy w karby wprowadzić. Dopóki my tu i dopóki najjaśniejszy pan dla własnego bezpieczeństwa zmuszony jest zajmować Saksonję, nikt tu rozkazywać nie ma prawa. Inne rozporządzenia później nastąpią. Kłaniam się — rzekł Wylich.
Trzej wice-królów stali niemi.
— Kłaniam się — powtórzył generał.
Spojrzawszy po sobie, mieli już odchodzić, gdy Wylich się odezwał:
— Hrabiego Loss i panów będę jeszcze potrzebował dla naradzenia się, choć to może dziś zawcześnie. Sejm w Polsce się zbliża; król jegomość August III zapewne zechce nań pospieszyć, żeby choć jeden się nie zerwał. Niech mu panowie dadzą znać, że do Polski paszporty gotowe i konie na przeprzęgi. Kłaniam się! — dokończył.
Znowu tedy zabierali się wychodzić, gdy Wylich pyknął, dym puścił i odezwał się:
— Ale, ale, tę gawiedź, co darmoby chleb jadła: śpiewaków, muzykantów, operę, balet, trzeba do djabła rozpuścić. Pieniędzy na nich niema, bo te, co są, my musimy wziąć. Słuchać ich też i bawić się nimi nie będzie komu! Królowa nie zechce się rozrywać; nasz król niema czasu, a August III wyjedzie do Polski.
I znowu dodał:
— Kłaniam się!
Hrabia Loss poszedł żywo ku drzwiom, aby już więcej nie odwoływano.
Wylich spojrzał za nimi tylko i do kancelisty obracając się dodał:
— Pisz waćpan: kurfirstowska kamera wyda drzewa dla piekarzy, sążni...
Więcej już wice-królowie nie posłyszeli bo się drzwi zamknęły.
Poszeptali pomiędzy sobą i cicho udali się na zamek.
W mieście tego dnia tłumno było jeszcze, gwarno lecz smutnie...
Około pałacyku i ogrodu Moszyńskich stały gromady ciekawe. Po południu generał Wylich oświadczył magistratowi i przedniejszym mieszkańcom, iż powinny pójść się pokłonić królowi.
Kto mógł wymawiał się od zaszczytu tego, lecz radzi nie radzi panowie urzędnicy miejscy i wskazane osoby znaczniejsze musiały powdziewać suknie, przypiąć szpady i ciągnąć w pokorze do pałacu, który król zajmował.
Osób przeszło dwadzieścia wielce poważnych, honoratiores, którzy nie spodziewali się, ażeby ich jaka owacja spotkać mogła, zjawiło się, szeregami idąc u drzwi, w których stał adjutant.
Wpuszczono ich niezwłocznie.
Król w wytartym mundurze i tych samych butach, w których go widziano z rana, siedział z jednym z generałów u stołu, na którym rozłożone były karty Saksonji i Czech. Niedaleko od niego rozbite paki wzięte z archiwum i wyjęte z nich tomy ogromne leżały w nieporządku. Charcicę trzymając na kolanach bo ta mu i na wojnie towarzyszyła, w kapeluszu na głowie król przyjął deputację. Wstał tylko do niej wkrótce i kij wziął do ręki.
— A co mi oni powiedzą? — spytał.
Milczenie panowało długie. Burmistrz Frühlich chrząknął raz drugi, mruknął coś, poprawił się i, nic nie powiedziawszy, umilkł.
— Hm? — spytał Fryderyk, a w tem sam zaczął: — Byłem zmuszony postępowaniem tego człowieka, dla którego zbyt mam wielką wzgardę, abym imię jego wymówił, zająć Saksonję i stolicę. Bezpieczeństwo moje wymagało tego. Nie mogło być inaczej... Mam dowody w ręku, że spiskowano przeciw mnie. Króla jegomości szanuję wielce on nic nie winien... Tymczasowo niech jedzie do Polski, my się tu bez niego obejdziemy.
Deputacja stała milcząca.
Król począł kijem wskazywać osoby i kazał sobie mówić imiona, nazwiska i tytuły.
— Spodziewam się — rzekł w końcu — że oni rozum mieć będą i zachowają się uczciwie i spokojnie; jeżeli zaś komu do głowy przyszło ze mną wojnę prowadzić, damy sobie z nim radę. Infamisów i kanalję odprawię do Szpandawy i Kistrzyna. Niech oni sobie idą, każdy do swojej roboty, ja także mam myśleć.
Nastąpiły ukłony. Król na te nizkie pochylenia, grzbiety i peruki, których końce po plecach biegały, popatrzywszy z wyrazem najwyższej pogardy, gdy się drzwi za nimi zamknęły, odezwał się do generała Quintusa Jeiliusa:
— Canalien Bagage! a jakie to podłe i nikczemne! Niema jednego, któryby mnie w łyżce wody nie chciał utopić, i niema jednego, coby śmiał pisnąć słowo.
Plunął, stukając laską o podłogę.
— Generale, wprowadzić szpiega, który miał dać informację o obozie pod Pirną; trzeba ich zabrać, bo nam ludzie się przydadzą!


III.

W smutną nawet porę jesienną, gdy drzewa są z liści odarte, trawy wyschłe, niebo szare; a cała natura zda się martwą i obumierająca, krajobraz około Pirny, nad brzegami Elby zachowuje swój urok majestatyczny. Rzekłbyś ruina jakiegoś starożytnego świata, prawy brzeg rzeki naprzeciw miasteczka, które ponad lewym się rozkłada, ze swemi popękanemi, szaremi, wysokiemi piaskowca ścianami, porosłemi lasy i krzewami, z jodłami i sosnami czatującemi na wierzchołkach, przeglądający się w rozlanych wodach, łudzi jakoby pozorem zwalisk jakiejś zapomnianej budowy. Elba wije się tu, od Czech płynąc, jakby chciała coraz nowe zwiedzać zakąty, jakby pragnęła się ukryć a nie mogła, dopóki na szersze nie dobywszy się równiny, nie rozleje po łąkach, zobojętniała i spoważniała, wlokać się pod mury stolicy. Pirna ze swymi murowanymi domkami, poczepianymi nad nierównym brzegiem, stoi na straży rzeki.
Wąwozy, góry sąsiednie, parowy, wysoka skała, na której niezdobyta twierdza Koenigstein siedzi, Lilientein piętrzący się do góry, cała okolica nadelbiańska czynią położenie warownem i dla nieprzyjaciela niedostępnem. Nie można też było lepszego znaleźć miejsca dla wojsk saskich, które zbliżone do czeskiej granicy, mogły bez przeszkody się połączyć z oddziałem austrjackim generała Wied, aby stawić czoło pruskiemu wojsku Fryderyka. Nad brzegiem rzeki widać było rozbite obozy, namioty, szałasy, mnóstwo ładownych wozów, stada koni i wszystko co wojsku potrzebnem być może. Gościniec od Drezna zajmowały przednie straże i wysunięte placówki.
W najpiękniejszym z murowanych domów miasteczka, który Brühl urządzić kazał na pomieszczenie króla, ostawionym strażami dokoła, August III bawił już od dni kilku, dosyć podrażniony położeniem, w którem się znalazł cale niespodzianie. Książęta Karol i Ksawery znajdowali się przy nim: Brühl był nieodstępnym. Pierwszy z nich żywy, ognistego temperamentu, niecierpliwy; drugi łagodniejszy, choć w nim też krew rycerska grała, byli ulubieńcami ojca i matki. August III w Karolu przypominał sobie naturę ojca, Józefina pieściła Ksawerego, który był mniej śmiały i posłuszny.
Obaj królewicze również jak król znękani byli i upokorzeni wygnaniem ze stolicy, przymusem tym, który Brühl jako chwilowy tłómaczył i wiodący do niezawodnego trjumfu.
Król spędzał tu dni, które mu się długimi nad miarę wydawały; pozbawiony był wszystkich swych zwykłych rozrywek, opery, strzelania, myśliwstwa, galerji obrazów, towarzystwa ojca Guariniego i tego życia zegarkowego, do którego był nawykły.
Pomimo listów, które mu do podpisywania dawano, mimo wygnania tego do Pirny, August III niewiele wiedział, co się z nim i dokoło niego działo. Minister malował mu to w barwach świetnych, jako chwilową nieprzyjemność tylko, która się długo pociągnąć nie mogła.
Dwunastego września, król po obiedzie siedział z fajką w szlafroku w izbie, na której kominie palił się ogień jasny. Jeden z jego błaznów, gdyż drugi chory w Dreznie pozostał, siedział skulony w kątku, pilnując ogniska. Przeze drzwi, nawpół na prędce grubą portjerą przysłonione, widać było w sąsiednim pokoju gromadkę dworskich i wojskowych. Cisza panowała około domostwa, przed którem chodziły straże. Królewicze obaj wyjechali z Rutowskim do obozu.
Blady, z twarzą znękaną i chmurną wszedł minister, napróżno usiłując ukryć w sobie doznane świeżo wrażenie. Właśnie przez szpiega odebrał od Globiga szczegółowy opis zajęcia Drezna, odbicia archiwum i rabunku własnego pałacu. Na licu jego nienawykłem oddawna do gwałtownych wstrząśnień, znoszącem bez zmarszczenia powszednie życia bóle i zadraśnięcia, znać było przejście burzy, która po sobie zostawiła ślady zniszczenia. Oczy były wpadłe, usta ściśnięte, czoło zachmurzone, a choć na chwilę odzyskując przytomność, przymuszał twarz, by wróciła do zwykłego spokoju, wnet roztargnienie i zapomnienie na siebie wykrzywiało ją gniewem i troską.
Przestępując jednak próg królewskiego pokoju, potarł dłonią po czole, jakby z niego chciał zmieść ślady smutków. Król odwrócił głowę; Brühl kłaniał się i uśmiechał.
— Brühl — odezwał się August III, wychodząc jakby z zamyślenia — Brühl, powiedz ty mnie, pókiż to tego będzie?
— Najjaśniejszy Panie! — rzekł po namyśle minister — nie można nigdy dokładnie oznaczyć trwania takiego przesilenia. Jesteśmy w chwili, która decyduje o przekształceniu Europy, o przywróceniu Saksonji jej dawnej potęgi i blasku. To bez ofiar przejść nie może.
— Tak, tak — odezwał się król — to pewna; ale ten Fryderyk, ten Fryderyk, który sobie tak pozwala!...
— Rozpacz go ogarnęła, Najjaśniejszy Panie — odezwał się minister — potrzeba mu przebaczyć szaleństwo: to są ostanie podrygi bezsilności.
— Dobrześ się wyraził — wtrącił król — uważałeś kiedy, gdy odyniec zabity i oszczep mu w bok pakują, jak się rzuca, jak kłapie zębami; ale to nic nie pomoże.
— Ani Fryderykowi też jego zuchwalstwo, za które opłacić musi. Cesarzowa się postara, aby go ogłoszono wywołańcem, całe Niemcy pójdą nań, Francja, Rosja, Austrja, my, Szwecja. Jakże się potrafi obronić?
— Tak, to prawda, Brühl — rzekł król — ale dlaczegóż ja muszę siedzieć w Pirnie? Patrzaj jak tu paskudnie, pfe i nudno. Ja do takiej dziury nie nawykłem.
— A! Najjaśniejszy Panie, nikogo to tak nie boli, jak mnie — zawołał minister — mnie, najwierniejszego sługę Waszej Królewskiej Mości, któryby gotów wylać krew swoją, aby panu najdroższemu jedną minutę przykrości oszczędzić. Niestety! są takie wypadki.
— Słuchaj, ale w tym lesie — odezwał się król — tam na brzegu przeciwnym, tam są świnie dzikie, słowo ci daję. Gdyby można zapolować!
Brühl się zamyślił.
— Będziemy się starali polowanie urządzić.
— A co z Drezna? były tam jakie wiadomości? Nie przywieźli dla mnie moich myśliwskich przyborów?
Minister westchnął i spuścił głowę.
— Najjaśniejszy Panie, zdaje mi się, że Prusacy chwilowo zajęli Drezno.
August III fajkę rzucił o ziemię, po którą zaraz paź przybiegł i krzyknął:
— Odważył się...
— To rozpacz go prowadzi, Najjaśniejszy Panie.
— No patrzaj że! byle mi moich obrazów nie pokonfiskował. Człowiek w rozpaczy i na to gotów.
— O obrazy się nie lękam, gorzej — szepnął Brühl — żeśmy archiwum wywieźć nie mieli czasu.
Król ręką machnął.
Zdawało się go to mniej obchodzić, niż obrazy.
— To szczęście — rzekł — że ja tę Magdalenę Corregia zabrałem z sobą. Wszak jest tu z nami?
— Jest, Najjaśniejszy Panie, upakowana doskonale: Heinecken kazał na nią zrobić pudełko.
Zamyślił się mocno August i dodał cicho:
— On Ciebie bardzo nie lubi — rzekł — bardzo zły na ciebie; jeżeli już weszli do Drezna, no to oni tobie szkody narobią więcej, niż mnie. Biedny Brühl.
Westchnął minister.
— Najjaśniejszy Panie, z pałacu mojego już pozostała ruina tylko.
Król ręce załamał.
— To barbarzyńca! Dla niego nic świętego niema! To bezbożnik! A! co za szczęście, żem zabrał Magdalenę Corregia, bo na majestat Rafaela, tak jak na majestat królewski, porwać się nie będzie śmiał. Mówisz, że ci pałac splądrowali. A galerję?
— Bosza ją wykupił, zapłaciwszy dziesięć tysięcy talarów.
— Ja ci to powrócę, Brühl, — rzekł król wzdychając — ja wiem, że ty to cierpisz dla mnie. Niech tylko tego pyszałka zgniotę...
Łzy zakręciły się w oczach króla, który powoli poszukał fotelu za sobą, siadł podparł się na ręku i odezwał tęsknie:
— Masz słuszność; kiedy tak, to na te dzikie świnie polować nie wypada, póki Prusaków się nie pozbędziemy.
I była chwila milczenia.
— To nam tu w tej głupiej Pirnie gotowo wszystkiego zabraknąć — dodał król.
— Najjaśniejszy Panie! — mojem zdaniem — odezwał się minister — zdrowie i spokój Waszej Królewskiej Mości droższe są nad wszystko. Kraj się podźwignie po tych klęskach, byle pańskie na tem nie szwankowało szczęście i należne mu zaspokojenie potrzeb ciała i ducha. Wkrótce ma się rozpocząć sejm w Warszawie; gdyby nawet Prusacy nie byli weszli do Saksonji, zawszebyśmy byli zmuszeni wybrać się do Polski.
— Tak, tak — rzekł król — mieliśmy polować na niedźwiedzie i łosie.
— Dlaczegożbyśmy teraz zaraz nie udali się tam? Przesilenie — mówił Brühl — trwać długo nie może: Najjaśniejszy Pan nie potrzebujesz tu być osobą swoją. Możnaby udać się do Warszawy i tam oczekiwać rychłego rozwiązania sprawy.
— Którędy? — zapytał król — hę? a gdzież ja teraz sto trzydzieści koni znajdę na przeprzęgi?
— Zdaje mi się, że król Fryderyk przez Ślązk i Wrocław drogi dopuści: nie będzie śmiał zatrzymywać króla polskiego.
— Masz słuszność — odparł August — jednakże, hm? jeśliby Austrjacy nam w pomoc zaraz przyszli, a nasze 30 000 żołnierza połączyły się z nimi, żebyśmy tego najezdnika ścisnęli i wrzucili do Elby, a mogli w przyszłym tygodniu powrócić do Drezna? Królowa musi być bardzo niespokojna hm?
Brühl westchnął, nic nie umiejąc odpowiedzieć na tak zuchwałe żądanie. Nie śmiał też całej prawdy oznajmić królowi, zwykłym będąc do oszczędzania mu zmartwienia i ukrywania jej połowy, ażeby zarazem zmniejszyć winę swoją.
August III kazał sobie podać fajkę, palił ją i wzdychał ciężko. Niekiedy coś do siebie pomrukiwał niezrozumiałego.
Wtem w przedpokoju głośne dało się słyszeć stąpanie. Brühl przestraszony żywo pobiegł ku drzwiom, w których pokazała się chmurna twarz generała Rutowskiego.
— Generale! — szepnął mu — na miłość bożą, nic nie mówcie królowi.
— Ale dosyć już tego! — zawołał stłumionym głosem Rutowski. — Nie pora...
To mówiąc, zlekka odtrącił ministra i żywym krokiem zbliżył się do Augusta III, który go witał uśmiechem. Rutowski był, mimo uszanowania, jakie okazywał Augustowi, dosyć poufale z bratem.
— Najjaśniejszy Panie! — odezwał się — hrabia musiał już choć część złych nowin z Drezna udzielić. Wiadomości są złe, są szkaradne. Prusacy zajęli Drezno; Fryderyk odbił archiwum.
— Wiem — rzekł król — wiem, i zrabowali tego nieszczęśliwego Brühla, wszystkie te śliczności, z których byłem dumny.
— Ale co za zuchwalstwo, targnąć się na królowę! — zawołał Rutowski.
Brühl zapóźno dotknął ręki generała, aby go powstrzymać; może też nicby to nie pomogło. August za głowę, a raczej za perukę chwycił się, obejrzał dokoła i rzucił ku Rutowskiemu.
— Na królowę! — zawołał — jak to być może?
— Królowa osobą swą chciała bronić wnijścia do archiwum. Z rozkazu Fryderyka żołnierze ją porwali i odprowadzili... Śmieli targnąć się na majestat..
Zakrył król oczy i płakać począł; Brühl ukląkł przed nim.
— Najjaśniejszy Panie! pomścimy się tej zniewagi... niech się Wasza Królewska Mość nie gryzie, a szanuje swoje zdrowie...
Rutowski niespokojny przeszedł się krokiem żołnierskiem po pokoju.
— Dla wojska niema żywności! — zawołał — nie starczy nam sił, aby obsadzić przejścia wszystkie... któż wie, co się stać jeszcze może...
Brühl przyskoczył od króla do generała.
— Na miłość bożą, nie malujcież nam tak czarno położenia! Za dni kilka połączymy się z generałem Bourem... Na to długiego czasu nie trzeba.
Rutowski ramionami ruszył.
August milczał zatopiony w sobie.
— Barbarzyńca! — powtórzył po cichu — dziki człowiek! Brühl, napisz do niego list... silny... ja go natychmiast podpiszę. Niech Bellegarde jedzie, albo ktokolwiekbądź.
— List! jemu-by kulę nie list posłać trzeba — rzekł Rutowski — toby jedno poskutkowało.
Szczęściem jakoś nadeszła chwila podwieczorku; król ruszył milczący spełnić ten obowiązek i rozmowa się przerwała. Rutowski po kilka razy wtrącał jakieś słowo, ale August udawał, że nie słyszy, i nie odpowiadał.
Dosyć długo potem minister przy królu pozostał, sam na sam znim, pocieszając go umiejętnie, tak, że, gdy nadeszła snu godzina, August III po wieczornem winie, zwanem „Schlaftrunkiem“, prawie uspokojony poszedł za kotarę.
Brühl, ustawiwszy straże, wysunął się do sąsiedniego domu. Dano mu znać w progu, że posłaniec od żony czekał z Drezna. Był to przebrany Włoch Rotti, używany do posług różnych, zręczny, przebiegły, śmiały i gotów na wszystko dla hrabiny, której był ulubionym sługą. Ażeby wydobyć się z Drezna, musiał przywdziać łachmany robocze, w których go poznać było trudno: piękny i w sile wieku mężczyzna wydawał się prawie starym.
Brühl ze świecą musiał przystąpić blizko, aby być pewnym, iż on jest nie kto inny.
Rotti miał na plecach nalepiony plaster, pod którym było pismo hrabiny. Nie listem, ale rodzajem dziennika nazwać je było można. Godzina po godzinie zdawała sprawę w wyrazach krótkich, suchych, z tego, co się w mieście działo. Dyaryusz ten mimo swej zwięzłości, choć nie zawierał jednego wyrazu narzekania, choć zdawał się pisany z krwią zimną protokulisty, przejmował jakąś zgrozą. Brühl, czytając go, bladł, rumienił się i wstrząsał, gryzł wargi, wreszcie rzucił go na stół i twarzą ku stojącemu obrócił.
— Mów! — rzekł.
Rotti ręce roztworzył, głowę zwiesił, ramiona podniósł.
— Przepadło wszystko — rzekł — oni tam panują! Pałac zburzyli ze szczętem, zrabowali; zabrali, co zabrać było można, czego wziąć niepodobna, zniszczyli. Król sam był tam w czasie rachunku.
— To nic — przerwał Brühl zimno. — Ha! zwierciadła i porcelana kupują się za pieniądze. Co więcej?
— Archiwum — rzekł Rotti stłumionym głosem.
— To wiem — odezwał się minister — co więcej?
— Kasy zabrano wszystkie, ministrom zapowiedziano uwolnienie.
Brühl się uśmiechnął.
— Ale ich nie wypędzono?
— Nie. Wasza Ekscelencja mieć będzie pewnie od hrabiego Lossa osobną wiadomość.
— Teatr i aktorowie rozpuszczeni! — dodał Rotti. — Sam widziałem Hessego; wybiera się do Włoch napowrót; drudzy jeszcze nie wiedzą, co zrobią z sobą.
— Powiedz im, niech poczekają trochę — szepnął Brühl — gospodarstwo to nie potrwa długo; przyjdziemy z Austrjakami do Drezna i wygonim tych intruzów.
Rotti westnął.
— Oni bo się tam rozsiadają na dobre — rzekł. — Słyszałem, że posłano do Magdeburga i Elbą mają sprowadzić, kto ich wie, mówią dwieście pięćdziesiąt dział żelaznych, dla obsadzenia murów i wałów: snadź się chyba bronić myślą.
— To plotki — rzekł — wszystko wam w oczach rośnie.
Rotti zamilkł.
— Kiedy powracasz do Drezna? — zapytał po namyśle.
— Gdy mi Wasza Ekscelencja każe i gdy będzie podobna się dostać jakkolwiek do niego, bo teraz ani wydobyć się, ani dobić niełatwo. — To mówiąc, westchnął. — Boże! — dodał — ktoby się był takich na nas losów spodziewał?
Brühl, ręce złożywszy, oczy podniósł ku niebu pobożnie.
— I my i losy nasze w rękach bożych: modlić się trzeba, aby nam Opatrzność pomoc zesłała.
Zbudowany tem wielce pobożny Włoch westchnął także całą piersią, ale już usposobienie ministra się zmieniło; myślał snadź o czem innem, zbliżył się do Włocha i, rękę położywszy mu na ramieniu, szeptać zaczął:
— Mój Rotti, musisz wziąć z sobą kartki do hrabiny i do Globiga; ale pamiętaj, jeśliby cię schwytano, połknij je a nie daj im w ręce: idzie o twe życie, o króla o mnie....
Nie bójcie się — odparł Włoch — pisma rąk dojdą, choćbym ja miał zginąć!


IV.

