Rodzina kamieniarza/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anonimowy
Tytuł Rodzina kamieniarza
Pochodzenie Zajmujące czytanki nr 17
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1913
Druk Drukarnia M. Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Antonina Smišková
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
RODZINA KAMIENIARZA
z czeskiego opracowała
Antoszka

— WYDANIE TRZECIE —

Wydawnictwo M. ARCTA w Warszawie



DRUKARNIA M. ARCTA W WARSZAWIE, ORDYNACKA 3
1913






Chatka w górach.

Pod Kaźmierzem nad Wisłą, w wąwozie między dwiema wapiennemi skałami stała nizka chatka. Zbudowana była z szarego wapiennego kamienia, a gonty, któremi dach był pokryty, gęsto mchem porośnięte, dowodziły jej podeszłego wieku.
Rzeczywiście wystawił ją przed wielu laty jeszcze dziadek obecnego właściciela, gdy się tu osiedlił.
Obok wązkich drzwi wchodowych stała ławka, zrobiona z grubo ociosanej deski, wspartej na dwóch kamieniach. Pod prawą ścianą, o jednym okienku, zwróconym ku wschodowi, widoczną była zwietrzała skała, pokryta orną ziemią, a na niej wybujałe słoneczniki, gieorginje, mak, rzodkiewka, marchew i t. p. Ogródek otaczał płotek, pleciony z wierzbiny. O tylną ścianę chaty wspierał się nizki chlewek, przy którym stał mały kurnik, a tuż obok na wysokim słupku wznosił się gołębnik. Trochę opodal była drwalka, napełniona suchemi gałęziami, przygotowanemi na opał.
Właścicielem chałupki był kamieniarz Pokora, który mieszkał tu wraz z żoną, dwoma synami i córką. Najstarszy syn, Wacek, miał rok czternasty, drugi, Franio, był o cztery lata młodszy, a pięcioletnia Antolka była najmłodsza.
Pokora od świtu do nocy przebywał w górach, gdzie rozsadzał dynamitem skały, a potym rozbijał je na części, z których większe kamienie układał w sążnie, a mniejsze tłukł na szaber i zsypywał w pryzmy.
Co parę tygodni przyjeżdżał właściciel skał, który odbierał pod miarą wykonaną robotę; gruby kamień sprzedawał na budowę domów, a drobny szaber dostarczał najętemi furmankami na sypanie poblizkiej szosy.
Robota w górach była dość przyjemna w pogodną wiosnę i jesień, znośna jeszcze podczas lata, ale bardzo uciążliwa w czasie mroźnej zimy.
Wtedy Pokora z nagromadzonego materjału tłukł przeważnie szaber. Nasunąwszy czapkę na uszy, zarzucał na kapotę kożuch, brał ciężki młot, i pożegnawszy się z rodziną, szedł na robotę.
Najprzód przy nagromadzonych kupach kamieni odmiatał śnieg, potym wybierał sobie jeden gładki kamień do siedzenia, osłaniał się od wiatru kożuchem, zawieszonym na tykach, nogi obwijał szmatami, aby mu było cieplej i aby pryskające kamienie nie kaleczyły butów.
Objąwszy nogami płaski kamień, służący mu za kowadło, kładł na nim mniejsze kamienie i uderzeniem ciężkiego młota rozbijał je na szaber. Dźwiganie młota i machanie nim rozgrzewało go tak, że i w samej kapocie było mu dosyć ciepło. Najgorzej było z nogami, które mimo słomy, jaką miał w butach i gałganów, któremi je okręcał, z powodu braku ruchu ziębły mu i drętwiały.
Od czasu do czasu wstawał, aby rozprostować członki i rozgrzać nogi tupaniem, ale na takie przestanki nie mógł sobie często pozwalać: dzień zimowy jest krótki, robota szła niesporo, a trzeba było zarobić choć 20 kop. dziennie, aby z biedą wyżywić rodzinę.
Zdarzało się jednak, że mimo najszczerszej chęci i koniecznej potrzeby zarobku, Pokora nie mógł iść tłuc szabru. Bywało to albo z powodu śnieżnej zamieci, albo gdy ból w odziębionych nogach mu dokuczał.
Aby jednak i wtedy nie próżnować, zbierał na wiosnę cienkie, lecz mocne korzonki sosnowe, które w zimie moczył, obdzierał z zewnętrznej kory i wyplatał z nich śliczne koszyki, opałki i nawet półkoszki do bryczek.
Jak widzimy z tego, Pokora był pracowity i zapobiegliwy i bardzo kochał swą rodzinę.
Sam umiał bardzo niewiele, bo rodzice jego niepiśmienni nie pojmowali potrzeby kształcenia dziecka i od małego zaprzęgli go do roboty. Dopiero ożeniwszy się, Pokora nauczył się od żony czytać i pisać. Czytając potym w święta i wieczorami pożyteczne książki, nabrał zamiłowania do nauki i przekonał się, jak ona jest każdemu potrzebna.
Dlatego też gorąco pragnął jej dla synów i wszelkiemi siłami starał się ich uczyć. Posyłał tedy obydwuch do szkoły, chociaż Franio przydałby się matce w domu, a Wacek mógłby już po trochu ojcu pomagać.
Oboje rodzice odmawiali sobie wszystkiego, aby tylko synom na książki i potrzeby szkolne starczyło. Pokorowa jak mogła łatała w domu bieliznę, od kilku lat nie widziano na niej nowej sukni lub chustki. Idąc do Kaźmierza po niezbędne sprawunki, Pokora omijał zdaleka piwiarnie, a wódka u nich w domu nigdy nie postała. Ale za to chłopaki mieli zawsze całe buty i porządny przyodziewek na zimę do szkoły. A ponieważ do miasteczka było daleko i chłopcy nie wracali na obiad do domu, matka dawała im zawsze na południe w kobiałkę garnuszek dobrze okraszonej kaszy, lub kapusty, kawał chleba z serem, albo butelkę mleka, a często zdarzył się i kawałek kiełbasy, aby głód nie przeszkadzał im w nauce.
Pokorowa, jak mogła dopomagała swemu mężowi. Obrządziwszy się ze swym skromnym gospodarstwem, w lecie chodziła po górach, zbierała i suszyła lecznicze zioła jak: piołun, tysiącznik, szałwię, kozłek lekarski czyli walerjanę, bratki, kwiat lipowy i bzowy — i sprzedawała to do apteki. Dalej rwała orzechy i berberys, w które obfitują góry kaźmierskie i nosiła to wszystko na targ, gdzie za dobre pieniądze zbywała.
