Wieczory drezdeńskie/Listy drezdeńskie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wieczory drezdeńskie
Data wydania 1866
Wydawnictwo Xięgarnia Zelmana Igla
Drukarz Drukarnia Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Listy drezdeńskie.



Violenta nemo imperia continuit diu
Moderata durant
Sen. Troad 2. 217.
Errat, si quis existimat tutum esse
ibi regem, ubi nihil ab rege tutum est.
Sen. de clem. 1. 19.
Exitus acta probat.
Ovidius.


Wśród pełnych boleści chwil zwątpienia i zamętu ludziom wiary i pracy schronić się należy w te poety rzymskiego templa serena, które buduje wiara i nauka. Niech one nam dadzą przytułek, złóżmy u ołtarza prawdy dręczącą niepewność i gorycze powszednie. Żądasz odemnie stary przyjacielu pociechy, dać ci ją tylko mogę rozważając z tobą położenie nasze; nie jednego kraju i narodu, ale całego dzisiejszego świata, który wspólnym ludzkości losom ulega. Będziesz–że miał odwagę spojrzeć ze mną w te mroczne głębie?... Z bolejącego serca i udręczonego umysłu szeroko wypisać się muszę — osądzisz czy mam słuszność.
Nowych ci rzeczy ani doktryn nie przynoszę, bo nic nowego pod słońcem, nawet cierpienia nasze nie są bezprzykładnemi, pod pewnym względem; powtórzę ci tylko stare, oklepane, trochę zaniedbane i zapomniane prawdy, które przy tylu fałszach będących w obiegu, nie zawadzi przypomnieć.
Wypowiem ci przekonania moje najgłębsze, choćby one przeciwić się miały powszechnie przyjętym dzisiaj, choćby niektóre z nich mnie z boleścią, tobie z przykrością słuchać przyszło. Miej tylko cierpliwość nie sądzić mię, póki się nie wypowiem do końca, dopóki to, co zrazu wyda się ostrem i draźniącem, nie usprawiedliwi następne.



Ludzkość i narody przez ciężkie przechodzą próby.
Pracujemy na roli przyszłości, uprawiając ją krwią i łzami — plon chyba dzieci nasze zbierać będą.
W smutku, często w zwątpieniu, wleczemy pług po ziemi czarnej, wahając się czy iść dalej?
Wielu z nas siada znużonych na zagonie, ale nieubłagana konieczność żelaznym biczem popędza — dalej a dalej.
Ludzkość nie może stać, iść musi, a czy droga jej kamieniami zasłana, czy potrząśniona różami — naprzód potrzeba!
Mniejsza o tych, co padają trupem ciała, którym nie stanie tchu i siły, gorzej z tymi, co upadną na duchu, tracąc wiarę i nadzieję.
Albowiem nie godzi się zwątpić o przyszłości; byłoby to nie wierzyć w Boga, przypuścić że nie ma prawa, i ślepy zwierzęcy fatalizm poślubić. Po za nami są dzieje przeszłe straszniejsze od naszej epoki zamętu, z których jednak ludzkość wyszła zwycięsko, są ciemniejsze ciemności, są rozpaczliwsze rozpacze, są przepaścistsze przepaście, które przecież czy trupami czy ruinami zawaliły wieki i społeczność przeszła przez nie dążąc dalej, po najstraszniejszych przesileniach — zawsze ku lepszemu.
W chwilach krwawego potu i znoju, gdy usta odwracają się od tego kielicha goryczy, potrzeba wstąpić na wyżynę i odważnie spojrzeć w głąb’ na otchłanie, aby nabrać siły i rzec sobie:
— Musimy iść dalej, mamy przed sobą przyszłość, powinniśmy tylko wiedzieć dokąd iść i jaką drogą?
To co nam wydaje się nowem, nie jest ani bezprzykładnem ani tak bezdennie czarnem, jak my olśnieni sądzimy; wyjść musimy z tych przepaści — są to ciemne wschody, po których wspinamy się ku górze światłości.
W starych baśniach naszego ludu bohaterowie dążą ku szklannemu wierzchołkowi góry, do źródła wody żywiącej i odmładzającej. Myt ten oznacza wybornie zadanie ludzkości, ciągle spinającej się ku najwyższemu dobru i światłu — które są życiem.
Ale tak w bajce jak w dziejach do źródeł życia nie ma drogi innej, tylko gościniec znoju, walki i trudu.
W tym strasznym pochodzie są ciężkie godziny zwątpienia; naówczas zapytuje siebie człowiek:
— Dla czego ludzkość pozornie się cofa i zawracać zdaje? Czemu prawda przestaje świecić i być prawdą? Dla czego między nią a fałszem nie ma widocznej granicy? Czemu wracamy tam, gdzie tylekroć byliśmy i skąd tylko cośmy wyszli?
Wszystkie te pytania dyktuje zwątpienie i omdlałość nasza; nie wiemy dokąd iść, stajemy niepewni, ale opatrzność dziejowa wytknęła drogę, należy jej szukać i dalej zmierzać do celu.
Cel ten — dobra ogólnego — jest nam znany, nie wiemy tylko jak go najspieszniej osiągnąć, aby z prawego gościńca nie zboczyć na manowce.
Nie wszystkie drogi do niego wiodą; są, co od niego odwodzą.
Chwila obecna nie dla Polski tylko, ale dla całego świata jest wielką próbą ducha.
Jestli jedna niezaprzeczona zasada; nieobalona prawda, nieuwieńczony fałsz, nieobryzgana cnota, niespotwarzone poświęcenie?
Począwszy od Chrystusa i jego nauki, którą obrzucają błotem i usiłują uczynić małą a niewystarczającą — chociaż części nawet prawd ewangelii w czyn nie wprowadzono — aż do szatana, którego apoteozę głosi rozpaczliwe szaleństwo, wszystko z kolei obłocono i oplwano, aby ostatecznie skończyć na zupełnem zwątpieniu i chaosie. Nie ma już czegoby się słowem i czynem nie zaparto.
Kupa gruzów została z przeszłości, na przyszłość ani planu gmachu, żadnej idei jasnej, żadnego trwalszego systemu. Nawet wybujałym utopiom pościnano głowy. Natomiast panuje zwątpienie, apatya, przestrach i bezwładność.
Najpotężniejsze umysły z trwogą poglądają w te głębie, cofają się od nich przerażone i czekają promienia z góry, usypiając w występnym fatalizmie.
Ale duch i światłość nie zstępuje na serca trwogą zamknięte.
Na tych rozdrożach nie my tylko jedni stoimy — nam nagim i odartym przyszło wyczekiwać na słocie, drudzy w lepszej wprawdzie odzieży, ale jak my nie wiedzą dokąd pójdą, z czem i za kim? Świat cały czeka i ręce łamie.
Dla czegoż byśmy nie mieli odważnie spojrzeć na rany i szukać na nie lekarstwa.
Drobne półśrodki nie uleczą nas, fatalizm byłby dobrowolnem wyrzeczeniem się samych siebie, potrzeba mężnie złe obnażyć, dotknąć go i szukać na nie lekarstwa.
Zwątpienie o ludzkości — powtarzamy — byłoby ateizmem, niewiara w przyszłość krótkowidzeniem niedołężnem.
Nie pierwszy raz ukrzyżowano człowieczego ducha, ale on zawsze zmartwychwstał nieśmiertelny.
Sursum corda...



Epoka nasza to czas jakiegoś nierozporządkowanego zamętu, zewsząd nas nieład otacza mimo niesłychanych starań o materyalne uregulowanie społeczności, stąpamy po zwaliskach, wśród których chwast i zielska rozpościerają się z pychą prawych właścicieli.
We wszystkich sferach czuć niezmierną boleść, wycieńczenie długą chorobą, to konwulsyę, to odrętwienie sprowadzającą. Mieniają się na scenie zbytki siły bezrządnej i bezsilności martwej, następują po sobie nieodgadnione symptomy, nielogiczne rzucania się jak w przededniu chrześciaństwa, zachcianki rzeczy niemożliwych, zwątpienie o prawie i przeznaczeniu ludzkiem.
Żyjemy jakiemś wyczekiwaniem prawdy bez jasnego jej pojęcia, negacyą tego co istnieje, niedobrze wiedząc dla czego jest nam tak źle; nadziejami dziecinnemi, nieokreślonemi, niespodzianek przyszłości, trawi nas gorączka powolna; czujemy jakby przedśmiertną godzinę.
Lecz jest to tylko przedwstępna odrodzenia chwila. Guizot w swem dziele o społeczeństwie chrześciańskiem odmalował dobrze ten stan chorobliwy, lecz dając trafną dyagnozę choroby, nie wskazał na nią lekarstwa, odbolał tylko niedolę ludzkości.
Zresztą na innych lekarzach nam nie zbywa, jedni chcą szukać zbawienia w powrocie i zacofaniu do przeszłości, która z daleka wydaje się ideałem, drudzy zaparłszy ducha, siłę liczebną całą przypisują materyalnym życia warunkom, inni radziby wywrócić wszystko, aby potem z nowego człowieka niemożliwe stworzyć społeczeństwo; nie brak ani teoryi, ani empirycznych recept, ale chory cierpi coraz boleśniej. Społeczność w istocie jest w chwili niebezpiecznego przesilenia i gdyby nie nadzieja, gdyby nie pewność ratunku w mocnem przeświadczeniu i wierze w wyższe cele ludzkości, w prawo postępu niezłomne, możnaby sądzić, że kresu dobiega, że ma skończyć jak niegdyś zaczynała, odmętem.
Dosyć spojrzeć na Europę, by dostrzedz że słabość ta napada nie tylko jednostki wycieńczone, ale umysły wybranych, że ogarnia całe narody, owłada niemal wszem światem. Odbija się to w życiu codziennem, publicznem, w teoryach społecznych i ekonomicznych, w polityce, literaturze, obyczajach.
A przyszliśmy do tego jakoś nieznacznie i powoli. Zrazu ogarnęła była świat namiętność utopij niemożliwych, szał Tukajowski przerabiania się na młodszy, na lepszy, na inny za pomocą filtrów a choćby i nożów; chciano pokrajać ludzkość, przegotować ją w doktrynach i zlepić potem nową. Próby się nie udały, przyszło zwątpienie, zwrot pod dach rzeczywistości powszednich, które już tylko na pułap patrzą, nie w niebo, opasują się najciaśniejszą granicą i nie śmieją jej przestąpić, aby się na zawody nowe nie narażać.