W dolnej izbie sklepionej, na królewskim zamku w Dreznie, od której jedno kraciaste okno, oddawna ręką ludzką nietknięte, z nieprzezroczystemi szybami, wychodziło na dziedzince, o wieczornej godzinie znajdowało się osób kilka, potajemnie tu zgromadzonych. Jedna świeca paliła się na przymurku, mówiono po cichu.... u drzwi stały straże.... oglądano się niespokojnie za najmniejszym szelestem. Przy świetle słabem, które rzucała wojskowa świeca w ciężkim srebrnym osadzona lichtarzu, chwilowo tu przyniesiona, trudno było twarze osób rozpoznać. Izba snadź oddawna za skład niepotrzebowanych sprzętów, służąca, zaniedbana, brudna, ze sklepieniem okopconem, przedstawiała się jakby więzienie, smutną i opuszczoną. Stół przy ścianie, kilka prostych stołków, w kątach resztki niedopalonych pochodni i drągi jakieś czarne, na kamiennej posadce ciemne wałki jakichś starych opon i płócień rudnych.... powiązanych sznurami... składały wszystek sprzęt tej kryjówki, o której w zamku nawet mało kto wiedział. Miała ona niegdyś różne przeznaczenia za przeszłych kurfirstów i po cichu opowiadano o niej krwawe i straszne dzieje. Od Augusta Mocnego, a szczególniej za jego syna służyła tylko stróżom zamkowym na skład łomu którego wyrzucić nie chciano, a chować staranniej nie było warto. Dwoje drzwi, jedne od dziedzińca zawsze zatarasowane, drugie od wnętrza i sieni, do której schodów kilka schodziło, dozwalały przemknąć się tu niepostrzeżenie. Dlatego może tego wieczora zebrały się tu osoby, które ani widziane, ani posłuchane być nie chciały...
W jednej z nich łatwo poznać było hrabinę Brühlową, która podstawą dumną i głową podniesioną zdawała się tu dowodzić i rozkazywać. Drugim był baron Spörken... w tej chwili widocznie niespokojny, podrażniony, ciągle oczyma biegający ku drzwiom, z zachmurzonem czołem i brwią nawisłą.
Obok niego stał drzący i blady kawaler de Simonis, zdający się tylko przymuszonym świadkiem narady, czyniącej na nim wrażenie przerażające. Tarł niekiedy ręce i perukę, przestępował z nogi na nogę, zakładał dłonie na plecy, chował je po kieszeniach, nie wiedząc, co z sobą zrobić i z niemi.
Naostatek opodal nieco widać było nieznajomą jakąś postać, z twarzą wyschłą i pomarszczoną, choć nie starą, z biegającemi oczyma, ale wyrazem zaciętości w ustach i całej fizyognomji, stojącą jakby w oczekiwaniu na rozkazy. Człowiek ten ubiorem stanu nie zdradzał, odziany był suknią widocznie dla niepoznaki włożoną, która do niego niedobrze przystawała, a na wierzch zarzucony miał płaszcz gruby podróżny.
Hrabina Brühlowa, generał Spörken i biernie tylko posługujący im Simonis naradzali się jeszcze po cichu. Po krótkich szeptach, hrabina wystąpiła naprzód i zbliżyła się do oczekującego.
— Panie Glausau! — rzekła po cichu.
— Po co wymawiać moje nazwisko — opryskliwie przerwał stojący — po co? to do niczego niepotrzebne.
Waćpan jesteś sasem, byłeś nim przynajmniej; zachowałeś pamięć o tem: chcesz służyć królowi?
Glausau głową tylko skinął na znak zgody.
Brühlowa posunęła się kilka kroków dalej, prowadząc go za sobą w ciemny kąt izby, gdzie ani Spörken, ani Simonis słyszeć nie mogli.
— Jesteś przy królu?
— Tak: jest nas kamerdynów kilku.
— Ciągle przy nim?
— A, i tu i w obozie, nieodstępnie — rzekł Glausau. — Uszy moje i plecy o tem świadczą...
Tu westchnął.
— Gotów waćpan jesteś na wszystko?
— Mówmy-no o warunkach — przerwał Glausau — ja duszy gubić nie mogę za darmo. Prawda, że król śmieje się i powiada, iż duszy człowiek nie ma, a no tembardziej ciała na męczarnie i zgubę nie myślę dawać.
Przecież niema niebezpieczeństwa?
Glausau się uśmiechnął.
— Z nim? z nim? ale to człowiek, co wszystko najgorsze zgadnie, bo sam do wszystkiego i najgorszego gotów. Cóż mi dacie? — zapytał — co mi dacie?
— Co chcesz?
Wiele chcę, wiele; a czegoż ode mnie żądacie?
— Musimy wiedzieć, kiedyby go pochwycić było można. Często się z kilku ludźmi oddala i puszcza po nocach; przewodnik mógłby go prowadzić w zasadzkę...
— Tak, zuchwały jest; to prawda — rzekł Glausau i opuścił głowę.
— Toby było najlepszem — dodała hrabina.
— A cóżby było najgorszem?... — bąknął nie patrząc jej w oczy, Glausau.
— Gdyby, gdyby — szepnęła po cichu Brühlowa — waćpan rozumiesz... biały proszek w czekoladzie...
Ostatnie słowa wymówiła prawie niedosłyszalnym głosem: Glausau głową potrząsł, ale się nie uląkł wcale.
— Prawda, że ja mu noszę rano czekoladę — rzekł — ale ją czasem wprzódy pies wypije, nim się on do niej zbierze, a takby się wydało.
Szept niedosłyszany trwał jeszcze minut kilka. Glausau się zdawał targować.
— Nie, nie — rzekł w końcu — ja go wam dam żywego w ręce, tak będzie lepiej.
I zawsze rozmawiała z nim Brühlowa, aż kazała przystąpić Simonisowi.
— Przypatrz się temu panu — rzekła — zapamiętaj jego rysy; ani ja, ani baron nie będziemy mogli inaczej komunikować się z wami jak przez niego.
Glausau podniósł oczy.
— To licha warto — rzekł — albo ja lub ów się omylić może, oczom wierzyć niebezpiecznie. Trzeba się umówić o znaki.
To mówiąc, szybko począł ukazywać ręką Simonisowi, jak go ma witać, ile z koleji palców rozłożyć.
— Jednego znaku mało — rzekł — mógłby być przypadek: trzy ledwie starczą.
Kawaler de Simonis znajdował się biernie, nie biorąc zbyt żywego udziału w umowie. Oczy hrabiny biegały po obu.
— Tak — dodał Glausau — już my się zrozumiemy.
Brühlowa dobyła rulon z worka, który miała przy sobie, i wcisnęła mu go w ręce, szepcąc coś jeszcze po cichu; Glausau się skłonił i pospiesznie ku drzwiom skierował.
— Znajdziecie tam tego, co was tu przyprowadził — pospiesznie biegnąc, rzekł baron — ten was też na bezpieczne miejsce dostawi.
Glausau już brał za klamkę, generał wywiódł go do sieni i powrócił. Brühlowa zbliżyła się do Simonisa.
— Za waćpana ręczyła mi baronówna — rzekła zcicha — chociaż zdaje mi się, że na was było posądzenie, żeście z Berlinem korespondowali. Znaleziono listy.
— Ja się ich nie zapieram — odpowiedział Simonis — było to wprzódy, nim panna Nostitz podjęła się, i dokonała mojego nawrócenia.
— Ale cóż nam ręczy za jego szczerość?
— Pani hrabino — odezwał się, spuszczając oczy, Simonis — moją poręką jest baronówna, a jeśli mam otwarcie wyznać, mój własny interes. Gdzież większe szczęście spotkać mnie może?
Brühlowa uśmiechnęła się szydersko i poruszyła ramionami nieznacznie.
— Waćpanu Nostitzówna rękę swoją przyrzekła? — zapytała.
Simonis ukłonił się milcząco.
— Tak, tego panu powinszować można — dodała — będziesz miał wielu przyjacioł, bo baronównie na wielbicielach nie zbywa.
Rzuciwszy ten sarkazm dojmujący, Brühlowa poparła go wejrzeniem czarnych oczu, które mimo katastrof tylu zalotnemi i wyzywającemi być nie zapomniały.
— Baronie Spörken — rzekła, obracając się do niego z koleji — cóż mówicie o tym człowieku?
— Ja go sam nastręczyłem — odparł baron — więc inaczej jak dobrze mówić o nim nie mogę. Jakie wrażenie uczynił na waszej ekscelencji?
— Człowieka, który na wszystko gotów, ale za dobrą zapłatą; nie zaręczyłabym jednak, ażeby w chwili czynu nie uląkł się i nie cofnął.
— Nie sądzę — zawołał Spörken — na nicby mu się to nie zdało... kto mówi a, ten musi b powiedzieć... Raz wzięty w ręce, nie uciecze nam... Jak tylko przyjął pieniądze... przyszedł tu...
Brühlowa potakująco skinęła głową, palec położyła na ustach... i zdawała się przysłuchiwać krokom, które słychać było w sieni. Spörken żywo przysunął się do drzwi, wszyscy zamilkli i czekali. Kroki i szmer powoli w oddaleniu słabły, wkrótce znowu nastąpiło milczenie.
Brühlowa narzuciła zasłonę na głowę i poprosiwszy ruchem ręki o otwarcie drzwi, wysunęła się pierwsza. Spörken został chwilę z Simonisem z którym rozmawiał jeszcze po cichu. Wypuścił go potem, wskazując ręką schody... a sam, wziąwszy świecę z przymurku, zamyślony, wyszedł ostatni powoli.
Nie bez obawy widocznej wyśliznął się Simonis z tej konferencji tajemnej i nie zachodząc do zamku, przez jedną z bram wysunął się zręcznie w ulicę, tu dopiero swobodniej oddychając; nierychło jednak przysłoniętą płaszczem twarz odkryć się ośmielił.
Uszedł zaledwie kilka kroków, gdy posłyszał pozdrowienie zdziwiony, że go pociemku poznano. Był to Masłowski, który wyrósł jakby z ziemi; Simonis drgnął zdziwiony nieprzyjemnie.
— Nie mogę pojąć, jakeś mnie waćpan mógł poznać po nocy — odezwał się, nie kryjąc zdumienia.
— A! — rzekł, śmiejąc się wesoło, Masłowski — najprzód my mamy kocie oczy, to rzecz wiadoma... w nocy widzimy doskonale, osobliwie kogo nam zobaczyć potrzeba; za to wednie często nie dojrzymy, gdy nam kto zawadza. Powtóre, waćpan wiesz, kawalerze Simonis, my jesteśmy serdeczni przyjaciele, sympatja!
— Aha! — zawołał Simonis — ale ja byłbym waćpana minął, nie poznawszy.
— Sympatji dla mnie nie masz — odezwał się Masłowski bez ceremonji biorąc go pod rękę. — No, a wolno wiedzieć skąd? z zamku?
— Jakto z zamku?
— Nic, myślałem tylko.
— Cóżbym tam robił?
— No podejrzywam waszmości zawsze o miłość dla frejliny a ona tam przy królowej.
— Dla mnie niedostępna.
— Dla mnie też — westchnął z przesadą Masłowski — jedne mamy losy, jedno cierpienie, jedne uczucia; musimy być przyjaciółmi. Różni nas tylko, że waćpan kochasz Prusaka... a ja.
— Sasów? — spytał Simonis.
— A gdzie tam! ktoby mógł jakiegokolwiek Niemca kochać! Niemkę... to co innego — zaczął wesoło Masłowski. — Ale powiedz-że ty mi szczerze, po przyjacielsku, ja cię nie zdradzę; na czem stanęło? czy zawarłeś alians z Prusakiem, czy z Austrją z Saksonją?
Simonis pytanie w śmiech obrócił.
— Myślę, że masz do Prusaka słabość — dodał Masłowski — no, no, co komu do gustu... Mnie się tak zdaleka patrząc w ulicy na tego kaprala zdaje, że musi śmierdzieć, a ja mam powonienie nader draźliwe.
Simonis nie chciał się zdradzić, Masłowski niemiłosiernie go męczył.
— Przyjacielu mój! — dodał — nie rozumiem, jak pogodzisz miłość dla baronówny z miłością dla króla Fryderyka. Dla logiki będziesz musiał się w starej Nostitzowej zakochać, a to podobno trudno.
Kawaler milczał, szli tak dalej ciemną ulicą, Simonis, aby się uwolnić od przyjaciela, skierował się milczący ku swojej kamienicy. Masłowski go odprowadził aż do progu. Tu powiedzieli sobie dobranoc, Simonis wszedł szybko do domu i drzwi za sobą zamknął. Zamyślony wstępował na górę, gdy go znowu, jak niegdyś, Gertruda za rękaw pociągnęła, pokazując mu drzwi baronowej. Nie spodziewając się już tu dnia tego zastać Pepity, mniej chętnie posłuchał starej sługi i wszedł na próg powoli.
Stara baronowa, w boki się wziąwszy, co u niej wielce szczęśliwe oznaczało usposobienie, chodziła po saloniku, uśmiechając się do siebie. Spostrzegłszy Simonisa dygnęła mu wesoło.
— Dobrze, żeś przyszedł, mam coś dla waćpana — rzekła.
I zbliżywszy się mu do ucha, szepnęła:
— Major Wangenheim czeka na waćpana na dole w pałacu Moszyńskich, ma ci coś do polecenia.
Simonis drgnął i zbladł.
— A tak! tak! misję konfidencjonalną. Ja sama nastręczyłam mu waćpana. Możesz się teraz zasłużyć i dojść daleko. Proszę iść zaraz do niego, ażeby komu innemu tego nie powierzono.
Simonis, nie mogąc się poruszyć, stał wryty; położenie jego stawało się niewymownie przykre. Jakkolwiekbądź, zdrajcą teraz musiał być, nie sługą. Dreszcz po nim przebiegł. Nieprędko zebrał się na słowo...
— Pani baronowo — odezwał się, jąkając i nieśmiało — nieskończenie jej jestem wdzięczen, ale prawdziwie mam obawę; nie jestem pewny, doświadczenia mi brak, nie wiem, czy potrafię sobie dać radę.
Pani Nostitz spojrzała nań urażona niemal.
— Przecież nie co innego ci dadzą do roboty, tylko to samo, z czem cię tu moja poczciwa de Camas wysłała... Być może, iż wypadnie się dostać do obozu do Pirny... ale cóż to znowu tak osobliwego: powiesz, że cię Brühlowa przysłała... To samo, że się tam dostaniesz, już zaufanie obudzi. Zdasz tylko raport z tego, coś widział i słyszał. Major Wangenheim czeka na waćpana! Trzeba iść i to zaraz.
Spojrzała na twarz nieszczęśliwego Simonisa i zawahała się, widząc go tak straszliwie przelękłym, że ją litość nad nim wzięła. Rozśmiała się jednak wkrótce.
— Nie wiedziałam, że z waćpana takie dziecko! — zawołała — ależ to w takich właśnie trudnych i zawiłych sprawach ludzie się dorabiają. Panu Bogu powinieneś dziękować i głowy nie tracić.
Simonis powiódł ręką po czole, na które kroplisty pot występował.
— Czy waćpan chcesz się tego podjąć, czy nie, to darmo — dodała, napróżno wyczekawszy odpowiedzi. — Trzeba iść do majora. Rozmówicie się z nim o tem.
Kawaler opamiętał się nareszcie; nie było środka... musiał być posłusznym.
W ulicy pożegnawszy go Masłowski, gdy się drzwi zamknęły, jak gdyby go przeczucie jakie zatrzymało, czy chętka szpiegowania Simonisa odszedł wprawdzie powoli na stronę, lecz niebardzo potrzebując spieszyć, chwilkę między kościołem a odwachem pozostał. Oddalił się zaledwie kilkadziesiąt kroków, gdy wśród ciszy nocnej posłyszał skrzyp otwierających się drzwi i zwróciwszy głowę, dostrzegł przy świetle ogarka, którym stara Gertruda przyświecała wychodzącemu Simonisowi, iż ktoś wymknął się z kamienicy. Nie był wcale pewny, iż to być miał Simonis, zatrzymał się jednak, przytuliwszy do węgła ganku Frauenkirche, czekając aż się zbliży idący.
O kilkanaście kroków z postawy i chodu poznał przyjaciela. Nie wysuwając się z swej kryjówki, dał mu ją pominąć, wyprzedzić się o dobry kawał drogi i ostrożnie poszedł za nim.
— Prawdziwe szczęście — rzekł w duchu. — Czekaj, ptaszku! wyprawa nocna jest mi bardzo podejrzaną. Muszę wiedzieć przecie, dokąd o tej porze się wybrałeś.
Szedł więc, nie spuszczając go z oka, unikając aby go nie postrzeżono. Pałac Moszyńskich stał naówczas wśród obszernego ogrodu, niemal za miastem, z widokiem niczem nieosłonionym na dalekie góry. Z samego kierunku drogi łatwo było odgadnąć cel, do którego prowadziła. Masłowski się wcale tego nie spodziewał; zawrzało w nim.
— Jeżeli zdrada się okaże, jutro go jak psa zastrzelę! — zawołał do siebie. — Mniej jednym takim jegomością na świecie, ludzkość na tem nic nie straci.
Simonis oglądał się pilnie dokoła, nim przypadł do żelaznych sztachet i bramy, która w ogród i do pałacu prowadziła. Tu stała warta i spytała go do kogo idzie. Simonis szepnął, że ma polecenie stawić się u majora Wangenheima. Żołnierz służył mu za przewodnika. Masłowski pozostał zdala na czatach.
Major Wangenheim, młody i przystojny mężczyzna, pomimo spóźnionej godziny siedział jeszcze w mundurze i przy szpadzie, gdy mu przychodzącego oznajmiono.
Spojrzawszy na niego, zamyślił się nieco.
— Pani baronowa Nostitz mnie przysyła — odezwał się Simonis.
— Tak — rzekł sucho major — wiem, waćpan byłeś trochę znajomy Brühlowi i jego dworowi.
— Bardzo mało...
— Mogłoby dla waćpana być ciekawem zobaczyć, co się tam w obozie dzieje?
Kawaler milczał.
— Mógłbyś waćpan zaofiarować hrabinie przeniesienie listu od niej do męża, ale ten musiałby być mnie wprzódy zakomunikowany.
— Hrabina wątpię, by mi zaufała — odezwał się Simonis nieśmiało.
Wangenheim popatrzał na niego.
— Jednem słowem — rzekł — mój panie, masz ochotę przynieść nam wiadomość z obozu i zanieść tam do naszych znajomych pewne rozkazy?
Simonis zmilczał.
— Będę posłusznym, gdy mi to nakazanem zostanie — odezwał się — lecz nie kryję tego, iż mało mam wprawy i doświadczenia, i że na własną zręczność rachować nie mogę.
Major się rozśmiał wzgardliwie nieco.
— Zbytnia to skromność — odezwał się, patrząc mu w oczy i badając go — w takich sprawach mało kto nabiera wprawy: ludzie się do tego rodzą. Krótko waćpanu powiem, ludzi nam braknie, potrzeba, abyś jutro się wybrał i jak najprędzej powrócił.
Na dworze króla i Brühla jest dwóch ludzi, którym nieznacznie oddasz pan te dwa od ich żon listy. Nic w nich niema... nie rozumie ich nikt, oprócz nich. Będziesz się waćpan starać widzieć jaknajwięcej, dowiedzieć jak najdokładniej, powrócić jak najprędzej.
Major Wangenheim z pewną niecierpliwością, jak gdyby nie bardzo miłą dla siebie kończąc rozmowę, na listach, które złożył na stole, rzucił rulonik dukatów i odstąpiwszy parę kroków, głowy skinieniem pożegnał Simonisa.
To złoto tak jawnie rzucone mu w oczy, z pewnym rodzajem pogardy, wywołało rumieniec na twarz Simonisa.
— Przepraszam pana majora — rzekł, odsuwając rulon — mogę i muszę podjąć się służby dla jego królewskiej mości, ale bez tego dodatku.
— Jakto? — zapytał major.
— Jeśli zasłużę na co, mogę być później wynagrodzonym; nie należę do tych, którzy się najmują.
Major spojrzał mu w oczy i ruszył ramionami. Nie zdawało go się to ani dziwić, ani rozczulać, jak gdyby do podobnych scen był przywykłym.
— To na koszta podróży — rzekł sucho — niepodobna byś waćpan o swoich pieniądzach ją odbywał. — I dodał: — dobranoc!
Simonis wziął listy i snadź nie chcąc się podać w podejrzenie, schował też rulon do kieszeni i wyszedł.
Noc była ciemna, gdy się znalazł za bramą z tak przykrem uczuciem niepewności jakiejś, obrzydzenia, wstrętu, obawy, iż postąpiwszy kroków kilka, spytał się sam siebie, czyby nie najlepiej było, zabrawszy, co miał, powracać do Berlina i szukać w pracy przyszłości.
Wspomnienie tylko pięknej Pepity wstrzymało go może od tego kroku. Zbliżeniem się do niej czuł się uszlachetnionym i nie chciał już wrócić na drogę tajemniczych, brudnych intryg, która mu teraz wstrętliwą była i upadlającą. Ale jakże się mógł wywikłać z tej sieci, w którą wpadł po części z własnej winy. Zbliżał się już do miasta, gdyż pałacyk leżał naówczas za jego obrębem, gdy usłyszał półgłosem nuconą śpiewkę i z wielkiem podziwieniem a przestrachem spotkał Masłowskiego. Ten udał nadzwyczaj zdziwionego.
— A to rzecz szczególna! — zawołał — że my się też nieustannie musimy z sobą spotykać? mam-że uwierzyć oczom? Wszak waćpana odprowadziłem na spoczynek do domu, miałeś iść spać? Jakimże sposobem w tej stronie? Ktoby powiedział żeś waćpan chodził dawać dobranoc królowi pruskiemu.
— A cóż wy tu robicie? — spytał Simonis.
— Ja? ale ja, nie mając nic do roboty z profesji, jestem włóczęgą — rozśmiał się Masłowski — szpieguję Prusaków. Wiesz, że to są jednak nie głupi ludzie. Jaki w nich rygor i ład... Ale mów-że, skąd Pan Bóg prowadzi?
Simonis, nie chcąc się zdradzić, musiał się namyślić, co powiedzieć.
— Przyznam się waćpanu — szepnął — awanturka kobieca.
— W tej stronie? za miastem? to chyba z dziewką jaką od ogrodnika, bo tu nic porządniejszego nie mieszka... Co mi mówisz, ale!...
Simonis umilkł.
— Wierz waćpan lub nie, jak chcesz...
— Przyjm-że moją radę — dodał Masłowski — jako lepiej oswojonego z Dreznem: nie bardzo bezpiecznie w bliskości króla mieć rendez-vous. Fryderyk jest podejrzliwy, a rozstrzelanie u niego nic a nic nie kosztuje.
Spotkanie z Masłowskim, który go znowu przeprowadził aż do kamienicy, do reszty przybiło nieszczęśliwego Simonisa. Milczący wsunął się na swe trzecie piętro, pożegnawszy szydzącego i natrętnego Polaka. Paliły go listy, które miał od Wangenheima, niepokój niewysłowiony oka mu mrużyć nie dał. Ledwie doczekawszy poranku, zerwał się z łóżka i pobiegł do zamku. Cały dwór był jeszcze na mszy rannej, gdy przyszedł; ukrył się więc w mieszkaniu barona Spörken, oczekując na baronównę, z którą się chciał zobaczyć. Paź miał jej oznajmić, iż Simonis mówić z nią potrzebował. Po półgodzinnem prawie oczekiwaniu piękna panna zjawiła się, tak jak była ubrana do kościoła. Spojrzała na Simonisa i zmieniona twarz jego nic jej snadź dobrego nie zwiastowała, gdyż niespokojnie zbliżyła się do niego.
— Co waćpanu jest? — zapytała.
— Osądzisz pani sama — odezwał się Simonis. Wczoraj, zaledwie stąd wyszedłszy, udałem się do baronowej. Przywitała mnie tem, że powinienem był natychmiast udać się po rozkazy do majora Wangenheima. Późno w noc musiałem biedz do pałacu Moszyńskich, kazano mi z listami do obozu pod Pirnę, szpiegować.
Pepita słuchała z żywem zajęciem.
— Pani — zawołał Simonis — niema w tej chwili pod słońcem nieszczęśliwszego człowieka! Gdyby nie pani, uciekłbym stąd! Zważ pani położenie moje. Co mam począć? Zdradzić was nie mogę, zdradzić tamtych to grozi śmiercią; ale mniejsza o śmierć; to grozi mi upodleniem, poniżeniem, którego od czasu jakem się zbliżył do was, znieść nie potrafię. To przechodzi siły moje, brzydziłbym się sobą!
Baronówna podała mu rękę w milczeniu zarumieniona.
— Mogę wam służyć, nie winienem nic i nie mam obowiązków względem króla; lecz w ten sposób, nie! nie zdołam!
Rękoma zakrył Simonis twarz.
— Co mam począć? co począć?!
Baronówna stała zamyślona, nie mówiąc słowa.
— Rozumiem — odezwała się głosem cichym — że są pewne granice, poza które żadne poświęcenie nie sięga. Honoru się nie poświęca...
— Powiedz-że mi pani, jak się mam ratować!
Baronówna przeszła się po pokoju.
— W istocie; rzecz to do rozwiązania trudna; ja za mało mam doświadczenia, abym to potrafiła rozwiązać. Pan nam jesteś potrzebny. Gdybyś się ukrył na zamku, zamiast iść do obozu, mógłbyś się nam przydać tutaj; gdybyś, do obozu się udawszy, w nim pozostał, uszłoby to może za uwięzienie: król i Prusacy długo tu nie pobędą.
Z mowy niepewnej baronówny znać było, że sama nie wiedziała, ani co mu radzić, ani co z nim począć; żywe tylko rozdraźnienie malowało się na jej twarzy. Narzędzie to, na które tak rachowała, z rąk się jej wymykało.
Po namyśle pobiegła do drzwi i już biorąc za klamkę, ze spuszczoną głową, prawie nie patrząc na niego, rzekła prędko:
— Wybierz się pan, pożegnaj baronową, przybądź tu, a naówczas zobaczymy, co uczynić wypadnie.
Simonis nie miał czasu jej wstrzymać: zniknęła, poszedł więc i on spełnić dane rozkazy i na dwór przygotować się do podróży. Domyślał się, iż Pepita musiała chcieć naradzić się z królową może, a z Brühlową pewnie, gdyż hrabina była główną sprężyną, około której obracały się wszystkie przeciw Prusakom wymierzone dotąd bezsilne intrygi.
Maks jeszcze był nie powrócił na zamek, po korytarzu przechadzający się, jakby dla zabawki, Masłowski czatował na baronównę. Lękając się, aby to polowanie zadługo nie trwało, p. Ksawery dał lokajowi duser, jak się to w języku dworskim zwało, i poprosił go o wywołanie frejliny: w innych czasach byłoby to niemożliwe, ale od czasu wnijścia Prusaków działy się na dworze nigdy niesłychane rzeczy.
Baronówna wyszła natychmiast — przepraszam żem panią śmiał fatygować — rzekł Masłowski — chciałem się opowiedzieć. Zdaje mi się, iż chwila nadeszła, w której mojego przyjaciela Simonisa wypada mi uczynić »nieszkodliwym«. Wczorajszego wieczora powróciwszy stąd, chodził w nocy do króla Fryderyka. Zdrajcą jest...
— Nie, panie mój — odpowiedziała Pepita — nie; bo ja o tem wiem: iść tam musiał. Bądź co bądź, ja panu, za jego czujność dziękuję serdecznie. Jesteś szlachetny, jesteś zacny.
Wyciągnęła mu rękę, a pan Ksawery pochwycił ją i namiętnie po polsku całować zaczął. Nie nawykła do takich gorących pocałunków, baronówna się zarumieniła i rękę jak oparzoną, wyrwać musiała.
— Byłbym go zdławił! — zawołał — gdyby panią śmiał pomyśleć zdradzić; ale wie pani co, ja panią ubóstwiam, a jednak, gdybyś pani mnie tak, jak jemu na dwóch stołkach kazała siedzieć darujesz tegobym i dla niej nie potrafił.
— Spodziewam się, że i on tego nie uczyni — szepnęła baronówna, biorąc sługę swojego w obronę.
— Ano, przepraszam, żem, chcąc usłużyć, napróżno pannę baronównę niepotrzebnemi odwiedzinami niepokoił. Nie rozkaże mi pani nic? Zabić kogo? powiesić? udusić? dla pani gotów jestem!
Ton i wesołość, z jaką Masłowski mówił, w tak dziwnej były sprzeczności z usposobieniem na zamku panującem, iż baronówna z niejaką zazdrością spojrzała na młodego chłopaka, którego te sprawy tak mało obchodziły.
— Dziękuje panu — rzekła — i admiruję obojętność jego wśród tych nieszczęść, jakie nas spotykają. Pana to nic nie obchodzi?
— Ja-m tu zupełnie obcy, ja-m spektator, pani — zawołał Masłowski — a mam ten nieszczęśliwy nasz narodowy charakter, który nawet wśród najcięższych przygód własnych zmusza do wesołości. Tak nas Pan Bóg stworzył!
— Nie macie się skarzyć na co — westchnęła Pepita.
— Wesołość ta nie odejmuje nam przytomności — mówił Masłowski — a jęk i narzekanie na nic się nie zdały. Ma mi pani co do rozkazania?
Pepita się zawahała.
— A gdyby ważnego co było do zniesienia do obozu? odważyłbyś się waćpan?
— W ustach zaniosę, co mi pani każe, papieru nie mogę: dystrakt jestem i gubię swoje własne pieniądze.
— Chwilkę pan poczekaj.
Baronówna znikła.
Masłowski zaczął już śpiewać, bo gdy nie mówił nic, świstał lub nucił, bezczynnym nie mogąc pozostać, gdy na korytarz wybiegł baron Spörken i szukać go zaczął oczyma. Obejrzał się, czy ich kto nie widzi, a potem wciągnął za sobą do pokoju.
— Możesz się pan dostać do obozu do Brühla?
— Jeżeli mnie Prusacy nie złapią.
— Ale właśnie się trzeba nie dać złapać...
— Nie mam najmniejszej ochoty do tego, bo mówią, że skoro tylko takiego pochwycą natychmiast mu wdziewają mundur, a ja do pruskiej służby się nie kwalifikuję.
— Idzie o to, aby zanieść ważne wiadomości.
— Ustnie? — dodał sprzekąsem Masłowski.
— Tak jest.
— Spróbuję; proszę o nie...
— Słowo, że ich nie wydasz? — spytał Spörken. Masłowski się rozśmiał.
— Prusakom? a za kogoż mnie pan masz?
— Słowo?
— Najuroczystrze!
Spörken poprowadził go pod okno.
— Fryderyk albo już wyruszył z Drezna — rzekł — lub dziś czy jutro wyjdzie. Wiemy plan jego... Chce obóz nasz odciąć od czeskiej granicy i uniemożebnić połączenie się nasze z Austrjakami. Odcięci, nie zasposobieni w żywność, mając tylko garść ludzi, których codziennie choroby dezercya, a nawet niedostatek żywności dziesiątkują, jesteśmy zgubieni. Potrzeba ażeby Rutowski, jak skoro to będzie możliwe, wyruszył, ku generałowi Wied, nim Fryderyk drogi obsadzi. Widzisz pan, że od tego ocalenie nasze zależy.
— Rozumiem — zawołał Masłowski — są sposoby wydobycia się z Drezna, spróbuję, czy też niema środka dostania się do Pirny; zrobię co będę mógł.
Żegnał się już, gdy weszła promieniejąca baronówna.
— Idziesz pan?
— Nie wiem, idę, czy jadę, czy płynę; ale to wiem — zawołał Masłowski — iż mnie to bardzo bawi i pilno mi puścić się na awantury.
Skłonił się, Pepita podała mu znowu, zapomniawszy się, rękę i zarumieniła się po pocałunku.
Masłowski biegł, śpiewając, po schodach, gdy zwolna ciągnącego ku górze Simonisa spotkał.
— Dosyć, że we dwóch musimy, jak w kręglach kule, spotykać się z sobą. Tym razem żegnam was, kawalerze de Simonis, gdyż prawdopodobnie przez dni kilka nie będę mieć honoru...
— A waćpan dokąd?
— Na spacer! — zawołał kłaniając się Masłowski — adieu!
Przybywszy do Fuchsowej i swojego mieszkania, pan Ksawery mocno się zamyślił, jak ma dokonać zamierzonej podróży. Gospodyni była już z tego powodu przywiązana do młodego wartogłowa, iż dosyć wiele był jej dłużny.
— Kochana Fuchsowa! — rzekł, zawoławszy jej, Masłowski — boli mnie to nieskończenie, ale muszę cię pożegnać! służba służbą; Brühl w obozie i mnie do niego potrzeba.
Ręce załamując, rzuciła się ku niemu gosposia.
— Herr Jese! to być nie może! ja pana nie puszczę... pan wiesz... ojciec mi waćpana oddał w opiekę.
— Daj ty mi pokój z opieką taką, kiedy koszule nawet nie pocerowane — odparł Masłowski — acani wiesz, że jak ja czego chcę, rozstąp się ziemio! musi być! Do Brühla się więc dostanę, ale powrócę zaraz; daję ci słowo, nie będę u niego siedział, jeśli mnie Prusacy nie powieszą! To od was zależy, pani Fuchsowa.
— Czyż waćpan oszalał?
— A tak jest, waćpani mi musisz dać kogoś co mnie do Pirny zaprowadzi i odprowadzi nazad.
Strzepnęła rękoma wdowa, poczęły się targi ostre; lecz koniec końców, ku wieczorowi ucichło i Masłowski przed zwierciadłem wąsy golił. Tych młodych wąsów, takich ślicznych, żal mu było, aż się na płacz zabierało.
Z jego pokoju i do jego pokoju wynoszono coś ciągle i wnoszono. Szeptano, biegano, naradzano się, a o mroku już zaszedł przed dom wóz, na którym siedział stary Niemiec i stara baba. W pośrodku było coś takiego, jakby łoże ochronne dla chorego wysłane. Masłowskiego wcale nie było widać, tylko z pomocą dziewczyny zwlokła się chora kobieta, którą starannie położono i okryto. Fuchsowa stała we drzwiach zamyślona.
Wóz ruszył ku bramie do Pirny wiodącej, ale wprzódy jeszcze zatrzymał się przed mieszkaniem komendanta Wylicha, w rynku, i stary Niemiec wszedł doń.
Nierychło jednak wrócił do wozu, na którym baba siedziała z dwoma żołnierzami. Ci obejrzeli chorą kobietę leżącą, która głowę podniosła i zaraz na posłanie opadła, i jeden z nich towarzyszył przy wozie jadącym do Pirnajskiej bramy. Szczęściem zdążyli jeszcze w porę nim capstrzyk odbębniono i wrota zamknięto. Żołnierz z rozkazu komendanta rozkazał przepuścić wóz i choć już mrok był znaczny, powlekli się powoli ku Pirnie. Na gościńcu, w dosyć znacznem oddaleniu od miasta stały czaty pruskie.
Wszystkie przybiegały do wozu, łając, krzycząc i wstrzymując, dopóki im woźnica kartki komendanta nie pokazał.
Nakoniec późno w noc straże pruskie znikły; nowy gościniec był pusty, żywej na nim duszy; nawet z małych domków nade drogą ludzie pouciekali i te pustkami stały. Nade dniem już, ponieważ błoto, wiatr i konie chude pospieszyć nie dozwalały, odezwało się »wer da?« saskie.
Woźnica drgnął, a chora kobieta porwała się z wozu tak jak gdyby nigdy w życiu nie chorowała. Żołnierz stał na koniu z wykierowanym na jadących gardłaczem, lecz na bardzo wyraźistą z saskim akcentem odpowiedź wstrzymał się od nieprzyjaznych kroków. Chora kobieta domagała się, aby ich do generała Rutowskiego lub ministra Brühla prowadzono. Ponieważ patrol właśnie do Pirny powracał, wóz, żołnierzem otoczony, powlókł się dalej. Tylko chora kobieta zupełnie się zmieniła i tak z żołnierzami rozprawiała raźnie, jak najzdrowszy mężczyzna.
Był to w istocie pan Ksawery Masłowski, który tym dowcipnym sposobem bardzo wygodnie i bezpiecznie dostał się już na terytoryum, zostające pod opieką wojska saskiego.
O godzinie ósmej rano, gdy Brühl jeszcze w szlafroku nad papierami siedział, niewiadomo czy odpowiedź króla pruskiego rozbierając, czy nowy list stylizując od Augusta III, oznajmiono mu, że paź jego, Masłowski, przybyły z Drezna, mówić z nim pragnie.
Brühl nie bardzo Masłowskiego lubił, więcej instynktem jakimś niż z jakichbądź powodów. Nie miał w istocie przeciwko niemu nic, ale ile razy sobie w oczy spojrzeli, minister w nich coś takiego czytał, co mu się nie podobało. Masłowski nadto był śmiały. Dlatego, czyniąc wybór mających mu towarzyszyć w podróży, pana Ksawerego zostawił w Dreźnie, nie przewidując jeszcze, iż wypadnie wprost z obozu udać się do Warszawy.
— Co waćpan tu robisz? — zawołał zdziwiony.
— Przynoszę Waszej Ekscelencji ukłon od pani hrabiny — rzekł spokojnie pan Ksawery — przybyłem z tem umyślnie.
— Kiedy? jak?
— W nocy, a jak to trudno nawet opowiedzieć, dosyć, żem cały, dzięki Bogu!
— Masz waćpan pismo jakie?
— Niech Bóg uchowa: mam ustne polecenia.
Tu obejrzał się pan Masłowski i dał do zrozumienia, iż pragnąłby mówić na osobności.
Brühl wprowadził go do małego pokoiku, zastawionego szkatułkami różnych wielkości. Zawierały one tabakierki, zegarki, klejnoty, pierścienie, które na wszelki wypadek minister zabrał był z sobą. Ciasno stosunkowo mieszkanie wyciskało wielkiemu panu westchnienia i łzy niemal nad własnym losem. Nie miał więcej nad dwadzieścia peruk z sobą i tyleż sukien, nie było przy nim więcej nad dwadzieścia ludzi do osobistej posługi. Upokorzony był i znękany. Codziennie na modlitwie upominał się choć z pokorą, ale z pewnym naciskiem u Pana Boga o nagrodę za te ciężkie prywacje, które znosić był zmuszony dla chwały bożej! Szczególniej w obozie pod Pirną Brühl nadzwyczaj był skruszony i pobożny. Widywano go po kilka razy na dzień klęczącym ze złożonemi rękoma pod krzyżem. Masłowski zdał mu sprawę ze swego poselstwa. Brühl słuchał jej namarszczony, niekiedy głową nakazując nieukontentowanie i zdziwienie, jak gdyby to wszystko uważał za widziadła imaginacji; kilka razy wyrwało mu się:
— Ale gdzież zaś...
W ostatku, jakby zapomniawszy się, że ze skromnym panem ma do czynienia, zawołał głośno;
— Co im się śni! Fryderyk wkrótce będzie musiał sam uciekać, gdy go zewszęd w kluby weźmiemy... tego benitę!
I ramionami ruszył.
Nie odprawiając Masłowskiego, posłał Brühl kartkę do generała Rutowskiego. Paź tymczasem poszedł spocząć z dawnymi towarzyszami, dopytującymi go ciekawie o Drezno.
Gdy Rutowski nadszedł powołano go, aby powtórzył, z czem go generał Spörken wyprawił; słuchając tej powtórnej relacji, Brühl dawał oznaki zniecierpliwienia.
— Jakto? pan generał to przyjmujesz za dobrą monetę? — zawołał.
— Za jak najlepszą, a w każdym razie daleko szacowniejsza, niż fałszywe pieniądze, którymi Fryderyk nas zalewa — odparł z uśmiechem smutnym Rutowski. — Niestety, nim się rzesza niemiecka zbierze, nim Francuzi wyciągną, nim wkroczą Rosjanie, nim Austrjacy przyjdą.... my padniemy ofiarą. Wojsko nie ma co jeść! W szpitalach w Pirnie leży półtora tysiąca chorych żołnierzy!
Brühl się zżymnął.
— Niema wojny bez ofiar — zawołał — to darmo!
— Lękam się właśnie, by ofiary nie były daremne — odparł Rutowski.
— Cóż więc robić? — gniewnie, ale grzecznie spytał minister.
— Co najrychlej most dla przeprawy budować na Elbie i spieszyć ku Peterswalde.
Brühl się skłonił.
— Nic nie mam przeciwko temu.
Rutowski jakby sobie coś przypomniał, zapytał Masłowskiego:
— Gdzie Fryderyk? w Dreznie...
— Był na wyjezdnem — odpowiedział paź, — iż z Magdeburga Elbą dwieście pięćdziesiąt dział żelaznych, dla obsadzenia wałów i murów, sprowadzić miano.
— Tem lepiej — odezwał się minister — zostaną one dla nas.
Rutowski przeszedł się po pokoju i nie odpowiedział nic. Wyspowiadawszy się ze wszystkiego, co miał, Masłowski odszedł, dopraszając się tylko, ażeby mógł co rychlej powrócić. Zbyto go niewyraźną odpowiedzią. Około dziesiątej przysłał Brühl, ażeby paź szedł z nim do króla; August III dowiedział się od Rutowskiego o jego przybyciu i sam go chciał o Dreznie rozpytać.
Właśnie kapelan królewski odprawiał był mszę na przenośnym ołtarzu w pokoju króla i sprzęt kapliczny wynoszono, a August III tylko co był powstał z klęcznika, gdy Masłowski został wprowadzony.
Minister dał mu wprzódy dokładną instrukcję, co i jak miał mówić przed królem, oszczędzając niepotrzebnego zmartwienia. August popatrzał na wchodzącego i długo nie odzywał się wcale.
— Co się dzieje z teatrem? — spytał.
Brühl nie dał odpowiedzieć Masłowskiemu, skinął na niego groźnie i sam począł:
— Właśnie o to powiada mi, iż całkiem fałszywie rozgłoszono, jakoby król pruski...
— Nazywaj go margrabią brandenburskim — przerwał król.
— Tak, Najjaśniejszy Panie, margrabia brandenburski nie rozpuścił teatru i artystów, ale oni sami oświadczyli, iż, przez miłość dla Waszej Królewskiej Mości, dla nikogo śpiewać i grać, przed nikiem się popisywać nie chcą, dopóki król ich ubóstwiany do swej stolicy nie wróci. Napróżno chciano ich zmuszać, różnie kuszono złotem: oparli się.
Król się uśmiechnął.
— Bravi! — zawołał — Bóg da, że im to nagrodzę; zobaczycie, powiedzcie im to.
— Dopiero wskutek tego oporu — dokończył Brühl — pensje im odjęto.
— Każę im zaliczyć to wszystko...
— A hrabia Loss, a ministerjum nasze? — dodał król.
Masłowski nie miał czasu odezwać się, gdy minister rzekł żywo:
— Wszystko funkcjonuje w jak największym porządku: nie ośmielono się ich tknąć.
Król odchrząknął.
— Cóż się dzieje z galerją? był w galerji Fryderyk?
Na to pytanie Brühl nie umiał odpowiedzieć, ale nie sądził, ażeby niebezpieczeństwem groziło danie swobody Masłowskiemu.
Najjaśniejszy Panie! — odezwał się paź — wiem, że król, a raczej margrabia brandenburski, kazał sobie galerję otworzyć Heineckenowi.
August wstał trochę przelękły.
— Nic nie zginęło?
— Nic nie tknięto, nic...
— Bogu i świętym patronom niech będą dzięki! — westchnął August.
— A cóż mówił? co mówił?
— Heinecken powiada, że admirował bardzo.
— Jednak admirował a nie wiesz co najbardziej?
— Magdalenę Battoniego.
Rozpromienioną twarz, dziwnie uśmiechniętą, podniósł król do góry.
— Nie przeczę, piękna jest, ale do Correggia!...
Nie dokończył, z politowaniem uśmiechając się ciągle.
— Znawca! znawca — rzekł szydersko — Madonna Sykstyńska nic... Tycyan nic... Veronese nic... tylko Battoni. Margrabia brandenburski!...
— Samo nazwisko malarza, przypominając kij — odezwał się Brühl — musiało mu sympatję margrabiego pozyskać.
Usłyszawszy to, król zaniósł się od śmiechu, ale wnet, jak przestraszony tym wybuchem usta sobie zatulił i rzekł:
— Pst! — grożąc Brühlowi.
Zaczął potem August pytać o królowę, o dzieci młodsze, o kościół, o księdza Guariniego i naostatek o panią Brühlową.
Masłowski zapewnił, że wszyscy byli zdrowi; spytano, czy parku około pałacu nie uszkodzono i tym podobne fraszki.
Masłowski o mało się nie wygadał o działach jadących z Magdeburga, ale Brühl czemś innem mu przerwał. O piecach, wystawionych nad Elbą do wypieku chleba dla żołnierzy, król już wiedział, lękał się o zwierzeniec swój i o bażantarnie. Paź upewnił, iż dotąd były nietknięte. Nastąpiła kwestja o ogary myśliwskie, których się August domagał, aby mu je tu w jakikolwiek sposób przysłać starano.
— Co ja bez nich pocznę! ja jestem najnieszczęśliwszy — zawołał — póki ich mieć nie będę.
— Gdybyś Wasza Królewska Mość chwilowo, dla sejmu przeniósł się do Warszawy — wtrącił Brühl — tambyśmy znaleźli psiarnię.
— Jaką psiarnię! — westchnął August. — Fleta, Akteona, Lutni, Sezostrysa tam mieć nie będę!
Brühl, chcąc smutek ten rozerwać, z pogardą odezwał się o charcidłach margrabi; ale to króla nie rozweseliło.
— Myśliwstwo warszawskie — dodał najjaśniejszy pan — niewiele warte zapewne, lepsze niż nic; ale tam takich, jak ja, psów nie mają.
Minister zapewnił, iż podobnych nie było w całej Europie, i że książę Richelieu za łaskę się domagał parę szczeniąt dla króla Ludwika.
To nieco rozjaśniło czoło pańskie. Masłowski stał ciągle w progu, bo jeszcze rzucano mu jakieś pytania, na które najczęściej sam minister w imieniu jego fantazyjnie i niekoniecznie zgodnie z prawdą odpowiadał.
Długie badanie skończyło się nareszcie; Masłowski przypuszczony został do pocałowania ręki królewskiej i odszedł. W godzinę potem Brühl go powołał do siebie i kazał mu oświadczyć w Dreznie, aby próbę tę od Boga zesłaną znoszono cierpliwie; że ona długo trwać nie może, a skończywszy się znamienitym tryumfem; iż wojska saskie wkrótce się z austrjackiemi połączą i wygnają z kraju nieprzyjaciela; słowem, że wszystko szło zgodnie z planami jego, które musiały nieomylnie prowadzić Prusy do upadku, a Saksonję do potęgi i sławy!