Po powrocie ze szkoły lub wczesnym rankiem chłopcy pomagali matce w tym zajęciu.
Za otrzymane stąd pieniądze Pokorowa kupiła parę kur i koguta, a za sprzedane kurczęta nabyła kozę. Chociaż znajome kobiety kpiły z niej, że będzie miała «żydowskie bydlę», Pokorowa nic sobie z tego nie robiła. Wiedziała ona dobrze, że w górach nie zebrałaby paszy dla krowy, a niewybredna koza byle czym się pożywi i aby ją tylko dobrze doglądać, da tyle mleka, ile źle pielęgnowana krowa — dzieci zaś nie pytają, jakie to mleko, aby tylko było. Otóż koza Pokerowej dawała tyle mleka, że nietylko było czym strawę okrasić, ale czasem się i na serek zebrało.
Wacek bardzo pragnął posiadać i chować gołębie. Razu pewnego ojciec poszedł do szkoły spytać pana nauczyciela o postępy swych synów i dowiedział się, że obaj, a zwłaszcza Wacek, uczą się doskonale.
Chcąc mu za to zrobić przyjemność, ojciec kupił mu parę fajfrów. Chłopak nie posiadał się z radości. Z pomocą ojca skleił gołębnik i z całym zapałem oddał się hodowli tych ptaków. Gołębie wkrótce przywykły do nowego mieszkania: wylatywały na żer i wracały do gniazda, w którym niedługo znalazły się dwa jajeczka. Ile to było uciechy, gdy je Wacek zobaczył! Oglądał je, pokazywał Franiowi, ale tylko zdaleka, żeby im się nic nie stało. A cóż dopiero, gdy z jajeczek wylęgło się dwoje gołych piskląt. Że to było akurat w żniwa, obaj chłopcy, korzystając z wakacji, chodzili po zżętych polach i zbierali pozostawione przez żeńców kłosy; ale musieli zabierać i Antolkę z sobą, bo i ona chciała się przyczynić do wyżywienia gołąbków. Przyniesione snopki chłopcy młócili kijanką i otrzymane ziarno zbierali w woreczki, które uszyli ze starego matczynego fartucha. Pilne dzieci nazbierały tyle kłosów, że wymłóconego ziarna starczyło nie tylko dla gołębi, ale i dla kur na kilka tygodni. Tymczasem Pokorowa sprzedała podrosłe gołąbki i mendel jaj i za to kupiła dla swego drobiu pośladu na zimę.
Jak Wacław miał szczególne zamiłowanie do gołębi, tak Franuś znowu oddawał się z zapałem ogrodnictwu. Z poblizkiego lasu nosił wrzosową ziemię, potrząsał zagonki nawozem kozim, kurzym i gołębim, który skrzętnie zbierał, potym przekopywał i grabił ogródek, aby tylko o ile możności ulepszyć grunt. Nasiona przynosił sobie od pana nauczyciela, który mu chętnie dawał wskazówki, jak co ma sadzić, a nawet zaszczepił mu dwie dziczki ulęgałki, które Franek w zaroślach znalazł i z wielkim trudem do ogródka przeniósł.
Franio pilnował roślinek, usuwał zielsko, a skoro ogródek, prócz przyjemności, zaczął przynosić i korzyści, bo rzodkiewka, rzepa i groszek zielony wybornie dzieciom smakowały, a marchew, buraki i pietruszka matce się nieraz przydały, cała rodzina zaczęła się nim pilnie zajmować i obrabiać go wraz ze swym małym ogrodnikiem.
I Antolka, zachęcona przykładem starszych, nie chciała próżnować. Jak mogła pomagała, to braciom w zbieraniu kłosków, w wynoszeniu wypielonego zielska z ogródka, to znów matce przebierając groch, zamiatając izbę, a nawet obierając kartofle.
Rodzice, widząc to, dziękowali Bogu, że mieli tak pracowite dzieci i choć ubodzy, czuli się bardzo szczęśliwi i nie pragnęli niczego, tylko aby Pan Bóg ich wszystkich przy dobrym zachował zdrowiu.
Wróciwszy w święto z kościoła, lub wieczorem po pracy — cała rodzina zasiadała w lecie na ławce przed chatą, a w zimie około ciepłego pieca i gawędziła wesoło. Chłopcy opowiadali, co się nowego w szkole nauczyli, ojciec i matka różne przygody, jakie sami mieli, lub od innych słyszeli, a często Wacek z Franiem naprzemian czytali jaką książkę, którą pożyczyli od nauczyciela, lub kolegów. Takim sposobem Pokorowie uczyli się niechcący od swych synów, a mała Antolka słuchała, póki zmęczona nie zasnęła na kolanach ojca, lub matki.
I najbiedniejsi mogą sobie nawzajem pomagać.
Piękny majowy dzień chylił się ku końcowi. Powietrze było ciepłe, świeże, przepełnione wonią młodych liści i kwiatów.
Słońce kryło się za wierzchołki skał, a promienie jego padały na chatkę kamieniarza, wnikając do wnętrza przez drzwi otwarte.
Izdebka była mała, biedna, lecz czysta. Na wyszorowanej podłodze stały proste, ale porządne sprzęty. Przy kuchni kręciła się gospodyni i gotowała na wieczerzę kartoflankę. Mała Antolka krajała słoninę i wkładała ją do rynki.
Ze dworu słychać było miły i dziecinny głos. To Franio śpiewał, podlewając w ogródku.
Na ławce siedział Wacław, zajęty bardzo czytaniem ślicznej książki, którą sobie przyniósł ze szkoły.
Na wystających deseczkach gołębnika trzepotały się i gruchały gołębie. Koło budynku biegały kury, jakby śpiesząc jeszcze wygrzebać jakie ziarnko przed udaniem się na spoczynek. Kurka często zaglądała przez płot do ogródka. Młode roślinki stanowiły dla niej wyborny przysmak. Ale apetytu nie mogła zaspokoić: przez płot dosięgnąć nie mogła, a gdyby spróbowała wejść furtką, Franio wypędziłby zaraz nieproszonego gościa.
Wtym w pobliżu dały się słyszeć szybkie kroki.
Wacław podniósł głowę i zobaczył ojca; twarz jego i ręce były opalone, a odzienie kurzem pokryte.