Dla dokładniejszego odmalowania tego smutnego obrazu potrzebaby przebiedz wszystkie objawy życia, a naostatek zdać sobie sprawę ze stanu politycznego Europy i zmian w pojęciach, jakim od lat kilku ulega. Potrzebaby rozważyć międzynarodowe państw stosunki, przypatrzeć się kruchości budowy tej, której upadku lękają się wszyscy, nie wiedząc co na jej miejscu postawią.
Czemże jest dzisiaj Anglia, głośno zapierająca się wszelkiego innego posłannictwa nad przekarmienie swych głodnych dzieci i zabezpieczenie swego olbrzymiego handlu, wyśmiewająca wyższe cele, zrzekająca się chrześciańskiej solidarności narodów, zamykająca w trwożliwem samolubstwie, wróżącem jej zgrzybiałość i upadek? Czem Francya którą umiejętna dłoń przerabia powoli na równie praktyczną istotę zbiorową, bez innej misyi nad zabezpieczenie własnego bytu, oduczając od pragnień sięgających po za najbliższe interesa dobrobytu i pokoju? Czem są Niemcy, marzące o jedności choćby kosztem swobody, bijące się tu o prawdę, która z drugiej strony wydaje się im fałszem, inną miarą mierzące swoje potrzeby i potrzeby świata? Czem Włochy, tak cudownie przychodzące do życia marzonego przez długie wieki a w łonie swem równą ilość pierwiastków wzrostu i śmierci przechowujące? Czem Rosya usiłująca dobić się jednolitości siłą, narzędziem nie naszego wieku i szczepiąca sobie rewolucyę, z którą tak długo walczyła?... Przemilczym o innych...
Po nad tem wszystkiem wre walka zasad narodowości z prawem posiadania i przedawnienia, jaśniej mówiąc walka prawa i siły, prawa i bezprawia empirycznie chwytającego się ladajakich systemików strupieszałych — grzmią groźby nieustanne rewolucyj społecznych i zamachów ku odbudowaniu niemożliwej średniowiecznej, feudalnej przeszłości, trwa bój władzy duchownej ze świecką, podpierając się najdziwaczniejszemi teoryami. Słowem cały to chaos bezkształtny, z którego żaden mąż stanu ani rycerz ducha nie śmie pokusić się stworzyć nowego świata, a mali tylko spekulatorowie polityczni łowią ryby w mętnej wodzie.
Ale polityka z całą swą nielogicznością, z brakiem zasad, z poświęceniem ich dla interesu, z całem swem zaślepieniem starej rutynistki, odkładając wyznanie prawdy na jutro, byle dziś przeżyć spokojnie, nie zamyka w sobie jeszcze pełnego obrazu nędz epoki naszej. Ona jest tylko cząstkowym objawem zewnętrznym tego, co choruje w głębi ciała społecznego, braku zasad, wiary, przekonań i bojaźliwości z nich pochodzącej.
W innych sferach czynu panuje ten sam rozstrój, nieład, niepewność; narody pojedyncze rzucają się w konwulsyach, niepewne co począć, aby przyjść do samoistnego życia; jedne szukają go na drodze gwałtownych wysileń, drugie w skrytej walce i biernym oporze. Rozpacz rodzi wybuchy, knuje spiski, rozżarza milczące nienawiści klas społecznych, stanów, narodów, rządów i rządzonych.
Obok braterskich porywów ku miłości i zgodzie poczwarne walki przedwiekowych uraz i niechęci, roznamiętnione waśni całych ludów, w górze dyktatorski system absolutyzmu, w dole wrzący rewolucyjny kipiątek, w pośrodku obojga ofiary.
Im gwałtowniej ciśnie z góry siła, tem mocniej z dołu ku górze rwie się chaos, nikt nie chce ustąpić; tymczasem wyczerpują się lata, życie, potęga, a doktryny fałszywe, a półśrodki maluczkie przedłużają chorobę z dnia na dzień; stan pogorszają co chwila.



Nie zaprzeczy nikt, że jakkolwiek czarny przedstawiamy obraz epoki, nie jest on przesadzony wcale, tkwi wewnątrz społeczności choroba, pragnienie niewysłowione pali nam wargi, wijemy się w boleściach, oczekując codzień lepszego jutra — od przypadku!
Jutro przynosi nam tylko nowe cierpienia.
W innej epoce bytu instynkt poprowadziłby może narody na drogę mogącą wywieść z tego odmętu; dziś ludzkość jak człowiek pojedynczy, straciła instynkt, musi więc oprzeć się na rozumowaniu, na zasadach i sama wytknąć sobie gościniec.
Otóż czego nam właśnie brakuje: wiedzy co czynić, wiary w obmyślane środki, stałej nakreślonej drogi.
Nie mamy zasad żadnych, łatamy się z dnia na dzień wyżebraną jałmużną maluczkich środków dodniowych.
Uderzmy w główną winę, prawda chrześciańska w zastosowaniu swem do społeczności, wyznawających ją pozornie, jest czczem słowem; moralność pojedynczych ludzi i całych narodów, polityka ich, całkiem się z nią rozchodzi.
W życiu prywatnem przyjmujemy ją wrzekomo, zwalniając surowe przepisy jej gwoli potrzebom chwilowym; w życiu publicznem nic nas już nie prowadzi nad interes chwili, rządzimy się w niem często najdrapieżniejszym instynktem zachowawczym, zawsze tylko tem, co się znajdzie pod ręką. Z tego naturalnie wpływać musi, że i stosunek rządzących do rządzonych i międzynarodowe, któremi żadne stałe nie kieruje prawo — najstraszniejszy chaos rodzą, najzajadlejsze walki wywołują. W sprawach najdroższych człowiekowi, bo w sprawach jego ducha, siła rozporządza nie bacząc prawa, jak tylko idzie o rzecz publiczną i rządzący i rządzeni wyłamują się z pod niego. W ten sposób z obu stron znaczenie prawa się zaciemnia, jego świętość uszczupla, kończy się na nieuznawaniu żadnego.
Pierwszą więc potrzebą jest poprzestać szukać ratunku w półśrodkach, a starać się o odbudowanie stosunków społecznych na stałych niewzruszonych zasadach. To co jest prawdą dla pojedynczych ludzi, musi być prawdą dla społeczeństw, narodów i ludzkości.
Prawda jest jedną, inaczej nie byłaby prawdą; uznanie jej ciągnie za sobą wykonanie we wszystkiem. W ciągu wieków widzimy tę prawdę ciągle jedną, odsłaniającą się nam tylko coraz wyraźniej i jaśniej. Prawda chrześciańska jest wszakże tą samą, którą głosili Sokrates i Plato, którą przeczuwały ludy, którą czynem i krwią swą do niewzruszonego prawa podniósł Chrystus.
Odrodziła ona ludzkość, choć nie całkowicie przyjęta, choć cząstkowo tylko spełnioną została.
Nie potrzebujemy dowodzić, że tylko ta prawda może być lekarstwem na chorobę wieku, że wszystko złe pochodzi z zaparcia jej i lekceważenia.
Z braku miłości chrześciańskiej w najszerszem jej zastosowaniu rodzą się wszystkie te walki, które szarpią światem; bój klas społeczeństw między sobą, władzy z rządzonymi, narodów z narodami; z zaparcia spólności braterskiej całej ludzkości i odosobnienia interesów każdej grupy rodzi się chaos, w którym toniemy. Daje się to sprowadzić jak najściślej do tego jednego pewnika: brak nam zasad szerokich, niewzruszonych, żyjemy wyjątkami, każdy sobie, aby dalej. Z tego wszystko złe wynika. Grzechu tego początki są bardzo stare, choć skutki dziś dopiero najjawniejsze. Nigdyśymy nie wierzyli silnie, a wiary naszej w czyn nie zmienili. Spodziewamy się to dobitniej okazać w listach naszych.