V.

Było to 14-go października 1756-go roku, w dniu, którą żałobną pamięcią zapisał się w dziejach Augusta III. Zima zbliżała się, ale wojny przerwać nie mogła; z obu stron gromadziły się siły, poruszały oddziały i nieustanna walka na granicy prawie zawsze na korzyść Prusaków wychodziła.
Miesiąc upływał od czasu, gdyśmy w Pirnie króla widzieli; on i Brühl z całym dworem, lękając się wpaść w ręce nic nie szanującego króla pruskiego, przenieśli się do Königsteinu, w którym tyle ofiar wprzódy lata powolnej męczarni spędziło. U stóp twierdzy odgrywała się ostatnia scena pierwszego aktu tego dramatu, w dziejach zowiącego się siedmioletnią wojną.
Wkrótce po oznajmieniu generała Spörkena, iż wojska pruskie usiłować będą odciąć obóz od czeskiej granicy, Fryderyk w istocie śmiałym marszem wystąpił pod Lowositz i pierwsze odniósł tam zwycięstwo.
Po niem był już prawie panem wojska saskiego, który nierychło zebrawszy się na zbudowanie mostu pod osłoną twierdzy w Koenigsteinie, przeszło go mglistą nocą z dnia 13 na 14 i znalazło się wycieńczone trzydniowym głodem a więcej niż czterotygodniową blokadą, w rękach oczekujących już na nie Prusaków. Nie pozostawało już nic nad zdanie się na łaskę i niełaskę nieprzyjaciela. Generał Rutowski ze swojemi 16 000 kapitulować musiał. Wszystkie wąwozy, drogi, przejścia zawczasu były obsadzone.
Pułki saskie, rade nierade, siłą wcielone zostały do armji Fryderyka, który nawet gwardji Augusta uwolnić nie chciał, aby, jak mówił drugi raz ją brać w niewolę nie był zmuszony. Oficerów tylko na słowo puszczono. Saksonja była bezsilną w rękach zdobywcy, który ze zwycięstwem łączył to nielitościwie, cyniczne szyderstwo, które go cechowało.
Z wierzchołka niezdobytej twierdzy Brühl widzieć mógł zastęp ostatnich obrońców kraju, który jego winą wpadł w ręce nieprzyjaciela, składających broń i wdziewających sinoczerwone barwy pruskie. Królowi i teraz jeszcze, wraz z Brühlem, którego imienia Fryderyk wymówić ani napisać nigdy nie chciał ofiarowano paszporty do Polski, dodając przestrogę, iż się przecież na sejm wypadało pospieszyć.
W tak rozpaczliwem położeniu, do którego przywiódł Saksonję zarozumiały a słaby minister, umiał on jeszcze Augusta III-go pocieszać tem, iż zwycięstwo pozorne Prusaków krótko trwać miało. Lada chwila sprzymierzeni wszyscy runąć musieli i obalić miotującego się rozpaczliwie Fryderyka. August III wzdychał, a po cichu przypomniał, że najlepsza pora jesienna do polowania bezpowrotnie przepadła. Saksonję odzyskać było można, ale nie stracone łowy! Na Königsteinie też smutne było życie; te mury, do których tyle westchnień i jęków przylgnęło, zdawały się rozpacz i smutek wyziewać.
Tegoż dnia 14 października po mglistej nocy, w chłodny poranek, kwatera króla Fryderyka znajdowała się w małej wioszczynie u stóp góry niedaleko Lilienstein. Feldmarszałek Keith, któremu poleconem było spisanie kapitulacyj, zajmował obszerniejsze nieco domostwo; król swym obyczajem, z pewną ostentacją surowego żołnierza mieścił się w ciasnym domku, w którym żadnych wygód nie było. Z tej izdebki nagiej dyktował on rozkazy i rozporządzał zebranymi kilkunastu tysiącami niewolnika, który wojsko jego miał zwiększyć. Rozesławszy generałów, z jednym majorem Wangenheimem na dyżurze, naprzeciw rozpalonego ognia na kominie siedział Fryderyk zamyślony, trzymając na kolanach ulubioną charcicę. Na prostym stoliku leżało kilka książek i kilka kart atramentem poplamionych, obok nich na talerzu stały jabłka i gruszki, które król przez cały dzień jadł chętnie. Kilkunastu żołnierzy składało straż całą. Milczenie panowało w domku, do którego niekiedy wpadali adjutanci po rozkazy i, zbyci kilku słowami, natychmiast do kwatery feldmarszałka wracali.
W tym człowieku zmęczonym, okrytym ladajakim mundurem, zbłoconym i opylonym, którego twarz więcej przebiegłości i energji, niż geniuszu zdradzała, trudno było poznać króla i wodza. Nic w nim nie było dla oka ludzkiego, dla opanowania ludzi i olśnienia ich wielkością; w stroju i postawie odbijał się charakter pogardzający człowiekiem i świadomy tego jednego, iż siłą na nim wszystko wymódz można. Z okien tego domku i izby widać było w oddaleniu majestatyczny, wspięty na skale Königstein. Oko Fryderyka zwracało się czasem na te mury, nie zatrzymując się na nich długo; uśmiech naówczas przebiegał usta.
Na ten dzień dosyć długo czekał, dość się nad nim napracował zwycięzca, a jednak rozpromienienia twarzy widać nie było, raczej troskę i zamyślenie. Dla innych był to krok stanowczy, on widział, iż wojna zaledwie była rozpoczętą, świetnie wprawdzie; lecz ile razy wiele obiecujący początek zawodem się kończy?
Wangenheim wszedł powoli.
Fryderyk twarz ku niemu obrócił.
— Generał Bellegarde z listem króla polskiego...
Skinął, aby go proszono.
Słusznego wzrostu, piękny mężczyzna, w mundurze, z twarzą smutną wszedł na próg i skłonił się przed Fryderykiem.
— Dzień dobry generałowi, jak się on ma?... z czemże tam?...
Bellegarde długo się wachał, nim usta otworzył.
— Jeśli on chce odemnie jakiejkolwiek ulgi w kapitulacji, to napróżno — odezwał się Fryderyk. — Nie mogę. Jestem do tego zmuszony, co czynię często mimowoli, z musu...
— Jednakże gwardja Najjaśniejszy Panie! — odezwał się Bellgarde.
— Po co mu gwardja? Niech jedzie do Warszawy, tam ma pospolite ruszenie panów »nie pozwalam«... Nie ma tu czego siedzieć... Wasz minister, którego imię gdybym ja wymówił usta-by mi splamiło, wasz to minister na mnie naszczuł Europę całą; a jednak tego szacownego półgłówka puszczam wolno, ażeby się król w drodze nie nudził. Dam mu paszporty, niech rusza i poluje!
Bellegarde stał poważny, na rozmowę w tym tonie nie znajdując odpowiedzi.
Fryderyk spojrzał na niego.
— Powiedz, generale, królowi, że go szanuję, że mu dobrze życzę, ale sobie jeszcze lepiej. Trudno, bym pozwolił się zredukować, jakeście chcieli, na margrabię Brandeburga; wolę, aby kurfirst saski zszedł na Miśnieńskiego landgrafa! Niech do Polski jedzie: zawsze mu zostało królestwo tak bogate w lasy jak żadne, a ja, oskoczony, muszę się bronić, nie mając piędzi ziemi bezpiecznej.
Po chwilce podniósł głowę.
— Król jegomość prosi o gwardję! — powtórzył generał.
— To próżno! boleję nad tem, ale jej nie puszczę, aby nie poszła zwiększyć austrjackiej siły. Pozdrów króla ode mnie. Paszporty gotowe; niech na Wrocław jedzie: drogi bezpieczne i przeprzęgi mieć będzie dobre.
Bellegarde stał jeszcze, gdy Fryderyk odwrócił się, pogięty kapelusz uniósł nieco i skinął głową:
— Nie mogę więcej, adieu...
Generał wyszedł wzdychając; a król oczyma za nim pogonił.
Zaledwie się drzwi zamknęły, gdy major Wangenheim wszedł.
— Wasza Królewska Mość pozwolisz mi więźnia tego przypomnieć?
— Jakiego?
— Młodego Polaka, którego przed kilku tygodniami wzięto, gdy się z Pirny do Drezna chciał dostać.
— Polaka! — odezwał się król — który się tak zuchwale stawił?
— Lecz nic przy nim nie znaleziono, a przez czas, jak jest pod strażą, mogliśmy się przekonać, iż wcale Sasom nie sprzyja. Wasza Królewska Mość byłeś łaskaw przyrzec mu uwolnienie, ośmielam się za nim wstawić.
Fryderyk pomyślał.
— Niech mi go tu przyprowadzą.
Wangenheim wyszedł, a w kwandrans potem dwóch żołnierzy przywiodło do drzwi odartego Masłowskiego odzianego w kożuszek stary, w chodaki zamiast butów, bez czapki, podobniejszego do włóczęgi, niż do owego śmiejącego się chłopaka, który tak raźno dawniej na świat spoglądał.
Nędza ta jednak i niewola, choć go wymizerowały, nie odjęły mu ani dawnej buty, ani tej wesołości rozpaczliwej, która czasem w pewnych charakterach na rusztowanie nawet towarzyszy.
Wprowadzony Masłowski stanął u drzwi w milczeniu.
Fryderyk na niego z pogardą popatrzał, a potem rzekł:
— A co, wypościł się on?
— Z łaski Waszej Królewskiej Mości — krótko rzekł Masłowski — dosyć.
— A drwa pan szlachcic rąbał?
— Tak jest, Najjaśniejszy Panie.
— I wodę nosił?
— Niech że wie, że ja zuchwałych odpowiedzi nie lubię — zawołał Fryderyk i żywo dodał.
— W wojsku on nie chce służyć?
— Nie życzę sobie.
— Może w saskiem?
— Ani w pruskiem, ani w saskiem.
— A w jakiemże?
— We własnem, lub żadnem.
Król zamilkł, parsknął śmiechem i powoli wymówił przesadnie:
— „Nie pozwalam!“
Na bladą twarz Masłowskiego wystąpił rumieniec.
— Fort! wracaj sobie do Drezna, lub jedź z królem polować na niedźwiedzie. Żołnierza z ciebie dobrego nie będzie, bo gdybyś lepszym był, o pozwoleniebym cię nie pytał, poszedłbyś pod karabin i basta.
Król podniósł kij groźnie i powtórzył:
Fort!
Masłowski się odwrócił do wyjścia, a Wangenheim wskazał mu, drzwi otworzywszy, drogę, gdy w sieni chaty pan Ksawery oko w oko spotkał się tu z bardzo dziwnem zjawiskiem, które go powstrzymało zdumionego.
Stało tu dwóch ich mościów, cabinet-sekretarzy jego królewskiej mości, w rodzaju mundurków dosyć niepoczesnych, z papierami pod pachą. Czekali widać, ażeby ich zawołano. Jeden z nich pociesznie pękaty i mały, w peruce z lokami nad uchem i harcapkiem z jasną wstążką, żuł coś w ustach, korzystając z wolnego czasu, widocznie nie interesując się wcale tem, co się koło niego działo. Kiedy niekiedy ręką sięgał do kieszeni, wyjmował coś z niej i sypał do gęby, pracowicie natychmiast obracając ten materjał pożywny zębami. Na wygolonej twarzy znać było ruchy muskułów pospieszne, dozwalające odgadywać głodną łapczywość. Drugi obok, z miną roztargnioną, tak się zdał Masłowskiemu do Simonisa podobnym, iż na chwilę osłupiał. Nie musiał to jednak być ów elegant kawaler, chociaż twarz nadzwyczaj go przypominała, bo, spojrzawszy na Masłowskiego, nie okazał najmniej, ażeby go poznał. Owszem z uwagą nań patrzał, ale z objętością zupełną i oczy zaraz ku drzwiom obrócił. Pan Ksawery stał jeszcze, nie wiedząc, czy mu się przypomnieć, czy go spytać, gdy major Wangenheim powtórzył mu rozkaz króla: aby, dopóki wolnym jest, ruszał, gdzie chce. Radził mu, co najbliżej dostać się do Königsteinu do Brühla, gdzieby odzież lepszą mógł dostać.
Nieszczęśliwego Masłowskiego, gdy po sprawieniu poselstwa przedzierał się do Drezna, schwyciły były placówki pruskie. Zaprowadzono go do głównej kwatery, okrzyczano szpiegiem. Zrazu była mowa o rozstrzelaniu. Zimna krew, przytomność, obce może pochodzenie, brak wszelkich dowodów, tłumaczenie się śmiałe, zjednały chłopcu opiekę starszyzny wojskowej. Powiedziano o nim królowi, który z początku kazał go był wcielić do wojska. Masłowski się temu oparł. Stawiony przed królem, powiedział, że jest szlachcicem polskim z czego Fryderyk tylko drwił sobie, jednakże trochę francuzczyzny a wiele przytomności umysłu wyjednały mu tyle względów u króla, iż mu dał do wyboru: albo drwa rąbać i wodę nosić przy obozie, lub wdziać mundur. Wodzono go za obozem z kilku innemi więźniami, aż go major Wangenheim wyprosił.
Pan Ksawery mógł się pochwalić, że przetrwał jedną z najcięższych prób, jakie w czasie wojny spotkać mogą, i to zwycięsko. Na chwilę nawet, przy chłodzie, głodzie, wśród znęcania się i urągowiska żołnierzy, nie opuściła go krew zimna i humor wesoły. Ci, co mu dokuczali, wydziwić się nie mogli praktycznej filozofji chłopaka i nieustraszonemu męstwu. W czasie bitwy pod Lowositz, na chwilę był w ogniu najstraszniejszym, wlazł na wóz, patrzał na potykających się, śmiał się i bił brawo. Ta odwaga jednała mu podziwienie i serca. Zdawało się, że człowiek z takim usposobieniem powinien był nabrać smaku do wojennego rzemiosła; lecz Masłowski na ponowione propozycje odpowiedział, że woli z musu nosić wodę, niż z ochoty bić się za Prusaków.
Wangenheim o tym osobliwszym oryginale mówił podobno Fryderykowi, a król z przekąsem nazywał go „panem niepozwalam“; koniec końców uwolnić go jednak kazano. Nie pozostawało Masłowskiemu nic innego, tylko dostać się do najbliższego Königsteinu, bo w stroju, jaki miał, do Drezna, w zimną porę, trudno się było wybierać. Strój ten, jakeśmy mówili, składał się ze zgrzebnej, bardzo brudnej koszuli, w części dziurawej; ze szkaradnego, zatłuszczonego kożuszka dziurawego, także ze spodni płóciennych i chodaków, które niegdyś były skórzane, a trzymały się tylko dzięki misternie pozczepianym sznurkom. To, co się nazywało czapką, było w istocie kawałem łachmana, w którym mógł się bardzo domyślny znawca dobadać resztki futra i tkaniny, która suknem być mogła. Nadto Masłowski nie posiadał na razie więcej, oprócz kawałka prostego sznura, znalezionego gdzieś na drodze, którym się opasywał. Wymizerowany był strasznie, a mimo biedy, oczy mu się śmiały i usta drgały, byle cośkolwiek zabawniejszego nad żołnierzy pruskich zobaczył. Na polu bitwy pod Lowositz zdobył sobie był płaszcz, buty i niejaki zasób po austryackim oficerze, z którego trupem się spotkał; lecz w kilka godzin gwardja jego królewskiej mości łup ten sobie przynależny odebrała.
Masłowski jeszcze stał, przypatrując się temu mniemanemu czy prawdziwemu Simonisowi, który go wcale znać nie chciał, gdy Wangenheim szepnął mu, aby do kancelarji poszedł po bilet, za którymby mógł się dostać do Königsteinu.
I w tej chwili zwrócił się do stojących cabinet-sekretarzy króla.
— Niech który z panów pójdzie napisać uwolnienie temu panu.
Z dwóch kandydatów do pisania, pierwszy, który był zajęty pożywieniem tajemniczego zapasu wydobywanego z kieszeni, uczynił taki ruch, jakby mu niezmiernie było pilno spełnić rozkaz; lecz w ruchu tym, na pozór gwałtownym, łatwo było dostrzedz, że, mimo pospiechu, rad się był dać swemu koledze wyprzedzić. Poruszył się bowiem w miejscu, nogami tupiąc, przechylając, ale zarazem w zgarnieniu papierów trzymanych szukając pretekstu do pozostania. Simonis czy też jego Sozya zdawał się nie chcieć rozumieć, że rozkaz się do niego stosował.
Skutkiem tego żaden z nich się nie ruszył, a major, zniecierpliwiony, zawołał, palcem wskazując pierwszego:
— Proszę iść, napisać bilet...
Masłowski tak był nawykły do podrzędnej roli, iż za próg się nie ruszył pierwszy. Widocznie nie rad z danego mu polecenia Simonis (nazwijmy go tem imieniem), milcząc, wyszedł szybko, nie oglądając się za siebie, wprost do domku sąsiedniego, w którym pracowali wojskowi pisarze i kancelarja przyboczna. Niewielka przestrzeń rozdzielała go od kwatery króla. Masłowski, wysunąwszy się za nim natychmiast, napróżno usiłował dogonić idącego przodem, który, jakby naumyślnie, pospieszał i doszedł drzwi kancelarji, nim pan Ksawery mógł za nim zdążyć.
Aż nadto było widoczne, iż unikał spotkania z więźniem, co pana Masłowskiego utwierdziło w przekonaniu, iż to był prawdziwy Simonis. Jaką on tu grał rolę? sługi, czy zdrajcy? odgadnąć było trudno. W razie, gdyby drugą przyjął na siebie, trzeba mu było przyznać odwagę niepospolitą. Masłowski się jej po nim nie spodziewał. Bądź co bądź, jakimś zdrajcą był zawsze Simonis, albo króla pruskiego, lub dwór saski poświęciwszy dla widoków swoich.
Panu Ksaweremu sprawiło to pewnego rodzaju obrzydliwość i obudzało w nim pogardę.
Gdy za Simonisem wszedł do małej izby, w której się znajdowali pisarze, znalazł tu ścisk, gwar i wrzawę, tak, że trudno się czego było dopytać. Niepodobne to było wcale do królewskiej kancelarji, ale raczej do jakiejś kordygardy i gospody. Żołnierze różnej broni, obdartusy najosobliwsi, więźniowie, księża, przekupki, wszystkiego tu było pełno. Do stołów, przy których pisano, docisnąć się było trudno. Pan Ksawery od progu przypatrywał się temu malowniczemu widokowi, gdy go z piórem za uchem pisarzyna wezwał do drugiej izby. W tej już się był skrył ów Simonis. Była to kancelarja osobna sekretarzy gabinetowych, mało co porządniejsza od pierwszej, ale przynajmniej niedostępna dla tłumu. Tu już za stołem przybyły sekretarz zajęty był pisaniem.
Masłowski, w progu stanąwszy, nie spuszczał go z oka.
— Dokąd się waćpan chcesz udać? — nie podnosząc nań oczu, spytał piszący.
— Przez Königstein do Drezna, bo przynajmniej buty i koszulę spodziewam się dostać u jego królewskiej mości, jeżeli król ma ich dwie pary.
Simonis nic nie odpowiedział, widocznie znać nie chciał Masłowskiego, chociaż głos jego zdradzał, i już omylić się ani wątpić nie było podobna.
— Czy mogę panu sekretarzowi — rzekł cicho Masłowski — służyć czem, jeżeli szczęśliwie do Drezna dopłynę?
Czekał na odpowiedź, ale tej nie otrzymał. Po pewnym przestanku, w ciągu którego pilno zajmował się pisaniem sekretarz, podniósł głowę, spojrzał na Masłowskiego, namarszczył się i, palec położywszy na ustach, wnet się wziął do wyciskania pieczęci na bilecie.
Pan Ksawery nic już nie mówił nawet, uśmiechał się tylko szydersko. Simonis, przygotowany bilet porzuciwszy na stoliku, wybiegł do pierwszej izby wrzawliwej, zahałasował tam bardzo, pokręcił się, wrócił, drzwiami okrutnie trzasnął za sobą, obejrzał się w okno, poza którem chodziła straż, kiedy niekiedy się ukazująca za szybami; pobiegł do szafki, wziął z półki kawałek chleba razowego i przybliżywszy się do Masłowskiego, wcisnął mu go w rękę, szepnąwszy: »Spörken na zamku«... Potem co najprędzej chwycił bilet już gotowy i począł po niemiecku krzyczeć na cały głos na Masłowskiego, ażeby sobie szedł do djabła, dopóki cały. Otworzył mu drzwi łając jeszcze, i zawołał na cały głos:
— Wynoś mi się!
Panu Ksaweremu na śmiech się zbierało, ale chleb za koszulę wcisnąwszy, wyszedł, bilet trzymając w ręku. Nie miał już tu co robić, obejrzał się tylko ku obozowi saskiemu, w którym zamęt i hałas panował niesłychany, a że jeszcze most, którym wojsko w nocy przeszło, stał naprzeciwko Königsteinu, powoli kierował się ku niemu. Po drodze pełno spotykał Prusaków, którzy już dokoła Sasów posterunki zajmowali. Naprawdę też, oprócz oficerów, trudno było jedno wojsko od drugiego rozpoznać; głodnym Sasom dano chleba, piwa i wódki i wszyscy pospołu z Prusakami chciwie się odżywiali, bo od dni trzech mało który co miał w gębie. Po drodze leżały konie zdechłe, wozy połamane i ludzie, którym nagłe osłabienie lub choroba dalej iść nie pozwoliła. Widok to był straszny i litość obudzający. Masłowski szedł, stawał, patrzał, ale i jemu spieszyć się trzeba było, bo i on ostatnich dni wiele stracił a pomódz nikomu nie mógł. Po razy kilka zatrzymywały go straże pruskie; pokazywał swój pas i szedł dalej. Minęło go kilku Saskich oficerów puszczonych na słowo, popatrzeli i poszli. Most na rzece jeszcze był cały; podszedłszy go powoli, skierował się na zamek. Tu resztki gwardji szczupłą straż trzymały u bramy. Wdrapawszy się na górę i wpuszczony przez sklepione wrota do środka, pan Ksawery zaraz w nich spotkał się się z Wernerem, paziem Brühla, który, poznawszy go, krzyknął.
— Prowadź mnie — rzekł — do jego ekscelencji, żebym przynajmniej miał się w co odziać i powrócić do Drezna.
Trudno się tu było czegokolwiek dopytać, taki popłoch panował na zamku. Werner przy najlepszej chęci usłużenia dawnemu towarzyszowi, nie mógł na razie lepiej mu przysłużyć się, jak wprowadzając go do cieplej izby i obiecując jedzenie.
Wypocząwszy i odzyskawszy swój humor, Masłowski potrafił nawet już między paziami nabyć sobie na kredyt ubranie porządne i ciepłe, nie chciał go jednak włożyć, pragnąc przedstawić się ministrowi tak, jak z niewoli powrócił.
Z południa ledwie wezwano go do domu komendanta, w którym i król i Brühl się schronili. Minister, widząc zbliżającego się odartego człowieka, cofnął się ze wstrętem przed nim, gdy Masłowski dał się mu poznać.
Załamał ręce Brühl.
— Co się z waćpanem działo?
— Tak mi służba przy boku Waszej Ekscelencji poszczęściła — rzekł Ksawery — iż na całe życie będę miał co opowiadać i o czem pamiętać.
— Jakim sposobem?
Masłowski przerwał.
— Opowiadać Waszej Ekscelencji takie smutne przygody moje byłoby za długo, dosyć, że mnie Prusacy zmusić chcieli do służby i miesiąc im drwa rąbać musiałem, nie chcąc karabina nosić; nareszcie mnie uwolniono.
— Pomścimy się za to wszystko! — szepnął Brühl. — A cóż waćpan myślisz robić z sobą?
— Ja muszę do Drezna — rzekł Masłowski. — Stamtąd prawdopodobnie na Wrocław do Polski powrócę, bo tu się już Waszej Ekscelencji przydać nie mogę.
— Jakto? i owszem — zawołał Brühl — dwór mój rozbity. My prawdopodobnie też do Polski na jakiś czas z królem udamy się. Waćpan zostaniesz przy mnie.
Masłowski skłonił się.
— Ale proszę Waszej Ekscelencji o pozwolenie udania się do Drezna, bo tam wszystko, co mam, zostało, a w dodatku i długi.
Brühl roztargniony nie zdawał się słuchać, chodził po izbie z namarszczonem czołem.
— Gdzie waćpana trzymano? — zapytał.
— Przy wojsku razem z połapanymi włóczęgami. Wycierpiałem wiele, lecz nabrałem doświadczenia: nie skarżę się.
— Cóż to tam za wojsko tego króla — przerwał Brühl — to zbierana drużyna, kupa rozbójników, obieżyświaty; kogo tam niema! to być musi lichota!
— To prawda — rzekł Masłowski — ale kij i groźba trzyma to w takiej ryzie, że ot biją najprawowitszych w świecie Austrjaków.
— Przypadek i nieopatrzność — szepnął Brühl.
Zamilkł i, zbliżywszy się do Masłowskiego, zapytał cicho.
— Słyszałeś waćpan co? cóż myślą dalej? Co mówią o dekrecie banicji, który rzesza wydała przeciw królowi?
— Śmieją się — rzekł Masłowski.
Brühl spojrzał srogo.
— Jak? cóż to ma znaczyć?
— Ale bo to ta sroga omyłka druku!
— Jaka?
Brühl nie wiedział nic. W istocie drukowany dekret zawierał najszkaradniejszy lapsus, jakiego mógł się zecer kiedy dopuścić. Któż wie, czy nie popełniono go umyślnie! »Spieszące posiłki państwa« drukarz zmienił na »nędzne posiłki«.
Nieśmiało wytłómaczył Masłowski, co się w dekrecie znajdowało. Minister zamilkł.
— Król jegomość pruski — dodał — wszystko to przypisuje Waszej Ekscelencji, do której ma największy żal; to też w obozie nieraz się słyszeć dawały odgróżki, że skoro czas będzie potemu, oczyszczą Prusacy i kamienia na kamieniu nie zostawią w dobrach Waszej Ekscelencji w Nischwitz pod Wurzen, w Grochwitz pod Herzbergiem, a nawet na zamku w Pförten na Łużycach.
— Niedoczekanie ich! — mruknął Brühl.
Masłowski, uzyskawszy tytułem pożyczki zasiłek i pożegnawszy ministra, który dłuższej rozmowy unikał, wybrał się do towarzyszów. Nazajutrz miał odjeżdżać do Drezna generał Bellegarde; przy nim więc wybrać się postanowił.
Prusacy od czasu osadzenia i zabrania w niewolę Sasów, daleko, mniej się obawiając, nie pilnowali już tak komunikacji pomiędzy Dreznem a resztą kraju. Królowi dozwolono ściągnąć stamtąd co mu do podróży było potrzebne, gdyż stanowczo za sześć dni do Polski jechać miano. August III najmocniej przekonany, iż to wygnanie długo trwać nie może, przyśpieszał sam wybór na sejm i wypoczynek w Warszawie. Brühlowi też dosyć było pilno wyrwać się z zasadzki i znaleźć dalej nieco od nieprzyjaciela, który się nań odgrażał.
Nie zapomniawszy o owym kawałku razowego chleba, przeznaczonym dla Spörkena, pan Ksawery umyty, uczesany, odziany, podobniejszy do człowieka, coraz weselszy, dosiadł jakiegoś lichego konia pożyczonego mu tutaj i pokłusował za generałem do Drezna.
Dostał się tu jeszcze w porę, aby po miesięcznej przeszło niebytności dostrzedz niezmierną różnicę między ową stolicą Augusta mocnego i słabego, a miastem zajętem przez pruską załogę.
Nie tknięto wprawdzie zamku, w którym królowa, nie zważając na nieprzyjemności spotykające ją i niebezpieczeństwo, na jakie narażone być mogła, chciała pozostać do końca; lecz przebrzmiała w nim muzyka, teatr był zamknięty, Włosi rozpędzeni, liczny dwór zmniejszył się dezercją, prześladowaniem, brakiem funduszów na jego utrzymanie. Król Fryderyk, który całą zajmował Saksonję i kiedy niekiedy wypłacał coś komu fałszywymi pieniędzmi, które umyślnie na te ciężkie czasy bić kazał, królowej pensji odmówił, życząc aby się o nią udała do męża i ministra.
Cicho więc i smutno a pusto było na zamku królowej.
W mieście królowało wojsko i militarny panował porządek. Na wałach i murach ustawiono już owe magdeburskie działa, w pysznym pałacu japońskim zrobiono skład słomy dla wojska; koszary na Nowem Mieście, gmach korpusu kadetów, gewandhaus, ratusz, zmieniły się na lazarety, do których zwieziono rannych z pod Lowositz i ze wszystkich utarczek. W ulicach więcej widać było wojskowych, niż mieszczan i ludu. Nad Elbą dwadzieścia kilka pieców z saskiej mąki na saskiem drzewie wypiekało chleb dla żołnierzy Fryderyka. Generał Wylich rządził w mieście. Z rozkazu protektora Saksonji, wprowadzając słuszną oszczędność, kancelarjom ze 190 000 talarów pensję zredukowano do trzydziestu. Talary z dobrego srebra zabierano do kas pruskich, mieniano je na efraimy różnego rodzaju, w których miedzi więcej niż srebra było.
Masłowski, wjechawszy do Drezna, poznać go nie mógł: ani owych lektyk złoconych, ani świetnych ekwipażów, ani elegantów dworskich, nigdzie widać nie było. W pałacu Brühla Prusacy zrobili odwach i szpital. Pożegnawszy generała, któremu towarzyszył, Masłowski pojechał wprost do Fuchsowej. Tu go bodaj za zabitego miano. Gdy stanął u drzwi i szukał oczyma, komuby powierzył konia, spostrzegła go i poznała gospodyni i jak szalona ze schodów ku niemu zbiegła.
Zabrakło jej tchu i głosu, gdy go witać zaczęła. Ludność domu całego zbiegła się zmartwychwstałego oglądać. Masłowski, ledwie z serdecznych uwolniwszy się uścisków, poszedł na górę. Szczęściem Fuchsowa obroniła się była od pruskiego oficera, którego jej chciano dać za załogę: mieszkanie było wolne, a rzeczy, z wyjątkiem niewielu obróconych na użytek w rachunku należności, znalazły się jeszcze całe. Fuchsowa wchodziła i wychodziła, śmiała się, płakała; opowiadała, jak ją oficer chciał gwałtem pocałować, jak mu się heroicznie obroniła, i nie dała spocząć Masłowskiemu, póki nie spostrzegła, że, słuchając jej, padłszy na łóżko, mimo wymownego opowiadania, usnął głęboko i chrapał.