— Tatko! — zawołał uradowany.
Jednocześnie gospodyni i Antolka wyszły z izby, a Franio, nie tracąc czasu na szukanie furtki, przeskoczył przez płot.
— Dobry wieczór, ojczulku — witały go dzieci.
— Dobry wieczór! Jak się macie? — odpowiedział kamieniarz i zwrócił się do żony.
— Wiesz, co się dziś stało?
— Gdzie? Komu? Nic nie wiem — odrzekła przestraszona — bo z twarzy męża poznała, że nie przynosi dobrej nowiny.
— Dąbek miał wypadek: spadł na niego wielki odłam i poranił go ciężko.
— Boże, co za nieszczęście! — krzyknęła Pokorowa i załamała ręce.
Dzieci zbladły z przerażenia; Wacławowi przyszło na myśl, że coś podobnego mogłoby spotkać i ich ojca.
— Nieszczęśliwa Dąbkowa! Biedne dzieciaki — żałowała kamieniarzowa. — A jak to było?
Pokora siadł na ławce, zdjął słomiany kapelusz, czerwoną chustką otarł sobie spocone czoło i twarz zakurzoną.
— Właśnie rozsadzaliśmy dynamitem skałę. Po wybuchu oberwała się gruba warstwa, a gdy drobne kamienie przestały spadać, wleźliśmy na górę, aby odłamy zrzucić. Dąbek szedł naprzód. Wtym niespodziewanie oberwał się jeszcze kawał i stoczył wprost na niego. Nim zdążył się cofnąć, kamień dosięgnął jego nogi i przewrócił go na ziemię. Uderzenie było tak silne, że Dąbek zemdlał.
Pośpieszyliśmy mu z pomocą i dopiero po długim usiłowaniu zdołaliśmy go przywrócić do przytomności! Skarżył się na straszny ból w nogach, które broczyły we krwi. Jędrzej skoczył dać znać Dąbkowej, a ja zostałem przy chorym. W jakie pół godziny przybiegła zdyszana, zapłakana żona ze starszą córką i przydźwigały pierzynę, poduszkę i płachtę, a Jędrzej dwa grube drągi, parę kawałków kory, którą odłupał ze świeżego pnia, konewkę wody i starą koszulę na bandaże. Z trudem poprzecinałem odzienie na poranionych nogach, obmyłem je cokolwiek z zakrzepłej krwi, ostrożnie uniosłem z pomocą wciąż zawodzącej żony, obwinąłem bandażami; położyliśmy następnie fartuch i chustkę Dąbkowej na korze. Tymczasem Jędrzej przymocował dwa boki płachty do drągów, poczym położyliśmy ją na ziemi, posłali na niej pierzynę i poduszkę, i pomalutku, aby jak najmniej urazić chorego, złożyliśmy go na posłaniu. Nogi, obłożone korą były zabezpieczone od ruchu przy podnoszeniu go i przyniesieniu do chaty.
Dopiero gdyśmy go z płachtą położyli na łóżku i Dąbkowa zaczęła kłaść świeże okłady, Jędrzej pobiegł do Kaźmierza po doktora.
Najwięcej mi żal dziewczynek, tak strasznie płakały. Pocieszywszy jak umiałem rannego i jego żonę, pośpieszyłem do domu, abyś się nie lękała, że tak długo nie wracam, bo myślałem, że już może kto doniósł wam o nieszczęściu. Ciekawym, co powie doktór. Dziś jeszcze muszę pójść do nich i dowiedzieć się.
— I ja pójdę z tobą — rzekła Pokorowa.
Chłopcy też chcieli odwiedzić chorego sąsiada, ale rodzice wytłumaczyli im, że trzeba pilnować domu, a zresztą dziś choremu mogliby przeszkadzać, obiecali im więc, że pójdą tam jutro.
Chłopcy zrozumieli, że rodzice mają słuszność i zgodzili się zostać w domu, ale Antolka rozpłakała się, mówiąc, że ona koniecznie pójdzie z mamą, bo tu boi się sama zostać. Dopiero wtedy się uspokoiła, gdy jej Wacek obiecał opowiedzieć bajkę.
Podczas wieczerzy mówiono wciąż o nieszczęśliwym wypadku Dąbka i jego rodzinie.
— Ja się dziwię, że ojciec mógł opatrywać te poranione nogi; ja nawet o tym słuchać nie mogę — rzekł Franio.
— A nie dziwisz się, że ludzie chodzą na polowanie, jak to w książkach czytasz, że myśliwym sprawia to nawet wielką przyjemność zabijanie zwierzyny, a przecież to patrzenie na przelew krwi nie jest wcale konieczne, podczas gdy człowieka bez pomocy zostawić niepodobna, a jeżeli niema się kim wyręczyć, to samemu trzeba po temu znaleźć siły i zdolności.
— Ale, że ojciec nie bał się z nim sam pozostać, gdy Jędrzej poszedł do Dąbkowej; przecież on mógłby umrzeć na ręku ojca? Już ja wolałbym polecieć dać znać żonie — rzekł Franio.
— To pewno, że chwile oczekiwania powrotu Jędrzeja były dla mnie może równie ciężkie, jak dla chorego; ale jeden z nas musiał zostać, bo czyż można było chorego zostawić samego? A czy ty myślisz, że przyniesienie takiej smutnej nowiny rodzinie jest mniej przykrym zadaniem, niż czuwanie nad rannym? Wierz mi, że tak ja, jak Jędrzej wolelibyśmy po 3 sążnie szabru utłuc, niż raz jeszcze znaleźć się w takich smutnych warunkach. Ale cóżby się działo na świecie, gdyby się usuwali ludzie od przykrych obowiązków? A gdyby ciebie, lub mnie spotkało podobne nieszczęście, a otaczający odmówili nam pomocy, wymawiając się tym, że im to sprawia przykrość, co powiedziałbyś na to? Boję się tylko, aby Dąbek nóg nie stracił, choćby zresztą do tego nie przyszło, dużo wody upłynie, nim znowu będzie mógł stanąć do roboty.
— Ale z czego będą żyli, nim on przyjdzie do zdrowia? — troszczyła się Pokorowa.
— Przypuszczam, że przedsiębiorca da mu jakieś wsparcie — pocieszał ją mąż, — inaczej nie wiem, jakby sobie dali radę. Dąbkowa jest słabowita, niewiele może zapracować, a dziewczęta są jeszcze małe. Pozostałaby im tylko żebranina.