Całe dzieje ludzkości ledwieby się nie dały ująć w ramy jednej historyi walki prawa i siły — ducha i materyi. Rzadkie są epoki szczęśliwej zgody obojga, gdy siła staje się prawu posłuszną i idzie pod jego rozkazy. Naturą zwierzęcej potęgi jest że jak wilcy więcej dusi owiec niżeli pożreć ich może, opanowywa ją szał jakiś choćby w końcu sama się zniszczyć miała; najczęściej posługują się nią fantazye pojedynczych ludzi i narodów, ich duma, interesa chwilowe, namiętność i mrzonki; a choć ostatecznie niezwalczona siła postępu nawet z nadużyć i gwałtów umie wydobyć korzyść jakąś dla świata, społeczność cierpi i opaźnia się na drodze swoich przeznaczeń przez wszelkiego rodzaju nadużycia zwierzęcej siły.
Nigdy wyraźniejszem to nie było jak od czasów rewolucyi francuskiej w dziejach Europy.
Z obu stron, ze strony ludów i rządów odwoływanie się do siły zwierzęcej przechyla szalę z kolei na korzyść absolutyzmu rewolucyjnego lub rewolucyj despotycznych. Dziś nawet na drodze teoryj bałamutnych przyszliśmy do bezwstydnego uznania siły, do uniewinnienia wszelkiego gwałtu, do przyklęknięcia bałwochwalczego przed potęgą, nie wchodząc w jej naturę i czynności. Dla ocalenia państwa... wszystko wolno, powiada pan Katkow, nikt nas zwycięzców nie nazwie krwią obluzganymi zbrodniarzami. Dla ocalenia narodu rewolucya łamie wszelkie prawa, odpowiadają inni... a zatem z obu stron byle zwyciężyć, w środkach się nie przebiera.
Wszystkie wszakże zajścia, które w ten sposób chcą rozstrzygać przemocą, nigdy siła nie rozwiązuje i nie rozwiąże, są one tej natury, że samo ich użycie rozognia ranę, przedłuża boleść, pogorsza chorobę nie leczy. W najszczęśliwszym razie gwałt odracza do jutra kwestye, których rozwiązać nie jest wstanie, zamyka usta ale nie zabija idei. W tych walkach o prawa rządzących i rządzonych, o prawa narodowości, o swobody ludów, których zdobywanie wciąż pięściowym bojem się przedsiębierze i dokonywać ma, obie strony chwilową zyskują przewagę, ale żadna stałych korzyści; leje się krew na placu boju i na rusztowaniach, a padają gorzej niż ludzie, bo prawdy same, ofiarą zaciętości obustronnej; — sprawa o krok ku rozwiązaniu się nie posuwa, bo siła zwierzęca niszczy ale nie buduje, a użycie jej upaja i osłabia na duchu. Winą jest zapaśników stron obu, że środkami niewłaściwemi chcą ten twardy węzeł rozplątać — walka zabija wiele, nie rodzi nic prócz z obu stron mścicieli.
Z koła błędnego absolutyzmu, wywołującego rewolucye, i rewolucyj kończących się dyktaturami a nowym absolutyzmem, dotąd nie wyszliśmy jeszcze.
Znużone temi konwulsyami narody, zwątpiwszy nareszcie, aby cel walki osiągnąć kiedy mogły, zrzekają się czasowo nawet słusznych praw swoich, zwracają do leczenia ran, które wojna zadała, ale zaledwie wypocząwszy, znowu temi samemi środkami idą do zdobyczy niemożliwych. Chwilami spoczynki i pozorny pokoj nie są wszakże rzeczywistem uspokojeniem. Sprawa odroczona powraca tem gwałtowniej dopominając się rozwiązania, im się ono dłużej odwlekło. Przekonawszy się o bezużyteczności rewolucyj pięściowych i knowań rewolucyjnych, narody całem swem życiem dowodzą, że to o co się dobijały, osiągniętem nie zostało; ociężałość, niesmak żywota, niepokój wewnętrzny, odrętwiałość apatyczna zdradzają nieuleczoną chorobę, która się prędzej poźniej znowu ma odezwać.
Możnaby sądzić, że nić Aryadny, która dotąd wiodła przez labirynty przeznaczeń, zerwaną została, że omackiem nie wiemy już dokąd iść dalej. Nie zbywa nam wszakże na zdrowych teoryach, ale te są najmniej upowszechnione, a miejsce ich zastępują chorobliwe mrzonki i najfałszywsze systemaciki. Dlatego pozwolimy tu sobie kilka bardzo oklepanych, starych prawd wywlec z tej graciarni, do której je zepchnięto.



Historya władzy i rządów w starożytnych i nowszych społeczeństwach jest tą historyą walki o której wspomnieliśmy wyżej, nieustannem równoważeniem się i przesileniami krańcowych pojęć zwycięztwami oznamionowanej. Pomijamy czasy przedchrześciańskie, patryarchalne, teokratyczne, rzeczypospolite i dyktatury, cezaryzmy i imperyalizmy wojskowe, chociaż w tem wszystkiem jest już niemal toż samo co się dzisiaj powtarza ze zmianami w formach wiekowi właściwych. W średnich wiekach przy kształtowaniu się społeczności chrześciańskiej do właściwego jej organizmu, idea rządu jako instytucyi boskiej ściśle związanej z bytem kościoła i od niego zależnej, wyrabiała się powoli co raz dobitniej. Ten sojusz nie był rzeczą całkiem nową, w starożytności najwyżsi władcy byli razem arcykapłanami, tron się wszędzie o ołtarz opierał, religia podtrzymywała władzę, władza broniła wiary. Chrześciaństwo wyżej jeszcze stawiąc kapłana bożego nad panującego, namaściło także króla, uczyniło go nietykalnym, poświęconym, odpowiedzialnym nie przed ludem ale przed kościołem i głową jego. Kościół stawał ponad panującymi i narody, jako trybunał najwyższy kontrolujący stosunki władzy i ludów, rozsądzający ich sprawy, wyrzekający po czyjej stronie była prawda. Papieże rozdawali królestwa, dzierzyli w dłoni sąd najwyższy a dekreta ich były jakby głosem bożym, przeciw którym ani szemrać ani od nich apelować nie było wolno.
Był to dziecięcy wiek społeczności chrześciańskiej, a władza kościoła strzegła w istocie, lubo ostrożnie i bojaźliwie, aby się ludziom zbytnia krzywda nie działa, rozwiązywała poddanych z przysięgi, rzucała klątwy na ludy i panujących. Lecz wkrótce, nad czem już ciężko boleje Dante, interesa posiadłości ziemskich stolicy apostolskiej związały ją wspólnemi z innymi panującymi względy, stawiąc ich nie po nad nimi ale na równi z nimi, w pośrodku ich, w tem samem położeniu co oni. Papieże dla zapewnienia swej niezawisłości siągnęli po ziemską koronę, ale w istocie osłabili przez to czysto duchowną swą władzę i narazili ją na wszystkie losy, jakim inni panujący i rządy ulegają.
Zresztą i czasy też zmieniały się powoli a z niemi pojęcia i potrzeby, kształciła się i dojrzewała ludzkość, rozpowszechniała oświata, a w miarę jak ludzie poczuwali się do prawa i możności rządzenia samemi sobą lub uczestniczenia w zarządzie kraju, przestraszona o zagrożony byt swój władza, nawykała do nietykalności, do nieodpowiadania za nic, ścieśniać poczęła węzeł, usiłowała się bronić, nie chcąc nawet słusznym wymaganiom ustąpić, aby na sile nie szwankować.
Odjęto więc stopniowo narodom i ten nawet mały udział, jaki dawniej miały w zarządzie kraju, zgromadzeniom, stowarzyszeniom, korporacyom wszelkim władzę jaką już posiadały, skupiono wszystko w jednych rękach, lub jeśli dłoń ta była słabą dzieliła z uprzywilejowanymi siłę, którą się posługiwać nie umiała. Toż samo powtarzało się w kościele, gdzie instytucye demokratyczne pierwszych wieków, prawa zgromadzeń i kapituł, soborów wreście, coraz obcinane, musiały ustąpić nieograniczonej władzy biskupów i papieża. Same wybory zwierzchników duchownych od ludu przeszły do zgromadzeń kapłanów, a od nich w ręce władzy świeckiej. Kościół stając się przez to zależnym i podległym, nie mógł już stawać w obronie ludów i z trybunału najwyższego zszedł do prawie tylko cienia jakiejś władzy uszczuplonej, fikcyjnej. Zyskali przez to panujący na przyroście siły i znaczeniu. Papieżom wprawdzie zostawiono nieomylność w rzeczach wiary, znikły sobory tak jak sejmy, ale nieochybność ową stolicy apostolskiej pod rozmaitemi pozory władze świeckie mogły albo uznawać lub się od niemiłych jej skutków uchylić. Dziwną anomalią, która starcie dwóch sił wywołać miała między rządzącymi a rządzonymi, było właśnie co raz większe ogniskowanie się władzy w jednych rękach; w miarę jak ludy kształciły się i dojrzewały jeśli nie do samorządu, to do jakiegoś w rządach udziału, który im sprawiedliwie należał, rządy stawały się coraz absolutniejszemi i za ślepym idąc instynktem konserwacyjnym niespokojnie stanowiska swego broniły. Tymczasem dawne pojęcie posłannictwa monarchicznego, namaszczenia władzy i odpowiedzialność jej tylko samemu Bogu, ustępowały przed świeższemi teoryami najwyższego urzędu, paktu między narodem a panującym.
Mimo utrudniających postęp zapór stawionych oświacie, pomimo skąpego wymiaru nauki mającej nieść z sobą tylko zachowawcze idee, duch ludzki szedł naprzód, rozwijał się, rosnął, czuł coraz mocniej krępujące go więzy, dopominał się też praw, do których uznawał się dojrzałym. Naostatek nacisk gwałtowny mający zapobieżeć przeczuwanemu niebezpieczeństwu, upadek moralny przedstawicieli władzy, potem niewczesne ustępstwa przyspieszyły wybuch straszliwy. Cała epoka jedna kończy się tą rewolucyą francuzką, która — można powiedzieć — trwa po dziś dzień niedokończoną. Dramat odegrał się we Francyi, ale ma europejskie, ma potężne dla ludzkości znaczenie.



