Wieczory drezdeńskie/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wieczory drezdeńskie
Data wydania 1866
Wydawnictwo Xięgarnia Zelmana Igla
Drukarz Drukarnia Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



VII.
(List do Autora)
Drezno Lipiec 1861.

„Byłem po razy kilka kołacząc i dzwoniąc do szklannych drzwi na Augustusstrasse, nadaremnie, nielitościwe te podwoje otworzyć mi się nie chciały... Możem nie wiedział czarodziejskiego „Sezamie otwórz się“ czy tak nieszczęśliwie trafiałem zawsze; to pewna, że zrozpaczyłem już, bym pana widzieć mógł i pomówić z nim, a jest tego pilna potrzeba...
Szerzy się po mieście niepokojąca jakaś pogłoska w kołach tutejszego towarzystwa polskiego, że pan piszesz i wydajesz jakieś... Drezdeńskie wieczory?. Miałożby to być prawdą? — Nie wiem dlaczego, zkąd, jaką wiedzą czy przeczuciem wieczorom tym, zapewne nikomu jeszcze nieznanym, przypisują już cel, mówią o ich treści...
Trochę, prawdę powiedziawszy, na złodzieju czapka gore, może się coś w Dreznie po troszę nabroiło tu i owdzie, strach tedy, abyś pan tych bredni drezdeńskich nie myślał opisywać...
Napróżno tłumaczyłem niespokojnym, że nigdym pana na uczynku osobistości od lat trzydziestu kilku nie złapał, że nawet... to co się tam w tem Dreznie działo i dzieje wcale nie zasługuje na monografią żadną — upierano się koniecznie, że pan chcesz być bocianem...
Byli tacy, którzy się odgrażali już nawet, że choć bocian u nas jak ibisy w Egipcie szanowany był, gotowi doń strzelać...
Przejęty tem wszystkiem razem, chciałem się z ust jego dowiedzieć prawdy... A ponieważ niedopuszczony zostałem do audyencyi, a w Grossergarten także przy muzyce próżno go szukam, ośmielam się trudzić niniejszym listem, prosząc o kategoryczną odpowiedź:
czy będą na świecie jakie Wieczory drezdeńskie?
A jeśliby na świat wyjść miały, czy społeczeństwo nasze w Dreznie, ma im materyału dostarczyć.
Jeśliby na drugie pytanie potwierdzająca odpowiedź wypadła, mam sobie za obowiązek zwrócić uwagę pańską, że... dalipan nie ma o czem pisać...
Co wyraziwszy piszę się i t. d.

Z.




Drezno. Lipiec 1865.


Szanowny panie!


Odbieram list pański i czytając go ruszam ramionami... krew mi do twarzy bije, powiem prawdę, gniewam się.
Nie na pana jednakże, który w prostocie ducha powtórzyłeś plotkę ledwie na pół jej dając wiarę, ale na tych co ją ułożyli i roznieśli.
Mieszkasz pan w Dreznie od niejakiego czasu, patrzysz zapewne z bliska i bliżej odemnie na społeczność naszą, — mogłeś więc a priori zaręczyć, że o niej pisać nie będę...
O jednych się nie godzi, kochany panie, a o drugich... doprawdy nie byłoby co pisać.
Zresztą popełnione w Dreznie grzechy nasze i cnoty, którycheśmy się tu dopuścili... nie są wcale takich rozmiarów, aby na uwiecznienie zasługiwały.

Guarda e passa

Danta najlepiej służy do nich. W Dreznie ziomków naszych uczyć się byłoby zapoźno, chcieć poprawiać ich tutaj, nie miejsce, najlepiej nie mówić o nich.
Miarkujesz pan więc już z tego co poprzedza, że Wieczory drezdeńskie, wcale z czego innego a nie z naszych skandalików będą utkane...
Ale gdyś mnie zaczepił, za karę musisz posłuchać dłużej niżeli się spodziewasz... list twój i moją odpowiedź włożę do wieczorów, będzie to rodzaj otwartej karty do wszystkich... więc sobie w niej rozpisać się nieco pozwolę.


Spotykaliśmy nieraz po dziennikach naszych zarzuty czynione społeczności zwłaszcza majętniejszej, że się zawsze starym obyczajem kocha w próżnych włóczęgach za granicą, że trwoni pieniądz ubogi i czas najdroższy na te wędrówki bez celu, że się kocha w gospodach cudzych więcej niż we własnym domu.