— Ach, do tego chyba nie dojdzie! Dąbkowie są poczciwi ludzie i mają wiele przyjaciół, którzy im z głodu nie dadzą zginąć.
— Szkoda, że sami jesteśmy biedni — żałował kamieniarz — z chęcią pomógłbym koledze i przyjacielowi.
— Mój drogi, czyż ubodzy nie mogą w potrzebie przyjść uboższym od siebie z pomocą? Będziemy się dzielić tym, co mamy — powiedziała Pokorowa.
— Masz rację. Chociaż i u nas nie przelewki, ale nie mamy się co równać z Dąbkami — jesteśmy, chwała Bogu, zdrowi i mamy siłę do pracy. Tymczasem on obecnie jest ciężko chory, a ona taka zmartwiona i zajęta obsługiwaniem chorego, że o zarobku myśleć nie może — ciągnął Pokora.
— Biedaczka Dąbkowa nie mogła się dotąd zdobyć ani na kokoszkę, ani na kozę, nie mają zatym ani kropli mleka. Wiesz, gdy pójdziemy do nich, wezmę trochę mleka dla chorego i parę jajek dla dzieci. Pewno Dąbkowa nie ma czasu pomyśleć o wieczerzy.
— Bardzo dobrze. Nam to wielkiej ujmy nie zrobi, a im dopomoże. Wiele dać nie możemy, ale lepiej mało, niż wcale.
— Żeby tak wszyscy myśleli, to może biedaków nie byłoby na świecie!
Mówiąc to, Dąbkowa ugotowała parę jajek na twardo, nalała dzbanuszek mleka i wyszła z mężem.
Wacek obiecał, że będzie pilnował rodzeństwa i nie położy się, póki rodzice nie wrócą.
Smutno było w chałupce Dąbków, która była jeszcze mniejsza i nędzniejsza od mieszkania Pokorów.
Na łóżku leżał gospodarz, nogi miał grubo obandażowane i jęczał co chwila boleśnie. Przy nim siedziała mizerna kobiecina i ocierała od czasu do czasu oczy. W kącie pod piecem tuliły się do siebie dwie dziewczynki.
Gdy Pokorowie weszli do izby, chory powitał ich smutnym uśmiechem.
— Poczciwi z was ludziska, skoro jeszcze po nocy przyszliście mię odwiedzić — wyszeptał.
Kamieniarz i jego żona podali mu rękę i spytali, czy już był lekarz i co mówił.
— Wyszedł właśnie przed chwilą — odpowiedziała Dąbkowa, podając im dwa stare stołki i prosząc, aby usiedli.
— A cóż powiedział? — spytał Pokora.
— Mówił, że kaleką nie zostanę, ale długo poleżę, nim wyzdrowieję — odrzekł Dąbek.
— Chwała Bogu, że się to wszystko dobrze skończy — zawołała Pokorowa.
— Tylko to mnie pociesza, że znów będę zdolny do pracy — ciągnął dalej Dąbek, — ale nim to nastąpi, co z nami będzie? Aż strach pomyśleć!
I w oczach starego łzy błysnęły.
— Uspokójcie się — pocieszał kolega. — Bóg was nie opuści. Przedsiębiorca nie odmówi wam wsparcia, a zresztą i sąsiedzi pamiętać o was będą.
— Z chęcią podzielimy się z wami ostatnim kąsem. Przecie co was dziś, to nas jutro spotkać może, musimy się wspierać wzajemnie. Tymczasem przyjmijcie ot to — dodała, stawiając na stole dzbanuszek i kładąc obok jajka. — Dajcie na kolację dzieciom, a może i sąsiad napije się trochę mleka. No, już nie płaczcie, wszystko znowu wróci do dawnego trybu — perswadowała kamieniarzowa.
Dotknięta nieszczęściem rodzina serdecznie dziękowała.
Pokorowie jeszcze chwilę zabawili u sąsiadów, pocieszali ich i rozrywali jak mogli, potym, pożegnawszy się, pośpieszyli do domu.
Gdy Wacław dowiedział się, że doktór obiecuje Dąbkowi powrót do zdrowia, odetchnął spokojnie, bo on już rozumiał, co za skutki opłakane może pociągnąć za sobą kalectwo głowy rodziny. Franio i Antolka też się ucieszyli, że Dąbek nie będzie chodził o kulach, bo wtedy musiałby zostać żebrakiem, jak stary Maciej, co mu maszyna urwała nogę. A odmawiając wieczorny pacierz, dodały pobożne westchnienie za zdrowie sąsiada.
Jak przewidywał Pokora, przedsiębiorca nie odmówił choremu wsparcia, ale było ono tak małe, że nie wystarczało nawet na pokrycie najskromniejszych potrzeb, a tu należało było jeszcze chorego lepiej odżywiać. Szczęściem, że i sąsiedzi rannego dopomagali jak mogli jego rodzinie.
Pokorowie odmawiali sobie lepszego pożywienia, a jajka, mleko, ser nosili i posyłali Dąbkowi.
Zachęcone przykładem rodziców, dzieci szły w ich ślady. Wacław, niosąc kiedyś swoje mleko do szkoły, wziął z sobą parę młodych gołąbków na rosół dla chorego, a Franio, dowiedziawszy się o tym, narwał do rosołu włoszczyzny ze swego ogródka.
Mała Antolka kilka dni namyślała się, coby tu dać Dąbkowi. Aż jednego dnia matka przyniosła jej od pani aptekarzowej kawałek placka z rodzynkami. Z początku dziewczynka chciała cały placek oddać choremu, potym, jak to małemu dziecku, żal było całego, zaczęła go kosztować, oblizywać, ogryzać ze wszystkich stron. Tak jej zasmakował, że wkońcu postanowiła ofiarować Dąbkowi wszystkie rodzynki z placka, które też rzetelnie wydłubała, zawinęła w listek klonowy i powierzyła matce do odniesienia.
I inni sąsiedzi pamiętali o nim wedle swej możności.
Takim sposobem z pomocą Bożą i dobrych ludzi Dąbek powoli powracał do zdrowia.
Kiedy już mógł wychodzić z domu, zachodził nieraz, prowadzony przez swe córeczki, lub żonę, do chaty Pokory, tam siadywał na ławce, wygrzewając się na słonku i rozmawiając wesoło z całą rodziną, z którą podczas choroby tymbardziej się zaprzyjaźnił, że winien był im wdzięczność.