W ostatnich chwilach poprzedzających rewolucyę francuzką, idee praw przynależnych człowiekowi i narodom były w zupełnej sprzeczności z istniejącym porządkiem, rozbierano i obnażano filozoficznie naturę i pochodzenie wszelkiej władzy, a że się igrzyska te myśli odbywały na polu teoryj i rozumowań bez żywego ich zastosowania, odrobina prawdy, jaka w nich być mogła, zamalgamowała się z ogromem mrzonek, utopij i przesadzonych pojęć o niebywałych wiekach złotych, do których chciano powrócić.
Idea postępu wcale jeszcze nie istniała; szło o zwrot ludzkości na drogi naturalne do stanu natury, który poeci i filozofowie wymarzyli sobie jako raj ziemski... Niecierpliwość rodziła szały, pragnące się usprawiedliwić źle pojętą historyą człowieka i ludzkości.
Przy takim stanie umysłów chcieć utrzymać dawny rzeczy porządek, było jawnem niepodobieństwem, sypane za poźno groble zwiększały tylko siłę potoku. Idee i utopie nie poszedłszy w zapasy z rzeczywistością i trudnościami wykonania, coby je pohamować mogły, stawały się coraz więcej wymagającemi i poczwarniejszemi. W tem wszystkiem tkwiła prawda, ale raczej przeczuwana niżeli jasno pojęta — rewolucya szła na oślep, rządy tylko siłą się jej opierały, można było przewidzieć wybuch, ale nikt nie domyślał się, nawet sprawcy jego, jak daleko on ich pociągnie.
Dawniej gdy garstka możnych, gdy kilku duchownych wyżej nad masy wykształconych, pojmowało najjaśniej potrzeby społeczeństwa, przypuszczenie ich do rady i działania było wystarczającem, reszta narodu nie domagała się nic więcej nad pieczę o swym dobrym bycie. A że warunki jego nie były nawet dlań zbyt jasne, chętnie obmyślenie ich zdawano na światlejszych. Powoli jednak krąg oświaty roztaczał się coraz szerzej, filozofowie moraliści, wielka część ogółu badała, zastanawiała się, oceniała, rozumowała, studyowała naturę i pochodzenie władzy, skłonniejszą będą do zaprzeczania jej posłannictwa, niż do przyznania prawowitości.
Odpychanie od czynu i udziału rodziło utopie i opozycyę namiętną, popierały ją źle pojęte dzieje i przykłady wieków, których stosunki społeczne były cale odmienne. W obec tej krytyki zajadłej, żywej, nieustannej, objawiającej się zarówno negacyą i twierdzeniem, sarkazmem i teoryami, rząd ze swym absolutyzmem utrzymać się nie mógł. Podkopanie religijnych dogmatów i powagi kościoła oddziaływało na monarchiczny system, który się na nich opierał. Z kapłanów panujący stali się w oczach tłumu tylko pierwszymi urzędnikami, uosobieniem porządku, stróżami prawa, nie wyrocznią, która tworzyć je była powołaną i zmieniać upoważnioną. Czynności ich, jak ogółu ludzi, podlegały uznaniu, sądowi, na ostatek moralnej za nie odpowiedzialności.
Nie bez przyczyny przypisano to rozpasanie idei zbytniemu, jak nazywano, rozszerzeniu oświaty, rosnące pragnienia usiłowano pohamować wstrzymując jej rozpowszechnienie, dając nauce ścisłe religijne podstawy, utylitarne kierunki, ale pohamowanie to rozwoju ducha ludzkiego ukazało się niemożliwem. Na tej drodze prześladowań i zakazów logicznie dojść było można aż do zakazania samej ewangelii, w której nasiona praw nowych człowieka spoczywały. W części też to spełniono ograniczając wykłady słowa bożego tradycyą, niedopuszczając rozumowi wnioskowania samoistnego; ale kościół posługując się ludźmi zapobiedz nie mógł, by z katedry jakiej nie powstał niespodzianie Abellard, nie ocknął się gdzie jakiś Wiklef, nie przemówił z ciszy klasztornej Savonarola, nie targnął się na jego powagę jaki Hus lub Luter. Walka z postępem, który jest niezłomnem prawem ludzkości, codzień widomiej stawała się niepodobieństwem, rozumne tylko ustępstwa w porę duchowi wieku czynione ratować mogły, a na te zdobyć się nie umiano... Któraż władza jest tak pewną siebie, by dobrowolnie abdykować chciała choć cząstkę siły na korzyść tych, których za małoletnich uważa? Pakt między rządem a narodem wymagał odnawiania na coraz nowych zasadach, aby mógł być trwałym, a tego właśnie uczynić nie umiano, zamiast stopniowo rozszerzać swobodę, ścieśniano ją i domaganiom bezmiernym dawano przez to szerokie pole. Gdy poźniej nieustanne już przyszło czynić ustępstwa, ciasne, niewystarczające, pozorne, na nic się one nie zdały, idee domagały się nie podziału ale całkowitego podboju... Rozdrażnienie, wymagania rosły, aż massy naostatek odwołały się do siły zwierzęcej i sięgnęły po odbiór władzy, obalając w szale zwycięztwa razem z budową państwową podwaliny społecznej budowy.
Wspomnieliśmy już o rewolucyi francuzkiej i jej charakterze, o zgubnych jej skutkach, które obok osiągnionych prawd po dziś dzień jeszcze czuć się dają. Rozumowanie i doświadczenie przekonywa dziś jasno jak to, co naówczas za prawo przyszłe ludzkości poczytywano, fałszywie było pojętem. Cząsteczka prawdy tonęła w chaosie utopij krańcowych. Nie wahano się kosztem krwi, ofiar, wywrotu społecznego próbować urzeczywistnienia mrzonek niemożliwych owego stanu natury, równości i t. p. Jeśli z rewolucyjnego tygla wyszły naostatek prawdy wielkie i zbawienne, ona temu z pewnością nie była winną. Stało się to tak jak z alchemikami, którzy szukając złota i kamienia filozoficznego, trafiali na lekarstwa i amalgamy użyteczne.
Najgłówniejszą winą rewolucyi, mijając niejasność jej założeń, było uznanie siły zwierzęcej, uświęcenie jej, i potwierdzenie użycia przemocy, wszelkich gwałtów dokonywanych przed nią, i po niej wykonywać się mających. W naturze tych środków było, że kłam zadawały nawet onym wielkim prawdom, które w życie wprowadzić chciały. Prawda nie potrzebuje posługiwać się teroryzmem i krwią, bo sama przez się jest niezłomnie zwycięzką.
Gwałt zadany społeczeństwu pod pozorem zreformowania go, uniósł z sobą najnietykalniejsze zasady żywotne jego bytu, wolność sumienia, bezpieczeństwo osób i własności, ideę rodziny, świętość jej węzłów, wszystko aż do tego braterstwa, które zapisane wielkiemi głoskami na chorągwi, istotnie tylko istniało pod gilotyną.
Rewolucya ostrzyła i przygotowywała broń dla przyszłych despotyzmów wszelkiego rodzaju, ustalała ten zgubny axiomat dziś jeszcze na gruzach jej podejmowany, że w obronie państwa, dla idei i mrzonek politycznych wszystko jest dozwolonem, że teroryzm jest środkiem koniecznym i prawowitym, że wolno zawiesić wszelkie prawo i wszystkie prawdy pogwałcić dla ladajakiej utopii lub wymarzonego systemu. Cała rewolucya jest apologią tego teroryzmu, apoteozą siły zwierzęcej mas, a gdyby nawet owoce, jakie z niej zebrała ludzkość były dla niej najkorzystniejsze z innych względów, przykład jaki dała, drogi które otworzyła, jeszczeby ją potępiały. Widzimy zresztą dziś najlepiej, że z zasadami rewolucyi, z jej środkami despotyzm jak najłatwiej przejednywa się i godzi, że w imie demokracyi i równości najbezwzględniejszej wybornie robi swe interesa, a dogadza mu wielce iż bronią rewolucyi i jej urokiem posługiwać się może.
Łacno dostrzedz, że wśród tego zamętu anarchicznego i ludy i rządy zbiły się całkiem z drogi właściwej społeczeństwu chrześciańskiemu, negując wszelkie prawdy, które chrześciaństwo postawiło jako zasadnicze i nienaruszalne. Rewolucya też zaparła tradycyę chrześciańską i powróciła do stanu, w którym zwierzęca siła rozstrzygała wszystko, nadużycia fanatyzmu religijnego służyły jej za oręż przeciwko samej wierze w chwili, gdy ona sama naśladowała to, co chciała obalić. Potępiano tak inkwizycyę świętą, bardzo słusznie, ale czemże trybunały rewolucyjne różniły się od sądów inkwizycyi, czem gilotyny od stosów, teroryzm mnichów od teroryzmu sankiulotów ślepo idących za oszalałymi doktrynerami?
Spytajcie więc, jakiemi drogami ludzkość miała się dobijać praw sobie należnych, których jej uparcie odmawiano? Jedną i jedyną tylko drogą pracy powolnej i mężnego wyznawania prawdy; tą właśnie, którą w pierwotnych wiekach szło do zwycięztwa chrześciaństwo. Charakterem tej pierwszej epoki najświetniejszej, w której nauka nowa dokonała najtrudniejszego zadania obalając starą społeczność, był nie orężny bój ale ofiara, nie krew nieprzyjacioł ale poświęcona własna, nie spisek tajny ale jawne głoszenie przekonań, nie przemoc ale pokora, cierpliwość wiary głębokiej pewnej swojego zwycięztwa, a przedewszystkiem: praca nad udoskonaleniem jednostek, z których się składa społeczność. Oddawano cezarowi poganinowi dań mu należną, grosz czynszowy, ale nie oddawano przekonań, dla których męczennicy szli na stos i rusztowanie, nie porywano się do oręża, bo oręż był narzędziem pogańskiem, głoszono prawdę i cierpiano dla niej.
Cale odrębnym był charakter rewolucyi namiętnej XVIII wieku, która dla następnych stała się normą, przykładem, doktryną i wyrodziła fałszywą teoryę opierającą się na sile pięści tak dobrze jak wszelki inny despotyzm.
W sprawie najświętszej przyobleczono zbroje i wzięto oręż nieprzyjaciela zbluzgany krwią, ohydzony zbrodnią; szał zapomnieć kazał, że w szatach braterską krwią zbroczonych nie idzie się do ołtarza. Wszystko przecie co zarzucano despotyzmowi jednego, przemocy klas uprzywilejowanych, przywłaszczano tłumom; nie zmieniło się postępowanie, odmieniły tylko role, władza przeszła w inne ręce ze wszystkiemi nadużyciami swojemi, trybun w imie mas szukający okrutniejszym był często od ukoronowanego despoty.
Naruszenie prawdy w sferze polityki odbiło się w samem życiu społecznem, w jego stosunkach; jad wszedł w krew naszą, przeżarł więzy, które spajały rodzinę i społeczność, strawił rdzą najdroższe skarby nasze.
Ostatni akt krwawego dramatu rewolucyi najwymowniej świadczy o jej fałszywej drodze. Znużona, nie dokonawszy popsutego dzieła, zamknęła się fatalnie dyktaturą i despotyzmem jednego, tem właśnie, przeciwko czemu w zasadzie walczyła. Pomimo tego koniecznego skutku drogi błędnej ludzie nie zostali uleczonymi ze ślepoty, system rewolucyjny, rewolucyjne zasady wszczepione w pokolenia, wyssane z mlekiem, pozostały w łonie społeczeństwa jak następstwa dziedzicznej choroby.
Idea prawa i granic, których w żadnym razie człowiek ani społeczność przestąpić nie powinna, zatartą została... Rządy, pour cause d'utilité publique, wywłaszczają swych poddanych nawet z praw przyrodzonych; rewolucye też lekceważą wszystko i nie przebierają w środkach idąc do celu. A nim owe ideały samorządów, jednolitych państw zlepionych moździerzową siłą, republik, monarchij konstytucyjnych itp. osiągnięte zostaną — najjaśniejszym zyskiem roboty jest, że dziś nie ma nic świętego, nie ma rodziny, człowieka, swobody sumienia i przekonań, równie zagrożonych przez despotyzm i rewolucye, że społeczność gnije i rozpada się, że wszystko wolno jest silnym, bo żadne prawo nie istnieje.
W mniemanym interesie niezdrowej polityki rewolucya idzie drogami fałszu i spisku, rządy dopuszczają się tak samo poczwarnych okrucieństw nad tysiącami, uspokajając się że to czynią dla tem większego szczęścia przyszłych pokoleń — ofiary liczą się na krocie, krew się leje, a co najsmutniej, sama idea prawa i jego świętości przez tych, co się jego obrońcami mienią, zostaje obaloną. Tej szkody żadna budowa państwowa dla ludzkości nie wynagrodzi.
Dodajmy też, iż wszystko to jest bezskuteczne, bo siła i przemoc dopóki idzie o burzenie i niszczenie, są wybornem narzędziem, ale nigdy nie ręczą za to, co budować i wznosić pragną; nie mają one w sobie organizacyjnej potęgi i z czynów ich wyrasta najczęściej wprost przeciwny zamiarom skutek.