W zarzutach tych jest wiele prawdy, lecz wiele też da się na odparcie ich powiedzieć.
Zapewne więcej nas w domu siedzieć i pracowaćby powinno, ale smutne losy Polski, prawie całej, takie nam życie stworzyły w powszednich jego warunkach, że mało ludzi wytrwać w niem potrafi.
Potrzeba na to więcej wyrozumiałości, niż jej mamy zwykle dla siebie...
Nie godzi się wszystkim bez różnicy zarzucać tych z domu ucieczek, wiele osób jest do tego zmuszonych, wielu słabość jest wymówką, wiele jest pociągnionych przykładem, znękanych, obolałych...
A tout peché misericorde. Dziś zwłaszcza miłosierdzia potrzebujemy, obcy nam go odmawiają, dajmy go choć sami sobie.
Jedzie się więc za granicę i często osiada w Dreznie. Hałasują bardzo na to upodobanie w stolicy Saxonii, radbym je także nieco wytłumaczył, jeśli nie uniewinnił. Drezno w istocie dla nas jest prawie jedynem; ma w sobie coś polskiego, pamiątki, przypomnienia, węzeł starych stosunków... a na cmentarzu... same prawie polskie grobowce.
Ktoż tu już z nas kogoś ze swoich nie pochował!
Ciągną wspomnienia i mogiły, ciągnie spokój, którego gdzieindziej nie mamy...
Widzisz pan, że jestem nader wyrozumiały, rozumiem już urok spokoju i siłę kości zbutwiałych.
Jest w tem wszystkiem jedna tylko rzecz zła, najgorsza, to że tu godności naszej narodowej między obcymi utrzymać nie umiemy.
Nikomu wyłączniej nie czynię tego zarzutu, żadnej społeczności naszej sferze — wszyscyśmy winni, wielcy i maleńcy, bogaci i ubodzy.
Nieszczęścia nasze nie uniewinniają nikogo, obowiązują bez wyjątku wszystkich. Cała to zasługa cierpienia, gdy ono podnosi i wykształca człowieka, a nie poniża go i upadla, można zeń wziąć i pokarm i truciznę.
Wyrzuceni z kraju, wygnani, uciekający powinnibyśmy pamiętać, że niesiemy go z sobą, że bądź co bądź w jakiejś go cząstce przedstawujemy przed światem.
Każdy nasz usterk, błąd, wada, lekkomyślność popełnione na tym teatrze wśród licznych widzów obcych, ciekawych, niechętnych, spada nie na nas samych, ale na naród cały...
Jeśli więc gdzie to za granicą każdy szczególną na siebie baczność zwracać powinien, jako w pewnej mierze reprezentant narodu.
Nie każdy o tem pamięta, albo raczej często wszyscy o tem zapominamy.
Drugim obowiązkiem nieszczęścia jest podzielenie go z braćmi, nie wyłączanie się z ogółu...
Przekonania polityczne, zasady, położenie towarzyskie, wychowanie, tysiące przyczyn rozdzieliły nas na więcej obozów niż jest może systemów, sposobów zapatrywania się i programów; ale tu polityka, teorye ustąpić powinny najwyższej potrzebie zgody w niedoli...
Z obawy rewolucyi dla jednych, ze wstrętu do reakcyi u drugich rodzi się zupełny rozdział narodu, rozbratanie, wydzielenie,.. Pojmujemy bardzo różnicę zdań ale ona nie umniejsza bynajmniej, nie unieważnia — jedności obowiązków. Prawo moralne i przywiązanie do kraju, które pojmujemy bardzo różnie, ale chlubimy się nim wszyscy, wymagają od nas abyśmy się wspólnie wspierali i nie wyrzekali jedności narodowej.
Otoż społeczność nasza za granicą w ogóle grzeszy tem, że się do tego obowiązku jedności nie poczuwa, rozbija i dzieli na obozy, wypiera pod różnymi pozory sama siebie...
Skarzymy się na podział Polski, sami ją przecie na najdrobniejsze cząsteczki dzielimy i krajemy do ostatka. Każdy się odosabnia ze strachu, ze znużenia, przez niedarowany egoizm... Miłość gaśnie, widoczne tylko są niechęci. Jakież o nas wyobrażenie powezmą obcy patrząc na te obawy ziomków lękających się braci? Nie rzucamyż przez to potępienia sami na siebie?..