VI.

Nazajutrz rano, p. Ksawery, nie zapomniawszy o chlebie przeznaczonym dla barona Spörkena, poszedł najprzód do kościoła. Królowa najczęściej teraz słuchała mszy świętej w kaplicy małej zamkowej, nie pokazywała się w loży. I tym razem Masłowski pustem go prawie zastał. Przed wielkiem ołtarzem kilka osób modliło się, msza była cicha. Nie uważał nawet, że u góry w jednej z lóż odsłonięto firankę i kobieta zakwefiona uklękła modlić się. On też modlił się, czegoś smutniejszy dziś, niż zwykle; przynajmniej chwilowo milczący ów kościół przyjął jakiemiś przypomnieniami kraju, młodości, nabożeństw okazałych i głośnych. Dom ojcowski, życie owe szlacheckie, towarzysze, zabawy wszystko mu przyszło na pamięć i zatęsknił do powrotu; miał już dosyć tego, co przecierpiał, a choć z początku śmiał się ze wszystkiego, na krwawem pobojowisku poraz pierwszy uczuł, że nie w każdej chwili i nie z każdego wypadku śmiać się godzi. Ta wojna, w której żadna strona nie pociągała go ku sobie, gdzie czasami mimowolnie rad był pobitym Sasom, niekiedy litował się nad nimi, oburzając przeciw Fryderykowi, nużyła go już, jak zbyt długo przeciągnięte widowisko.
Po skończonej mszy, wszedł powoli na zamek, zamierzając szukać generała Spörkena, gdy u schodów zastąpiła mu drogę piękna Pepita. Spojrzała nań i mimowolnie załamała piękne rączki.
— Mój Boże! — zawołała — cóżeśto waćpan wycierpieć musiał, kiedy tak na nim znać doznane cierpienie. Myśmy nic o nim nie wiedzieli.
— A kogożby to obchodzić mogło, co się ze mną stało przy tylu innych nieszczęściach! — rzekł, wesoło witając ją Masłowski.
— Ja nie wiem — odparła żywo panna Nostitz — nie wiem, czy kogo to obchodziło, ale zaręczyć panu mogę, że ja często myślałam o nim.
— Jużcić nie tak często, jak o Simonisie? — przebąknął złośliwie Masłowski.
Baronówna się zarumieniła i potrząsnęła główką tylko.
— A wie pani, com robił przez ten miesiąc? — zawołał Masłowski. — Rąbałem drwa na kominek króla jegomości pruskiego, nosiłem wodę, pasałem konie, wszystko to dlatego, żem munduru włożyć nie chciał. I chodziłem bosy, w starym kożuszku, aż mi samego siebie strach było. Nareszcie, zabrawszy całe wojsko saskie, mnie uwolnili, widząc, że żołnierza nie zrobią z takiego kloca niezgrabnego.
Panna Nostitz słuchała z uwagą. Ksawery spojrzał na nią, ale i na jej twarzy, choć spokojnie na zamku siedziała, znać było przebolałe dni trwogi i upokorzenia. Zbladło świeże lice, smutek oblewał je i zamyślenie w jej wieku podwczesne. Zestarzało biedne dziewczę. Nie śmiała go pytać o nic długo ale wpatrywała się nieśmiało, wachała się, jakby nie wiedząc od czego zacząć, aby się nie wydać niepotrzebnie.
Oszczędzając jej zakłopotania, Ksawery odezwał się:
— Widziałem kawalera de Simonis w nowych jego obowiązkach, ale dopiero ostatniego dnia; mówić znim jednak ja nie mogłem, on ze mną nie chciał.
Panna Nostitz przystąpiła bliżej.
— Gdzież? jak go pan widziałeś? co robi? nic panu nie polecił?
Milcząc, dobył Masłowski kawałek chleba z za sukni i, trzymając go w ręku, ukazał baronównie.
— Ten chleba kawałek przeznaczony dla barona Spörken...
Dziewczę sięgnęło po niego ręką, ale pan Ksawery przypomniał, że powinien był oddać baronowi.
— Chodźmy więc do niego — zawołała Pepita — chodźmy.
W pokoju generała siedziała Brühlowa. Na widok Masłowskiego wymizerowanego, znędzniałego posypały się pytania, na które długo odpowiadać musiał.
Słuchając opowiadania, Brühlowa płakała, ale łzy to były nie bólem, tylko gniewem wyciśnięte. Na twarz jej buchały płomienie, w oczach błyskał ogień dziki. Spörken tymczasem ów chleb w drugim pokoju rozciął i wyjął zeń cyfrowaną kartkę, ledwie czytelną, którą odczytać starał się. Hrabina Brühlowa poszła mu dopomódz, a baronówna została sam na sam z Masłowskim. Pytaniom nie było końca; przybyły musiał opowiadać, a Pepita, słuchając, często ocierała łzy z oczu.
— Zostaniesz pan z nami? — spytała w końcu po cichu.
— Nie, pani — odpowiedział Masłowski — jam tu niepotrzebny wcale, a w domu stary ojciec może choć teraz zatęsknił za mną, gdy się o wojnie dowiedział. Cóż wam tu ze mnie?
Spojrzała baronówna.
— Gdybyś pan w istocie nie był nam potrzebnym, nie wątp, że byłbyś miłym zawsze. Jednym więcej uczciwym i szlachetnym człowiekiem czuć przy sobie, to zawsze szczęście wielkie. My ich tu nadto nie mamy! Doświadczamy, niestety, co może siła, szczęście i niedola. Powoli opuszczają nas wszyscy, zostajemy same; ludzie biegną kłaniać się wschodzącej, choćby łunie pożarnej.
I zamilkła, w okno spoglądając, a potem zwróciła się doń, zmieniając rozmowę:
— Powiedz mi pan, jak wygląda Simonis? Jak go znalazłeś, gdzieś go widział?...
I niedokończywszy tego pytania, zarumieniona, dodała zaraz:
— Nie posądzaj mnie pan; nie rozpytuję oń dlatego, żebym miała czulsze powziąć dla niego sentymenty. Jestem dosyć szczerą i śmiałą, że do tego bym się przyznała; ale nie tak jest. Pytam, bo mam dla niego obowiązki wdzięczności: z małej przyczyny rzucił się w paszczekę lwu (poprawiła się nagle), przepraszam, wilkowi: uczynił to dla mnie. Wiesz pan, w jakim znajduje się położeniu. Należy mu się choć wspomnienie i o los jego troska.
Masłowski słuchał z uwagą, głos jego drżał, ale w istocie nie odzywała się w nim czułość, raczej obawa i sumienie. Z największymi więc szczegółami opisał jej spotkanie, znalezienie się jego i nadzwyczajne ostrożności, któremi się otaczał, widząc się z nim nawet bez świadków.
Słuchając, Pepita ręce załamała.
— O nieszczęśliwe położenie, które nas zmusza, nas, kobiety, mnie nawet do mieszania się w takie sprawy, z których co chwila płyną łzy, a co moment krew wytrysnąć może.
Obejrzała się na drzwi pokoju, w którym była Brühlowa.
— Nie dziwuję się hrabinie, ją to nawet bawić może; ale mnie! mnie! I posługiwać się często takimi ludźmi, do których wstręt czujemy, i czynić na co się wzdryga niewieście serce!
Spuściła oczy.
— Jużciż do tych ludzi, do których się czuje wstręt, nie liczy panna baronówna tego nieszczęśliwego Simonisa.
— Dla niego nie mam ani wstrętu, ani nadzwyczajnej sympatji — odpowiedziała z wyrazem szczerości — mam obowiązki. A, na czem się to skończy! — zawołała nagle — i kiedy się to skończy! Król wyjeżdża do Polski, my z królową zostajemy same, kobiety, na wyłomie...
I zakryła sobie oczy.
Masłowskiemu żal się zrobiło dziewczęcia, spojrzał na nią: łzy w oczach miała.
— Gdybym ja się pani na co mógł przydać! — rzekł cicho.
— Nie chcę was mieć na sumieniu — odparła baronówna. — Prawda, że na świecie, teraz szczególniej, czuję się bardzo osamotnioną; że czyjeś silne ramię i poczciwe serce brata bardzoby mi było pożądanem; ale można-ż wymagać takiej ofiary i czemżebym ją mogła opłacić? ja, co nie mam nic, nawet swobody rozporządzania sobą. Ja nie należę do siebie — dodała — kazano mi się poświęcić dla interesów królestwa. Żołnierze oddają za kraj życie, dlaczegóżbym ja szczęścia oddać nie miała?
Te wyrazy szybko wyrzekłszy, panna Nostitz wybiegła, nie patrząc na Masłowskiego, który przez chwilę pozostał jak wryty u okna; potem przeszedł się po pokoju, a gdy baron Spörken wyszedł, pożegnał jego i hrabinę Brühlową.
— Waćpan zostajesz z nami? — zapytała żona ministra która pragnęła do swoich intryg wmieszać i mieć pod ręką jak najwięcej osób.
— Jego ekscelencja kazał mi wracać do Polski, gdyż dworu będzie w Warszawie potrzebować — odezwał się Masłowski. — Muszę być posłusznym, jednakże nie wiem, kiedy wyjadę, bo wypocząć muszę, i czuję, że drodzebym teraz nie podołał, po służbie u Prusaków...
— Dopóki waćpan nie wyjedziesz — dodała hrabina, mierząc go oczyma, w których siłę wierzyła jeszcze — proszę się zgłaszać do mnie.
Z tem Masłowski wyszedł.
Nie mając nic do czynienia, umyślnie przysunął się po mieście, ciekaw przeistoczeniu, jakiemu uległo. Znajomych nie spotykał prawie nikogo, inna zupełnie ludność krążyła po ulicach, miasto cale wyglądało na koszary. Nierychło znużony i znudzony pan Ksawery powrócił do mieszkania. Ostatnia rozmowa z baronówną tkwiła mu w myśli, gniewał się sam na siebie.
— Nietylko pan stolnik, ale ja sam sobiebym dał na kobiercu, gdybym się miał w niemieckiej baronównie zakochać dlatego, że jej oczy czasem łzami zachodzą, w głosie brzmi coś tak serdecznego: ale Pepita istotnie niebezpieczna. Już mi się do domu odechciało, choć rano miałem najmocniejsze postanowienie.
Uderzył pięścią w stół gniewnie.
— Nie wart jestem być polskim szlachcicem!
Wyrzuty te jednak czynione samemu sobie nic nie pomogły; obraz pięknej baronówny stał mu przed oczyma. Masłowski, nie mając czem się rozerwać, aby się od tej zmory, jak powiadał, uwolnić, położył się spać z rozpaczy.


VII.

Nadeszła zima, która dała odetchnąć Fryderykowi, a raczej do nowej, upartszej i straszniejszej przygotować się walki. W Dreznie na pozór nie zmieniło się nic. Na zamku ta sama gromadka wiernych, coraz szczuplejsza, otaczała królowę, ściskając się i kupiąc koło niej. Tu wrzała codzień rosnąca nienawiść przeciwko Fryderykowi, z każdym dniem potęgujące się namiętności i najrozpaczliwsze przeciwko niemu spiski. Na czele najczynniejszych nieprzyjaciół jego stała zemstą pałająca hrabina Brühlowa. Przedłużające się położenie to, które co chwila pogarszać się zdawało, rodziło szał jakiś bezsilny, rzucający się do wszelkich środków możliwych przeciwko Fryderykowi. Stąd wychodzili potajemni posłańcy, śledzący każdy krok jego, upatrujący sposobności, w którejby podstępem, zdradą opanować go było można, pochwycić, nawet pozbawić go życia. Nie zastanowiono się nad trudnością wykonania planów podobnych, ani nad brakiem sił i narzędzi. Posługiwano się ludźmi, jacy się nastręczali, wierzono we wszystko, co przynosili płatni szpiedzy, łudzono się możliwością tego, co było niepodobieństwem.
Z drugiej strony, król pruski, który tak zwanych swych »cujons« opłacał sowicie, przez rozsianych po całym kraju, w postaciach różnych najemników, uwiadomiony był o usposobieniach przeciwko sobie dokładnie, a jeśli nici żadnego spisku schwycić nie mógł, miał się na baczności, czując, że one go otaczają. Brühlowa posyła łudzi do kwatery Fryderyka, król pruski słał na dwór saski coraz gęstsze szpiegi. Z obu stron ostrożności były największe, owoce tego potajemnego śledzenia bardzo szczupłe. Fryderyk wreszcie, z rodzajem fatalizmu, zaniechał zbytnich ostrożności, spuszczając się na szczęście swoje. Brühlowa, królowa, generał Spörken, z zaciętością trwali w swych zamiarach.
Simonis namówiony, wyprawiony, zręcznie dostał się do kancelarji, otrzymał miejsce sekretarza gabinetowego i, choć z największemi ostrożnościami, przysyłał wiadomości o projektach, miejscu pobytu, sile straży otaczającej i ludziach, których można było pozyskać. Oprócz niego kamerdyner króla Glasau zjednany był oddawna, opłacony i baron Spörken z hrabiną Brühlową usiłowali go skłonić, aby królowi wsypał do czekolady proszek, który mu powierzono. Glasau wziął go wprawdzie, ale nie przyrzekł, że użyje; wstręt jakiś i obawa go wstrzymywały.
Łudzono się tem, iż zasadzka, których już przygotowano kilka, potrafi żywcem pochwycić króla i uwieźć go do austrjackiego obozu. Środek ten mniej się wydawał wstrętliwym, a nawet łatwiejszym do wykonania.
Tymczasem król się z miejsca na miejsce przenosił, osnute plany niespodzianie się obróciły w niwecz, a Glasau, naglony, ostatecznego środka użyć się wahał.
Pobożna królowa, chociaż nie wiedziała o środkach, domyślała się spisków i modliła z dobrą wiarą za ich wykonanie szczęśliwe. Ojciec Guarini, nie pochwalając nic, nie biorąc udziału w niczem, bardzo zręcznie umiał tłómaczyć, nawet przykładami biblijnymi, jak dla ocalenia kraju i wiary daleko zajść było można. Całe to tajemnicze krzątanie się pokrytem było dla oczu ludzkich pozorną rezygnacją, lecz baczniejszy wzrok łatwo się istnienia skrytych mógł dobadać.
Stary generał Wylich, ówczesny komendant Drezna, jeden może nie domyślał się, nie przypuszczał, aby coś podobnego istnieć miało.
Wyżły jego przechodziły często z doniesieniem, że na zamku coś się smaży, że nieustanne narady, biegania, szepty, nie mogą być bez celu i znaczenia. Żołnierz i człek prosty, śmiał się z tego i odpowiadał, że się bab i babskich intryg nie lęka wcale.
Ciągnęło się to więc coraz żywiej, wzmagając, bo czas i bezkarność ośmielały hrabinę Brühlową.
W początku zimy, Simonis, który miał ciągłe stosunki z generałem Spörken, umiał bardzo zręcznie wyrobić sobie pozwolenie, a nawet polecenie do generała Wylicha. Sam król kazał mu ostrzedz komendanta Drezna, iż na zamku knują spiski, że wysyłają przekupionych, że stosunki mają nawet w jego otoczeniu, których dotąd dojść było niepodobna.
Słuchając tej instrukcji, Simonis musiał zebrać całą siłę swą i odwagę, aby nie okazać, jaką go przejęła trwogą. Spodziewał się wprawdzie urzędowej misji, ale nigdy tak niebezpiecznej, tak ciężkiej.
Fryderyk, który z posług Szwajcara dosyć był zadowolony, a nie powziął dotąd najmniejszego podejrzenia, kazał mu dać małą gratyfikację i prędki powrót zalecił. Ktoby był widział naówczas Simonisa po krótkiej rozmowie wychodzącego z pokoju, z zaschłemi usty i językiem do podniebienia przylgłym, bladego, z oczyma obłąkanemi, byłby się może domyślił, jaką trwogę miał w duszy. Simonis wiedział bardzo dobrze, iż narażał się na szubienicę. Nierychło cokolwiek mógł przyjść do siebie; a w drodze dopiero wstąpiło w niego cokolwiek odwagi. Przychodziły mu także myśli i przypuszczenia tak straszne, że w podróży już chciał się wyrzec wszystkiego i gdziekolwiekbądź szukać bezpiecznego schronienia.
Glasau wiedział o Simonisie, tak jak on też znał całą historję przekupionego kamerdynera, nad którym dozór miał polecony a na charakterze nie polegał wcale. Zmuszony oddalić się, lękać się zaczynał, aby Glasau, trwogą przejęty lub pochwycony na jakim uczynku, nie wydał jego wspólnictwa. Jechał do Drezna, gdzie na dany znak łatwo go mogli pochwycić.
Im bardziej zbliżał się do stolicy, tem ta trwoga więcej go opanowywała. Nawet obraz pięknej Pepity, dla której poświęcił wszystko, z długim od niej oddaleniem stracił na potędze i uroku. Zbliżenie się wreszcie do Fryderyka i poznanie lepsze charakteru energicznego wodza, kazało mu wątpić, na jaką stronę waga zwycięstwa przychyli się.
Szczególniej ta ostatnia wątpliwość podziałała na Szwajcara, w którego charakterze przemagała piecza o interes własny i wyratowanie najprzód siebie. Przybywał więc do Drezna w usposobieniu wątpliwem, z obawą wielką, ostygły znacznie, namyślając się, co począć dalej. Zaczynał wierzyć w duchu, że, mimo 700 000 sprzymierzonych przeciwko niemu, Fryderyk ze swymi 260 000 może zwyciężyć. Naówczas Simonis był zgubionym. W drodze jednak nie uciekł do Szwajcarji, chociaż wielką miał do tego pokusę. Chciał widzieć naocznie, jak rzeczy stały na dworze królowej.
Rozbrojenie wojsk saskich, wcielenie ich do pruskiej armji, wyjazd króla i Brühla do Polski, moralne znękanie Saksonji, zwycięstwo odniesione nad Austrjakami, wszystko to przyczyniło się wielce do zachwiania postanowień Simonisa poświęcenia sprawie dworu saskiego.
Jadąc z poleceniem króla, musiał naturalnie wstawić się, zameldowawszy u bramy wprost generałowi Wylichowi.
Godzina była bliska południa, gdy go wpuszczono do komendanta, który właśnie się do obiadu zabierał. Stary żołnierz nabrał obyczajów cynicznych króla swego i przesadzał jeszcze grubiaństwem i szorstkością.
W izbie, do której go wpuszczono, stół był nakryty na dwie osoby. Simonis przez drzwi otwarte spostrzegł, niezmiernie zdziwiony, siedzącą dawną swą znajomą, pannę Doris, wyróżowaną, i wybieloną i dosyć strojną, która na widok jego o mało też nie krzyknęła.
Wylich z rękoma w kieszeniach, z fajką w ustach, powitał go z wysokością swej komendanckiej godności.
Nieznacznie, po przywitaniu, dał mu do zrozumienia przybywający, że miał doń poufne od króla polecenie.
Wylich pannie Doris, odwróciwszy się, kazał iść... do djabła. Francuzka schowała się tylko do trzeciego pokoju, od którego komendant drzwi zamknął. Naówczas Simonis, łagodząc nieco, zdał mu rozkazy królewskie, tyczące się spisków i knowań zamkowych.
Wylich wysłuchał, ustami kręcąc.
— Dobrze, dobrze — rzekł — posłów nie ścinają i nie wieszają, ale to są bzdurstwa, któremi królowi jegomości zdala nabijają głowę. To moja rzecz. Ja tu wiem o najmniejszym szepcie, mojego oka nic nie uchodzi. Niema się tu czego lękać. Królowa się modli, Brühlowa się wścieka i po wszystkiem.
Ręką machnął.
— Co więcej?
Simonis odpowiedział na kilka pytań i zamilkł. W pół godziny skończyła się i wyczerpała rozmowa. Wylich stanął w oknie, a Simonis zabierał się do wyjścia.
— Panie generale — rzekł — mam polecenie dowiedzenia się cokolwiek i przypatrzenia zbliska temu, co się w zamku dzieje; oznajmuję więc o tem.
Wylich rozśmiał się.
— A wleź sobie choć na wieżę i rozpatruj się, w czem chcesz to mi wszystko jedno.
Uwolniony w ten sposób, Szwajcar wydobył się na swobodę i poszedł szukać mieszkania, któreby nazbyt na oku nie było. Wynalezienie łatwo nie przyszło, tak Prusacy wypełniali miasto całe. Prywatne nawet domy, gdziekolwiek obszerniejsze znalazło się mieszkanie, zajmowali chorzy oficerowie i gawiedź wojskowa.
O zmroku już wybrał się z pewnemi ostrożnościami, aby łatwo nie być poznanym i wyszpiegowanym, do zamku. Nie bardzo pewnym był do kogo udać się dla dowiedzenia się o baronównę, gdy na dole u schodów spostrzegł Masłowskiego. Pan Ksawery, opóźniwszy bez powodu wyjazd do kraju, kręcił się częściej, niż było potrzeba, około zamku i sam przed sobą wyznawał, że zasługiwał na to, co mu ojciec przyrzekł. Nie chciał się zgodzić na to, żeby był zakochany w baronównie, ale mówił sobie, iż go bardzo zajmowała i miał wielką dla niej sympatję i przyjaźń.
Posługiwał jej, jak umiał, jak mógł, a korzystał z tego, żeby ją widywał jak najczęściej. Widok twarzy Simonisa przykre na nim uczynił wrażenie. Ścisnęło mu się serce. Nie umiał nawet pokryć niechęci, z jaką rad nierad go witał. Zwykle wymowny aż nadto, tym razem stał jak słup.
— Chciałbym się widzieć z baronówną — odezwał się Simonis po cichu.
Masłowski wskazał mu palcem drogę na górę, ale prowadzić go nie miał ochoty, ani dłużej rozmawiać. Poszedł więc, rozglądając się, Szwajcar i trafił do mieszkania Spörkena, który go z niewymownem wzruszeniem przywitał. Lecz, że sam przez się nic nie czynił, ruszył się natychmiast dać znać hrabinie Brühlowej.
Napomknęliśmy już kilkakrotnie o roli, jaką odegrywała hrabina. Namiętnej tej, nieszczęśliwej, zbłąkanej kobiecie potrzeba było zawsze czegoś do zabawy, czegoś, coby ją budziło do życia i usnąć jej nie dało. Od wyjścia za mąż gorączkowo tak chwytała się wszystkiego, co sztuczny cel próżnemu sercu jej dać mogło. Wychowywała dzieci, któremi już rozporządzano, i które się jej wprzódy z rąk wyrywały, a teraz zupełnie uciekły. Miłości ich nawet zyskać nie mogła. Zaprzątała się tak z kolei wszystkiem, co życie może uczynić znośnem, co o ranach pozwala zapomnieć. Fantazje czasem dochodziły do szałów, po których znowu następowała apatja, milczenie, ziewanie, nudy. Naówczas gorączkowo zajmowała się jakimś Blumli, jakimś Seyfertem, starała się z nich uczynić ludzi... ideały serca, a kończyło się to jak ze Seyfertem pod pręgierzem, jak z Blumli na wyczerpaniu i pogardzie.
W takich paraksyzmach pragnień i rozczarowań przeżyła Brühlowa aż do dni ostatnich. Fryderyk Wielki obumierającą już wskrzesił do życia, do zemsty. Rzuciła się z całą gwałtownością charakteru swojego do wojny przeciwko niemu. Prowadziła ją jak dotąd wszystkie życia sprawy, nie znając miary w namiętności i nie przebierając w środkach.
Bezskuteczność starań tych zaczynała ją nudzić i niecierpliwić. Czekać nigdy nie umiała. Życie przy królowej znękanej, fanatycznie pobożnej, pół dnia spędzającej na religijnych praktykach, przykrzyło się. Brakło jej tego dworu młodego, dawnych lat, z którego sobie wybierała ofiary. Nie była już tą panią wszechwładną, na której skinienie twarze się zmieniały, jawili się i znikali ludzie.
Gdy baron Spörken dał jej znać o przybyłem Simonisie, hrabina była właśnie w tem usposobieniu apatycznem, znużona, prawie do śmierci. Wiadomość la poruszyła ją, zelektryzowała. Zerwała się i pobiegła.
Simonis już dawniej był wpadł jej w oko i — fantazja została niespełnioną. Miała mu za złe, że tak łatwo mógł się jej wyrzec. Trochę zemsty czuła w sercu. Nie pokazała mu jej wszakże i wyszła, spojrzawszy w zwierciadło, chcąc być piękną, ożywioną, więcej udając gorączkę niż w istocie rozgorączkowana.
Wchodząc podała mu rękę.
Spörken usunął się nieco.
— Przecież! rada jestem, że was widzę nareszcie. Tak długo czekałam wiadomości, tyle czasu upłynęło bez skutku! Cóż się dzieje? co robicie! My z założonemi rękami, a Prusacy zwycięzcy. Król...
— Pani! — odezwał się Simonis — czyniliśmy, co mogli, nie było sposobu stanowczego przedsiębrać kroku.
— A Glasau? wszakże to każdego dnia spełnić się może. Cóż mówi Glasau?
— Ociąga się, zwleka — rzekł po cichu Simonis — mieliśmy nadzieję, nie uciekając się do tego środka...
— Tu niema co w środkach przebierać — przerwała namiętnie Brühlowa. — Szkodliwego zwierzęcia pozbywa się na wszelki sposób. Glasau zdradza nas, a pan... pan nie dosyć go przynaglasz... Wszystkie trzy plany pochwycenia, tak wybornie osnute, w niwecz się obróciły.
— Nie z naszej winy — odparł Simonis — król zmieniał kwaterę, a z nią zmieniały się warunki.
Brühlowa odwróciła się pogardliwie, lecz wprędce zmieniając usposobienie, łagodniej przemówiła i pociągnęła Simonisa ku oknu. Tu, jakby w głąb jego duszy zajrzeć chciała, męcząc go wejrzeniami wyzywającemi, badawczemi, zagadkowemi dlań, przedłużyła rozmowę niepotrzebnie, nie dając mu odejść i powracając do jednych zarzutów, wymówek i badań.
Simonis dosyć zręcznie zrazu uniewinniał się, potem tok tej rozmowy zmieniać się zaczął. Brühlowa wywodziła skargi, malowała swe położenie, uczucia, czyniła zwierzenia, starała się okazać zajmującą, czułą, nieszczęśliwą. Z niezmierną zręcznością i świadomością środków, z zalotnością kobiety, która przeszła przez długie doświadczenia, starała się wywrzeć wrażenie na Simonisie, zapisać tę chwilę w jego pamięci, słowem, zawrócić mu głowę.
Długą godzinę trwało to, póki Szwajcar nareszcie nie zebrał się na przestrzeżenie o tem, z czem go Fryderyk wyprawił. Zalecał ostrożność. Śmiała się Brühlowa.
Spörken, znużony oczekiwaniem, wyszedł, zostawiając ich sam na sam. Przedłużyło to jeszcze narady, w ciągu których hrabina tyle obcych wtrącała przedmiotów, iż byłyby mogły trwać niewiem jak długo, gdyby baronówna, dowiedziawszy się od generała o przybyciu Simonisa, nie weszła do pokoju.
Przywitanie było z obu stron pełne zakłopotania jakiegoś i chłodniejsze, niż spodziewać się było można. Pepita nigdy nie miała nazbyt gorącego uczucia dla człowieka, dla którego musiała być tylko przynętą. Simonis wahał się już czy iść dalej... spotkali się więc, jak często po długiem niewidzeniu bywa, zimniejsi daleko. Hrabina, szydersko popatrzywszy na oboje, nie dozwoliła im zostać sam na sam i postanowiła być natrętną.
Słów kilka zaledwie mogli przemówić do siebie; baronównie, zwykle wymownej i odważnej słów brakło.
— Ja też na sznurku tylko wypuszczony jestem z klatki — odpowiedział Simonis — i natychmiast powracać do niej muszę.
— Tak — wtrąciła Brühlowa — byle tylko skuteczniejszą była ta wyprawa. Każda godzina dla nas wiekiem.
— A! pani! — zawołał Szwajcar — czemże ona dla mnie dopiero?
— Myślę, żeś się pan z tem przeznaczeniem trochę pogodzić musiał — szydersko dopowiedziała Brühlowa.
Simonis westchnął spoglądając na pannę Pepitę.
Hrabina odstąpiła tylko na chwilę, aby się przejść po pokoju, ale nie spuściła ich z oka. Szyderski jej uśmiech zarówno Simonisa, jak Pepitę ostudzał, bali się ust otworzyć, Szwajcar w końcu nie mogąc dłużej pozostać, aby nie ściągnąć podejrzenia, kilka słów przemówiwszy, wysunął się.
Uważał, że baronówna mniej niż dawniej była śmiała i trzymała się w niejakiem oddaleniu.
Już był w korytarzu gdy hrabina wyszła za nim i skinęła.
— Potrzebuję z panem zupełnie na osobności pomówić bez świadków... tak nawet, aby drudzy o tem nie wiedzieli; jest to koniecznem. Tu niepodobna.
To mówiąc, zbliżyła się doń i, dodając mu, że w zamkowej ulicy czekać na niego będzie przed nocą. Dom ten przez Georgenthor łączył się z zamkiem samym; hrabina miała w nim, jeśli nie mieszkanie, to kryjówkę, w której przyjmowała swych powierników. Simonis z razu chciał się wymawiać, lecz nakazujące, ponowione żądanie usta mu zamknęło. Hrabina nie rozumiała tego, aby jej coś odmówić było podobna.
Gdy, z głową jakby upojoną i rozmarzoną dziwnie, rozdraźniony Simonis znalazł się sam nareszcie i, zszedłszy w podwórze, spotkał się znowu z Masłowskim, którego się tu spodziewał i który czekał w istocie na niego, długo przemówić nie mógł, potrzebując znowu przyjść do zwykłego stanu. Brühlowa potrafi dokazać, co chciała; Simonis czuł się pijanym wszystkiem tem, co niby niechcący rzuciła mu w duszę.
Umyślniem tu na was czekał — rzekł Masłowski — bo kto wie, czybyście gdzieindziej chcieli się widzieć ze mną. No? cóż z wami?
— A wy? — spytał Simonis.
— Ja, to nic: mam długi i te mnie za poły trzymają.
Szwajcar westchnął.
— Gdybyście się nie obawiali — szepnął Masłowski — zaprowadziłbym was do gospody Brühlowczyków. Reszta dworzan ministra, która się tu mimowoli została, schodzi się tu wieczorami kląć Prusaków...
— Którzy nas podsłuchują — dodał Simonis.
— Gdyby tylko jeden wieczór słuchali, jużby nas tu żadnego niebyło — rzekł Masłowski, śmiejąc się.
— A gdzież ta wasza gospoda?
— Idzież ze mną? — zapytał Ksawery.
Zawahał się sekretarz gabinetowy.
— Nie mogę — rzekł — wybyście się mnie obawiali, a ja was; nie mogę.
Pożegnali się i Masłowski zniknął w ciemnej ulicy.
Szwajcar zaszedł do swej gospody spocząć, a o wieczornej godzinie naznaczonej znalazł się z kluczem u drzwi domu przy ulicy zamkowej. Zabawił tam późno w noc, a gdy wyszedł rozmarzony bardziej jeszcze niż z rana, nie uważał nawet, iż miał jakiegoś anioła stróża za sobą, który z daleka odprowadzał go do gospody.
W pierwszym planie Simonisa, zatrzymanie się w Dreznie niewiele miało zabrać czasu: nazajutrz wszakże z gospody wyniósł się niewiadomo dokąd i przed Masłowskim przyznał się, iż zapewnie dłużej zostanie niż myślał. Drugiego dnia poszedł do generała. Żołnierz go tak przyjął, jak zwykle wojskowi biuralistów przyjmują, nie tając mu pewnego rodzaju lekceważenia.
— A waćpan tu jeszcze?
— Tak jest, panie generale, przyszedłem mu dać znać, iż zapewne dni kilka zabawić będę musiał, bo trafiłem na poszlaki pewne, z których będę musiał zdać sprawę.
Generał na niego popatrzał i pokiwał głową.
— Dobry wyżył z waćpana — rzekł, mrucząc — ale i my tu też nosy mamy... To do mnie nie należy... Wąchaj sobie waćpan i... kłaniam się! — głośniej dodał, drzwi wskazując — kłaniam się.
Stąd poszedł Szwajcar do Beguelina, który go przyjął z niezmiernym respektem, wiedząc już, że ma do czynienia z jednym z sekretarzy króla. Beguelin wobec władz wojskowych zmalał był i smutną miał postać. Sery stały zamknięte i nie wydawał się z nimi, aby ich w rekwizycję nie wzięto. Posadził gościa na czarnej kanapce i na wojnę wogóle uskarżać się zaczął.
— Niewygodne położenie — rzekł, skrobiąc się w głowę. — Austrjacy gotowi bombardować, a bomby nie pytają, gdzie który radca mieszka... Uchowaj Boże wezmą Drezno... nasz król będzie niechybnie odbierał i spali.
Podniósł ręce do góry.
— Do czego te wojny! — mruknął — handel psują, ludzi ginie i spokojności niema...
Beguelin był tego zdania, że należało lepiej zły pokój zawrzeć, niż najszczęśliwszą wojnę przedłużać.
Zabawiwszy trochę czasu, Simonis wrócił do zamku, ale do baronówny dostąpić nie mógł. Spotkał Brühlową, która go na krok nie puszczała. Narady były ciągłe, we dnie i wieczorami.
Baronówna też niebardzo narzucała się Szwajcarowi i oboje znaleźli się daleko więcej obcemi, niż byli. Kilka dni upłynęło, nim Simonis pochwycił sposobność rozmówienia się z Pepitą.
— Jestem bardzo nieszczęśliwy — rzekł do niej — bo choć tu już od dni kilku siedzę, zbliżyć się do pani mi nie wolno.
— Czy moja w tem wina? — spytała Pepita — mów pan otwarcie.
Simonis trochę się zmieszał.
— Ja prawdziwie nie wiem, z mojej strony ja także winy nie czuję.
— Może przeznaczenie? — odezwała się baronówna.
Szwajcar milczał.
— Niepodobna, ażebym ja was szukała — ciągnęło dalej dziewczę coraz śmielej — tego po mnie wymagać nie możecie a bądźcie szczerzy; czy wam z tem bardzo źle, ja nie wiem.
— Pani wątpi?
— Nie, ja jestem pewna, że zbyt za mną nie tęsknicie. Proszę was, nie zmuszając się do żadnych czułości sztucznych. Ja w razie potrzeby słowa dotrzymam, niepotrzebujecie się silić na zakochanie we mnie.
Mówiła to tak chłodno, bez żadnego gniewu, bez zazdrości, iż Simonis uczuł się dotkniętym.
— Widzę, żem zupełnie łaski u pani stracił — szepnął.
— Bądź pan spokojny — dodała Pepita — spełnij tylko, coś przyrzekł, bądź nam wiernym, a na moje słowo rachować możesz.
To mówiąc, jak gdyby rozmowy przedłużać nie chciała, odeszła. W chwilę potem Brühlowa zabrała go z sobą dla narady z generałem Spörken.
Przybycie Simonisa było jakby bodźcem do coraz bardziej gorączkowej czynności. Codzień coś nowego było na stole, a rozprawy o każdym kroku zabierały godziny. Tego dnia znowu odebrano wiadomość, iż ułożone porwanie i wydanie generałowi Bour króla pruskiego udać się w żaden sposób nie mogło.
Brühlowa była gniewna.
Chodziła po pokoju, nie kryjąc swojego oburzenia i narzekając na niedołęstwo wszystkich, co tyle kosztowali, a nic zrobić nie mogli.
— Należy natychmiast wyprawić do Glasaua — dodała — ostatniego użyć środka.., zmusić go, aby nie zwlekał... Waćpan napiszesz zaraz do niego, a generał wyśle pismo przez zaufanego człowieka.
Simonis się zawahał, ale nie cierpiąca sprzeciwiania się najmniejszego kobieta tupnęła nogą i wskazała mu miejsce przy stole.
— Ja to biorę na moje sumienie, na odpowiedzialność moją; czasu dosyć zmarnowano... niech Glasau spełni, co przyrzekł... Nie słucham nic... poślijcie mu, co zechce... ja oddam, co mam... Zapłacimy mu ile każe...
Zmuszony do pisania, przelękły szwajcar usiadł. Nie było sposobu się oprzeć; spojrzał kilka razy na hrabinę; nie dała mu mówić. Powtarzała ciągle:
— Ja to biorę na moje sumienie.
Simonis napisał, co mu kazano. Obwinięto papierem tym rulon dukatów. Spörken go opieczętował i wyszedł. Maks wstawał blady od stołu.
— Pani mi daruje — rzekł cicho — jakkolwiek Glasauowi udać się może...
— Musi! — przerwała hrabina.
— Lecz gdyby coś niespodzianego zdradziło...
— To nie może być.
— Jednakże — wtrącił Simonis — ja nie wiem, czy w takim razie potrzeba, żebym i ja padł ofiarą?
— Waćpan? — przerwała, za rękę go chwytając, hrabina — waćpan! nigdy w świecie! Jesteś mi potrzebny. Ja losu jego się podejmuję. Baronównę możesz odstąpić komu chcesz, waćpan nie potrzebujesz jej, ja zapewnię jego przyszłość.
Skłonił się Simonis i dosyć poufale spytał cicho:
— Lecz jeśli tak jest, czy nie lepiej, abym, czekając na wypadek, skrył się? Jeżeli Glasau chybi...
— Glasau chybić nie może! — z gniewem w oczach i głosie odparła Brühlowa — niecierpliwisz mnie!
Dopiero ochłonąwszy, rzekła, rękę mu kładąc na ramieniu:
— Tak jest, Simonis, na tym obrzydliwym świecie możliwe wszystko; skryj się. Masz jakieś przeczucie. Ja straciłam wszelkie: gdy przeczuwam dobro, przychodzi zło, a gdy się zła spodziewam, ona jedno nie zawodzi. Tak, skryj się — dodała głosem drzącym — ja potrzebuję cię...
Głowę otuliwszy dłoniami, przeszła się kilka razy po pokoju milcząca i zamyślona. Widać było, że myśl o zemście, o sprawie królowej, o kraju, ustąpiła bliższej jakiejś o własnych losach.
Zwróciła się do Simonisa.
— Waćpan powinieneś stanowczo zerwać z baronówną — rzekła — ona go nie kocha, to są więzy. Ja tego nie chcę. Baronówna! — dodała — baronówna nie ma więcej nad kawałek ziemi w górach i pusty zamek. To wszystko niewiele warte. Mój mąż wyrobi wam dar od króla znaczniejszy, ja potrafię mu uzyskać posadę. Ta wojna wiecznie trwać nie może; a jeśli Glasau... Ale nie chcę ani mówić o tem, ani rachować. Choćby Glasau chybił, są inne środki... Tak, tak — zawołała, coraz się rozgorączkowując — choćby się sto razy nie powiodło, choćby się wszyscy ulękli i cofnęli, ja nigdy! nigdy! Moja miłość i nienawiść nie kończą się, mogę usnąć, ale się budzę jutro rzeźwiejszą jeszcze. Chybabym umarła.
Przeszła się tak kilka razy po izbie i uspokoiła nareszcie; przystąpiła do Simonisa, zdejmując soliter z palca i, trzymając go w ręku, rzekła po cichu:
— Ten pierścień dawno miałam od króla, daję go wam na znak, że spełnię, com przyrzekła. Zerwij z baronówną, ja się dzielić z nikim nie mogę.
Simonis całował jej rękę blady, gdy generał i Pepita weszli i przerwali tę scenę. Brühlowa, zapewne chcąc ułatwić to zerwanie, którego się domagała, natychmiast wysunęła się z generałem do drugiego pokoju, oczyma nakazując Simonisowi, aby spełnił jej rozkaz.
Baronówna, wchodząc do pokoju, choć nie postrzegła może oddawania pierścienia, mogła się domyślić poufałego zbliżenia się z postawy hrabiny i pomieszania Simonisa, który zbyt spiesznie, spostrzegłszy ją, cofnął się. Nadto wiele wiedziała i słyszała z życia ówczesnego piękna Pepita, aby się jego tajemnic domyślić nie mogła; życie hrabiny było jej znane dobrze. Miłość własna ucierpiała może w pierwszej chwili, lecz po rozmyśle uspokoiła się łatwo. Chłodna więc i na pozór zupełnie obojętna znalazła się na przeciw Simonisa, witającego ją z nadskakującą grzecznością.
Spojrzała mu w oczy z takim wyrazem wszechwiedzy i spokoju, że Maks się trochę zmieszał, czując odgadniętym.
— Może przeszkodziłam — odezwała się.
— Nie, wszystko skończone — odparł Maks.
— Spodziewam się, że szczęśliwie — dodała, spoglądając na pierścień, który Simonis ukryć zapomniał.
Nie odpowiadając na to, spuścił oczy.
— Tak jest, tak — rzekł — ale kiedyż można być pewnym, że to, co się wydaje szczęśliwem, rzeczywiście się powiedzie.
— Masz pan wielką słuszność, jest to prawda, która w całem życiu zastosować się daje. Nie jesteśmy nigdy niczego pewni.
— Niestety! — westchnął Maks.
Pepita spojrzała na niego i rozśmiała się.
— Cóż dalej? — zapytała.
— Najsmutniejsze to — odpowiedział Simonis — że ja zapewne będę zmuszony przez czas jakiś się ukrywać i że nie będę miał szczęścia widywać pani.
— Ale czyż to się mogło szczęściem nazywać? — odezwała się baronówna. — Mnie się zdaje, że to kłopot niepotrzebny. Ja się wcale nie łudzę.
— To ja powinienbym z tych słów pani, a podobno i z wielu innych — podchwycił szwajcar — wnieść, że nie powinienem się łudzić. Nie mam u niej łaski.
— Ale masz pan moje słowo — rzekła zimna Pepita — to dosyć.
— Jeśli nie mam i muszę się wyrzec serca?... — dodał Simonis.
— Któż może mówić o sercu — rozśmiała się baronówna. — Gdybym chciała dać je, nie mogę; bo serce nie daje się, ale zdobywa...
— A ja nie umiałem, nieprawdaż? — zapytał Simonis.
Pepita zamilkła.
— Musi to być panu obojętnem.
— Przepraszam panią — rzekł Maks — gdybym się miał wyrzec serca, wyrzekłbym się ręki.
Zdziwioną trochę zdawała się baronówna.
— Za pozwoleniem — odezwała się — czy to wyrzeczenie się miałoby za sobą pociągnąć i odstępstwo od naszej sprawy? mów pan otwarcie...
— Tej sprawy już ja odstąpić nie mogę — z uśmiechem przykrym dodał Simonis — podpisałbym wyrok na siebie.
Panna Nostitz stała z jakąś niepewnością, obawą i jakby promykiem nadzieji na twarzy.
— Panie de Simonis — rzekła — umiem cenić to, coś mi powiedział, przyjmuję to zrzeczenie się serca i ręki, a co się tyczy majątku...
Maks nie dał jej dokończyć, i skłonił się nisko, zakręcił i rzekł głośno:
— Godzina nagląca, pani daruje...
— Zatem ja jestem wolna? — spytała rękę wyciągając, baronówna z nietajoną radością.
— Najzupełniej — odparł Maks i chwycił za kapelusz do wyjścia.
Usłyszawszy kroki, Brühlowa wyszła na próg drugiego pokoju, zmierzyła oczyma Pepitę i Simonisa i podała mu rękę na pożegnanie. Maks wybiegł.