Wśród społecznego zamętu i gorączkowego rzucania się zapomnieliśmy w końcu, można powiedzieć, że są przecież zasady niezłomne, nienaruszalne, wiekuiste, wspólne nawet chrześciaństwu z poganami, których nigdy i nikomu, ani rządom, ani ludziom zapierać się nie godzi, czynami lekceważenia ich dowodząc. Gorzej nad to, polityka dziś tak dalece usprawiedliwia wszystko, że dla niej wyrobiła się nawet oddzielna, wyjątkowa moralność w zupełnem będąca przeciwieństwie z tą, którą jako przewodniczkę w życiu powszedniem przyjmujemy.
Prawdy zasadnicze tej moralności, od której odstępstwo tylko w wiekach i krajach barbarzyńskich wytłumaczonem być może, są spuścizną ludzkości odwieczną i najczystszą, strata ich jest największą ze strat, gdyż sprowadza z drogi postępu. Nawet starożytne wieki wiele z tych prawd przeczuwały, a umysły potężniejsze głosiły je wprzódy, nim Chrystus jako prawo w czyn je wprowadził. Boski Plato w swej Rzeczypospolitej dochodzi naprzykład do uznania, że sprawiedliwy nawet nieprzyjacielowi swojemu krzywdy czynić nie powinien; my dziś z lekkomyślnością niepojętą wyrządzamy ją przyjaciołom, byleśmy ich na zawadzie w politycznej naszej robocie spotkali. Gdy idzie o państwo, rządy nie wahają się posługiwać takimi środkami, które posady wszelkiego społeczeństwa podkopują. Nie jestli nakazywaną denuncyacya w rodzinie, karane przemilczenie pomiędzy najbliższymi sobie, przyjmowane zeznania dzieci przeciw rodzicom?... Gdzie się podziewa miłość chrześciaństwa w obejściu z obwinionymi o przestępstwa polityczne, którzy przecież z prawidła ogólnego, ludzkości służącego, wyjęci być nie mogą?
Tak samo rewolucye nie przebierają w środkach, ale ktoż im dał i daje pierwszy przykład nieposzanowania prawa, zawieszania i łamania go?
Wielkie prawdy społeczne, bez których ludzkość byłaby zbiorowiskiem barbarzyńskiem, nigdy bezkarnie negowanemi być nie mogą; są to owe latarnie morskie świecące u brzegów skalistych, które gdy zagasną a burza zerwie się na morzu — wszystko co po niem żegluje ginie. Gasimy je broniąc się wrzekomo od nieprzyjacielskiej napaści, ale i naszym własnym statkom potem ich braknie.
Dziś bardziej niż kiedykolwiek przypominać należy, że prawdy te po nad wszelkiemi wypadki górować powinny i wszystkim im panować. Jeżeli one nie będą miarą najwyższą wszelkich czynności ludzkich, jeżeli od ogólnych prawideł moralności wiekuistej będzie się godziło ustąpić dla jakichś doraźnych potrzeb gwałtownych i niby wyższych celów, jeżeli polityka ma rozgrzeszać nawet ze zbrodni (obie zarówno strony), nie wiem już gdzie się zatrzymamy i dokąd tą drogą zajdziemy?
Prawo nie cierpi żadnych wyjątków; jeżeli jest prawem, musi być niezłomnem; jeśli zawieszonem być może, tedy prawem być przestaje. Nikt nad nie i w żadnym razie wyższym nie jest. Takie tylko pojęcie jego zbawić nas może.
Jeden z ojców kościoła (św. Augustyn) powiedział, że gdyby kłamstwem można świat zbawić, nie godziłoby się kłamać; powiemy za nim że gdyby zbrodnią można naród lub świat oswobodzić, nie godziłoby się jej popełnić. Najwznioślejszy pozornie cel nie usprawiedliwia użycia moralności przeciwnych środków. Rousseau w chwili zdrowego natchnienia wyrzekł, że zdobycie największych swobód nie warte jest może jednej przelanej kropli krwi ludzkiej; coż dopiero gdy nie o tę kroplę idzie, ale o czystość zasad, o świętość prawd, które się chwilowej namiętności poświęca, lub o interes osobisty, któremu się rozmyślnie daje na ofiarę prawo? Czy można wywalczyć swobodę spodleniem, lub ludzi zjednoczyć gwałtem?