Drezno jak bardzo wiele miast żyjących z cudzoziemców, wcale jednak gościnnem nie jest dla przybyszów, którzy mu nic nie przynoszą prócz dwojga rąk i potrzeby pracy. Dosyć kwaśno, niechętnie czasowy ledwie przytułek wyżebrać mogliśmy dla tych, co go najwięcej potrzebowali; karmiono ich szyderstwy, obelgami, wzgardą, społeczność zamożniejsza wylegitymowana, spokojna i bezpieczna, której pan komisarz kłania się z uśmiechem w ulicy jako dobry przyjaciel i znajomy — ani razu może nie poczuła się w tem solidarną z nieszczęściem, nie powiedziała sobie, że gdy wypędzają pogardliwie ubogich i bogaciby wyjechać powinni z niegościnnego kąta...
Otoż co głównie zarzucić możemy naszym ziomkom w Dreznie, że tu każdy różnemi drogami swój interes robi, nikt nie myśli o tem jak sponiewierani jesteśmy jako naród. Obawa skompromitowania politycznego przez uczucie chrześciańskie była pretextem do tego oziębienia, ale jej fakta nie usprawiedliwiają. Żaden rząd na świecie, nawet najpodejrzliwszy nie karałby za miłosierdzie, gdyby ono było ogólnem, jawnem, odważnem i widocznie politykę uchylającem. Właśnie dla tego że nie wszyscy chcieli i chcą zajmować się biedną bracią, tych kilka osób, co dopełniają obowiązku bądź co bądź, mogą się wydać podejrzanemi i ściągnąć na siebie odpowiedzialność.
W czasie pobytu cesarza Mikołaja w Londynie, omyłką może przyniesiono mu bilety na bal, który xiężna S... na korzyść biednej emigracyi polskiej dawała. Cesarz Mikołaj nie obawiał się skompromitować i zapłacił za pięćdziesiąt biletów. Grzecznie poźniej zwrócono mu pieniądze, ale to dowód że się nikt nie kompromituje, gdy wspiera umierającego z głodu...
Bez żadnej przesady możemy zaręczyć, że były w Dreznie przykłady, iż ludzie — nie jadali po dni kilka.
Gdy współcześnie piękne ekwipaże woziły panów naszych i panie na spacery, a po hotelach dawano obiady wyborne... przyznajcie, że nocującym o głodzie na zroszonej wilgocią ławce w Grossgartenie, mogło się to wydać... dziwnem.
Nikt do miłosierdzia zmuszać nie ma prawa, a każdy swojem dobrem i groszem rozporządza naturalnie jak mu się podoba, społeczeństwo nie ma też prawa wglądać w to, jak swojego mienia kto używa... ale są wyższe prawa moralne, które taki kontrast dostatku z nędzą czynią ohydnym...
Legenda o bogaczu i łazarzu nie dziś stworzoną została, a do dziś dnia się powtarza. Przedstawienie tej legendy na sobie przed widzami obcymi, mamy głównie za złe społeczności polskiej... Przebaczym jej łacniej usterki i przekonania i przesądy polityczne, — polityka upaja i rozum odbiera — nie możemy darować antichrześciańskiej nielitości.
Nieszczęściem polityka służyła tu i służy za wymówkę...
Można nienawidzieć rewolucyę, mieć do niej żal największy, ale gdy komu w rewolucyi urwą nogę, strzaskają rękę, trzeba być chrześcianinem i bratem, albo się Chrystusa wyprzeć.
Najżarliwsza modlitwa i najregularniejsze chodzenie na rekolekcye do kościoła — nie pomogą, Pan Bóg sądzić nas będzie z uczynków, wiara bez nich martwa...
Przez te lat kilka, cożeśmy to mieli zręczności widzieć w tem Dreznie... i jak obraz naszego w nim życia byłby w istocie zajmującym, dramatycznym, gdyby go w całej prawdzie można odmalować...
Niechcemy być narodem upadającym, nie upadajmyż moralnie.
Polityka w głowie niech sobie mieszka jeśli chce, ale nie zajmuje serca...
Równie nie pojmujemy tych co się wahali należeć do składki dla powracających do kraju... z powodów że ją urzędowa osoba zbierała, jak tych, co lękali się pomódz wypędzanym przez policyę saską gwałtownie na wszystkie cztery strony świata...
Najmniej dziwim się obejściu z nami panów urzędników tutejszych: ci widząc jak my sami uboższych boim się, uciekamy od nich, nie ujmujemy się za nich, naturalnie musieli ich mieć za jakieś wyrzutki społeczeństwa...