VIII.

W tydzień po tej rozprawie, jasnego zimnego dnia, pocztyljon w ciężkich butach, obmarzły cały, na koniu, z którego para buchała, zatrzymał się przed kwaterą generała Wylicha. Była to poobiedna godzina, podstarzały żołnierz drzemał z fajką, a piękna Doris grała na gitarze po cichu w drugim pokoju. Wpadnięcie niespodziane kuryera, który, do drzwi nawet nie zapukawszy, jak stał wtoczył się do generała i podniósłszy płaszcz, z torby skórzanej papierów zaczął dobywać, rozgniewało pana komendanta. Już miał na ustach lumpen... jakieś osolone, gdy, spojrzawszy na papiery, do których przylepiony był kawał pióra na znak pospiechu, na pieczęcie ogromne, na notatki u góry, zamilkł i, i drzwi od Doris zamknąwszy, zaraz się rzucił do papierów. Pocztyljonowi ręką wskazał, aby odszedł.
Generał Wylich miał dosyć złe oczy, pismo było pilne i sekretne, zdawało się wiele zależeć na niem; zadzwonił więc, wzywając w pomoc pisarza, choć się nim posługiwać nie lubił.
Pisarz ten, nazwiskiem Blind, człowiek do wszystkiego niezmiernie zręczny, kaligraf niezrównany, koncepcista osobliwy, posiadający wszelkie style, piszący wiersze, domyślający się prawdy, przy sądach wojennych ułatwiający śledztwa, jednem słowem genialny robotnik, był zarazem najniebezpieczniejszem stworzeniem, jakie ziemia kiedy nosiła. W wojskowym trzymany rygorze, chodził posłuszny, jak koń dobrze wytresowany, lecz było mu na chwilę przypuścić cugli, spłatał zawsze coś takiego, za co mało było nawet kijów powszednich. A jednak bez Blinda obejść się nadzwyczaj było trudno. Generał Wylich, wziąwszy go w spadku po towarzyszu, trzymał przy sobie, jak w więzieniu. Na oko Blind był chłop nieszpetny i silny, chociaż czerwonemi plamami okrytą miał twarz i nieco kulał. Ubiór zakrawał na pewną elegancję.
Zobaczywszy go, generał poszedł pannę Doris zamknąć w trzecim pokoju, a sam, wróciwszy, kazał mu czytać depesze. Szły one wprost do głównej kwatery w...
Blind, rzuciwszy okiem na ogromny arkusz, nawpół zapisany, pobladł i zachwiał się.
— Co ci jest? czytaj!
Zaczął w istocie czytać Blind, jąkając się, lecz ledwie pierwsze słowa wymówił, Wylich mu papier z rąk wyrwał i ręką gębę zatulił. Pokazał pięści krzyknął:
— Milczeć! — i wypchnął za drzwi.
Depesza była największej wagi i sekretna, nie godziło się, by na niej oko kancelisty spoczęło. Generał nierad był z siebie, iż dozwolił Blindowi pokosztować tego owocu zakazanego. Co najgorzej, że znając spryt tego wisusa, pewien był, iż, raz spojrzawszy na papier, cały już połknął i umiał go z końca w koniec na pamięć. Takie przynajmniej miał o Blindzie wyobrażenie.
Zamknąwszy drzwi, generał wziął się do papierów, czytał je drżący. W ostrych nader wyrazach skreślone było pismo. Król wyrzucał w niem Wylichowi, iż ślepy, nieudolny zarozumiały, dozwolił pod swoim bokiem knuć spiski na życie króla, wysyłać szpiegów i morderców, korespondencje i pieniądze, że dopuścił na zamku w biały dzień konspirować żonie ministra, generałowi Spörken i królowej.
Cała ta sieć intryg, której o mało Fryderyk nie padł ofiarą, tylko jego własną przytomnością umysłu i bystrem spojrzeniem odkryta została. Niejaki Glasau, opiewała depesza, będący w służbie kamerdynera przy królu, przekupionym przez Brühlową, będący w stosunkach ze świeżo zbiegłym byłem sekretarzem gabinetowym, niejakim de Simonis, nasłanym także przez żonę ministra i zdradzającym tajemnice, jakie mu były powierzone, dał się pieniędzmi skłonić do podania jego królewskiej mości trucizny w czekoladzie. Król, gdy mu ją przyniesiono spojrzawszy przypadkiem na twarz Glasaua, spostrzegł na niej pomieszanie, bladość, coś podejrzanego. Zapytał go surowo, co mu jest; kamerdyner złożył to na niezdrowie. Czekoladę postawiono na stoliku. Fryderyk nie miał ochoty pić jej zaraz, czytał właśnie Plutarcha. Tymczasem Thisbe charcica skoczyła na stolik i łapczywie poczęła zajadać królewskie śniadanie. Gdy król się obejrzał, czekolady połowa już była wypitą, a suczynka prawie natychmiast poczęła skowyczeć, tarzać się, pienić i zdechła.
Przychwycono kamerdynera Glasaua a resztę napoju dano na próbę wiejskiemu psu który w kwadrans potem nie żył. Trucizna była więc dowiedzioną. Nakazano jaknajsurowszą tajemnicę, nie chciał bowiem król, ażeby wiadomość o tem stała się powszechną. Glasaua stawiono natychmiast, zapewniając mu życie, jeśliby wyznał wszystko. W ten sposób odkrytą została zdrada Simonisa, stosunki z Dreznem, papiery nawet, które wprawdzie imion osób nie zawierały, lecz stwierdzały zeznania Glasaua, i spisek uknuty w Dreznie, jeśli nie z wiedzą królowej, to nie bez milczącego jej pozwolenia.
Do opisu wypadku przyłączony był rozkaz najsurowszy wyprawienia natychmiast hrabiny Brühlowej do Warszawy, poszukiwania i uwięzienia Simonisa, najsurowszego nadzoru nad wszystkiemi, co do zamku uczęszczali i mieli z nim stosunki.
Generał Wylich utonął w mnóstwie szczegółów, spotniał, czytając, a co najgorzej czuł, iż winę swą miejscem okupi i że wkrótce przez kogo innego zastąpionym zostanie. Ażeby na straszniejszy jeszcze gniew króla nie zasłużyć, chwyciwszy się za głowę, jął się zaraz krzątać około czynnego wystąpienia. Ale od czego tu począć było?
Zadzwonił na Blinda.
Nadszedł żołnierz, oznajmując, iż go nie było, że przed chwilą wyszedł na miasto. Generał przeląkł się tego, domyślając, słusznie czy nie, że Blind rozgadać może przedwcześnie to, co było i powinno zostać tajemnicą.
Chwili czasu nie miał do stracenia. Ubrał się więc, przywołał adjutanta, wziął żołnierzy, a że mu najwięcej szło o Simonisa, pobiegł do jego mieszkania.
Tu dowiedział się, że od dni dziesięciu Szwajcar wyjechał. Posłano przetrząsnąć wszystkie domy, które szpiegi wskazać mogli, uganiano się do wieczora napróżno, nareszcie Wylich kazał zamek ostawić strażą i postanowił w nim robić poszukiwanie.
Wiedział bardzo dobrze, iż nawet za brak uszanowania dla królowej lub jej dzieci pewnie ukaranym nie będzie. Generał von Spörken wyszedł naprzeciw komendanta.
— Co się stało, panie generale? — zapytał.
— Nie wiecie jeszcze, no to się dowiecie — odpowiedział oburzony Wylich. — Niejaki de Simonis przechowuje się w zamku, były sekretarz króla, zdrajca, którego szubienica czeka, jeśli nie ćwiertowanie; albo mi go wydajcie, lub...
— Niema go tu, za to mogę zaręczyć — rzekł generał Spörken.
— Od dachu do lochów strząsę wszystko — krzyknął Wylich.
— Sile się nie możemy oprzeć, jużeśmy tego doświadczyli — odezwał się Spörken — czyńcie, co się wam podoba. Lecz jeśli później Europa cała za znieważenie rezydencji jej królewskiej mości i kurfirsta następcy...
Wylich, nie dając dokończyć, zawołał:
— Was wszystkich i waszą Europę nie mam za tyle... (Wyraził się jeszcze ostrzej). I krzyknął na żołnierzy: — Na zamek!
Spörken znikł, ażeby przygotować królowę. Gdy komendant wchodził na pokoje pierwsza mu drogę zabiegła hrabina Brühlowa: straszna była gniewem, ale zarazem i trwogą.
Wylich, nie witając się z nią nawet, odezwał się grubijańsko:
— Mam rozkaz waćpanią wyprawić do Warszawy. Słyszysz pani?
— Co to jest! jakto?
— Rozkaz króla, który zostanie spełniony.
— Cóż za powód?
— Nie mam potrzeby przed panią się tłómaczyć.
Gdy się to działo w sali, na której progu przeciwnym królowa za portjerą słuchała i przypatrywała się, rozjątrzona tą napaścią, zamek patrole przetrząsali jak najpilniej.
Hrabina Brühl wiedziała, że szukano Simonisa. Na kilkanaście minut wprzódy Blind, który oddawna był ujęty, dał znać o tem, co z depeszy miał czas wyczytać. Kawaler de Simonis w istocie znajdował się na zamku, ale w tych starych murach tyle było kryjówek, przejść, schówek, drzwi zamaskowanych, podług odmykających się, zwierciadeł; za którymi w grubości muru wyżłobione były gabinety ciemne, które za króla Augusta II. służyły do czarodziejskich niespodzianek, a dawniej może na straszniejsze narzędzia kary, tyle tu było tajemnic ledwie niewielu osobom znanych, że żołnierze pruscy wedle wszelkiego podobieństwa, nic znaleźć nie mogli. Simonis, w jednem z takich wyżłobień w wielkiej sali ukryty, słyszał, jak żołnierze przechodzili ją, jak się dokoła drzwi odmykały, jak zamek tętniał przekleństwem, wykrzyknikami i ciężkiem stąpaniem Prusaków, jak Wylich klął i niecierpliwił się, i czekał losu, jaki go miał spotkać. Na kilka dni w przody przewidując niebezpieczeństwo, zaopatrzył się był w truciznę, którą trzymał w pogotowiu, gdyby przypadkiem ci, co ściany opatrywali i bili w nie szukając, gdzieby zadzwoniła próżnia, trafili na ukryty gwóźdź, cienkie utrzymujące zwierciadło.
Dwie godziny trwało nadaremne przetrząsanie zamku, w czasie którego pokoje królowej nie były oszczędzone. Żołnierze przetrząsnęli łóżka, zrywali opony, wciskali się w najciaśniejsze kąty. Ołtarz domowej kaplicy otworzono z tyłu, myśląc, że tam się zbieg ukrywa.
Późno już było, gdy generał Wylich, coraz gniewniejszy, straże u bram zostawiając, kazał nareszcie poprzestać. Wszedł jednak raz jeszcze na górę i przywołanej hrabinie oświadczył surowo, żeby się natychmiast w podróż wybierała.
— Jeżeli chcecie wiedzieć o przyczynie, to wam jej taić nie będę — zawołał generał. — Schwytano tego, któregoście przekupili dla dania królowi trucizny. Wszystkie wasze sprawy wiadome. To gniazdo osie oczyścimy.
Brühlowa przymuszonym ale głośnym wybuchnęła śmiechem, a Wylich się oddalił.
Na zamku panowała trwoga i oburzenie, dworska służba stała niema, Spörken przechadzał się po galerji, zżymając się i naradzając sam z sobą.
Nie obawiał się on wcale, ażeby Prusacy kryjówkę mieli odgadnąć, lecz nie zupełnie był pewnym swej służby, aby któryś z nich pobytu na zamku nie zdradził. W owych czasach nikomu zbytnio dowierzać nie było można. Dlatego, nie spuszczając się na nikogo, sam ukrył Simonisa. Kilku jednak ludzi o poprzednim jego mieszkaniu na poddaszu wiedziało.
Przez cały czas poszukiwań hrabina Brühl stała ponad schodami, z zaciśniętymi usty, drgając na każdy wykrzyk głośniejszy, cisnąc ręką pierś wzburzoną i nie umiejąc w sobie ukryć niepokoju, jaki nią miotał.
Kilka razy słabnąc, chwyciła się galerji. Przywiązanie jej do Simonisa, niedawne jeszcze, przeszło w namiętność, która niedługo może w sercu trwać miała, lecz tem też teraz była gwałtowniejszą. Spoglądała błagająco na Spörkena, który jej dodawał męstwa, a gdy się wreszcie skończyło wszystko, poszła bezsilna paść na krzesło.
Simonis był wprawdzie ocalony chwilowo, lecz należało go z zamku uprowadzić i ułatwić mu ucieczkę.
Pospiech był koniecznym, a wykonanie zdawało się prawie niepodobnem. We wszystkich bramach stały straże. Wśród tego tłumu, jaki jeszcze napełniał zamek, łatwo się było szpiegów domyślać.
Hrabina błąkała się tak myślami, nie umiejąc znaleźć środka, gdy baronówna stanęła przed nią, a widząc, że jej nie spostrzeżono, lekko dotknęła ręką dłoni Brühlowej, która krzyknęła z przestrachu.
— To ja — ozwała się spokojnie Pepita — to ja. Potrzeba radzić!
— Straciłam głowę! Glasau pochwycony, stracone wszystko. Simonisa ocalić niepodobna.
Musimy to uczynić — odpowiedziała baronówna.
Hrabina spojrzała jej w oczy.
— Wiesz sposób?...
— Trzeba go szukać, jest ich tysiąc, a najprzód czekać spokojnie i nie wydawać się z obawą.
Na te słowa wszedł Spörken, wszystko troje stanęli milczący, gdy szmer zwiastował wnijście czyjeś: Brühlowa spostrzegła idącą królowę i podniosła się.
Królowa Józefa nosiła już na sobie zaród tej choroby, która ją wkrótce życia pozbawić miała. Blada, drząca, z oczyma pełnemi łez i gniewu, wlokła się raczej, oparta na ramieniu jednej z panien, niżeli szła. Stawać musiała co chwila i oddychać.
Z poszanowaniem dla tej niedoli rozstąpili się wszyscy.
Królowa była jakby w gorączce boleści, która jej nadawała powagę męczennicy i nadchnienie wieszczki. Powiodła oczyma nie widząc nic.
— Cóż więcej nas czeka? — zawołała — jakie jeszcze upokorzenie? jakie urągowisko? Mówcie, ja zniosę wszystko; jam zniosła już tyle, że z mej rodziny nikt ze mną na równi stanąć nie może. Generale mów!...
— Najjaśniejsza pani — odezwał się Spörken — niema nic nowego, ani nic zagrażającego jej Królewskiej Mości.
— Nie oszczędzajcie mnie — poczęła królowa — Bóg wie, co i dlaczego zsyła.. Jam przyszła tu, abym grzechy ojców zmazała pokutą. Niech ręka boża chłoszcze, ażeby krew zmyła plamy, ażeby pokolenia następne czyste były i wolne. Karz nas, Boże, a przebacz plemieniu naszemu!
Mówiąc to, płakała, a mówiła nie dla tych, co ją słuchali, ale jakby sama do siebie, zmuszona do tej spowiedzi uczuć i myśli.
— To nie koniec — rzekła po chwili — to początek drogi krzyżowej, a każdy na niej krok zmywa plamę. Karz, Boże! chłoszcz mnie, abyś dzieciom przebaczył! — powtórzyła, bijąc się w piersi.
Podano krzesło, gdyż Józefa osłabia i siły ją opuściły nagle. Wszyscy stali nieporuszeni. Usta jej, jakby cichą, szybką odmawiały modlitwę.
Upłynęło minut kilka, zdawała się nieco uspokojoną.
— Spörken — rzekła — ja widziałam tych napastników, wiem, że znowu popełnili tu gwałt; ale nie wiem przyczyny. Cóż się stało?
— Najjaśniejsza pani — poczęła hrabina Brühlowa głosem ochrypłym od połykanych łez — targnął się ktoś na życie tego, który sam targa się na wszystko. Przypisują ten zamach, nie wiem komu; mnie może, bo mi precz ztąd jechać kazano... na zamku szukano wspólników.
Królowej oczy ożywiły się ciekawością.
— Zamach? co to było?
— Mówią... trucizna... którą pies wypił...
— Biedny pies — ozwała się po cichu królowa. — Kazano ci wyjechać? — zapytała Brühlowej. — Jesteś szczęśliwszą ode mnie, ja nie mogę ruszyć się stąd, bom powinna dotrwać na stanowisku; moje miejsce jest tutaj: ja tu umrę...
Spörken odezwał się, uspokajając królowę, zaczęli mówić wszyscy, opowiadano szczegóły których królowa zdawała się słuchać z zajęciem. Powoli poruszenie, gniew, boleść uśmierzyły się królowej Józefie, wróciła jej rezygnacja i dała się swym kobietom nakłonić do przejścia do swych pokojów. Po drodze tylko wstąpiła do kaplicy, a kapelana przywołano na wieczorne modlitwy.
Na zamku uciszało się powoli, światła gasły, i tylko straże u bram chodem ciężkim i szczękiem broni ją przerywały.


IX.