Polityka dzisiejsza tak ludów jak rządów nie przyjmuje już praw moralności bezwyjątkowych — a co za tem idzie neguje wszelkie prawo, nie uznając go bezwzględnie; pewnik ten że dla zbawienia kraju (naturalnie pojętego w najrozmaitszy sposób) wszystko wolno nie od dziś wszakże zyskał prawo obywatelstwa.
Pewien rodzaj wyższości i potęgi nawykliśmy przyznawać mężom, którzy w teoryi i praktyce połamali wszelkie idee zasadnicze dla dopięcia tego, co się zowie wyższym celem; znamionuje to dla nas prawie geniusz gdy się kto ze wzgardą dla prawd, bojaźliwsze umysły krępujących, oświadcza. Jednym z pierwszych, którzy tej przewrotnej zasadzie nadali powagę, był Machiavelli w swoim Il principe. Od jego czasów po dziś dzień nic się nie zmieniło, śmielsi tylko może jesteśmy jeszcze w użyciu środków niegodziwych, gdy cel widzi się nam godziwym a potrzebnym. Zbytecznem byłoby przypominać, że Machiavelli był sługą despotyzmu i żądzy panowania; zgubna więc ta zasada nie zrodziła się w łonie miłujących swobodę i szanujących godność człowieka, wydały ją potrzeby dynastyczne i ambicya, rewolucye przyjęły od chciwych władzy zdobywców. Na obu krańcach: despotyzmu i rewolucyi spiskowi i dyplomaci uznają się wyższymi nad wszelkie prawo i moralność; dość od obojga przecierpiała ludzkość, aby naostatek w imie odwiecznej prawdy zaprotestowała. Tylko w poszanowaniu niezłomnem prawa znajdziemy na dzisiejsze cierpienia lekarstwo, a jeśli to, co ma przedstawiać uosobienie porządku, przykładu dać nie zechce, słusznem jest, by ludzie pojedynczy i narody miłujące istotną swobodę dla niepokalanej czci jej wyrzekli się zdobywania środkami, które moralność ogólna odrzuca.
Idea swobody, należnej człowiekowi i narodom, płynie wprost z chrześciańskiej zasady; nie znał jej świat pogański i znać nie mógł; u niego swoboda jednej klasy okupywała się zawsze niewolą drugich. Chrystus zrównał wszystkich ludzi zowiąc ich bez różnicy dziećmi bożemi, uczynił ich odpowiedzialnymi za czyny przed Bogiem samym, zatem uczynił wolnymi, bo kto nie jest wolnym, możeż być odpowiedzialnym? Zamiast niewoli przyszło poświęcenie dobrowolne... ofiara jednych dla drugich.
Cała moralność ewangeliczna opiera się na swobodzie i na miłości, która swobodę obwarowuje i ogranicza a poświęcenie rodzi — bez tych dwojga nie ma chrześcijaństwa. Chrystus nie zerwał żadnego z tych węzłów, które wszelką łączą społeczność, siłę tylko zastąpił miłością i w obliczu prawa wszystkich uczynił równymi.
Pękają więzy niewoli, ale prawo miłości braterskiej staje, aby ograniczyć swobodę, wskazując że swoboda brata powinna być kresem naszej, że one obie godzić się z sobą muszą i dla siebie poświęcać. W ten sposób mamy najprościej sformułowane prawo swobód nietylko ludzi ale narodów, bo wielkie prawdy noszą na sobie cechę tę najogólniejszego zastosowania. Tam gdzie swoboda moja staje na przeszkodzie swobodzie bliźniego, oba zarówno ustąpić coś z niej musimy: harmonia swobód daje ich miarę.
Gdyby świat składał się z ludzi wybranych, dosyćby było tych wyrazów na wypisanie im całego kodexu prawa. Na nieszczęście większość jest słabą, często ciemną, a miłość własna zaślepia, życie więc dopiero uczy nas tysiąca stosunków i miary, w jakiej wzajemne sobie czynić powinniśmy ustępstwa. Całość tych form stanowi prawo społecznego bytu. W stosunku człowieka do człowieka, do narodu, narodów do siebie, rozpromienienie tej prawdy rozrastającej się jak ziarno gorczyczne, daje nam wszystkie prawa z jednej prawdy płynące.
Najwyższem prawem jest miłość bliźniego, lecz miłość rozumna; ta nas uczy, iż rzeczy szkodliwych ludziom natury ich nieświadomym wzbraniać i chronić od nich musimy.
Ztąd płynie, że chociaż wszyscy równi jesteśmy w obliczu Boga i prawa, nie wszyscy przed zupełnem poznaniem prawdy sami sobą rządzić możemy. Światło w nas będące, dojrzałość nasza jest miarą swobody, której używać mamy prawo. Nie wszyscy więc o jednaki swobody udział domagać się możemy; wartością człowieka, usposobieniem do jej użycia a nie nadużywania, mierzy się prawo jakie on ma do niej. Dziecięciu przez miłość dlań nie daje się noża, ani nieumiejącemu obejść się z nią, niebezpiecznej trucizny, która w rękach lekarza może być zbawczem lekarstwem, a w ręku nieuka narzędziem zbrodni.
Zakres więc swobód należnych człowiekowi i narodom, oznacza ich wykształcenie moralne. Dla ludzi doskonałych nie potrzebaby praw żadnych, możnaby im dać swobodę nieograniczoną, boby jej nie nadużywali. Dajmyż ją ludziom zepsutym, a natychmiast obrócą na złe.
Naród niedorosły jak dziecię trucizną zabić można swobodą przedwczesną, ale też dojrzały wstrzymując w więzach, które do pieluch porównać się dają, paraliżujemy go na wieki. Życie potrzebuje rozwijać się wedle własnej siły swej wewnętrznej, czuwać nad niem potrzeba, kierować niem nie podobna nie krzywiąc. Właściwem też posłannictwem władzy jest dozór i czuwanie, kształcenie narodów, prowadzenie ich do postępu, a w końcu pełnoletnich dopuszczenie do pełnej woli. Nie zawsze się tak jednak dzieje, władza przerasta w wiekuiste nauczycielstwo nad dorosłymi, a gdy geniusz wychowańca prześciga pedagoga staje się nieznośną i szkodliwą. Rosną ztąd walki i spory, w których z obu stron godziwe i niegodziwe używają się środki, lecz właśnie dobór ich daje doskonałą miarę dojrzałości zarówno ludów jak rządów. Porównanie jakiegośmy użyli, dobrze wyjaśnia stosunek obojga do siebie. Z natury swej narody są niecierpliwe i często za rychło domagają się emancypacyi, rządy zaś zbyt zachowawcze nic ze swych praw ustępować nie chcą. Konflikt jest prawie koniecznością, lecz zamiast zmierzać i kończyć się porywem do pięści, nie powinienże, by rozstrzygać się walką powolną, w którejby z obu stron prawdy wyższe nad interesa chwilowe poszanowane były?
Na pobojowisku tem nie tylko trupy ludzi, ale zabite idee, zasady i prawdy opłakiwać należy.