Nakarmiono też nieszczęśliwych wszystką żółcią i octem, na jaką się tylko flegmatyczny Niemiec zebrać może. Aresztowano, wzywano kobiety do przedpokojów policyjnych, aby tam stały upokorzone czekając zlitowania pana komisarza, urągano się, znęcano... Ten sam grzeczny uśmiechnięty pan, tak uprzejmie kłaniający się naszym powozom, biednych jak nieboże stworzenia poniewierał...
Cośmy tu przecierpieć i przesłuchać musieli gburowatości, naigrawań należy do naszego martyrologu. Kiedyś sceny te w państwie niby nam przychylnem, którego wyżsi urzędnicy i rząd w istocie mieli dla nas pewne umiarkowane współczucie — wydadzą się może nieprawdopodobnemi.
Nie jednego nieszczęśliwego, który poszedł pomodlić się do kościoła, dla tego, że nie miał karty, że śmiał się ukrywać, pochwyciła zasadzka regularnie robiona przez uśmiechniętego — u drzwi kościelnych!!
Tem imieniem Polaka poniewierano, rzucano wzgardliwie, a ci co je noszą okrywając sobolami nie ujęli się za krzywdę mu uczynioną.
Oto są grzechy żywota w Dreznie. Mniejsza czy tam kto tańcował z młodzieży wśród żałoby ogólnej, przebaczyć można lekkomyślności, nigdy zakamieniałości serca.
Odpowiedzą mi na to, dawaliśmy, dawali nieustannie, wyciągano od nas jałmużny, dzieliliśmy się groszem... Przyznaję to, dawało wielu ten grosz nieszczęsny przymuszonych, kwaśno, niechętnie, z obawą i wstrętem, ale nie tak go daje prawdziwa litość, a my nie tyle grosza co serca po swoich żądamy.
Dawaliście grosz czasem, serca nigdy.
Po te jałmużny potrzeba było iść od drzwi do drzwi, ze sromem na czole, z bolem w sercu i znosić odmowy, wykrzywiania, często prawie obelgi... A gorzki to był ten grosz biednych wyżebrany przekonaniem, że nieszczęście zamiast nas lepszymi uczynić, zrobiło gorszymi niż byliśmy...
Krwawiej też niż niedostatek bolał nas chłód i pogarda...
Widząc nas tak obojętnymi dla braci, niższa policya naturalnie mogła sobie pozwolić co chciała... Wszakże to ta hałastra źle odziana, blada i głodna... to byli tylko jacyś rewolucyoniści!! Uśmiechnięty jegomość wyraził się raz bardzo szczęśliwie, w jednym z tych języków wielu, którymi tak doskonale włada — że obdartusy nasi szpecą mu ulice Drezna...
To też pędzono ich bez litości do Hofu, do Szwajcaryi, gdziekolwiek bądź, byle pięknej ziemi saskiej i spokoju jej nie kalali widokiem swojej niedoli.
Nie było w tem wcale złej woli z góry płynącej, ale... źle zrozumiana subalternów gorliwość, którzy sądzili że się tem przypodobać potrafią potędze, przed którą biją czołem...
Ale dość tego smutnego przedmiotu. Dodam przy tej zręczności kilka jeszcze uwag o Dreznie i życiu jego....
Dla nas z powodu małych bardzo stosunków z mieszkańcami, wyższym światem, dworem i towarzystwem saskiem, a nawet z przybywającymi tu cudzoziemcami życie się ogranicza kołem stosunków krajowych. W Dreznie jesteśmy jeszcze prawie w Polsce na ziemi saskiej, przynosim tu swoje obyczaje, przywozimy barszcz i kapuśniak, pieczemy ciasta wielkanocne... obchodzimy wigilią choć z maleńkim polskiego opłatka kawałkiem...
O! to bardzo pięknie... tak być powinno i tego dosyć wychwalić nie można. Pozwólmy cudzoziemcom śmiać się nawet z naszych obyczajów, ale zachowujmy je jako drogą spuściznę...
Więc cicho żyje się w Dreznie w kółku dobranem, a kółek tych jest co nie miara, bo towarzystwo się rozdziela na bardzo wiele gron, przeciwko czemu ktoż by miał co do zarzucenia? To jest wszędzie. Zamożność, obyczaj, wychowanie, wyobrażenia, humory, stosunki łączą i rozdzielają ludzi... Żyć naturalnie woli każdy z miłemi i z takiemi co go rozumieją... aleby to nie powinno przeszkadzać znać resztę i nią się interesować.