W końcu czerwca o tyle czuł się dobrze, że mógł już zabrać się do tłuczenia szabru.
I znowu życie naszych kamieniarzy popłynęło zwykłą koleją.





Pan Stanisław Michalski.

Malownicze okolice Kazimierza słyną ze swej piękności, to też na lato przyjeżdżają tu liczne rodziny z Lublina i Warszawy.
W jednym z małych domków zaraz przy szosie pod zamkową górą zamieszkał tego roku młody student z Warszawy. Pragnął on wypocząć po całorocznych trudach w ciszy i samotności; najął sobie tedy mały pokoiczek u staruszki wdowy, która zobowiązała się gotować mu śniadania i kolacje, pan Michalski bowiem wychodził zaraz po śniadaniu i dopiero na noc wracał do domu. Cały dzień chodził to po sąsiednich górach, to przeprawiał się za Wisłę, lub robił wycieczki w dalsze okolice. Obiad tedy spożywał tam, gdzie go zastało południe i taki, jaki mógł po drodze dostać.
Na jednej z takich wycieczek spotkał pan Michalski Pokorę, wstąpił do ich chaty na południowy posiłek, zapoznał się z całą rodziną i bardzo ją polubił. Odtąd często u nich bywał, tymbardziej, że Pokora, krusząc skały, znajdował w wapieniu często piękne odciski muszli, a nawet czasami liści dawnych drzew, dziś już u nas wcale nie rosnących.
I chłopcy spotykali je często, ale nie zwracali wcale na nie uwagi i nie zastanawiali się nad tym, skądby one się wziąć mogły. Dopiero, gdy młody student zaczął poszukiwać takich odcisków, postanowili mu w tej pracy pomagać i na wyścigi wyszukiwali coraz piękniejsze okazy.
Ponieważ równocześnie z przyjazdem pana Michalskiego zaczynały się wakacje w Kaźmierskiej szkole, chłopcy Pokorów mieli dużo czasu wolnego i jeden przez drugiego napraszali się do towarzystwa młodemu uczonemu. Oprowadzali go po sąsiednich skałach, lasach, które wybornie znali, pomagali mu nosić okazy znalezione lub wykopane.
Ale w lecie mieli także dużo roboty koło domu i pomoc ich była niezbędną. Musieli nagromadzić dla kozy paszę na zimę, z matką zbierać zioła do apteki, obrobić ogródek, który się coraz powiększał, bo oprócz włoszczyzny i jarzyn, Franio, za poradą pani aptekarzowej, zaczął hodować zioła lekarskie: majeranek, rumianek, szałwię, lawendę, koper włoski.
Że jednak przechadzki z panem Michalskim bardzo były dla chłopców pożyteczne, bo codzień coś nowego się od niego nauczyli, z czym nie omieszkali pochwalić się w domu, więc rodzice postanowili posyłać ich do pana Stanisława kolejno: jeden zostawał w domu, drugi szedł, jak mówili «na służbę».
— A na co pan te kamienie zbiera? — spytał raz Wacek, drapiąc się za studentem na wysoką skałę.
— Mój drogi, z tych kamieni uczą się dzieci w Warszawie tego, co wy tu macie przed oczyma.
— Jak to można uczyć się z kamieni?
— Ty myślisz zapewne, że uczyć się można tylko z książki? Otóż, chodząc tu ze mną po górach, niejednego się nauczyłeś: pokazałem ci, jakie gniazda buduje sobie słowik, jak urządza sobie norę kret, jak gospodarują mrówki; a tam dzieciom w Warszawie opowiadam o roślinach, skałach, znajdujących się w nich odciskach i pokazuję im, jak to wygląda. A czy ty wiesz, skąd te muszle wzięły się w kamieniach?
— E... proszę pana, są to... są, nigdy o tym nie myślałem, jakim sposobem tam wlazły.
— One tam wcale nie właziły, bo nóg nie mają, ale uważaj tylko, to ci opowiem, jak się tam dostały. Widziałeś może kiedy, jak po ulewnym deszczu mętna woda zbiera się w rowkach, i brózdach i spływa z góry na dół, unosząc z sobą okruchy kory, zwiędłe liście, sosnowe igły, kawałki słomy, a nawet małe kamyki. Gdy taka woda znajdzie jakieś większe zagłębienie, zbiera się w nim i tworzy kałużę. Skoro deszcz padać przestanie, woda w kałuży ustoi się, męty opadną na dno, a czysta woda zostanie na wierzchu. Po dwuch, trzech dniach słonecznych woda zupełnie wyschnie, a w kałuży zostanie miałki mułek, w którym, jak rodzynki w cieście, tkwią owe listki, kawałki kory i t. d. Jeżeli taki prąd wody spotkał po drodze muszelkę z żywym ślimakiem, porwał ją z sobą i zanurzył w mule. Ślimak się udusił, a muszla została.
— Skąd się wzięły listki i nawet ślimaki w mule — rozumiem, bo muł był miękki, jak ciasto, ale jak się dostały muszle do środka kamienia — nie pojmuję wcale — przerwał Wacek.
— Tylko trochę cierpliwości, mój drogi, a wszystko ci wytłumaczę — odrzekł pan Stanisław. — Widzisz i te skały nie zawsze były takie twarde, jak teraz, i one były kiedyś miękkie, jak ciasto. Dawno już bardzo temu, bo pewno przed wieloma tysiącami lat, tu, gdzie obecnie mieszkamy, było dno morza.
— O dla Boga, co też pan mówi! — krzyknął Wacek.
— Uspokój się i nie przerywaj, bo nigdy do końca nie dojdziemy. Otóż na dnie tego morza żyło mnóstwo drobniusieńkich ślimaczków, takich drobniutkich, że ich nie można dojrzeć golem okiem, tylko przez silnie powiększające szkło. Ślimaczki te żywiły się wodą tak samo, jak ślimaki i małże stawowe i wiślane, żyły, żyły a potym umierały; delikatne ich ciałko gniło, a wapienna muszelka zostawała. Żyły całemi gromadami i całemi też gromadami martwe opadały na dno morza; a na jedne warstwy układały się drugie, na to trzecie i tak dalej. Gdy między te warstwy muszelek wpadały większe ślimaki, muszle i ryby żyjące w morzu, oraz rosnące tam rośliny, zostawały przykryte świeżemi warstwami drobnych muszelek. Tym sposobem z biegiem setek tysięcy lat utworzyły się grube warstwy. Dolne zaś warstwy pod uciskiem górnych i całej masy wody morskiej, tężały, twardniały i zamieniały się w kamienie.