Z tego, cośmy powyżej z bardzo starych a oklepanych pewników powtórzyli, okazuje się, że nie ma absolutnie doskonałej, jedynej formy rządu na wszystkie wieki i kraje, ani jednej recepty na uszczęśliwienie wszystkich narodów; każdy z nich jest wynikłością potrzeb miejscowych i czasowych, a koniec końcem można do pewnego stopnia przyznać, że narody mają to, na co zasługują. Najułomniejsza forma rządu jeszcze jest koniecznym skutkiem jakichś wypadków, a gdy poszanowanie prawa i dobra wiara dają jej namaszczenie, może ona spełnić swe posłannictwo do danej chwili być dobrą tam, gdzie jest i właściwą. Ale ne quid nimis, pierwszym warunkiem trwania nie jest nieruchomość i zastanie, owszem zastosowywanie się do potrzeb, ich wyprzedzenie. Rząd przedewszystkiem winien być stróżem prawa i nie przecząc sam sobie wyłamywać się z pod niego nie może. Stan społeczności oznacza sam formę rządu jemu właściwą, dozę swobody do jakiej użycia dorosnął. Są wieki i kraje, w których absolutna władza jednego była koniecznością, są niebezpieczeństwa, wśród których rzeczypospolite stanowią i poddają się dyktatorom, były epoki, w których nawet niewola była pracownią przyszłości — ale przedewszystkiem rząd jak człowiek dla siebie istnieć nie może. Przypuścić można wszelką formę, ale przejętą tym duchem istnienia dla ludzi nie sobie; tam gdzie miłość własna i interes własny dźwigają i kierują rządem, gdzie się on sądzi sam przez się niezależnym i nieodpowiedzialnym, ma już zaród upadku w sobie. Gdy bezmyślny konserwatyzm i teorya, którąby nazwać można de l'art pour l'art, wstrzymują wszelki postęp i bronią ustępstw, gdzie naostatek przychodzi zła wiara i niemoralne środki użyte są dla utrzymania się przy bycie, tam wywrót nieuchronny. Przychodzi on w bardzo różny sposób, ale następuje zawsze, bo rząd traci poszanowanie i siłę.
Są naprzyklad środki zachowawcze na pozór liberalne, pozornie sprawiedliwe, a w istocie dążące tylko do zaspokojenia interesów chwilowych, do utrwalenia status quo, które moralność odrzuca jako komedyę polityczną, zdającą się szanować ducha, a w rzeczy przyznającą tylko — siłę zwierzęcą.
Dajemy z wielu jeden przykład tylko. Rewolucye wszystkie odwoływały i odwołują się do nieoświeconych mas w imie równości ludzi, chociaż równość ta co do praw politycznych nigdy istnieć nie może. Ale potrzebowano mass, więc pochlebiano massom — coż?... Oto wzorem tych demagogicznych teoryj obrachowały także despotyzmy, że tych samych mass niewykształconych w imie tej samej zasady — nieszkodliwej dla absolutyzmu — użyć potrafią z łatwością na korzyść swoją. Ulitowano się więc nagle nad ogółem, wzięto go w szczególną opiekę i nadano mu prawa polityczne, do których nie dorosłszy, nie rozumiejąc ich, nie czując potrzeby, tłum prowadzić się daje łatwo wpływem rządu idzie za nim posłuszny. Despotyzm od niejakiego czasu z wielką dla siebie korzyścią stał się obrońcą ludu, przyjacielem równości, wrogiem przywileju i zajadłym demokratą.
Dopóki szlachta się nie sprzeniewierzyła tronom i zasadzie monarchicznej, brzydzono się demagogią, dziś gdy i panowie herbowni i inteligencya nadto chcą swobód, lud ukochano, który się bez nich obejść potrafi i używać nie myśli.
Zawsze to lepsze niż odmawianie swobody, bo nadanie jej powoli kształci ludy, ale tu nie szło wcale o kształcenie mas, ani o swobodę żadną, chodziło o interesa despotyzmu.
Gdy idzie o najprostszą czynność administracyjną, o urząd w gminie, wybierają zdolnych do spełnienia go i takich, którzy uzdolnienia swego dali jakieś dowody — a do najważniejszych czynności politycznych, do wyrokowania o formie rządu i dynastyi mającej mu przewodniczyć, powołano nagle ogół — zasadą głosowania powszechnego! Oparto się na ten raz na zasadzie demokratycznej vox populi vox Dei, poszanowując instynkt narodu upojonego nadanem mu prawem, a często i czem innem jeszcze... Ta równość pozorna w głosowaniu, wydająca się zdala czemś nader liberalnem i uroczem, w istocie jest krzyczącą niesprawiedliwością, negacyą inteligencyi a odwołaniem do siły materyalnej. Jestże słusznem, aby głos męża stanu, człowieka który życie strawił na badaniu potrzeb kraju, na sumiennej dlań pracy, równoważył się z głosami żadnego znaczenia mieć nie mogącymi, ludzi, którzy nie wiedzą co czynią, posłusznych rządowi, łatwo intymidacyą, pochlebstwem lub fałszywem rozumowaniem dających się uwieść.
Środek ten zachowawczy, podniesiony do wysokości zasady, jest niemoralnym i nacechowanym złą wiarą, może on posługiwać w danej chwili interesowi; ale czyni ujmę tym, którzy go używają. Niepodobna bowiem przypuścić aby ci, co głosowanie powszechne za narzędzie biorą, nie czuli i nie widzieli, że sile zwierzęcej dają przez to wziąść górę nad światłem i intelligencyą; jednem słowem, by nie wiedzieli że głosząc zasadę, prawią fałsz.
Bezwzględnie biorąc nie ma wątpliwości, że wszyscy głosować mają prawo, ale prawo to musi być obwarowane pewną kwalifikacyą, choćby najprostszą, umiejętnością czytania i pisania, inaczej oznacza tylko rewolucyjne powołanie mass, na których ciemnotę się rachuje.
Z małymi wyjątkami nie ma dziś w Europie kraju, nie ma narodu, w którymby głosowanie powszechne sumiennie zastosowanem być mogło. We Francyi znaczniejsza część ludności czytać ani pisać nie umie, głosuje za tym, przy kim jest siła, nie wiele się troszcząc o to co czyni, a szczerość wotów uzyskanych z pomocą żandarmów, merów i prefektów nikogo nie łudzi. Każdy też rząd despotyczny z ochotą przystanie na głosowanie powszechne, zawsze mogąc być pewien, że ono na jego korzyść wypadnie. Ale kogoż się tu oszukuje? Pragnie się tylko opierając na sile, nadać jej jakąś sankcyę, jakąś prawowitość pozorną. Niestety! historya jest nieubłaganą.....
Jak z głosowaniem tak i z innemi swobodami człowieka; wrota do nich otwarte być powinny dla wszystkich bez wyjątku, ale wnijść może przez nie tylko ten, kto złożył dowody wykształcenia.
Wszyscy mamy równe prawa, ale nie wszyscyśmy do wszystkiego zdolni, a nic dla społeczeństwa zgubniejszem być nie może nad to, gdy każdy w niem sądzi się zdolnym do wszystkiego i porywa do rzeczy, których nie rozumie. Zachcianki te drogo się zwykło opłacać.
Wprawdzie przypuszczenie nawet wcześniejsze nieco do swobód politycznych kształci ludzi i wyrabia — czego dowody mamy w Ameryce, i lepszem jest ostatecznie, niżeli powstrzymywanie życia zbyt surowemi ograniczonego szrankami, ale społeczność uspokojona tem, że jej prawa są uznawane, spieszyć się z używaniem ich dla płochego tylko zadowolnienia miłości własnej nie powinna. Nie potrzeba dowodzić, że polityka i nauki społeczne są nauką, że instynkt zapewne często ją zastąpić może, ale bezpieczniej jest, gdy nań rachować nie potrzeba. Nikt dziś za żadnym przywilejem stanu przemawiać nie może, gdyż w społeczeństwie nowem kasty i podziały nie istnieją, wszyscy mają prawo do wszystkiego, ale to prawo usprawiedliwić powinni wykształceniem.