W zimie towarzystwo zamożniejsze ma galeryą, ma teatr wyborny, koncerta bardzo dobre, szlichtady, łyżwy w Grosser gartenie jak w bulońskim lasku... wreszcie swoje wieczory, teatr towarzyski i tym podobnie. Czas schodzi bardzo mile...
A! jakby to ślizgając się po stawku przy pochodniach w ogrodzie... uśmiechając wesoło twarzyczkom zarumienionym zabawą, należało pamiętać o tych bladych twarzach, które głód i chłód wybielił...
Na wiosnę i w lecie, gdy znowu zamożniejsi rozlatują się po wodach, po kąpielach... Drezno nieco opustoszałe jest może najmilszem; przybiera jeszcze bardziej fizyognomię wiejską... którą po trosze ma zawsze.
Ci co nie chcą lub nie mogą jechać dalej, osiadają w Blasewitz, w Loschwitz, Wachwitz, Schandau itp. Dopiero w jesieni wszyscy wędrowcy nazad powracają do stolicy... Brühlowska tarasa, Grosser Garten napełniają się cudzoziemcami, elegantkami i łatwą do rozpoznania tak zwaną Polonią.
Na wiosnę i przed spóźnioną jesienią ciekawi zwiedzają istotnie piękne okolice i przechwaloną Szwajcaryę saską, z której tylko Bastej jest istotnie bardzo malowniczą...
Życie zresztą płynie w pięknej porze na wycieczkach do Waldschlöschen, do Linksche–Bad, do Felsenkeller, Rabenau, Paradiese itp., na spacerach po Elbie, na rozrywkach bez końca... jak gdyby życie było nadto długie a nie miano go czem wypełnić.
Niewiele osób znajduje tu sposobność pracowania, studyowania, uczenia się, chociaż Drezno mogłoby do pewnego stopnia sprzyjać nauce i studyom...
W prawdzie już się tu nazwyczajono nieco do próżniaków ciekawych, ale możeby nauczono się też służyć trochę i pracującym.
Szczególniej zbiory starożytności i sztuki, choć trochę dziś straciły przy nowszych a obfitszych muzeach, jeszczeby przydać się mogły... do obeznania z historyą sztuki itp.
Ale my lubiemy się bawić, nadto lubiemy się rozrywać... Nawet poważniejsza zabawa, w której jest nieco posilnego pokarmu, odstręcza nas.
Nie słyszałem jeszcze o nikim, coby w pałacu japońskim (usui publico patens, mówi fronton) pracował... wielu go przebiega dla zobaczenia (?) biblioteki...
Nigdy zrozumieć nie mogłem, na co się może przydać komu widzenie biblioteki?
W ogóle też oglądanie zbiorów takie, jakie jest we zwyczaju u cudzoziemców, na nic się nie zdało i nie prowadzi do niczego; zbogaca ono kieszeń ciceronów ale nie umysły gości.
Jak połknąć nie może człowiek tylko pewną ilość pokarmu, tak widzieć pożytecznie może też ograniczoną liczbę przedmiotów.
Dalej już trzpiotowate przebieganie oczyma najbogatszych zbiorów na nic się nie zdało, pamięć nic nie zatrzymuje wcale... wyobraźnia tworzy chaos z niedokładnie pochwyconych rysów mnóstwa...
Życie tych rodzin zamożnych, które się mieszczą w tak zwanym quartier anglais, cichym, spokojnym, eleganckim, odosobnionym, pełnym meblowanych apartamentów na wszelakie ceny, jest nader szczęśliwym wypoczynkiem, urozmaiconym najróżnorodniejszemi zabawy... spytajcież o życie wygnańca?...
Nie na różach on jest tutaj... Naprzód zależy od humoru, kaprysu, fantazyi i przywidzenia wszechmocnego komisarza, który jeśli zechce go wypędzić we dwadzieścia cztery godzin, ani prośba do króla, ani protekcya ministra stanu nie pomogą. Jest to zagadką, której rozwiązać się nie silim... ale nie ulega wątpliwości, że minister tu mniej może od komisarza policyi, który z pokorą udaną odwołuje się do decyzyj ministerjalnych, do wyroków dyrektoryum itp., ale w istocie robi to, co sam chce.
Od jego fantazyi, zależy czy masz oddychać saskiem powietrzem lub nie... najwyższa protekcya, jeślibyś się do niej odwołał, może ci wiele zepsuć, rzadkoby pomódz mogła, chyba chwilowo.