Pan Ksawery Masłowski spał jeszcze, gdy gospodyni jego, nie pytając o pozwolenie, weszła do pokoju.
— Na miłość Boga! pan śpisz, a pan nie wiesz nic! — zawołała.
Porwał się stolnikowicz, oczy przecierając.
— Cóż się stało? kot waćpani zdechł!
— Jak można żarty w takiej chwili stroić. Na zamku się coś stało!... Ja nie wiem: po całem mieście chodzą okropne wiadomości, Prusacy wczoraj cały zamek trzęśli, szukali po piwnicach, po strychach; hrabinie Brühlowej precz wyjeżdżać kazano. Mówią, że pochwycono człowieka, co chciał struć króla pruskiego. Szukają jakiegoś sekretarza, co z nim należał do spółki, jakoby ukrytego na zamku. Sądny dzień... a pan śpisz...
Usłyszawszy ostatnie wiadomości, Masłowski, który wiedział trochę, co się na zamku działo, bo się tam często jakoś podkradał, ażeby czasem piękną baronównę zobaczyć, porwał się z łóżka jak oparzony i zaczął wołać, aby mu do ubierania się podawano.
Pospiesznie odział się, nie bardzo zważając, co na siebie kładzie, a że zima była już bardzo ostra i mróz wielki narzucił futerko, aby co prędzej biedz się dowiedzieć na zamek.
Z rana wprawdzie pruskie straże były pozdejmowane, stali znowu szwajcarowie; na pozór nie było nadzwyczajnej pilności koło zamku: lecz dokoła spotykało się twarze i figury, jakie się tu zwykle nie trafiały. Po ulicy Zamkowej i około katolickiego kościoła przechadzało się mnóstwo odartusów, których łatwo było posądzić, iż niedawno pruskie mundury pozrzucali. Nie doznał pan Ksawery żadnej przeszkody, wchodząc na podwórze. We wnętrzu było spokojnie. Poszedł więc jak zwykle na schody, azali gdzie w korytarzu kogo znajomego lub baronówny nie spotka.
Była to godzina mszy rannej, której królowa słuchała w małej kaplicy. Masłowski stanął tak, aby wracający dwór go nie minął. Jakoż potem wyszła zakwefiona królowa, a za nią hrabina Brühlowa i inne panie. Pepita, zobaczywszy Masłowskiego zatrzymała się.
— Wiesz pan o wszystkiem? — spytała.
— Nic nie wiem, oprócz, że coś się miało stać nieprzyjemnego. Na tę wieść przybiegłem.
— Simonisa szukają... cały zamek wczoraj przetrzęsiono... Ocalić go potrzeba. Jabym na sumieniu miała jego nieszczęście, bom go wciągnęła, namówiła, skusiła. Ja go ocalić muszę! muszę! — powtórzyła baronówna z energją wielką.
Masłowski spojrzał.
— Czy mi pani ufasz? — spytał.
— Pytasz pan o to? — ruszyła ramionami.
— Jest on tu?
Pepita głową tylko odpowiedziała. Ksawery zamilkł posępnie, potarł czoło.
— W korytarzu naradzać się niepodobno — rzekł — chodźmy, jeśli pani pozwoli.
— Proszę! chodź, zmiłuj się! Myślałam o was, spodziewałam się jeszcze wczoraj.
— Ja nic nie wiedziałem.
Mówiąc tak, weszli do pokoju frejliny.
Było to mieszkanie, do którego w zwykłe dni nigdy stopa obca posunąć się nie mogła. Masłowski pierwszy raz przestępował próg tych cichych pokojów, w których niewieścia dłoń z wdziękiem właściwym kobiecie rozłożyła wszystko. Nie śmiał się posunąć daleko od progu.
Pepita wskazała mu, by szedł za nią. Zrzuciwszy z siebie zasłonę, w której szła do kaplicy, stała przed nim w całym blasku piękności, której smutek i znużenie dodawały uroku. Załamała ręce.
— Na miłość bożą, radźcie! — szepnęła — lecz nie mieszajcie się wy, ażebym poraz wtóry nie miała na sumieniu ciężaru. Jego szukają na niego czatują: chociaż go wczoraj nie znaleziono, są pewni, że się tu znajduje.
— Najprzód o tem się przekonać potrzeba — rzekł Ksawery — wprawdzie około zamku kręci mnóstwo ludzi, jakby z szubienicy oberwanych, ale ci może troskliwi są o co innego.
— W nocy go wyprowadzić trzeba — dodała Pepita.
— Najgorzej — przerwał Masłowski — nocą pewnie pilnować będą, w biały dzień najbezpieczniej.
Zamyślił się pan Ksawery.
— Bądź pani spokojną — rzekł — wyprowadzę go, znajdzie się na to środek. Lecz gdy go wyprowadzimy... cóż dalej? dokąd?...
Pepita oczy zakryła.
Pomocnik jej tak już był sprawą tą zajęty, że zdawał się nawet gospodyni, dla której był z takiem uwielbieniem, nie widzieć.
Gdyby to nie było bardzo straszne — rzekł — jakieby to było zabawne, z pod nosa Prusakom go wziąć i to w biały dzień.
— Jakże w dzień?
— Przebrać go najłatwiej, przecież na zamku znajdziemy w co... Niechno mnie pani puści do barona Spörkena.
Ruszyła się Pepita, ale Masłowski ją wstrzymał.
— Przecież i po dachach, jeśli zręczny, może doskonale dostać się na drugą stronę ulicy.
— Najłatwiejby go spostrzeżono. Co za myśl!
Masłowski z kolei najrozmaitsze podawał środki, ale jedne od drugich trudniejsze do wykonania. Wyczerpał cały swój zapas imaginacji i stał trochę zmieszany.
— Bądź co bądź — dodał w końcu — jeżeli w tej chwili największa jest pilność, należy go przetrzymać później mniej będą zwracać uwagi.
— Ale męczarnia tego człowieka!
Masłowski ramionami ruszył.
— Na to niema sposobu.
— Siedzi zamknięty w ciasnej i ciemnej kryjówce.
— Daj mi pani trochę czasu, namyślę się coś zrobić musimy...
— Panie — składając ręce, odezwało się dziewczę — zdejm mi z sumienia ten ciężar, całe moje życie ci wdzięczną będę. Myśl ta mnie dusi: jam winna.
— Trochę czasu, trochę czasu!... bądź pani spokojną.
— Daję panu godzin...
Masłowski uszy zatknął.
— Nie przyjmuję tego warunku, idę i nie wrócę, aż coś wymyślę.
Wybiegłszy z pokoju baronówny, Masłowski wprost skierował się do bramy i już miał się wymknąć w ulicę, gdy z dwóch stron para ciężkich rąk uderzyła go po ramionach i uczuł się zatrzymanym. W mgnieniu oka ręce mu w tył zarzucono i pruski żołnierz zawołał: Vorwärts!
Napróżno Masłowski wyrywał się i łajał, otoczono go i popychano. Gawiedź ta była najpewniejsza, że w młodym człowieku wzięła szukanego Simonisa. Tłum uliczny począł się natychmiast gromadzić, i z hałasem wielkim ulicą Zamkową pchano go tak ku Rynkowi. Masłowski zły był, choć z resztą nie obawiał się żadnych następstw groźnych. Uroczyście bardzo prowadzono go tak do komendanta, gdyż z każdym krokiem gromadziło się więcej ludzi. Przodem już pobiegł ktoś dać znać, że Simonisa prowadzono. W rozpiętym mundurze wybiegł naprzeciw tak pożądanego gościa: spojrzał z gniewu, obie ręce podniósłszy z pięściami do góry krzyczeć począł.
Ci, którzy wzięli Masłowskiego, chcieli usprawiedliwić pomyłkę i obdartus jakiś na ucho coś bardzo żywo począł, wskazując winowajcę, opowiadać Wylichowi, który się powoli uśmierzył. Wprowadzono go z rękoma związanemi do izby komendanta, żołnierze się cofnęli, ale instypajor pozostał. Zaczęło się badanie, na które bardzo spokojnie odpowiadał Masłowski, świadcząc się gospodynią swą i mnogimi znajomymi, kto był.
— Ja wiem, że ty nie jesteś Simonis — zawołał Wilich — ale sługa Brühlów, który do wszystkich intryg należał.
— Niczyim sługą nie jestem — rzekł Ksawery — byłem dworzaninem ministra, a dzisiaj przez samo poszanowanie dla królowej i pozostałej rodziny mojego króla chodzę do zamku.
— Ty o wszystkiem wiesz i ty mi musisz powiedzieć wszystko! — krzyknął Wylich — do więzienia! do więzienia!
Masłowski z początku wymawiał się, wspomniał o bilecie wydanym z rozkazu króla, o pochodzeniu, ale to nie pomogło nic. Wylich był zły i słuchać nie chciał, tupał nogami, powtarzając: do więzienia!
Szlachcicowi w końcu już się i tłómaczyć sprzykrzyło, odwrócił się milczący i dał prowadzić, gdzie chciano. Izba, do której go zamknięto, nie dalej się znajdowała, jak na odwachu, a odwach naówczas był w Brühlowskim pałacu. Była to więc doskonale znajoma panu Ksaweremu ciemna, sklepiona komnata, w której dawniej stróże i palący w piecu przemieszkiwali.
Gdy go tu wepchnięto znalazł się wśród kilkunastu ludzi pobranych za różne przewinienia, którzy tu losu swego czekali. Gawiedź była uliczna, obdarta, brudna, patrząca dziko; towarzystwo wcale nie przyjemne; lecz pan Masłowski, który nowicyat odbył w pruskiej niewoli, umiał się zgodzić z przeznaczeniem. Przyjęto go wejrzeniami nieufnemi i złośliwemi. Myślał że znajdzie może twarz jaką znajomą, lecz z razu nie spostrzegł nikogo. Pozarastałe zresztą w więzieniu brody, łachmany, sadze, i brud, czyniło tych ludzi nie do poznania zmienionymi.
Ławy pod ścianami służyły za siedzenia; wiadro z wodą i czerpakiem do powszechnego użytku. Milczenie przymusowe panowało w izbie, przerywane tylko mruczeniem, które, gdy się cośkolwiek głośniejszem stawało, żołnierz, stojący pode drzwiami, wołał kaprala, a ten z laską wchodził i, nie szukając winnego, grzmocił po plecach pierwszych z brzegu, co wpajało potrzebną solidarność gromadzie. Musieli się wszyscy wzajem pilnować aby hałasu nie było. Niektórzy palili coś nakształt tytoniu, napełniającego izbę dymem wlokącym się pasmami do okna. Masłowski począł pomyślać nad swym losem, gdy mężczyzna ogorzały, przygarbiony, z zawiązaną gębą, w czapce naciśniętej na uszy, tak, że twarzy jego prawie widać nie było, zbliżył się do niego. Stanął nad nim, bo Ksawery przysiadł był na rogu ławy, ręce w kieszenie włożył i patrzał długo. O ile twarzy, z pod szmat otaczających ją widać było, zdawała się uśmiechać.
Masłowski popatrzał i nierychło poznał w nim stróża niegdyś pałacu Brühlowskiego, który był przed kilku laty wzięty z Warszawy. Zwano go Kondratem. Był to Dyogenes w swoim rodzaju: milczący, powolny, śmiejący się ze wszystkich, niepotrzebujący wiele, obojętny nawet na rany i chodzący wśród najwytworniejszego dworu Brühlowskiego w obdartym kożuchu lub płóciennej odzieży, z rodzajem pogardy dla tych, którzy się na świecidełka zmagali.
Kondratem na dworze posługiwali się słudzy sług: on mył, wodę nosił, w piecu palił i robił to, czego nikt się nie podjął. Lecz służba jego i swoboda kończyła się z brzaskiem. Gdy inni wstawali, Kondrat gdzieś się w dziurę zaszywał i spał. W nocy włóczył się po najpyszniejszych salonach, często z ironicznem uśmiechem brał w ręce kosztowne cacka, przyglądał się im i stawiał drwiąco na miejscu. Główną zaletą jego była nieposzlakowana wierność. W pokoju gry często znajdował walające się pieniądze, po salach balowych zgubione klejnoty: wszystko to zbierał starannie i oddawał jak najwierniej.
Jemu nad ciepły łachman, strawę, dziurę, w której spał, i kieliszek wódki, nic więcej nie było potrzeba. Kondrat znał w pałacu nie tylko ludzi wszystkich, ale wiedział tajemnice, stosunki, nocne wycieczki, grzechy powszednie i śmiertelne tej gromadki, która grzeszyła wiele i niebardzo się nawet z tem kryła.
Obojętny dosyć widz patrzał, śmiał się, ramionami ruszał, a że języka ledwie urywanych wyrazów się nauczył, nie miał nawet przyjemności żółci swej wylać przed nikim, chyba przed którym z polskich paniczów, jak ich nazywał. Z Polakami dzieje się to zwykle, że doma buty mają do zbytku, ale za granicą, gdy swój język posłyszą, gotowi nawet takiego prostego chłopa uścisnąć. Tak przynajmniej dawniej bywało; Kondrat więc, jakkolwiek obdarte stróżysko, czasem się z paniczami wdawał w rozmowę: Masłowskiego zaś szczególnie lubił.
Teraz z politowaniem jakiemś patrzał na niego, ale zarazem twarz mu się, nawykła do szyderstwa, krzywiła ironicznie. Długo nie odzywał się nic. W końcu:
— No, a co, paniczu? — rzekł — dobrze?
Ksawery spojrzał.
— A ty tu dawno?
— Ja? a od rabunku. Ciąłem jednego po pysku i wsadzili, proszę panicza; a pan co?
— Ja nie zrobiłem nic, ot tak zachciało im się.
— A to wy tu nie wyżyjecie — rzekł Kondrat — ja, to co innego, ale wy. U nas, z pozwoleniem, świnie lepiej karmią...
— Jużem ja próbował też w niewoli pruskiej i zgniłego chleba i żadnego.
— Długo? — spytał stróż — ja dwa dni, jak woda jest i jest gdzie się położyć, to wytrwam bez niczego..
— A ja też — rzekł Masłowski.
Kondrat głową pokręcił.
— To, proszę panicza, na szlachcica dużo! to dużo!
Wśród tej rozmowy w obcym języku, co było niemców, słuchało ciekawie, co było serbów z Łużyc, którzy gdzieniegdzie słowo chwytali, uśmiechało się niby braterskim dźwiękiem mowy. Ale Kondrat już dłużej nie chciał gawędzić, zamyślił się posępnie. Masłowskiemu zdawało się, że go puszczą po kilku godzinach, ale nie przyszedł nikt. Rozdano chleb komisowy, posłano po wodę, naostatek i jakiejś polewki w kociołku dali. Szlachcic chleb swój wziął, jeść mu się nie chciało. Kondrat swój osolił, dobywszy z węzełka soli, i począł zajadać z wielkim apetytem.
Jedzenie gwar zwiększyło, kapral z kijem wszedł i ucichło wszystko. Stróż, ponieważ miejsca nie było na ławie, padł na ziemię niedaleko od Masłowskiego.
Inni też, jako tako podjadłszy, gdzie kto mógł, na podłodze próbowali spać, aby czas prędzej przeszedł. Gdy się uciszyło, Kondrat pochylił się do ucha Masłowskiemu.
— Gdybym ja chciał uciekłbym; a co mnie z tego?
— Jakim sposobem? — spytał Ksawery.
— E! bestje te nocą śpią jak zabite, a tu były w murze drzwi, które ja sam pomagałem w jedną cegłę zakładać. Jakby podłubał trochę, dziuręby zrobić łatwo.
— Gdzie one wychodzą? — zapytał Masłowski.
— Do pustej sieni, no z sieni do ogrodu i po wszystkiem.
— A straże?
— Od ogrodu ich niema. Ale nie warto pod zimę na mróz uciekać — dodał Kondrat — niechajno...
Ta wiadomość poruszyła mocno Ksawerego.
— Jedną noc przetrwam — rzekł w duchu — a drugiej wybiję mur.
Do wieczora nie zgłosił się nikt, nie spytał. Masłowskiemu zaczynało być bardzo nudno; przypomniawszy sobie jednak położenie Simonisa, wolał jeszcze swoje.
Noc przeszła na czuwaniu i słuchaniu chrapań i krzyków tej ciżby, której niespokojne sumienie odzywało się przez sen. Kondrat przespał na podłodze, jakby w najwyśmienitszej pościeli. Powoli zaczął się zimowy dzień robić i w pałacu ruch się wszczął niezwykły.
— Coś te djabły robią — rzeki stróż — albo pałac uprzątają, albo go do reszty burzą.
Ode drzwi więźniowie, coś pochwyciwszy z korytarza, mówili, że pałac dla króla sztyftują.
W istocie tak było podobno.
Około dziesiątej od komendanta przyszedł oficerzyna i zawołał pana Masłowskiego. Uwolniono go, nie mówiąc ani dlaczego, ani z czyjej łaski. Oficer tylko mu zapowiedział, ażeby z Drezna się wynosił.
Z równą prawie obojętnością, jak się dał zamknąć, wyszedł Masłowski, wsunąwszy coś w dłoń Kondratowi, który pozostał tak spokojnie jakby mu to zupełnie było jedno. Niepokój o Simonisa, chęć widzenia baronówny, skłoniły go, ledwie nieco otrząsłszy się i obmywszy, pobiedz do zamku. Bez pozwolenia tym razem poszedł wprost do pokoju Pepity. Nie było jej tutaj i młoda służąca tylko, której narzeczonego zabrali prusacy, siedziała, płacząc u okna. Masłowski poprosił jej, by pani o nim oznajmiła.
W kilka minut nadbiegła rozpromieniona Pepita.
— Podziękuj mi pan — rzekła — gdybym go nie uwolniła, siedziałbyś do końca wojny.
Masłowskiemu tego było potrzeba, ażeby rękę pięknej panny pochwycić i serdecznie spojrzyć jej w oczy.
— Jakim sposobem? — spytał.
— Przez stryjenkę moją, którą prusacy szanują — żywo odpowiedziała Pepita, obejrzała się na sługę i dodała cicho: — Gdybym tak mogła...
Wzrok jej odpowiedział, że Simonis jeszcze na zamku pozostał.
— Kiedy wyjeżdża hrabina Brühlowa? — spytał.
— Prędko, prędko; ale nie prędzej, aż... rozumie mnie pan.
Masłowski musiał się domyślić, że szło o zabranie Simonisa.
Więzienie nietylko mu nie odebrało odwagi ale go uczyniło zuchwalszym. Dał znak pięknej pannie, aby z nim wyszła na korytarz.
— Niema co zwlekać — odezwał się — król Fryderyk ma przybyć do Drezna, naówczas wszystko stanie się trudniejszem. Podejrzliwy zgryźliwy mięszający się do wszystkiego; kto wie, do czego się może rzucić. Ja biorę na siebie, że Simonisa wyprowadzę; dajcie mi go tylko: przebiorę, uczernię go, zbrukam, zabiorę do siebie i, albo obaj zginiemy, lub ucieczemy.
Baronówna zaprowadziła go do Spörkena, który rad był pozbyć się i odpowiedzialności i więźnia.
Zgodził się na wszystko. Poszli więc razem do pustej sali i, pozamykawszy drzwi, wyciągnęli Simonisa z kryjówki. Miał on tu i posłanie i jedzenie; zdaje się, że nawet, dodając mu odwagi, odwiedzała go hrabina Brühlowa; jednak, gdy się wydobył na światło dzienne, ledwie na nogach się mógł utrzymać. Kręciło mu się w głowie, blady był, jak trup.
Z sali przez cały szereg pokoi przeszli po cichu do gabinetu, w którym Masłowski zajął się przebraniem Simonisa. Generał sam dostarczył łachmanów, sadzy komin. a inwencji Masłowskiego żywa wyobraźnia. Szklanka wina orzeźwiła drżącego. Rozpuściwszy mu włosy i obmywszy je zpudru, zaczerniwszy twarz, okrywszy go łachmanami, zdawało się Masłowskiemu, że dokazał arcydzieła. Simonis, posłuszny jak dziecko, robił, co mu kazano.
Sznur i wiązki drew na plecach służyć miały do dopełnienia tej maskarady, która tragicznie skończyć się mogła. Spörken namówił Simonisa, aby za siermięgę wziął puginał i w razie, gdyby go kto chciał pochwycić bronił się nim a uciekał.
Masłowski iść miał nieco przodem tak, aby go z oczu nie tracić. Wszystko było jak najlepiej ułożone i zdawało się niepodobieństwem, ażeby Simonisa pod tą postacią poznać miano; brakło tylko jednej rzeczy; przytomności i męstwa. Szwajcar, znużony więzieniem, osłabły od nieustannego strachu, gdy miał wyjść za próg, tracił męstwo i wypraszał się do mroku. napróżno Masłowski starał się mu wytłumaczyć, iż właśnie naówczas straże najczujniejsze były.
Naostatek, gdy z niego szydzić zaczynano, Simonis ruszył się nareszcie w korytarze puste. Masłowski zbiegł drugimi schodami. Spörken, ukryty w oknie, zdaleka miał mieć oko na cały przebieg tej niebezpiecznej próby.
Dziwnym trafem: w chwili właśnie, gdy Simonis z bijącem sercem wychodził w podwórzec zamkowy, rozmierzając oczyma dosyć znaczną przestrzeń, która go dzieliła od wrót, ulicy i swobody, na Kreuz Kirche, Frauen-Kirche i w innych kościołach uderzono gwałtownie we dzwony.
Król Fryderyk w swoim starem płaszczu, na Brühlu wjeżdżał do miasta; tym razem chcąc być zamku bliżej, nie do pałacu Moszyńskich, ale do Brühla pałacu jadąc prosto, gdzie sobie kazał wyporządzić mieszkanie.
Simonis, usłyszawszy dzwony, nagle zadrżał; nogi mu się zadygotały, nie wiedział co to znaczyć miało, zatrzymał się, jakby zapomniał, w którą ma się kierować stronę.
Była to właśnie dla niego chwila najpomyślniejsza bo żołnierstwo wybiegło do bram w ulicę Zamkową, w nadziei że tam króla zobaczy; w drugich wrotach został jeden żołnierz roztargniony. Simonisowi wszakże dwoiło się w oczach, widział niebezpieczeństwo, nie pojmował tego składu pomyślnego okoliczności. Masłowski już stał w bramie i sobą napróżno zasłaniał żołnierzowi drogę, aby przekradającego się nie mógł zobaczyć. Simonis stał. Spörken, który na to patrzał za oknem, ręce łamał i klął niezdarnego awanturnika. Tak drogi już moment pierwszy został stracony. Dzwony biły ciągle zapamiętale.
Superintendent Am Ende, który w kilka dni potem miał króla-filozofa uczęstować predyktem, do którego użył za godło Suum cuiqe, witał właśnie Fryderyka w rynku. W mieście panowała wrzawa, dochodząca aż tutaj. Simonis wreszcie oprzytomniał i, widząc, że nikt nań nie patrzy, nikt się go nie czepia począł iść ku bramie.
Szczęściem to było w istocie, iż nikt nie miał czasu nań spojrzeć, tak źle grał swoją rolę starego stróża przygarbionego pod wiązką drew niesioną do domu. Biegł zbyt żywo, prostował się, zdradzał niepokój i niepewność siebie.
Ale żołnierz właśnie patrzał w ulicę, a Masłowski ciągle służył za parawan, gdy naostatek Simonis się szybko z bramy w ulicę wychwycił. Tu mu sił zabrakło, musiał się oprzeć o ścianę.
Masłowski odetchnął wolniej.
Wkrótce potem przebrany biedak wywlókł się poza kościół. Ksawery poszedł za nim.
Do mieszkania jego trzeba było iść przed pałacem Brühla, przed którym stał właśnie bataljon piechoty i gdzie się króla spodziewano. Obawiając się, aby nieprzytomny Simonis nie rzucił się na oślep, Masłowski, mijając go musiał mu szepnąć:
— Za bramę, nad Elbę... i naokoło do mnie... czekam na was...
Iść razem niepodobna było; tu zresztą Simonis nie zwracał już niczyjej uwagi i mógł się łatwo w tłum wmieszać, którego wszędzie było pełno.
Jakkolwiek lud był może przywiązanym do dynastji, dwa takie panowania, jak Augusta Mocnego i Słabego, nie mogły przejść bez skutku. Na kilkuset ludzi, co się rozrzutnością dworu żywili i zbogacili, miljony cierpiały pod uciskiem niesłychanym. Podatki były ogromne, a obchodzenie się z krajem surowe. Szlachta miejscowa kilka razy chciała u stóp tronu złożyć najpoddanniejsze prośby, ale Brühl ich nie dopuścił. Lękano się jej i zastąpiono cudzoziemcami. Cały kraj oprócz tego był protestanckim i fanatycznie do reformy przywiązanym, która na dworze cierpianą była, gdy katolicyzm doznawał opieki czynnej i krzywił się coraz więcej. Widziano w Fryderyku, który wprawdzie przynosił wojnę, kontrybucje, kwaterunek, werbowanie przymusowe, monarchę protestanckiego i opiekuna kościoła. Część więc znaczna ludności zwracała ku niemu oczy. Król, który w Berlinie nigdy prawie, oprócz obrzędów uroczystych i przymusowych, nie bywał w kościele, w Dreznie gotów był nawet kazań słuchać cierpliwie.
Pochód przez miasto pod oknami zamku, pod oczyma królowej i jej rodziny, umieszczenie się o kilkadziesiąt kroków od rezydencji, mogło uchodzić za brawadę, i było nią zapewne w istocie, bo pałac Brühla, zniszczony zupełnie, ani wygodnym ani przyjemnym być nie mógł.
Simonis, unikając kup, które się tu gromadziły, wyszedł zaraz za bramę i spuścił się małą ścieżyną pod samymi murami, która stała całkiem pustą. Gdy Elba wzbierała, rzeka niekiedy podchodziła pod stare ściany twierdzy; teraz pomiędzy niemi a rzeką była dróżka, która prowadziła na przedmieścia zamieszkane przez rybaków. Pomimo chłodu, czuł pot na czole; otarł go, sparł się o mur i stał długo, odzyskując zwolna trochę odwagi i energji. Lecz nie był to już ten sam człowiek, który się niedawno ważył na wszystko.
Przedłużona trwoga ciągłego oczekiwania wyczerpała siły i ochotę do czegokolwiekbądź oprócz ocalenia życia. Myślał znowu z tęsknotą o Bernie, o siostrze, i byłby przyjął ubóstwo wieczne, byle z nad jego karku ustąpił ten miecz Damoklesa.
Szubienica, koło, rwanie końmi, ćwiertowanie, wszystko to z kolei przychodziło mu na myśl. Hrabina Brühlowa, wielkość przyszła dostojeństwa, bogactwo, czemże były, położone na szali obok takiego sromotnego końca? Długo stał Simonis, nim się opamiętał i powlókł dalej. Rozgorączkowanie myśli, to chwilowo usunięte niebezpieczeństwo, dozwoliły mu zapomnieć, iż pewien był pozostać zgarbionym włóczęgą w łachmanach. Naprzód wiązkę drew rzucił pod murem, potem, trąc czoło i twarz, oczyścił ją w części z sadzy i umyślnego brudu; naostatek rozprostował się i zwykłym krokiem począł iść nad Elbą.
Tu już naówczas stało kilka letnich domków i mieszkań zajmowanych przez zamożniejszych dworaków. Simonis zapomniał lub nie wiedział, że wuj Ammon miał tu maleńką posiadłość. Przypuszczać zresztą było trudno, ażeby ją w tej porze zimowej mógł odwiedzać. Lecz są ludzie stworzeni do tego, ażeby im się nie wiodło.
Troskliwy o swój opuszczony domek, powracał właśnie stary Ammon pieszo, spiesząc do miasta, usłyszawszy dzwony zwiastujące króla przybycie, gdy na drodze oko w oko, niemal go potrąciwszy, spotkał się z Simonisem. Obaj stanęli osłupieli. Ammon wiedział od Wylicha o swoim kuzynie i jego zdradzie, wypierał się go z całych sił: gdy w tem dziwnem przebraniu zjawił się mu przed oczyma. W pierwszej chwili zawachał się z poznaniem, Simonis też chciał, nie dając czasu do rozmysłu, uciekać, gdy Ammon rzucił się na niego.
— Stój! ty trudniu! przechero jakiś! łajdaku! stój! — I chwycił go za ramię.
— Czy waćpan chcesz mnie wydać? — zawołał Simonis, obejrzawszy, że na drodze nie było nikogo.
— Co ty tu... co ty śmiesz robić? jak?... — Ammonowi wyrazów nie starczyło — ty jakiś... mów!...
— Chcesz mnie wydać? — powtórzył Simonis — tego tylko brakło.
— Mam cię przechować? ty niepoczciwy, którego się wyparłem; ty zbóju — wołał Ammon — mam dla ciebie szyję poświęcić?
— Puśćcie mnie tylko, nie chcę więcej nic.
— Tak, idź, idź na złamanie karku; patrz — odwrócił się stary — Elba o dziesięć kroków; wiesz, co masz najlepszego do zrobienia? idź, utop się idź...
I pchnął go z całej siły; uszedł potem kroków kilka, gorączkowo począł szukać po kieszeniach, wyciągnął zieloną sakiewkę wysypał z niej ręką drzącą, co było, i rzucił stojącemu Simonisowi, poczem, nie odwracając głowy, puścił się ku miastu.
Maks wyczekał trochę, i kołując poszedł szukać mieszkania Masłowskiego, który nań oddawna czatować musiał: nie łatwo przyszło mu je znaleźć po dosyć długiej włóczędze.
Ksawery, nie chcąc, aby widziano przybywającego, wszystkich powyprawiał z domu; sam z za drzwi wyglądał w ulicę syknął i dał znak a Simonis wbiegł co prędzej. Na górze czekały go suknie, spoczynek i jedzenie, którego nie skosztował. Zaledwie zrzuciwszy z siebie brudną odzież, którą Masłowski wepchnął do palącego się pieca, Simonis padł na łóżko i omdlał.


X.