Wyboczyliśmy nieco od przedmiotu głównego, nastręcza się bowiem tyle zadań namiętnie i fałszywie pojmowanych, iż przypomnienie bardzo zwyczajnych prawd zdaje się nam koniecznem, wracamy jeszcze do głównej kwestyi zamętu dzisiejszego i chorobliwego stanu społeczeństw napróżno szukających sobie lekarstwa. Rodzi go bezsprzecznie ta chwiejność zasad, i nieposzanowanie praw i prawa, o których już mówiliśmy. Wielkie prawdy ewangeliczne stoją wprawdzie nieporuszone i pozornie szanowane, ale w chwili istotnego czy mniemanego niebezpieczeństwa, każdy się od ich spełnienia uwalnia i z pod ich rygoru wyjętym być sądzi; xięga praw nieustannie się zmienia, a w istocie idea prawa słabnie; narody w interesie swobód, rządy w sprawie konserwacyi własnej zawieszają prawo i uciekają się do bezbrzeżnej samowoli, obie strony nie wiele na tem zyskują, ale ludzkość ogromnie na tem traci.
Henryk IV odezwał się tak niegdyś, że Paryż wart był mszy, inni po nim za każdą pilniejszą potrzebą polityczną ośmielali się do czego nieprawniejszego, przyszliśmy do tego, że dla jedności politycznej widzimy publicznie zadawane gwałty sumieniu człowieka, grabienie własności, prześladowanie języka, wiary obyczaju; łamane traktaty i zobowiązania międzynarodowe, prawo narodów i prawa człowieka. Młodzi publicyści czynią sobie chlubę z tego, że gardzą tem, co wieki i cała ludzkość szanowała.
Ilekroć despotyzm widzi się w niebezpieczeństwie, nie waha się uciekać do podobnych środków, w których nie czyni żadnego wyboru; cóż potem dziwnego, gdy uciśnione narodowości, którym wydarto wszystko i zaprzeczono istnienia, które skrępowano nieznośnemi więzy, powiadają sobie zapożyczając logiki od swych ciemięzców, że i im też w sprawie oswobodzenia, która jest zadaniem bytu — wszystko wolno. Przykład dano im z góry.
Ten rodowód rewolucyjnych teoryj od despotyzmu nie jest wcale dowolnym wymysłem, jest niezbitym i jasnym faktem. Ojcem rewolucyi jest bezbrzeżna samowola despotyzmów; matką szaleństw socyalnych zgniła polityka bezprawiów.
Szukano źródła anarchicznych doktryn nurtujących świat, w jakiemś chorobliwem rozpasaniu umysłu ludzkiego, lecz z czegoż ono powstało? Z ucisku zbytecznego i samowoli, z nieposzanowania praw, z gwałtu zadanego ludzkości. Na gnojowisku nadużyć wyrasta naturalnie ten grzyb anarchii; rząd chwytający się środków niemoralnych choćby chwilowo zwyciężył, traci szacunek, ściera z siebie cechę swojego posłannictwa.
Te doktryny fałszywe, nad których powstawaniem bolejemy, są chorobami koniecznemi, płynącemi z zaniedbanej, powstrzymywanej oświaty, ze wstecznictwa w wychowaniu. Gdzie ucisk myśli przywodzi do szału, a represya myśli zmusza ją do milczącego nurtowania w podziemiach, rodzą się teorye szalone, gorączkowe tak nieochybnie, jak z trucizny rodzi się śmierć.
Skutki te zawsze jednym, tym a nie innym przyczynom przypisać potrzeba.
Naostatek knowania i wybuchy rewolucyjne wszystkie są dziełem pokrzywdzania swobód; nie są to twory fantazyi i przypadku, źródła ich zawsze szukać potrzeba w jakiemś pognębieniu człowieka, w jakimś nadewszystko moralnym ucisku i niesprawiedliwości.
Sam brak swobody dla myśli wyradza choroby, którym tylko zupełna jawność i wolny rozrost niebezpieczny wpływ odjąć może. Palono dosyć xiąg na stosach, często razem z autorami ich. Cenzura kościelna zabraniała czytania, niszczyła je tysiącami, i coż to pomogło?... Ogień tych stosów rozlał się daleko, myśl niepowstrzymana szła dalej odziana nowym męczeństwa urokiem, silniejsza, spotęgowana chłostą, święta bo ukrzyżowana, i wzniesiono jej piedestał, sądząc że przygotowują rusztowanie.
Jeśli w tej walce szalona myśl rwała się często za daleko, coż winna?... Pchano ją i pędzono smagając i cisnąc. Na choroby myśli nie ma innego lekarstwa nad swobodę zupełną roztrząsań i pozostawienie kuracyi własnym siłom natury. Jak dyament poleruje się tylko pyłem dyamentu, tak myśl myślą tylko zwyciężoną być może, nigdy siłą pięści, która zamyka usta, ale nie powstrzymuje idei. Ucisk rodzi chwilową ciszę śmierci, ale z mogił na pobojowisku wstają duchy i walka Hunnów z Rzymiany owymi przenosi się w powietrze.



Zarodem wszelkiego złego, powtarzamy to jeszcze, powtórzym nieraz, są nadużycia siły zwierzęcej i odwoływanie się do niej bezustanne, jak gdyby ona cośkolwiek trwale rozwiązać mogła. Namnożyło się axiomatów fałszywych, przeciw którym dziś nawet protestować nie wolno; do nich należy owe godło Salus papuli lex suprema, które posługuje z kolei stronom walczącym i uświęcać ma wszelkie nadużycia. Ta idea czegoś nad prawo wyższego, nadweręża znaczenie i powagę prawa samego, coż gdy niebaczność rządów targa się nie na kodexa pisane, ale na zasadnicze i wielkie prawdy, które wiążą i trzymają społeczność. Same one w ten sposób upoważniają narody do użycia w walce wszelkiego godziwego i niegodziwego oręża. Widzimy to najlepiej w historyi mnogich rewolucyj społecznych, które tam są najgwałtowniejsze, najrozpasańsze, gdzie nieposzanowanie prawa ze strony przeciwnej najbezwzględniejszem było. Tą wysoko postawioną ideą prawa, czczonego aż do bałwochwalstwa, broni się Anglia od wszelakiego wybuchu, który przy największym rozpasaniu namiętności politycznych jest niemożliwym; tam gdzie coups d'état następują jedne po drugich, gdzie siła wojskowa powoływaną jest nieustannie do rozwiązywania rosnących trudności bagnetami, rewolucyjne wybuchy są najstraszliwsze i nie szanują nic, bo ich tej gwałtowności nauczono, przykład jej dając z góry.
Przez ciężkie przechodząc doświadczeń koleje, szczególniej w ostatnich stu latach, ludzkość się wreszcie przekonywać zaczyna o bezużyteczności walki orężnej i spiskowań, zdaje się ona wchodzić na tor nowy, na drogę udoskonalenia wewnętrznego i pracy powolnej, która sprawie swobód i narodów da pewniejsze zwycięztwo. Rzuci ona to koło błędne, które z despotyzmu wiodło do rewolucyj krwawych, do anarchicznych szałów, do koniecznej dyktatury i tak dalej bez końca. Wreszcie dostojność prawdy nie dozwoli jej dłużej posługiwać się fałszem, kryć z sobą, spiskować pokątnie, wystąpi ona z odkrytą twarzą i piersią, ze spokojem głębokiego przekonania, pewna swej siły i zwycięztwa, gardząc siłą materyalną, którą ostatecznie zwyciężyć musi. Tę erę nowej pracy społecznej wszystko się zdaje zwiastować, znużenie walczących, bezużyteczność walki, uznanie prawdy, przekonanie o niebezpieczeństwie bezprawia i gwałtu, który nic nie tworząc, burzy co mamy najdroższego.
Użycie siły w sprawie ducha pozostawić potrzeba tym, którzy do poczucia potęgi jego nie dorośli, jakkolwiek publicznie odzywają się głosy uświęcające ją i odwołujące się do niej, panowanie jej widocznie zbliża się do końca; narody pierwsze zrzekną się walki pięściowej, spisków tajemnych, dróg fałszu milczących i skrytych, a prawda wyznawana jawnie przez wszystkich zwycięży.



Jeden z przyjacioł Adama Mickiewicza opowiadał następującą z lat jego życia ostatnich przygodę, która maluje najlepiej czystą jego duszę. Między nim a przyjacielem *** zaczęła się raz wieczorem rozmowa, w której marzenia i przypuszczenia, ten pokarm powszedni wygnańców, obficie zasilały biesiadę. Zaczęli mówić oba o bogactwie i użyciu go; przyjaciel w końcu zapytał Adama: coby on począł, gdyby nagle stał się bardzo bogatym? Ja, rzekł Adam, wykupiłbym wszystkie a wszystkie egzemplarze Konrada Wallenroda i do jednego bym je spalił...
Czuł to lepiej nad innych Adam, jak idea Wallenrodowska zastosowana do życia i sprawy narodowej wiele nam uczyniła złego.
Cudnym poematem jest Wallenrod, ale zgubną ideą jest Wallenrodyzm, apoteoza fałszu i zemsty, przyznanie się do słabości i upadku.
Mógłże się spodziewać poeta, że znękany i zesłabły naród zastosuje do żywota swego tę pieśń boleści i grozy, że z niej wyciągnie całą teoryę fałszu i zdrady.
Poetycznie wielki Wallenrod jest postacią chorobliwą, symbolem rozpaczy, która nie zwycięztwa szuka ale chwilowej pomsty i nasycenia namiętności dzikiej.
W wielkich zapasach ludzkości dobijającej się swych przeznaczeń Wallenrody są trupami, nad którymi płakać potrzeba, ale się ich naśladować nie godzi. Potrzeba było tak zrozpaczonego jak nasze położenie, aby pokolenie całe dopatrzyło w Wallenrodzie wzoru i zapragnęło pójść w jego ślady.
Od chwili, gdy Wallenrod ukazał się raz pierwszy na świat w Petersburgu, aż po dzień dzisiejszy, żyliśmy niestety nieustannemi Wallenrodyzmami, a ile powagi, blasku odjęliśmy przez nie sprawie narodowej, kłamiąc, milcząc, spiskując gdy należało w obronie jej występować otwarcie i wytrwale, ileśmy ludzi stracili, co kryjąc się pod płaszczem Wallenrodów zeszli na prawdziwych Krzyżaków, ilą krwi i łez opłaciliśmy ten poemat... wyliczyć niepodobna. Czuł to sam nieśmiertelny poeta który tak miłował prawdę i tak w ciągu całego żywota służyć jej umiał.
Epoka Wallenrodów szczęściem zdaje się dokończoną. Zamknęła się ona męczeństwy i nie powinna powracać. Straciliśmy wiele nie śmiejąc wyznać prawdy, a spiskując dla niej wyrządziliśmy ujmę charakterowi narodowemu, zachwialiśmy samo znaczenie tej prawdy, ukrywając się z nią.
1861 — 1865.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.