Naprzód więc potrzeba pozyskać łaskawe względy owego wszechmogącego człowieka...
Szczęśliwy, kogo uznano raz godnym posiadania tak zwanej karty mieszkańca (Einwohnerskarte)... inni muszą co miesiąc stawić się w biurze, bić czołem, opłacić groszy coś tam i dostają pozwolenie owo pod pieczęcią na cztery tygodnie...
Osobom wylegitymowanym (to jest mającym pasporta legalne) wolno mieszkać gdzie chcą w Saxonii, ale nieszczęśliwym zbiegom tylko w Dreznie... Naturalnie są oni tu pod surowym nadzorem policyi, która wie doskonale sprawy, zajęcia, nawet korespondencye, jakie ów internowany odbiera...
Za kilka talarów miesięcznie stancyjka... za kilka groszy obiad sosisty... za półtora grosza kawa... powietrze za dwadzieścia groszy miesięcznie (cena karty), oto koszta utrzymania.
I żyje się tak...
Są tacy, co obiadu nie jedzą, a na teatr idą... Nie dziwujmy się... znękanym ludziom potrzebniejsza czasem rozrywka nad jadło... są tacy...
A w moich oczach wiele być powinno przebaczone tym, co stracili wszystko... niech się każdy postawi w położeniu tych zwłaszcza często nie zbyt wykształconych ludzi, którzy wyrzuceni zostali po za kraj bez grosza, bez umiejętności języka... którym odebrano kraj, rodzinę, przyszłość... Dziwnoż że rozpacz obejmie, że szał ogarnie!
Ci łazarze wygnańcy nieszczęśliwsi są od Hioba, co leżał ranami okryty na gnojowisku swojem, pod niebem znanem... słysząc choć urągający ale głos ukochany dawno i miły... Trzeba mieć litość nad nimi... bo któż z nas pewien, że sam współczucia i litości potrzebować nie będzie?
Wraca mi ta piosnka nieustannie na usta... niestety wiele widziałem nędz, a nadto obojętności na nie.
O współczuciu dla nas mieszkańców tutejszych ledwie wspomnieć można, w istocie nie mieliśmy go nigdy, ani na chwilę... obawa o to, byśmy nie spadli na Saxonią całem brzemieniem i nie ogłodzili jej, a nie skompromitowali politycznie... przemagała nad słabem bardzo uczuciem ludzkiem.
Jeden jeszcze powód przyczyniał się do obojętności; obawiano się, aby sympatya dla nas nie odstręczyła od Drezna zamożnych przybyszów z północy; zręczni ichmościowie rozpuszczali o tem pogłoski by mieszkańców uczynić współuczestnikami swej niegościnności. Wiedziano bardzo dobrze, że choćby stu Polaków biednych wypędzono, bogaci zostaną...
Nieśmianoby pewnie najuboższego tknąć Anglika, boby się za nim ujęła cała Anglia zamieszkała w Dreznie i wszyscyby wyjechali... ale gdy ruszono Polaka nazajutrz tem grzeczniej kłaniali się wszyscy policyantom. Otóż dla czego nie mamy poszanowania u obcych... dla czego dziś wyraz Polak nic nie oznacza, tu przynajmniej, prócz może — nieco lekkomyślnego człowieka.
Moglibyśmy to naprawić, ale nie potrafimy, potrzebaby więcej jedności w sprawach naszych; bądźmy federalistami, gdzie idzie o sprawy prywatne; niech każdy kieruje niemi, jak mu się podoba: ale centralizujmy się, gdy chodzi o imie Polaka, o narodu poszanowanie...
Tu polityka i przekonania społeczne nic nie mają do czynienia... wszystkich obozów ludzie wspólny mamy interes...
Widzisz szanowny Panie, że dotykając nawet ogólnemi rysy naszego życia drezdeńskiego, nie tknąłem nikogo, nie zszedłem do tych nędz powszednich... któreśmy sobie wzajem przebaczać powinni... bo któż bez grzechu?
Jeśli Chrystus kamieniem na ludzi rzucać zabronił, cóż dopiero na zranionych i znękanych?..
Nie sądźmy, abyśmy nie byli sądzeni, przebaczmy, bo wszyscy potrzebujemy przebaczenia... Obcym dzikim zostawmy bałwochwalstwo siły i potęgi, my czcijmy cierpienie i szanujmy boleść... a darujmy tym którzy — niewiedzą co czynią.
Październik 1865.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.