Ktoby był widział pięknego dnia zimowego powozy i dwór króla Augusta III, wracające z łowów i zdążające o słońca zachodzie ku Warszawie, wspaniałe ubiory łowczych i myśliwców, piękne cugi, kosztowne futra, dwór od złota i srebra świecący, pióra nad kapeluszami, wstęgi, aksamity, dywdyki bogate, któremi wierzchowce pokryte były, nie domyśliłby się wcale, że panu temu dziedziczne jego kraje zajmował sąsiad, że mu całą młodzież do wojska pędził, sekwestrował dochody i w stolicy jego gospodarował, jak w domu, z tą jednak różnicą, że domu zawsze się oszczędza, a cudzej stolicy jak najmniej.
Lecz dzięki geniuszowi Brühla, fałszywe pojęcia o stanie spraw politycznych Europy nie miały przystępu do ucha Augusta; wiedział on, że za jego sprawę biło się siedemkroć sto tysięcy sprzymierzeńców, że lada godzina będzie mógł swobodnie powrócić polować w lasach hubertowskich i słuchać opery w Dreznie.
Brühl nieustannie powtarzał królowi, iż się niczego obawiać nie było potrzeby, w Polsce miał schronienie bezpieczne, szkody zaś poczynione w Saksonji łatwo było odzyskać przyłączeniem od Prus obszernych prowincji. Co zaś najwięcej bawiło i radowało poczciwego króla, to, że nawet tak udało mu się Fryderyka oszukać wybornie.
W czasie tego nieszczęśliwego pochwycenia wojsk saskich w obozie pod Pirną, gdy nawet ocalenia gwardji utargować nie mógł Rutowski, przyczaił się tak zręcznie Brühl, iż wszyscy niby zapomnieli o najpiękniejszych czterech pułkach saskich, stojących w Polsce. Te pułki przez Morawię pociągnęły w pomoc Austrjakom.
Król, ile razy sobie tę wyborną przypomniał sztuczkę, śmiał się, patrząc na Brühla, i mówił:
— A co Brühl, moje cztery pułki? ha?
Brühl uśmiechał się także, a August odpowiadał mu jeszcze raz śmiechem. To pewna, że nie tyle go martwiła strata całej armji, ile cieszyło wykradzenie tych czterech pułków. Równie tryumfował z tego, że wywiózł z sobą Magdalenę Correggia i Fryderykowi zostawił Battoniego, która, jak dla takiego znawcy, jeszcze była arcydziełem.
Naostatek, jakkolwiek Warszawy do Drezna naówczas porównywać niebyło podobna, ale założono i tu zwierzyniec do strzelania napędzonej dziczyzny, psów było dosyć do wprawy w celowanie, gdy na pole się ciągnąć nie chciało; saski pałac mieścił z biedy dwór i królowi samemu starczył; teatr zaś z niedobitków drezdeńskich i muzyką nadworną wcale niezłą złożyć się udało.
Ile razy solo fletowe przychodziło w czasie koncertu, król zwracał się do Brühla i szeptał mu na ucho :
— On tak nie zagra?
Ten on oznaczał Fryderyka, który w tej chwili, zapomniawszy o flecie wygrywał na saskich grzbietach koncert wcale nieharmonijny.
Tu, z warszawskiego punktu widzenia, cała wojna i przyszłe rozwiązanie tego dramatu nieszczęśliwego wydawały się tak jasno, tak nieochybnie tryumfalną sceną, iż król August, który z Koenigsteinu wyruszył tak markotny, wzdychający, zamyślony, odzyskał pogodę umysłu zwykłą i wszystkie obyczaje szczęśliwego człowieka.
Zachciewało mu się czasem czegoś z Drezna, ze zwierzyńców, z galerji, ale Brühl, który o sobie dla pana zapominał, umiał zawsze w zastępstwie tego, co brakło, wyszukać coś, co pana uspokoiło.
Jedno tylko dobrego króla martwiło, gdy mu minister, co się cały dlań poświęcił, opowiadał o poniesionych stratach, zrabowanym pałacu, popalonych zamkach, potłuczonej porcelanie, zbezczeszczonej garderobie.
Naówczas wzdychał król, nazajutrz sypał starostwami, jakie miał do rozporządzenia, ażeby choć w części te ofiary biednemu człowiekowi wynagrodzić.
Życie w Warszawie mało co było odmiennem od drezdeńskiego; tu tylko na pokojach częściej się spotykało wygolone głowy i szable, których właściciele tak się nauczali nizko kłaniać i w rękę całować króla jegomości, jak gdyby byli rodowitymi Sasami. Nie przeszkadzało to do rwania sejmów, ale któż może odgadnąć wichrowatą czuprynę wśród kilkuset? I tu król był obwarowany strażą zaufanych ludzi złożoną, aby nikt mu się nie przekradł z niepotrzebnemi wiadomościami. Brühl czuwał nad tem, ażeby z pola wojny przychodzące doniesienia zredagowane były zawsze tak umiejętnie, by wszelka klęska zdawała się zwycięstwem, a najmniejszy szarmycel pomyślną walną bitwą.
Zbierano też starannie wszystkie anegdotki o Fryderyku, które go w śmieszność podać mogły.
Brühl utrzymywał Augusta w tem przekonaniu, iż lada godzina skończy się to wszystko stłuczeniem na miazgę nieprzyjaciela. Czasem bardzo znudzony król zapytywał:
— A co?
— Wszystko jak najlepiej, Najjaśniejszy Panie — odpowiadał minister. — Francuzi już idą, armja rosyjska już wyszła, Szwedzi w drodze, Austrjacy wszędzie górą. Lada dzień katastrofa...
— Żeby go żywcem wziąć! żeby go żywcem wziąć! — mówił król.
— Tego się niechybnie spodziewamy, Najjaśniejszy Panie — odpowiadał niezmieszany Brühl — już dwa czy trzy razy o mały włos!
— O włos! — powtarzał August — ale zawsze ten włos!
Z Drezna wiadomości dochodziły nieustannie; Brühl kierował sekretną administracją hrabiego Mossa, Globiga i Stammera, dawał instrukcje Hennickemu, ciągnął nawet pieniądze, o ile obok wyciąganych przez króla Fryderyka dało się bocznemi drogami wydobyć; lecz z tego, co przychodziło z stolicy, robiono na użytek króla wybór troskliwy, aby o tem, co nie trzeba nie wiedział. Z rana przychodził Brühl zapytać o zdrowie i rozkazy, później wpuszczał wybranych przez siebie, podpisywano papiery, przychodziły na stół sprawy polskie, a po nich obiad wykwintny. Król rozbierał się do koszuli po tem znużeniu, zapalał fajkę, a osoby, które wpuszczano, były starannie dobierane, poufałe, potrzebne koniecznie lub zabawne. Niekiedy trafiał się obraz albo do nabycia lub przez którego z panów polskich ofiarowany. Stawiono go na staludze, a król wzdychał nad galerją, od której był oddalony. Troszczył się najwięcej o Madonnę Rafaela, którą się pysznił, dla której, gdy ją przywieziono, tron z sali kazał usunąć, aby wielkiemu mistrzowi zrobić miejsce.
— Któż wie? — mawiał — lada głupia kula austrjacka może świat pozbawić arcydzieła!
Jeżeli był teatr około czwartej lub piątej szedł król na operę, albo na koncert, albo jechał do Mokotowa, lub na Bielany na małe łowy. Wieczorem kładziono pod pałacem zwykle zdechłego konia, do którego schodziły się psy; król do nich strzelał z altany zawsze z tą oględnością, aby ich nie zabijać, tylko ranić, boby mogło ich w końcu zabraknąć. Strzelał zaś tak wprawnie, iż zwykle mawiał do Bruhla:
— Brühl, prawa łapa...
I prawa łapa była strzaskana.
Minister prawie tak doskonale strzelał, jak August III. ale rozumiał to, że mu gorzej zawsze wypadało celować i niekiedy chybiać.
Inne też rozrywki dwór bawiły: puszczano się kuligiem, bywały ognie sztuczne misterne, popisywali się wędrowni wirtuozowie, i opera na małą skalę przypominała Aecyuszów, Tytusów, Aleksandrów drezdeńskich. Niestety Faustyny tu nie było, a żadna jej zastąpić nie mogła. Na wspomnienie diwy król się zamyślał, nie mówił nic, oczy wlepiał w ścianę: czuć było, że w kontemplacji ducha cześć oddawał jej obrazowi przytomnemu wyobraźni.
Dnia tego kawalkata, która była wyruszyła ku Bielanom, szczególnym trafem już na przedmieściach Warszawy napotkała drugą.
Łatwo było poznać w tym szeregu powozów, zmęczonymi pocztowymi zaprzężonymi końmi, drezdeńskie ekwipaże dworu: król, który w odkrytem jechał, odwrócił się do tuż towarzyszącego mu Brühla, ręką wskazał i zawołał:
— Brühl, otóż masz! a to co?
Minister właśnie poznał był żonę swoją i dwór jej.
— Najjaśniejszy Panie! — zawołał — żona moja... Sama nam przywozi ważne wiadomości z Drezna.
Król milczącym, wdzięcznym ukłonem pozdrowił wyglądającą panią. Uwolniony dla rozporządzenia umieszczeniem hrabiny, Brühl pojechał za nią, a król do pałacu. Dobre pół godziny upłynęło, nim minister, na którego niecierpliwie oczekiwano, zjawił się w pokoju króla.
Zobaczywszy go, powstał August III. i spojrzał mu w oczy.
Brühl, jak zwykle, przychodził z twarzą jasną.
— Królowa? jak się ma królowa?
— W zupełnem, w najlepszem zdrowiu. Są od najjaśniejszej pani listy i od księcia kurfirsta, które żona moja chce mieć zaszczyt sama złożyć w ręce Waszej Królewskiej Mości.
— Sehr angenehm — szepnął król — bardzo mi będzie przyjemnie.
— Z wiadomości — dodał Brühl — ta tylko ważna, iż Fryderyk o mało nie zginął.
— A! jakim sposobem?
— Kamerdyner Glasau chciał go otruć w czekoladzie!
Król ręce podniósł do góry.
— Ale pies wypił truciznę.
Nastąpiło wątpliwe głowy rozkołysanie.
— Z tego powodu — mówił Brühl — posądzono mnóstwo osób w Dreznie, chciano więzić, więziono nawet. Odkryto zdradę sekretarza gabinetowego...
Słuchał z uwagą król, ale nie mówił nic.
— Szczególną niechęć zwrócił Fryderyk ku żonie mojej, czując w niej nieprzyjaciela, i dlatego ona oddalić się wolała.
— Zapewne — dodał król — tak lepiej.
Jeszcze raz zapytał o królowę August i przeszedł się zamyślony, zwrócił potem nagle do Bruhla:
— W bażantarni? w zwierzyńcu?...
— Wszystko całe, na mnie spada zemsta jego: palą i niszczą.
— Ale ja ci to nagrodzę — odparł król — zobaczysz, niech się to tylko raz skończy. Pałac trzeba żebyś sobie budował tutaj, zda się.
— Z łaski Waszej Królewskiej Mości.
— Ja ci na to dam. Są pieniądze?
— Są, Najjaśniejszy Panie.
Zadumał się król, na tem się skończyło.
Za panią Brühlową przybył cały jej dwór. W chwili wyjazdu pomnożył się on niespodzianie rozkazem gabinetowym króla, który oprócz hrabiny skazywał na opuszczenie stolicy baronównę Nostitz, jako zbyt czynną w zamkowych intrygach. Generał Spörken ledwie się potrafił utrzymać.
Simonis, ocalony i wyprawiony przodem do Wrocławia, tu się połączył z dworem Brühlowej, do którego Masłowski należał. Zmienił tylko kawaler Maks Simonis nazwisko swe na Henryka Ammona, i pod tem zjawił się w Warszawie.
Któż odmaluje radość, zapał, szał niemal, z jakim pan Ksawery, podrzucając czapkę do góry, powitał stolicę i dźwięk mowy, której był spragniony. Działało to na niego tak, że zaraz za Wrocławiem zaczepiał wszystkich, kogo spotkał, i gęba mu się nie zamykała.
Wesołość ta, często zbyteczna, wyrażała się dziwnie żartami niekiedy bolesnymi z Simonisa, który jechał przybity, milczący i wogóle zmieniony bardzo.
Do powozu też, w którym siedziała baronówna, przypadał nieustannie, aby ją bawić, bo była smutną, i zapewniać, że po Saksonji płakać nie będzie miała powodu.
Masłowski, który w ostatnich czasach postradał był wiele dawnej wesołości i swobody umysłu, odzyskał je w granicach rzeczypospolitej. Trafiło się też, że na drugi dzień w podróży spotkali na drodze pielgrzymującego z właściwym stoicyzmem, pomalutku Kondrata. Skorzystał on z zamętu, jaki w czasie przybycia Fryderyka panował, by się wyśliznąć z więzienia.
Nie tłómaczył się, jak tego dokazał, nie przyznawał, czy cegłę wyjął ze ściany; dosyć, że wolny, goły, mało odziany, o żebraczym chlebie, ciągnął się tak ku domowi, gdy go Masłowski poznał i na furgon wsadził. Karmiono go chętnie, bo służbie był użytecznym, a byli to jego dawni znajomi.
Jedna rzecz truła panu Ksaweremu powrót do domu: myśl o surowym ojcu, o panu stolniku, w razie gdyby odkrył, dowiedział się lub domyślił, że syn w Niemce się zakochał; tak było w istocie. Nie ulegało już najmniejszej wątpliwości, iż pan Masłowski głowę stracił, a było wielkie prawdopodobieństwo do tego, że baronówna serce mu oddała. Hrabina Brühlowa, której oczu przenikliwych ujść nie mógł stosunek tego rodzaju i która zwykła się go była domyślać nawet tam, gdzie nie był uśmiechała się z politowaniem. Próbowała nawet parę razy małą uczynić dewersję, bałamucąc potrosze Masłowskiego; lecz wprędce spostrzegła, że do galanterji tego rodzaju Polak nie był wcale zdatny...
Zakochany, zbyt się oddawał pani swych myśli, ażeby mu na epizody starczyło czasu. Simonis zaś, który był w łaskach pani, od ostatnich wypadków wiele w oczach jej utracił. Litowała się nad nim i znajdowała go zbyt mało rycerskim, nadto lękającym się dramatycznych scen itp. Tylko zasługa jego i poświęcenie ratowały od niełaski i zapomnienia. Simonis jechał z pewnością otrzymania posady sekretarza i dalszej świetnej krescytywy.
Najsmutniejszą ze wszystkich była baronówna, którą losy jej kraju obchodziły żywo. Przywiązaną była do królowej, litowała się nad jej losem, tęskno jej było zdala, próżno dowiadywać się tylko o tem, w czemby była uczestniczyć pragnęła. Przewidując klęski, chmurna, zmuszona, jechała za hrabiną, a jeżeli się kiedy uśmiechnęła Masłowskiemu, to na jedno mgnienie oka. Chmury wracały na czoło, łzy na powieki, tęsknota do serca.
Masłowski zadygotał, ona powtarzała ciągle:
— Powiedz, co się tam dzieje?
Pan Ksawery ledwie wysiadł, zaledwie się wyciągnął, gdy nadchodzący minister, zobaczywszy go zawołał do niego:
— Stolnik jest w Warszawie.
Chciał pytać Masłowski, gdzie go miał szukać, ale Brühl, któremu było pilno, wszedł do pokojów hrabiny. Złożywszy swe węzełki i zdawszy je służbie, pan Ksawery ani chwili się nie namyślał; trzeba mu było natychmiast pójść, paść do nóg ojcowskich; stolnik-by mu nie przebaczył opóźnienia.
A serce też, mimo strachu biło mu do tego ojca, który surowym był, zapalczywym, lecz dziecko kochał, i choć się z tem krył dla utrzymania powagi, zdradzał nieustannie.
Pan stolnik Masłowski z Chełmskiego był, jak Brühl mówił, jego przyjacielem, jak on sam powiadał, sługą jego ekscelencji. Ksawery wybiegł na ulicę, rachując na opatrzność, iż mu kogoś o mieszkaniu stolnika wiedzącego dostarczy. Każdego spotkanego szlachcica przy karabeli, zdejmując czapeczkę, zapytywał:
— Za pozwoleniem waćpana dobrodzieja, nie mógłby mi pan powiedzieć gdzie mieszka stolnik Masłowski?
Jedni odpowiadali grzecznie, grubijańsko drudzy: »Na końcu języka« albo: »kto go tam zna?« Inni radzili udać się w to lub w inne miejsce na zwiady. Ksawery szedł zmordowany i już zły, gdy zobaczył dobrze sobie znajomego Maćka, fornala ojcowskiego, na małej taczce, z wielką biedą popychającego beczułkę, oczywiście pełną, bo sobie ledwie z nią mógł dać radę. Maciej miał głowę spuszczoną, zaspany był i spocony, mimo chłodu.
— Stój, Maciek! na rany Chrystusowe! — zawołał — gdzie ojciec!
Przestraszonemu apostrofą chłopcu taczka z rąk wypadła i o mało się beczułka z niej nie stoczyła.
— Jezu miłosierny! toż to panicz! A co pan zdrowasiek na waszą zmówił intencję, a jakie u nas paskudne chodziły wieści!
I począł go ściskać za kolana.
— Chwałaż Bogu, żem cię spotkał — zawołał Ksawery. — Ojciec zdrów?
— Dzięki Bogu jako tako.
— Cóż to wieziesz?
— Rozumie się, wino, proszę panicza; trzeci dzień u nas piją — rzekł Maciek — na zabój. Coś to tam, jakaś sejmowa sprawa, wino idzie na rachunek ministra. Pan stolnik, jako gospodarz wody sobie potrosze dolewa aby trzeźwym być, ale nie bez tego, żeby też nie był pod hełmem, a co drudzy paniczu, jak szofy! Zdaleka słychać jak wrzeszczą.
Ksaweremu zrobiło się markotno trochę.
— A gdzie stoicie?
— Na Pociejowie, proszę panicza; najął pan stolnik pięć pokoi. We trzech już leżą jak kłody ci, którzy mają do syta; ano co się wytrzeźwi który, to mu dolewają.
Nie pytając o więcej, poszedł pan Ksawery. Dostali się z chłopcem na podwórze w Pociejowie, pełne sani, wozów, czeladzi, żydów, wrzawy i wszelkiego motłochu. W kącie kuglarz pokazywał sztuki z gałkami i kupkami, gawiedź mu się przypatrywała, a filuci powoli robili rewizję po kieszeniach. Hałas w dziedzińcu i w gmachu był ogromny trzeba było nawyknąć do niego, aby znieść. Stąd już chór podpiłej szlachty słychać było na górze, a w oknach, choć jeszcze za dnia, już zapalone były światła. Nie potrzebował dalej przewodnika pan Ksawery; wrzawa i śpiewy go prowadziły.
Podszedłszy pode drzwi, poprawił ubrania, zdjął czapkę przeżegnał się, gdyż przystąpić do ojca nie mógł nigdy bez obawy, i uchyliwszy drzwi, wszedł do ogromnej izby, w pośrodku której właśnie z kielichami podniesionymi do góry stojący przyjaciele pana stolnika ryczeli ochrypłymi głosami pieśń znaną:

To pan, to pan, to dobrodziej nasz,
A my jego słudzy;
Pijmy, jako drudzy.

Jeden potężny głos basowy szczególniej się odznaczał. Posiadacz jego siedział na ławie, obie ręce do ust w trąbę złożone przystawiwszy, wył, aż mu oczy na wierzch się wydobywały, a twarz karmazynem oblewała.
Zapach wina, jadła, świec, butów szlacheckich zlekka dziegciem dzyngowanych, najrozmaitszych woni, chwycił za nos przybylca, który u progu zatrzymał się pokornie, kroku dalej ruszyć nie śmiejąc.
Na przodzie stał pan stolnik Masłowski, olbrzymia figura, z brzuchem potężnym, z którego pas był opadł nizko, tak nizko iż lękać się było można, aby się na ziemię nie zsunął.
Piękny to musiał być niegdyś mężczyzna, ale życie do rozrostu niepomiernego budząc ciało, zatarło szlachetne formy pierwotne. Głowa była tylko wysoko podgolona z wąsem, z podbródkami, z oczyma niebieskiemi napół przysłoniętemi, miała wyraz rozpojonego Sardynapala. Znać w niej było krew bujną, starą, rycerską, a zarazem już okiełznaną doradztwem i nałogami.
Jedną ręką trzymał się w bok, przy karabeli, której nigdy nie odpasywał, którą u stołu kładł przy sobie, a nocą przy poduszkach; drugą unosił pełną, kielich złocistym płynem nalany po brzegi. Zrazu czy nie spostrzegł, czy nie poznał syna, oczy mając zaszłe blachmanem, lecz nagle zadrgał mu kielich, usta otwarte ścięły się i popędził ku drzwiom.
Pan Ksawery już leżał u nóg jego, stolnik drżał cały, kielich mu padł z rąk; rzucił się gwałtownie, chwytając za głowę i całując namiętnie syna. Dopiero temu uczuciu dogodziwszy, pchnął Ksawerego od siebie.
— A mówże ty bestjo jakaś, co się z tobą działo? wszak już pletli Bóg wie co, i opłakałem waszeci!
Szlachta wesoła otoczyła wnet stolnikowicza.
— Wiwat! wiwat!
— Dajcież pokój — przerwał stary — jeszczeby czego nie stało, żeby takich smarkaczów pić zdrowie. Niech się wytłumaczy.
— Tst! tst! — zaczęto wołać.
— Panie stolniku — przerwał podkomorzy Różański. — Nie pozwalam! Na sucho mówić nego! veto! dać mu kropel, nim zacznie mówić... kropel!
Obejrzano się za winem.
Maciek, który miał już czas wcisnąć się do izby, niósł kielich nalany, rozlewając z niego po drodze. Gwałtem go w ręce wbito Ksaweremu. Ten przyklęknął.
— Zdrowie rodzica dobrodzieja! — zawołał.
A za nim jak hukną wszyscy:
— Naszego stolnika zdrowie! Kochanego stolnika zdrowie... do stu lat!
Od hałasu ci, co spali w dwóch dalszych izbach, pozrywali się na nogi i chwiejącymi kroki poczęli, za ściany i drzwi chwytając się, cisnąć do salki.
— Zdrowie stolnika! — wrzało, chuczało, szumiało.
Rozczulony ojciec jeszcze raz uścisnął syna.
— A teraz gadaj! — zawołał. — Panowie uciszcie się! Dworzanin jego ekscelencji ministra Brühla ma głos.
Ksaweremu nie zbywało na wrodzonej wymowie, lecz ile razy przy ojcu mu się z nią popisywać przychodziło, onieśmielony, jąkał się i prawił tak, że się jedno drugiego nie trzymało. Tym razem, czy wino, czy ogólny duch zgromadzenia, czy ojcowska czułość, czy radość z powrotu namaściły mu usta. Począł mówić dowcipnie, zamaszysto, piepszno i słono, nie żałując ani barwy, ani przyprawy. Ojciec stał zaniemiały ze zdumienia; szlachta się za boki trzymała. Chwilami, gdy Fryderyka malował i jego obyczaje, którym się przypatrzył w obozie, do szabli się rwano i na ostrych wyrażeniach nie zbywało. Jednem słowem na słuchaczach swych i na ojcu uczynił to wrażenie, iż kiedyś mówca z niego niepospolity urośnie.
W czasie tej mowy posiadali gdzie kto mógł, a przybysze świeżo przebudzeni z drugiej izby zdrzemnęli się znowu. Ojciec słuchał z radością i rozrzewnieniem przygód syna.
Masłowski, opowiadając o nich, jedno tylko pomijał starannie, to wspomnienie baronówny.
Gdy dokończył nareszcie, szlachta wniosła zdrowie stolnikowicza, a ojciec go pocałował i kielich wychylił milcząco. Więc znowu się wszczął gwar, huk i szkło ponapełniane szło wkoło.
Pan Ksawery, znalazłszy kilku dawnych przyjaciół i niemal rówieśników, cofnął się z nimi trochę na stronę, bo pytaniom nie było końca. A że się pora wieczerzy zbliżała, poczęła czeladź różnego stroju i kalibru nakrywać do ogromnego stołu. Obrós leżał już na nim od dwóch dni, pooblewany sosami i winem; poprzynoszono tylko stosy obłupanych talerzy, żelaznych noży i widelcy, dalej chleba stosy, a naostatku poczęły wyjeżdżać niewykwintne półmiski jadła, które na to były przeznaczone, istotne potrzeby zaspokajało.
Szły więc zrazy z cebulą, pieczenie z różna, kapusta kwaśna, ogórki, bigosy i fundamentalne jadła. Kto mógł, zabierał miejsce, bo tu rzeczywiście periculum in mora: ledwie misy dotknęły stołu, już z nich znikały potrawy.
Ksawery, głodny też, o sobie radzić musiał. Ojciec się zbliżył do niego.
— Radź o sobie — rzekł cicho — a jeśli zmęczony jesteś i zalewać nie chcesz, bo to też dla waści zawczesne, izdebkę na piętrze niech ci pokażą, abyś odpoczął, choć, Bóg raczy wiedzieć, czy my tu komu dziś spać damy; niemały to kłopot sejm smarzyć...
Westchnął, ocierając pot z czoła. Ksawery, korzystając z pozwolenia, posiliwszy się, natychmiast zniknął. Maciek poszedł za nim i w izbie mu na ziemi posłano, bo o łóżku mowy być nie mogło, na sianie i łosiowej skórze. Zaczynano chórem piać na dole, gdy Ksawery, do skórzanej też poduszki zaledwie głowę przyłożywszy zasnął kamiennym snem, z któregoby i działa pruskie może go obudzić nie potrafiły.
I spał, nie marząc nawet.


XI.

W kilka dni po przybyciu hrabiny i umieszczeniu jej, życie dworu, na chwilę jakby wstrząśnięte nowymi żywiołami, które do jego składu przybyły, wróciło do dawnego spokoju i zegarkowej swej regularności.
Najjaśniejszy pan po kilkakroć powoływał hrabinę, aby mu coś o królowej o dzieciach, o Dreznie opowiedziała. Minister bywał w rozmowie przytomny i wejrzeniami kierował odpowiedzi, gdyż doświadczył, że żona jego gniewem zbytnio się unosiła i wygadywała niepotrzebnie. Po kilku jednak dniach, August, czując się już dostatecznie zawiadomionym i uspokoiwszy sumienie, zapraszał tylko na zabawy, które, jako niezbędne życiu, szły swym trybem. Dodawały im smaku wiadomości przychodzące o zwycięstwach wojsk rosyjskich, o tryumfach austrjackich, o naprowadzonych siłach francuskich itp.
Było więc w Warszawie tak spokojnie, tak wygodnie, tak cicho, jak może być tylko w kraju, w którym wszystko od sejmów zależy, a w którym żaden sejm nie dochodzi i z chaosu zręcznie się korzysta.
W zarządzie polskiego kraju Brühl też same rozwijał talenta, jakich dał dowód, rządząc Saksonją; jednał sobie stronników, pilnował własnego interesu, obrachowywał, ile nieład przynieść może, i starał się go uwiecznić.
Zgryźliwsze umysły widziały w tem przyszłą zgubę; Rzeczpospolita już nie władała sobą; ale to, co się tu działo, dla teraźniejszych widoków ministra było korzystnem: nie szło mu o nic więcej.
Nadskakującą grzecznością jednał sobie ludzi; sam starał się przerobić na szlachcica polskiego, synowi dał starostwo warszawskie, córkę wydał za Mniszcha, spokrewnił się ze wszystkimi znaczniejszemi domami rzeczypospolitej. Miał tu także swych Stammerów, Globigów i Hennickich.
Gdy on o tych wielkich politycznych myślał planach, hrabina starała się sobie uprzyjemnić życie, ściągając do domu swego towarzystwo i dobierając domowników i sekretarzy do smaku.
Simonis, który po niejakim czasie przyszedł do siebie, stał na czele tej młodzieży, pod różnemi pozory przeznaczonej na opędzenie nudów i skrócenie czasu. Pomimo najwygodniejszego urządzenia w Warszawie, chociaż tu miała córkę i syna hrabina czuła się nie swoją. Tu sieć jej intryg tak łatwo i dogodnie snuć się nie mogła; tu przeciwko znienawidzonemu Fryderykowi nic przedsięwziąć nie było podobna. Nie było wreszcie ludzi, coby po wypadku Glasaua, zamkniętego na całe życie do fortycy, jego rolę na siebie przybrać się podjęli; trudno było o szpiegów nawet.
Każdą pocztę chwytała Brühlowa chciwie i po każdej smutniejszą była, bo wiadomości pomyślnych brakło.
Simonis pisał pod dyktowaniem listy codziennie; codzień je wysyłano drogami różnemi; lecz działanie zdaleka coraz się stawało trudniejszem.
Pan stolnik Masłowski, który rzewnie pierwszego dnia przyjął syna, drugiego dnia był już znacznie surowszym, a trzeciego odprawił go na służbę do Brühla. Ksawery nie był bardzo tem zmartwiony, gdyż mu to dozwoliło zbliżyć się do baronówny.
Ta także czuła, może mocniej niż inni wygnańcy drezdeńscy ciężar osamotnienia i tęsknotę za krajem, którego każde drgnienie w piersiach się jej odbijało. Towarzyszyła wprawdzie Brühlowej, ale jak niemy i obojętny świadek, którego myśl jest gdzieindziej. Nawet Masłowski, który, nie kryjąc się ze swem przywiązaniem, ciągle był przy niej, często nie umiał i nie mógł jej rozerwać. Uśmiechała mu się smutnie, serdecznie, ale bez życia, bez nadziei. I ona rzucała się chciwie na każdą pocztę, która przybywała z Drezna.
Wszystko, co stamtąd szło, obchodziło biednych wychodźców: ciężka nadzwyczaj zima, które szyldwachów dwuch królowi pruskiemu na śmierć zdławiła, drożyzna chleba, itp. Cieszono się nawet śmiercią generałów pruskich, z których jeden von Kleist zmarł w Dreznie.
W styczniu wiedziano o pobycie Fryderyka, który prawie nie opuszczając Saksonji, małe z niej tylko do Śląska czynił wycieczki. Resztę saskiej broni pozabierano w arsenałach, a ludzi chwytano po ulicach, gwałtem ich ciągnąc do wojska. Ze szkoły nawet uczniów starszych Fryderyk pozaszywał w kamasze.
Wszyscy przerażeni byli tem, że na zamku i w kościele szwajcarów rozbrojono, zastępując ich pruskim żołnierzem. Nareszcie przyszła wieść, że twierdze, mury i baszty pilnie zaczęto poprawiać i umacniać, a król nawet dowiedziawszy się, iż słusznemu żądaniu żony jego, która 174 000 talarów miesięcznie na dwór i życie wymagała, odmówiono, bardzo przez dwa dni był pochmurny.
Przyczyniła się do tego i wiadomość, że Hasse, genialny muzyk, którego król rad był mieć w Warszawie, wyjechał do Włoch, a ściągnąć się stamtąd nie dawał.
Gdy w Europie wojowniczymi ruchy wrzały całe państwa spiknięte na Fryderyka, tu król August mógł zażywać niczem, oprócz ech i odgłosów, nieprzerwanego spokoju. Całą zimę polowano wyśmienicie, korzystając z mrozów, co ścięły bagna, i śniegów, co zwierzętom utrudniały ucieczkę.
Z pierwszą wiosną, w kwietniu już, Fryderyk znajdował się w Czechach. Zwykłą jego zasadą było nieprzyjaciela nie czekać, ale pierwszemu nań nachodzić: tą śmiałością zyskiwał wiele. Lecz istotnie zdawała się zbliżać chwila, w której niewielkie jego siły, rozdzielone, zewsząd z ziemi wyrastającemu nieprzyjacielowi podołać już dłużej nie mogły. Obok wielkich wypadków na scenie politycznej i wojskowej, drobniejsze dzieje serca ledwie na siebie zwracały uwagę. Nie zachodziło też nic tak nowego, coby im nowy zwrot nadało. Simonis trzymał się hrabiny, wyglądając codzień bardziej znudzonym, choć z każdym dniem rosnął w łaski, podarki i nadzieje.
Masłowski oczyma gonił baronównę i mówiono na dworze głośno, iż ta miłość zobopólna małżeństwem się skończyć musi. Przeciągnęło się to jednak, a Simonis, pomimo wyrzeczenia się Pepity, z nudów, czy z istotnej skłonności, ostrożnie bardzo znowu zbliżać się zaczynał do niej. Baronówna chłodem i obojętnością odpychała go od siebie nadaremnie. Szwajcar, poznawszy lepiej stosunki miejscowe, domyślał się, że Masłowskiemu ożenić się z nią będzie trudno; rachował i na to, że hrabina może później, zobojętniawszy dopomódz mu do panny Nostitz.
Ostrożnie więc, nie natarczywie, Maks coraz bliżej kołował przy pannie; Ksaweremu nie zdawało się to bynajmniej niebezpiecznem, milczał więc.
Byłoby się to tak ciągnęło dłużej może, gdyby hrabina nie była zazdrosną, namiętną, i gdyby nie potrzebowała właśnie, nieczynnością zmęczona, czemś gorętszem się odżywić. Ludzie którzy długo w ogniu żyć byli nawykli, nie znoszą chłodu i ciszy. Intryga staje się nałogiem, namiętność potrzebą.
Brühlowa, raz powziąwszy podejrzenie, iż Simonis nie bez celu spogląda znowu ku baronównie, zaczęła go szpiegować, odgadła i, nie okazując nic po sobie, zapaliła się gniewem wielkim. Dla Simonisa stała się owszem czulszą niż kiedy, aby nie odgadł co go czekało.
Pewnego wiosennego poranku na świstku papieru nakreśliła hrabina do męża żądanie, ażeby przyszedł z nią pomówić; minister pełen atencji, stawił się natychmiast.
— Co mi moja piękna pani każe? — rzekł z uśmiechem.
— Mój Brühlu — odezwała się, nie wstając z krzesła, hrabina — mam do was prośbę, a spodziewam się, że czułe jego serce jej wysłucha: raz przecie dwoje szczerze się kochających połączyć potrzeba.
— Kogo? — zapytał zdziwiony minister.
— Ten biedny Polaczek Masłowski schnie z miłości dla Pepity; ona go kocha, ale chłopiec się ojca lęka i tak się to ciągnie, iż się oboje zamęczą. Zresztą — dodała ciszej — może się to skończyć też nieładnie...
— Serdecznie pani dziękuję za podanie mi sposobności spełnienia dobrego uczynku. Z największą przyjemnością — dodał Brühl. — Stolnik, ojciec Masłowskiego, jest mój przyjaciel, służy mi wiernie; słucha, zrobi, co zechcę: pożenim ich... C’est dit!
Brühlowa podziękowała skinieniem głowy, ale nakazała dyskrecję. Drugiego czy trzeciego dnia minister, zobaczywszy pana Ksawerego, przypomniał sobie obietnicę i, zbliżywszy się do niego, szepnął mu, aby ojca nazajutrz do niego prosił. Stolnik dotąd jeszcze był w Warszawie; wyjeżdżał wprawdzie co kilka tygodni, ale po polsku. Konie zaprzęgano, tłomoki znoszono, ludzie byli gotowi, zaczynały się pożegnania, podróż się opóźniała, odkładano ją do dnia następnego. Nazajutrz z rana coś przeszkodziło; po południu konie znowu wyprowadzono, ktoś nadszedł, interes był pilny i tak się zwlekło do nocy, a nocą jechać licha warto. Następował poniedziałek, a w ten dzień nikt nie jeździ. We wtorek było święto, we środę rozrachowywano, że do domu na termin oznaczony zdążyć nie można, i wyjazd odkładał się ad calendas graecas. Takie wyjazdy powtarzały się kilkakrotnie, stolnikowi ciężko się już było ruszyć z Warszawy. Wyprawiał dyspozycje ekonomowi, odbierał raporty i siedział. Gdy Ksawery, całując go w rękę, przyszedł prosić do ministra, stolnik cum debita reverentia to przyjął.
— Ano będę, oczywiście będę — rzekł.
Rozpytał o godzinę i syna odprawił.
Brühl tymczasem zapomniał o wszystkiem i dopiero na sali audjencjonalnej zobaczywszy pana stolnika, przywołał na pamięć o co chodziło. Odprawiwszy więc innych klientów, ujął go pod ramię i wprowadził do gabinetu. Domyślał się pan Masłowski, że musiało iść o rzeczy polityczne, i zdziwił się mocno, gdy go zagadnął minister:
— Na ten raz, panie stolniku, interes prywatny zbliża mnie do waćpana; pozwolisz mi z sobą, jako swojemu przyjacielowi, mówić otwarcie.
Stolnik się skłonił bardzo nizko, Brühl ujął go za rękę.
— Kochany stolniku, co myślisz z synem? Chłopak dorosły, młodzieniec, któremu wszyscy sprawiedliwość oddają: ja pierwszy. Czasby go może ożenić.
Masłowski aż odskoczył.
— E! to smarkacz! — zawołał — trzydziestu lat nie ma.
— Sam czas.
— U nas nie! oho! gdzie mu tam o tem myśleć!
— No — przerwał, śmiejąc się, Brühl — ja się lękam, że może on już dawno ma projekta.
Na twarz Masłowskiego wypłynął rumieniec.
— Z pozwoleniem jaśnie wielmożnego pana — rzekł — gdyby bez mojej wiedzy miał projekta, dostałby pięćdziesiąt bizunów i odeszłaby mu ochota.
Brühl się śmiał.
— Nie będę — rzekł — obwijał w bawełnę: waćpana syn kocha się w baronównie Nostitz. Jest to stara rodzina u nas, u dworu w łaskach, najjaśniejsza pani i król są opiekunami panny, ma majątek piękny, wcale piękny. Osoba zacna i charakteru najszlachetniejszego: czegoż sobie więcej życzyć można, gdy i miłość jest wzajemna?
W czasie tej mowy stolnik milczał, ale powoli twarz mu się mieniła, bladła, nabiegała krwią; marszczki okrywały czoło, wąs się podnosił i ruszał, ręka zaczęła drgać. Potarł czoło milczący, nadął się i widać, lękając się, aby z niego nie wybuchnęło to, co zawrzało, szepnął tylko krótko i cicho:
— Pan minister pozwoli... do namysłu... zobaczymy.
Brühl nie rozumiał, iż stolnik spolitykował tylko i dodał:
— Niech się pan namyśli; partja nie może być lepsza.
Stolnik nisko się ukłonił i prędko wyszedł. Przez salę audjencjonalną przesunął się nie patrząc na nikogo, w pałacu okręcił się szukając zaraz syna, a znalazłszy Ksawerego, powiedział mu krótko:
— Idź waćpan za mną.
Zaledwie wyszli w ulicę, aż dłużej w sobie rankoru nie mogąc utrzymać, stolnik stanął i zawołał:
— Trzykroć sto tysięcy djabłów, mosanie, to waćpan tu bez mej wiedzy w amory się wdajesz! hę! Sto bizunów! com obiecał to dotrzymam. A ten Niemiec szołdra jakiś, dlatego, że ja mu syna dałem do dworu, i żem mu w jego polityce służył, będzie mi się mieszał do moich spraw domowych! Truteń jakiś, a wara! a zasie! Co to ja twój chłop, sługa, żebyś mi ty syna żenił! Kwita z przyjaźni! — krzyknął, kułak podnosząc — kwita! A, to tak! Ksawery za mną!
I wzburzony cały stolnik poszedł na Pociejów. Ledwie w podwórzu stanął, na ludzi zawołał:
— Pakować i zaprzęgać!
Drżący pan Ksawery szedł za nim, stolnik sapał i zżymał się. Weszli do izby.
— Wart jesteś, żebym ci dał sto — zawołał.
Ksawery do nóg mu się rzucił.
— Jedno twoją winę w oczach moich łagodzi: to, że na tym dworze przeklętym baby szaleją i mężczyźni popsuci jak psy. Zaciągnęli cię; dosyć: póki ja żyję, z tego nie będzie nic, tak mi Panie dopomóż i święta męka Twoja.
Ksawery chciał mówić coś, ręką tylko machnął:
— Dosyć. Pakować: jedziemy.
Chciał syn iść po rzeczy swe, pożegnać.
— Ani kroku stąd, ludzie rzeczy zabiorą, a nie, pal je djabli; droższa dusza od spodni: duszę trzeba salwować. Jeszcze w naszym rodzie niemieckiej krwi nie było. My szlachta. Niech się Mniszkowie, Czartoryscy, Lubomirscy kumają z Flemingami i Brühlami, to magnaci: nam zakon tego broni, Waćpan nie znasz szlacheckiego zakonu. Z chłopką się żeń, jeśli ci do gustu; ale z Niemką wara!
Nieubłagany stolnik, nie puściwszy syna na krok od siebie, tym razem, gdy konie były gotowe, choć późno, wyjechał z miasta. Mijając Brühlowskie mieszkanie, rzekł jakby sam do siebie:
— Kwita, kochanku, z przyjaźni. Ja sobie w kaszę pluć nie dam.
I jakby go paliło, stolnik poleciał do domu.
Wypadek ten ogromne we dworze uczynił wrażenie: Bruhl śmiał się, ale był do żywego obrażony; Brühlowa się wściekała, baronówna (do której bilecik potrafił jakimś cudem wyprawić Ksawery, mimo dozoru ojca) zamknęła się na kilka dni w pokoju i nie pokazywała na dworze.
Cały plan, osnuty przez panią Brühlową, runął.
Simonisowi jego przeniewierzenia przebaczyć nie mogła. W kilka dni potem otrzymał nie odprawę, ale inne miejsce w kancelarji Brühla. Szwed Ferdeström zajął tegoż dnia jego miejsce. W tydzień minister oświadczył Maksowi, że go przeznacza w misji jakiejś do Hamburga, dokąd niełatwo przekraść się było można. Simonis się zawahał, dano mu trzeciego dnia małą gratyfikację i odprawę. Został nagle bez miejsca, bez nadziei, na tym pstrym koniu, na którym, wedle przysłowia, jeździ łaska pańska.
Brühlowa kazała mu powiedzieć przyczynę i oświadczyć, że się już nic więcej spodziewać nie może...