— No, a jakże one potym wyszły z wody? — spytał chłopiec zaciekawiony.
— W niektórych miejscach wody wyschły, opadły; w innych znowu dno morskie podniosło się do góry i ukazały się na powierzchni wody skały, które się w wodzie utworzyły.
— To jakieś bardzo dziwne, proszę pana! A skąd się ludzie o tym dowiedzieli?
— Zastanawiali się, badali morze i przekonali się, że i dziś na dnie jego żyją takie ślimaczki, które tworzą podobne skały.
— A jakże się ludzie na dno morskie dostali?
— Mają na to sposoby, mój kochany; wszystkiego odrazu powiedzieć ci nie mogę, ale gdy pochodzisz tak ze mną na wycieczki przez wakacje, to się jeszcze wiele ciekawych rzeczy dowiesz.
— O mój złoty panie, ja chciałbym z panem wciąż chodzić i słuchać, jak pan opowiada; chciałbym z panem jechać do Warszawy, aby się tam tego wszystkiego uczyć, bo, co prawda, w naszej szkole tego nie uczą, każą tylko wciąż czytać, tłumaczyć, przepisywać, zadają na pamięć, ale ja to wszystko już potrafię.
— Czekaj, mój Wacku, może kiedy uda ci się i do warszawskich szkół dostać, ale tymczasem chodź jeszcze do tej szkoły i ucz się w domu sam z książek, które ci zostawię.
— A będzie tam w tych książkach o tych skałach i o tych ślimakach? — bo ja chciałbym dowiedzieć się o nich wszystkiego.
— Ależ naturalnie, że będzie! Ale teraz już słońce zachodzi, więc odprowadź mię do miasteczka, to pokażę ci przez szkło powiększające, jak takie muszelki wyglądały.
— Oj dobrze, doskonale! A może pan pozwoli, to skoczę do domu po Franka, będzie mi z nim raźniej wracać, a zresztą i on te ślimaki obejrzy, to mu potym o skałach opowiem, bo to takie zabawne.
Nazajutrz przypadło z kolei Franiowi towarzyszyć panu Michalskiemu. Gdy udali się na górę zamkową, chłopiec zwrócił się do niego nieśmiało.
— Proszę pana, chciałbym się o coś zapytać, ale się wstydzę.
— Dlaczegóż miałbyś się wstydzić? Tylko złych rzeczy trzeba się wstydzić. Powiedz otwarcie, o co chodzi, postaram się wytłumaczyć ci.
— Pan, co wszystko wie, musi też wiedzieć, na co jest wystawiona baszta na tamtej górze? Wiem, że w zamku mieszkał król, ale na co się mogła zdać taka okrągła wieża bez okien?
— Mój kochany, król Kaźmierz Wielki, założyciel tego miasteczka i zamku, koło którego teraz stoimy, był bardzo dobrym gospodarzem kraju. Popierał tedy rolnictwo i opiekował się wieśniakami, którzy głównie pracowali na roli i przysparzali bogactwa krajowi. Ziemia nasza była bardzo urodzajna i wydawała obficie zboża, trzeba było tylko rąk do jej uprawy, żeby zbierać dużo ziarna. Po to ziarno przyjeżdżali do nas kupcy, aż zza morza, z takich krajów, gdzie zboża rodziło się mało i nie starczyło na wyżywienie ludności. Najtańsza i najlepsza była droga Wisłą, więc zagraniczni kupcy przypływali statkami w głąb kraju. Tu pod Kaźmierzem wystawił król kilka śpichlerzy, które dotąd w całości przetrwały, gdzie okoliczni rolnicy składali przywiezione zapasy zboża, a kupcy je stąd zabierali, płacąc za nie złotem.
Aby tym kupcom ułatwić podjazd do brzegu i wskazać zdaleka przystań, kazał król wybudować tę wysoką wieżę, na której zwykle w nocy palono jarzące światło. Prawdopodobnie w podziemiach tej wieży były piwnice królewskie, gdzie przechowywano może skarby i wina, a może były tam i cele więzienne, które dawniej znajdowały się przy każdym zamku. Król Kaźmierz był bardzo dobry, ale także i nader sprawiedliwy. Gdy kto zawinił, wymierzał mu surową karę, bez względu na to, czy przestępca był bogaty lub ubogi. Tak naprzykład za nieposłuszeństwo i znęcanie się nad poddanemi skazał na głodową śmierć szlachcica, Maćka Borkowicza, w lochu na zamku Olsztyńskim.
Na takich i tym podobnych rozmowach w czasie wycieczek zbiegły wakacje z wielką korzyścią dla chłopców, którzy się dużo nauczyli, i dla młodego badacza, który zebrał całą skrzynkę bardzo ciekawych okazów, jakie zamierzał przez zimę uporządkować i opisać.
Przed odjazdem przyszedł pan Michalski do Pokorów pożegnać się. Poczęstowali go twarogiem ze szczypiorkiem i świeżym chlebem, a on odchodząc, dziękował im za przyjęcie i wsunął każdemu z chłopców po rublu, mówiąc:
— To macie na zelówki do butów, które zdarliście, chodząc ze mną.
Chłopcy spojrzeli na ojca, a ten, odebrawszy im pieniądze, zwrócił je studentowi.
— Niech łaskawy pan nas biedaków nie krzywdzi. Nie pan nam, ale my panu powinniśmy zapłacić za to, co się dzieci od pana nauczyły. Pan wie, ze my nie jesteśmy w stanie tego uczynić, niechże więc pan przyjmie od nas tę ich usługę, że go w noszeniu kamieni wyręczali.
— No, to pozwólcie przynajmniej, że im parę książek zostawię — rzekł pan Michalski — ciesząc się ze szlachetnych zapatrywań tych ludzi.
Pożegnany serdecznie przez wszystkich, a szczególnie przez chłopców, odjechał następnie do Warszawy.
Przy pracy i nauce i zima przeszła, jak z bicza trząsł, i znowu powiał cieplejszy wietrzyk od Krakowa, słonko przygrzało, lód na Wiśle skruszał, popękał i wezbrana rzeka uniosła go do morza.
W wąwozach, na południowych stokach zakwitły przylaszczki, pierwiosnki i wilcze łyko, okryły się czerwonemi baźkami leszczyny, a białym, puszystym kwieciem osypane tarniny przypominały niedawno znikły śnieg. Wkrótce potym zazieleniły się trawy, listki na drzewach zaczęły pękać, a słynne sady pod Kaźmierzem otuliły się białą szatą. Zarośla po górach ożywiły się świergotem ptasząt, w polach na dobre rozpoczęły się wiosenne roboty. Cała przyroda ożyła.
Pokora poszedł wiercić otwory do zakładania nabojów dynamitowych, Pokorowa pilnowała wylęgu młodych kurczątek, Franio z zapałem zabrał się do ogródka, a Wacio po powrocie ze szkoły, pomagając ojcu w pracy, wyszukiwał pilnie osobliwszych, rzadziej spotykanych okazów dla profesora, jak nazywał pana Michalskiego. Nawet mała Antolka nie próżnowała, bo pasła kozę, która została powierzona pod jej wyłączną opiekę.
W czasie świąt Wielkanocnych rodzice z żalem postanowili, że Wacław, który właśnie kończył lat 14, tylko do wakacji będzie chodzić do szkoły, a potym musi wybrać sobie jaki fach i pójść do terminu, bo czas już, aby zaczął pracować na siebie.
— Cóż ty na to, mój synu? — spytała matka.
— A no cóż, proszę mamy. Co prawda, bardzo chciałbym się jeszcze uczyć w warszawskich szkołach od takich profesorów, jak nasz pan Michalski. Wiem jednak, że na to nie mamy funduszów. Wszystko, czego uczą w naszej szkole, już przeszedłem, nawet umiem więcej, szkoda-by tedy było czasu dalej chodzić. Dosyć już długo ojciec na mnie pracuje, a nim się czego nauczę, przejdzie jeszcze lat parę. Najwyższy więc czas wziąć się do roboty.
— A do czegoż masz ochotę? — spytał ojciec.
— Doprawdy, tatusiu, nie wiem. Chyba poszedłbym do kamieniarza, gdzie nagrobki robią, bom się tak już zżył z kamieniami.
— To ci się tylko tak zdaje. Tłuc kamienie, a obrabiać — to zupełnie co innego. Zresztą mamy czas jeszcze, przyjedzie nasz pan profesor na lato, to się go poradzimy.





Gość oczekiwany.

Po południu pierwszej lipcowej niedzieli rodzina kamieniarza zebrała się przed chatą. Wszyscy byli i obuci i w świątecznym odzieniu. Wacek trzymał w ręku książkę i palcami przebierał kartki.
— Czy mogę zacząć? — spytał ojca.
— Sądzę, że niedużo przeczytałbyś przed przybyciem pana profesora; odłóżmy więc to czytanie na przyszłą niedzielę.
— Omało nie zapomniałam, że oczekuję takiego rzadkiego gościa. Skoczę wstawić wody na kawę, której umyślnie na jego przyjęcie kupiłam.
— Pośpiesz się, moja droga, żeby długo na podwieczorek nie czekał. Taki wykształcony pan profesor z Warszawy, którego wszyscy otaczają szacunkiem, a nie wstydzi się prostemu kamieniarzowi, jak ja, podać rękę na powitanie. Żebyś ty wiedziała, jak się ludzie przed kościołem patrzyli ze zdziwieniem, gdy po sumie profesor podszedł do mnie i przywitał mię, jak jakiego kolegę. Potym zwrócił się do dzieci, spytał o ciebie, a skoro dowiedział się, że mamy dla niego nazbierane różne skamieniałości, obiecał, że nas dziś odwiedzi. Niech mu Bóg wynagrodzi, że ubogiemi nie gardzi.
— I ja się dziwiłem, że pan profesor dla nas jest taki łaskawy, ale on mi wytłumaczył, mó- wiąc: że prostaczkowie mało umieją, nie ich wina, bo się uczyć nie mieli za co, a uczeni obowiązani są swym postępowaniem szerzyć wiedzę wokoło siebie i dawać dobry przykład do naśladowania, bo komu Bóg dał więcej darów, od tego będzie wymagał większego rachunku, jak i na co je zużył, mówił Wacek.
— Patrzcie-no, jak on gada, jakby czytał z książki — rzekła z dumą matka.
— Prawda to wszystko, co ci powiedział pan Michalski, my to sami dobrze rozumiemy, że tak być powinno, ale podziwiamy takich ludzi, bo się ich spotyka na świecie bardzo mało — rzekł ojciec.
— A, bo to, proszę ojca, i oświaty prawdziwej jeszcze bardzo mało.
— To tymbardziej niech Bóg nagrodzi temu profesorowi, że tę oświatę tak ślicznie szerzyć potrafi, — powiedziała matka i weszła do chaty nakryć do stołu.
Wtym dały się słyszeć kroki w pobliżu i na zakręcie drogi ujrzano pana Michalskiego. Przez ramię miał przewieszoną torbę skórzaną, a w ręku trzymał laskę.
— Pan profesor! pan profesor! — zawołały dzieci, śpiesząc naprzeciw niemu.
— Witam was, moi mili — odrzekł przybyły.
Przywitawszy się ze wszystkiemi po przyjacielsku, pan Michalski siadł na ławce obok gospodarza. Gospodyni zapraszała do chaty, ale on wolał zostać na świeżym powietrzu. Aby tedy gościowi dogodzić, wyniesiono nakryty białym płóciennym obrusem stół z izby i podano podwieczorek na dworze. Dla profesora i rodziców była kawa, a dla dzieci mleko.
— O, nie, to niesprawiedliwie, albo wszyscy kawę, albo wszyscy mleko. Moją porcję zaraz dostanie Antolka, a ja wezmę jej mleko — rzekł profesor, biorąc na kolana swoją faworytkę.
Biedna gospodyni była w kłopocie, bo kawy przygotowała niewiele, ale na żądanie pana Stanisława dolała każdemu z dzieci po trochu, dla niej zostały już same fusy; szczęście, ze nie pila w szklance, tylko w garnuszku, więc tego widać nie było.
Po skończonym podwieczorku zaczęła się przyjemna pogawędka.
— Cóż u was nowego? — spytał gość.
— Ot, stara bieda się kołacze — odrzekł gospodarz.
— A jak tam Dąbek?
— Chwała Bogu, zdrów zupełnie, po dawnemu chodzi na robotę.
— Pan profesor zabawi u nas do września?