EPILOG.

Choć w życiu nic się nie kończy, w książce, wedle prawideł i przyjętej formy, czytelnik ma prawo wymagać jakiegoś rozwiązania. Musimy go więc zaspokoić o losach osób, które się w obrazie ukazywały.
Część ich znaczna do dziejów należy i o tych z historji więcej się dowiedzieć można, niż ze skromnego naszego opowiadania. Rok następujący 1757 rozpoczął dla Saksonji szereg pamiętnych klęsk. Fryderyk z zaciętością dalszą prowadził wojnę, z różnem szczęściem, lecz z wytrwałością żelazną. Nie był on dla niego pomyślnym. W bitwie pod Kollinem cztery owe półki saskie, które się w Polsce przechowały, przechyliły zwycięstwo na stronę Austrjaków; najpiękniejsza gwardja królewska w niej padła, zginął Fryderykowi generał Schwerin, nad którego zwłokami płakał. Hrabia Nostitz i Benkendorf, rzuciwszy się na Prusaków, położyli trupem najpiękniejszego żołnierza. Ziethen na drugiem skrzydle otrąbiał zwycięstwo, gdy oni zadali tę klęskę.
— To moja Połtowa — zawołał król, patrząc na pobojowisko.
Królowa Józefa, która już była chorą, podniosła się, dźwignięta tą wiadomością; ale wkrótce potem przyszła wieść o zwycięstwie pod Rossbach i ta ją dobiła. Pobożna pani zmarła, nie ustąpiwszy ze swej stolicy, nie dożywszy wzięcia Drezna przez Austrjaków, którym je zdać był zmuszony generał Schmettau.
Fryderyk, wydawszy rozkaz cofnięcia się z miasta, wprędce je zapragnął uzyskać. Obiegli Prusacy stolicę, otoczywszy ją wszystkiemi siłami. Rozpoczęło się straszliwe owo bombardowanie, które pół miasta obróciło w perzynę...
Znane są wypadki wojny siedmioletniej, wciągu której Fryderyk zrozpaczony nosił przygotowaną truciznę i kilka razy chciał sobie życie odebrać.
Dziwnie szczęśliwy skład okoliczności ocalił go i państwo, któremu groziła zagłada.
Fryderyk w sile wieku wyszedł na tę wojnę, w której szło o życie, nie jego, ale Prus świeżo powstałych; wrócił do Berlina złamanym osiwiałym starcem, choć napół zwycięzcą. Los w tem miał udział znaczny, ale wielcy ludzie wszyscy jemu coś są winni, czasami więcej niż sobie.
Zaledwie pokój w Hubertsburgu został zawarty, August i Brühl natychmiast opuścili Warszawę, śpiesząc do Saksonji, na ruiny i zgliszcza. Ministrowi ulubionemu, który łask swojego pana nie utracił do końca, wynagrodził August starostwa Spiskiego i pałacu Fürstenbergów w Dreznie, nie licząc łask innych.
Hrabina Brühlowa nie doczekała wszakże ani powrotu ani końca wojny i zmarła 1762 roku w Warszawie. Brühl przeżył króla i do zgonu był tym wszechwładnym panem Saksonji i Polski, jakimeśmy go, mimo nieudolności jego widzieli. Słabość króla stanowiła siłę ministra.
Dnia 1 maja, po zawarciu traktatu, śpiewano po kościołach Te Deum, galerja została otwartą. W sierpniu powrócił Hasse z Włoch i w operze dano Siroe, na dzień imienia króla w rocznicę ustanowienia orderu Orła Białego. Opera, w której Fryderyk umieścił magazyn wojskowy, w mgnieniu oka odświeżona została. Po Siroe nastąpiła Królowa Amazonek Talestris, z muzyką i librettem napisanem przez synową króla.
W październiku, gdy się przygotowywano do nowego widowiska »Leucippo« na dzień urodzenia Augusta, król, siedząc u stołu, wśród obiadu, pochylił się na krzesło i uderzony apopleksją, skonał.
Brühl przeżył go o kilka tygodni, jakby ich losy z sobą były związane; zachorował natychmiast po zgonie dobroczyńcy.
Kurfirst, który się z nim obchodził dosyć łagodnie, zażądał złożenia wszystkich urzędów; zostawiono mu jednak pensję znaczną...
Katolik w Polsce, ewangielik w Dreznie, na łożu śmierci Brühl wrócił do wiary, w której się urodził. Nałożono sekwestr na majątki, który w r. 1772 został zniesiony, i prawie cały przeszedł na dzieci Brühla. Oprócz innych po nim pozostałości, dlaczegobyśmy zapomnieć mieli o książce od nabożeństwa! Wyszła ona w tych czasach, gdy minister był jeszcze w najświetniejszem położeniu i gdy jej nie na pociechę w utrapieniach, ale dla ludzi potrzebował, którym się pragnął okazać natchnionym, uniesionym czystą miłością bożą. Odgrywanie tej roli religijnego człowieka należało do całości sztuki, którą z takim talentem doprowadził aż do spełnienia ostatniej, czarnej zasłony. Mors ultima linea rerum.
Simonis, w niełaskę wpadłszy, tułał się po Warszawie, przebywał jakiś czas w Białymstoku, w Wilnie, po dworach możniejszych panów polskich, odgrywając dwuznacznie rolę rezydenta, sekretarza, przyjaciela, wędrownika, wedle okoliczności.
Tymczasem, zdaje się, że przez jakieś tajemne kanały porozumiewać się musiał z dworem pruskim i uzyskać zapewnienie bezkarności (okupione zapewne znaczącemi jakiemiś wyznaniami), gdyż zaraz po zawarciu pokoju w Hubertsburgu zniknął z Warszawy, a wkrótce potem zapewniono, iż go w Berlinie widziano. Tu jednak Fryderyk, znacznie rozczarowany względem cudzoziemców, nie musiał go chcieć użyć do niczego, bo miejsca jawnego przynajmniej niemiał, a żył sobie jako człowiek prywatny i swobodny.
W roku 1774 Blumli, także odprawiony po śmierci Brühla, lecz dosyć zamożny, dzięki przeszłości, przybył do Berlina, mając powody opuszczenia Saksonji, i osiedlił się z nadzieją wstąpienia w służbę pruską. Siedział tu już pół roku bezskutecznie, gdy raz pod Lipami niespodziewanie się spotkał z Simonisem.
Poznali się obaj, choć obaj byli bardzo znacznie zmienieni na twarzy i na humorze. Zrazu zawahał się jeden i drugi, witać się czy nie; ale gdy Blumli podał rękę i napół się uśmiechał, Maks też ją wyciągnął.
— Co robicie w Berlinie? — począł Simonis.
Blumli, nie chcąc się spowiadać, złożył swą podróż na ciekawość, na brak zajęcia i zastrzegł się od pytań dalszych tem, że żadnego obowiązku nie ma, a nawet o żadnym nie myśli, zapewne po niejakim czasie wrócić chcąc do Szwajcarji.
Simonis, ubrany bardzo skromnie, dosyć podstarzały, z twarzą bladą i spokojną, gdy mu zadane pytanie Blumli nazad odesłał i zwrócił ku niemu, zrazu wahał się z odpowiedzią.
— Wyleczyłem się — rzekł po chwili — z choroby ambicji i z chętki dobijania do sfer, które nie każdemu bywają dostępne: gotów dziś jestem na małem się ograniczyć.
— Ale cóż robisz? zostajesz w Berlinie?
— Prawdopodobnie — rzekł Simonis trochę zakłopotany.
— Masz jakie zajęcie?
— Tak, jak żadnego.
Wszystko to były zagadki. Blumli, nie czując w nim chęci szczerego tłómaczenia, już go chciał pożegnać, gdy Simonisowi zebrało się na odwagę; wziął go pod rękę i odezwał się:
— Choć ze mną, do mnie.
O kilkadziesiąt kroków stamtąd, weszli do domu, na którego dole była cukiernia. Pominąwszy ją, Simonis zaprowadził przyjaciela w dziedziniec i w oficynie na prawo, której okna wychodziły na małą boczną uliczkę, zadzwonił na pierwszem piętrze. Służąca przyszła otworzyć.
Z drugich drzwi na chwilę pokazała się młodziuchna kobiecina, w domowym czepeczku, gosposia, niebardzo wykwintnie ubrana, i znikła. Simonis wprowadził Blumlego naprzód do swego pokoju, bardzo przyzwoitego i wygodnego; potem do mieszczańskiego saloniku, w którym widocznie były ślady kobiety. Blumli nie śmiał pytać o nic, ażeby przyjacielowi nie być zbyt natrętnym, gdy Simonis, rękoma biorąc dłoń jego, rzekł cicho:
— Widzisz, ożeniłem się!
— Jakto? żonaty jesteś? z kim?
Simonis westchnął, głos zniżając.
— Aspirowałem — rzekł — do daleko wyższych sfer i losów, ale prawdziwe szczęście nie ściele gniazda tak wysoko.
— Miłość więc? — przerwał Blumli
— Tak — rzekł Simonis — była to miłość, która się poczęła, gdy żona moja była prawie dzieckiem. Jam trochę o niej zapomniał, ale ona mi była wierną... No, no, i wróciwszy co było robić... ożeniłem się.
Ostatnie wyrazy dokończył niemal ze wstydem jakimś. Blumli aż się rozśmiał.
— A! na Boga! — zawołał — toś doskonale uczynił; zazdroszczę ci, jesteś szczęśliwy: cóż więcej potrzeba?
Z zawstydzenia Simonisa domyślając się, iż świetnego zapewne małżeństwa nie zrobił, Blumli nie pytał o szczegóły, gdy gospodarz wybiegł na chwilę do drugiego pokoju i, podszeptawszy tam coś, powrócił.
W dobry kwadrans otworzyły się dzwiczki i osóbka dziwnie podobna do owej słynnej czekoladnicy Liotarda, ale ciemnooka i ciemno-włosa, ubrana na prędce w jedwabną sukienkę, wniosła na tacce butelkę wina i ciasteczka.
Była to ta sama nieubrana gosposia, którą Blumli ujrzał wprzódy przez drzwi wpółotwarte. Simonis żonie swej przedstawił przyjaciela i ziomka. Młodziuchna jejmość usiadła przy nich, zapraszając i częstując z gościnnością natrętną ludzi nie wielkiego świata, a dobrego serca. Blumli znalazł ją bardzo miłą, wesołą i wdzięczną.
Kieliszki szły szybko jedne po drugich, gosposia przyniosła jeszcze jedną butelkę, a tuż wszedł nowy gość niewykwintnie ubrany, bo w fartuchu pod surdutem. Był to ojciec pani, cukiernik, który jako Szwajcara i ziomka przychodził poznać pana Blumlego. Zaczęła się tedy ożywiona rozmowa i gość dowiedział się z niej, że dawny sekretarz ministra, dawny sekretarz gabinetowy króla, dawny wielkich nadziei, ajent polityczny był dziś pomocnikiem cukiernika.
Karjera jego zdawała się być skończoną na zawsze, a Charlotta o żadnej innej myśleć mu nawet nie pozwalała, nasłuchawszy się o niebezpieczeństwach, na jakie mąż jej był narażony.
— Chwała Bogu! — mówiła żywo — w domu nam na niczem nie zbywa; niema czego się po świecie dobijać, narażając się na skręcenie karku, a nam to do czego?
Blumli, przesiedziawszy parę godzin u Simonisa, z westchnieniem mieszkanie jego opuścił. Jakkolwiek skromną nader była dola kawalera Maksa, majętniejszy od niego Blumli prawie mu jej zazdrościł.
Panna baronówna Pepita, po wywiezieniu Masłowskiego przez ojca, zamknęła się z początku i na świat pokazywać nie chciała; potem zmuszoną była na świat powrócić, ale się na nim zachowała obojętnie, dumnie i licznym swym wielbicielom, ażeby jej nie nudzili długo, dawała sumaryjną, bardzo ostrą odprawę. Wkrótce też, mimo wdzięku i mienia i zamożności jej, nikt się już do niej nie posuwał; mówiono sobie, że Pepita ma w sercu nieuleczoną jakąś miłość.
Masłowskiego młodego więcej już na dworze nie widziano. Ojciec nie poprosił nawet o uwolnienie go od obowiązków; jak go dał wprzódy Brühlowi, tak go potem samowolnie odebrał i na wsi zamknął.
Stolnik z tego powodu zerwał nawet z Ministrem i jego adherentami, stojąc w opozycji przeciw dworowi, któremu przebaczyć nigdy nie mógł, iż śmiał mu chcieć syna ożenić; nazywał to tyranią, absolutum dominium itp., i stał się zagorzałym republikanem.
Pan Ksawery, za karę, iż śmiał rozporządzać swem sercem, nie odniósłszy się wprzódy z tem do ojca, chociaż miał zapowiedzianem z góry, że o małżeństwie myśleć nie powinien, mianowany został ekonomem w majątku stolnika. Przychodził wprawdzie do stołu i niekiedy wzywany był do gości, ale zwykłe dni spędzał w polu, stodole, przy kosarzach, młóckach itp. Niekiedy ojciec dla złamania buty i swawoli młokosa, jak powiadał, sadzał go w smrodliwej gorzelni, nakazując pilnować żyda i wypędu wódki; czasem posyłał go biedką jednokonną do Hrubieszowa, Chełma i Lublina po sprawunki. Po półroczu dopiero dano mu lichego konia wierzchowego. Ojciec jednak, monitowany podobno przez duchownego, księdza dziekana Pietraszkiewicza, zliczywszy lata synowskie i obrachowawszy się z sumieniem, postanowił go ożenić, by krewkości młodzieńczej koniec położyć; chciał mu folwark Rudy wypuścić sam, rozpatrzywszy się po sąsiedztwie, wybrał mu pannę chorążankę Zerkowską, jedynaczkę, po najdłuższem życiu rodziców mającą posiąść sąsiednią wieś kapitalną Żłoby.
Pewnego wieczoru, gdy Ksawery, klucze od stodoły i lamusu odniósłszy, stał u progu, czekając na dyspozycję pańszczyzny, stolnik westchnąwszy odezwał się:
— Coś chciałem mówić... waćpanu przychodziła do ożeńku ochota... hm! Musiała już djablo bezżenność dokuczyć, kiedy aż Niemka zasmakowała! Wchodząc w to, nie jestem tyranem żadnym — dodał stolnik — na ożenienie wreszcie, acz antycypowane, piszę się, aby jakiego zgorszenia niebyło; ale sam waści wybiorę żonę.
Spodziewał się podziękowania stolnik; spojrzał: Ksawery stał i milczał, wcale nie rozradowany.
— Cóż tedy waszmość na to? — spytał.
— Ja nie mam ochoty do ożenienia! — wyrwał się Ksawery.
Ojciec stanął zaperzony, biorąc się w bok.
— A to tak! rozumiem! Jak ojciec sobie życzy, to nie. Otóż gdy mi się podoba, ożenię waszmości; bo prawo mam i po nosie sobie grać nie daję; rozumiesz waść?
Ksawery, nie chcąc ojca jątrzyć milczał.
Nastąpiło kazanie całe o posłuszeństwie, jakie dzieci są rodzicom winne, o przykazaniu bożem: »Czcij ojca i matkę twoją«, o Niemcach i Polakach, o niesforności młodzieży itp. Wysłuchał go cierpliwie pan Ksawery, nie ważył się ani słowem odpowiedzieć, ojca w rękę pocałował i odszedł.
Stolnik był markotny, ale uparty. Nazajutrz kazał synowi jechać do Żłobów, do chorążostwa, pod pozorem zamiany pszenicy na nasienie. Dał mu list do Zerkowskiego: Ksawery pojechał. Przyjęto go tu uprzejmie. Panna była zdrowa, hoża i wychowana po domowemu, a we dworze znać było gospodarstwo niezmiernie zabiegliwe. W izbie gościnnej jejmość z córką liczyły i gatunkowały motki i talki poodbierane ze wsi, ważono len i rozdawano, wcale się gościa nie wstydząc. Sam chorąży kilka razy z kluczami chodził do lamusa, ludziom nie wierząc. W dziedzińcu rozesłany był len naprzeciwko pokojów często przez drzwi otwarte ujrzeć było można przechodzących z różnemi gospodarskimi potrzebami ludzi. Chorążanka, milcząca, zarumieniona, przypatrywała się gościowi; matka też. Mówiono mało o rzeczach obojętnych.
Obiad, na który zaproszono, choć widocznie z występem, był niezmiernie prosty: legumina, która się nie udała, składała całą paradę.
Gdy Ksawery powrócił, jeszcze ledwie z konia nie zlazł, gdy już w ganku nań ojciec czekał. Próbkę pszenicy przywiózł. Wieczorem stolnik spytał o pannę, jak się podobała; Ksawery milczał.
Poszło tedy na upartego. Ojciec co trzeci dzień do Żłobów jeździć kazał w konkury, czasem sam towarzyszył. Sadzano pana Ksawerego przy chorążance. Młodzieniec był grzecznym, ale nic więcej. Rachując na krewkość i na świeżość panny, stolnik się omylił i był zły. Po niejakim czasie chciał zrobić zaręczyny; Ksawery, nawykły do regoru, rzucił mu się do nóg i powiedział, że nie może żenić się i nie ożeni. Scena była okrótna: hałas, wrzawa, aż się służba pode drzwi zbiegła. Stolnik wrzeszczał, czerwieniał, bił pięścią o stół; nic nie pomogło. Długo się jednak uspokoić nie mógł. Przeklinał dzień i godzinę, gdy syna oddał na dwór niemiecki, który mu jedynaka zepsuł i zrobił z niego jakieś stworzenie, niewiedzące samo, czego chciało.
Odłożono zaręczyny ad futura, nieodstępując od nich. Energja ojca walczyła z mocnem postanowieniem syna. Postrzegł w końcu pan Masłowski, że w nieodrodnem dziecku jego własna krew grała. Na radę do księdza dziekana... Ten życzył zostawić to czasowi: nie było w istocie innego ratunku, bo się stolnik do ostateczności posuwać nie chciał.
Życie Ksawerego było istotną próbą wytrwałości i męstwa. Lecz wesołe jego dawne usposobienie, swoboda umysłu, śmieszek na ustach, lekceważenie wszystkiego, zmieniły się bardzo. Pan Ksawery stał się milczącym, ponurym, zamyślonym, wreszcie blednąc mizernieć poczynał i chorzeć. Stolnik, który go jednego miał i po swojemu kochał, nie okazując po sobie nic, zakłopotał się.
— A choćby go też te niemieckie amory uleczyć miały — mówił sobie w duchu — co niemożliwe to na żaden sposób.
Chciał go kędyś wyprawić, znaleźć pozór jakiś do zerwania, wymyślić lekarstwo; ale ani on sam, ani ksiądz dziekan nie zdobyli się na żaden plan wykonalny.
Nastąpił wreszcie koniec wojny, wyjazd dworu z Warszawy i oddalenie się z nim panny Nostitz do Drezna. Ksawery, który, pomimo nadzwyczajnej ojca pilności, potajemnie pisywał do niej i odpowiedzi różnemi odbierał drogami, wpadł w większy jeszcze smutek, gdy mu oddalenie się baronówny nawet stosunki z nią listowne utrudniło. Stolnik się cieszył, gdy Niemcy pociągnęli do Drezna.
W tejże samej prawie chwili u mieszkającego w blizkości podkomorzego wypadł obchód imienin uroczysty, który na sposób saski solenizowano. Szlachta się zjechała z całego sąsiedztwa na mil dziesięć; szopę wystawiono, aby stół na kilkaset osób w niej umieścić; niewiem wiele beczek wina sprowadzono umyślnie.
Stolnik, który był znany z tego, iż w podobnych okazjach dostał kroku najtęższym, począł tego dnia iść o lepszą z lubelskim mecenasem Zawistowskim, także hulaką, jakich mało. Obaj zdrowia wymyślali, kielichy coraz ogromniejsze, osobliwsze sposoby picia; drugiego dnia wprawdzie Zawistowski legł bez zmysłów, a stolnik, nad nim pogrzebowego wypiwszy, tryumfował; lecz do domu wróciwszy, i sam się położył.
Leczył się kwaśnymi ogórkami, kapustą, śledziem, różnymi wymysłami; nazajutrz jednak nie wstał, a we dwa dni dostał gorączki i majaczył. Posłano po fizyka do Lublina, a ten oświadczył, że chyba silna bardzo natura zwycięży, bo w medycenie on środków nie widzi. W ciągu tygodnia było ciągle gorzej i coraz gorzej, spodziewano się kryzys, ale zamiast niej przyszło osłabienie i konanie. Stolnik, poczuwszy zbliżający się koniec, posłał po dziekana, spowiadał się bardzo przykładnie i umarł prawie przytomnie, synowi dawszy błogosławieństwo. O ożenieniu żadnem mowy nie było. Ksawery znalazł się więc panem woli i swobodnym. Pogrzeb stolnika przy ogromnej frekwencji obywatelstwa, ze stypą należną pamięci tak znanego pana, odbył się w Chełmie i kosztował na one czasy sumą znaczną. Wdziawszy żałobę, stolnikowicz pozostał w domu, regulując pozostałe interesa. Nie ruszył się wcale przez cały rok i sześć niedziel poczem nabożeństwo jeszcze w aniwersarz za duszę nieboszczyka odprawiwszy, do Warszawy pojechał. Dziekan który od czasu do czasu bywał, obserwował go i badał, wcale nie umiał powiedzieć, coby myślał. Tymczasem podróż się przeciągnęła.
Dowiedziano się nierychło, iż z Warszawy ruszył Ksawery do Drezna. Złożyło się to właśnie, iż tu w październiku przybył.
Króla przywróconego krajowi przyjmowano tu uroczyście, a Brühl dbał o to, aby mu na zwykłych nie zbywało rozrywkach.
Ale minister sam, jakkolwiek w łaskach zawsze u pana, dla którego był niezbędnym, czuł się nie tak wszechmocnym, nie tak siebie pewnym jak wprzódy.
Nie mówiliśmy w ciągu powieści o zajściach jego z hrabią Wackerbarth Salmour, niegdy przybocznym młodego kurfirsta, który Brühla nienawidził i w otwartej z nim był wojnie. W czasie siedmiolecia, gdy kurfirst mieszkał jakiś czas w Dreznie, a Wackerbarth z nim był także, udało się nieskończenie w małych rzeczach zręcznemu Brühlowi ściągnąć podejrzenia Fryderyka na nieprzyjaciela swojego, którego król pruski w Kistrzynie osadził. Wkrótce jednak intryga się wydała, puszczono go na wolność, ale cała rodzina, przyjaciele, stronnicy Wackerbarthów, całe otoczenie księcia Ksawerego, wszystko to, co stało poza dworem króla, tchnęło nienawiścią przeciw Brühlowi.
Młoda żona Fryderyka Chrystyana, Marya Antonia Bawarska, była też dla niego niebezpieczną współzawodniczką. Młodość, talenta, śmiałe chwytanie wszystkich środków, wiodących do opanowania władzy, obiecywały, że wszystko pod siebie zagarnie. Godziny panowania Brühla były policzone. Marya Antonia malowała, znała się na sztuce, pisała libretta, komponowała muzykę do opery i króla starała się zająć wszelkimi sposoby.
Kurfirst nie liczył się wcale. Był to dobry, łagodny, spokojny człowiek, chory od dzieciństwa i niemogący chodzić o swej sile. Matka napróżno starała się go namówić do zrzeczenia się tronu i ustąpienia praw ulubieńcowi jej, energiczniejszemu Ksaweremu.
Na dworze krzyżowały się więc wpływy różnych kółek, a choć Brühl zawsze panował nad królem, musiał się oglądać na przyszłość. Książę Ksawery nie krył się z nienawiścią ku niemu... August III nie tak w latach był podeszły, jak życiem zbyt wygodnem, zbyt pieszczonem wycieńczony. Bawiono go już jak dziecię, i to zdziecinnienie codzień było wybitniejsze, stawało się śmiesznem. Kuratela Brühla była nieuchronnie potrzebną, lecz stała się rażącą.
Masłowski wpadł do stolicy wśród nagromadzonych w niej zabaw, któremi starego pana rozerwać usiłowano. Zaczęło się to od weneckiego skoczka Cassaty, który sześćdziesiąt sześć sztuk pokazywał na linie, przyczem była arcyzabawna psia komedja, w budzie na Nowym Rynku. Później za Pirnajską Bramą, nad Elbą, na łące urządzono strzelanie do ptaka, którego siedem lat mieszkańcy Drezna nie mieli. Tysiące się też ludu na nie zbiegło. W dzień orderowy dnià 30 sierpnia, pierwszy raz w oczyszczonej operze grano Siroe, a w Brühlowskim ogrodzie na Frydrychsztacie było orderowe strzelanie do celu i stół dla kawalerów. Wszyscy ci panowie występowali w uroczystych szatach karmazynowych, bogato srebrem szytych. Był dla zabawy i sejm saski, było i wiele innych rozrywek.
Panu Ksaweremu jednak wcale o nie głowa nie bolała, szukał baronówny i znalazł ją nareszcie przy podstarzałej stryjence, dobrowolnie od dworu usuwającą się. Spotkanie było czułe i milczące. Stara baronowa, która stręczyła Pepicie kogo innego, ozięble przyjęła Polaka, ale sprzeciwić się nie mogła dawno postanowionemu małżeństwu.
Koniecznie formalności, które je poprzedziły, zabrały tyle czasu, iż Masłowski przytomnym był jeszcze uroczystej abdykacji generała Rutowskiego komendanta Drezna, którego miejsce zajął Chevalier de Saxe. Z powodu tego Brühl cały dwór wspaniale przyjmował znowu w ogrodzie swoim. Gotowano się do pierwszej próby Leucippa, gdy tegóż dnia król od stołu już nie wstał... W parę dni potem, po ślubie cichym w kaplicy królewskiej, Masłowski z żoną wyjechał do domu.
Nie umiemy powiedzieć zaprawdę, jakie było pożycie młodej pary, ale to pewna, że potomkowie jej choć z cudzoziemki urodzeni, mimo obawy nieboszczyka stolnika, nigdy w niczem nie dali poznać, iż obcej krwi kropla w ich żyłach płynęła.


KONIEC.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Prawdopodobnie pomyłka w druku. W 1. rozdziale jest mowa o siostrze pozostawionej w Bernie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.