— Właśnie, że nie. Mam napisać ważną rozprawę o spotykanych u nas skamieniałościach i w tym celu muszę zwiedzić jeszcze skały pod Ojcowem.
— Jaka szkoda, że nie będziemy z panem razem — rzeki Franio.
— Jakiś ty chciwy — przerwał mu Wacio — i tam pod Ojcowem są chłopcy, którzy z radością będą panu towarzyszyć i uczyć się od niego.
— To prawda, że i tam są żądni nauki, ale jeśli mam prawdę powiedzieć, to będzie mi do was tęskno.
— Mój Boże, a cóż dopiero nam! — zawołała Pokorowa.
— No, no, nie martwcie się, pobędę tu ze trzy tygodnie, potym dopiero pojadę. Zima prędko przeleci i znów się zobaczymy. A co myślicie robić z Wackiem, bo Franio jeszcze może chodzić do tutejszej szkoły?
— Właśnie chcieliśmy się o to pana poradzić. Wacek szkołę już skończył, chciałby się uczyć dalej, ale ma już lat 14, musi więc sobie wybrać jakie zajęcie.
— A czymże chciałbyś zostać?
— Myślałem, że kamieniarzem obrabiającym nagrobki.
— To niebardzo dobre rzemiosło, pył kamienny osiada na płucach i bardzo szkodzi zdrowiu. Ty dobrze rysujesz i masz ochotę do ładnej roboty, to może już lepiej rzeźbić z drzewa.
— Tak, ale tu w okolicy niema nigdzie rzeźbiarza, aż w Lublinie, a tam drogie utrzymanie, a na swoje majster do terminu nie przyjmuje.
— A garbarstwo, które jest tak w Kaźmierzu rozgałęzione i popłatne?
— Och, nie, nie, panie profesorze. Już wolałbym jak ojciec, pracować na świeżym powietrzu, choćby mniej zarabiać.
— Ja mu nieraz tłumaczyłam, jak się tu na garbarstwie dorabiają, ale on słuchać nie chce — rzekła matka.
— Nie trzeba go zmuszać, skoro mu się to nie podoba. Znam jednego rzeźbiarza w Warszawie, możeby się co dało zrobić. Napiszę do niego. A teraz chciałbym zobaczyć przyrzeczone mi kamienie.
Chłopcy skoczyli do izby i przynieśli drewnianą skrzynkę pełną kamieni.
— Śliczne egzemplarze, znakomicie zachowane. Ach, niektóre nawet rzadziej spotykane. Serdecznie wam za nie dziękuję, zrobiliście mi prawdziwą przyjemność — cieszył się profesor.
Przejrzawszy dobrze kamienie, wybrał pan Michalski rzadsze okazy i poukładał w dwa kosze, które chłopcy odnieśli mu do domu.





Niebezpieczna przygoda.

Pan Michalski od kilku dni robił wycieczki w góry, ale tym razem bez chłopców, bo Franio musiał pomagać matce w zbieraniu paszy dla kozy, a Wacek, czując się już dorosłym, nie chciał darmo jeść chleba i postanowił z ojcem chodzić na robotę. Wielka to była ofiara, bo towarzyszenie profesorowi było dlań największą przyjemnością, ale uważał, że obowiązek przedewszystkim, co mu też oboje rodzice i uczony jego przyjaciel chwalili. Zato obiecywał sobie całe popołudnie w niedzielę nie odstępować profesora.
Nie zwracając uwagi na gorąco, które buchało ze skał rozpalonych, gdzie nie było ani trochę cienia, chyba pod krzakami berberysu, profesor śpiczastym młotkiem otłukiwał warstwy wapienne i wydobywał skamieniałości. Spocony i zakurzony zstępował z góry i szedł na szklankę mleka do Pokorów. Zachodził także do łomów, gdzie pracowało kilku kamieniarzy, a między niemi i Pokora z Wackiem. Tam siadał odpocząć na jakim odłamie, przyglądał się ich pracy i rozmawiał z niemi.
Dzisiejszy Wacław bosy, w szarych spodniach i grubej koszuli niepodobny był do niedzielnie wystrojonego chłopca. Przy ciężkiej kamieniarskiej robocie ubranie się bardzo niszczy i dlatego robotnicy biorą na siebie co mają najgorszego.
Pewnego razu profesor, idąc w góry, wstąpił po drodze do robotników, chcąc dać jakieś zlecenie Wacławowi, ale go tam nie zastał.
— Pokora tam wyżej wierci otwór na dynamitowy nabój, a Wacek poszedł z ojcem.
Pan Michalski poszedł we wskazanym kierunku i wkrótce usłyszał uderzenia młotów. Spojrzał w górę i zobaczył Pokorę, który wbijał w skałę żelazny drąg, podtrzymywany przez syna.
— Szczęść wam Boże! — zawołał profesor. Może wam pomóc!
— Panie Boże zapłać! Ale taka robota nie dla profesora — odrzekł przywitany.
— Mój Wacku, w niedzielę rano wybieram się pieszo do Nałęczowa; mogę wstąpić po was, jeżeli rodzice wam pozwolą pójść ze mną.
— Z największą chęcią, jeżeli pan będzie łaskaw zabrać z sobą tych urwisów.
— Bądźcie zdrowi tymczasem, bo i mnie, i wam pilno do roboty.
Mówiąc to, profesor oddalił się szybko, a Wacław, ucieszony obietnicą przechadzki, tym gorliwiej zabrał się do pomocy ojcu. Nietylko podtrzymywał drąg, ale skoro ten pod uderzeniami młota mocno utkwił w skale, chwycił zań razem z ojcem i starał się poruszać nim na lewo i na prawo, aby otwór poszerzyć.
Z powodu upału i wysilenia pot występował im kroplami na czole, a spływając po nim, łączył się z innemi kropelkami po drodze i tworzył smugi na twarzach, pokrytych warstwą kurzu. Pomimo to pracowali tak z pół godziny, gdy wtym usłyszeli przeraźliwy krzyk z tej strony, w która pan Stanisław odszedł.
— Co to jest? — spytał Wacław przestraszony.
— Jezus Marja! czy nie stało się co złego profesorowi — zawołał Pokora.
I puściwszy drąg, zawołał na syna:
— Skoczymy za nim, może potrzebuje ratunku!
Zręcznie wspinając się na skały, obydwaj rozgarniali krzaki tarniny i berberysu, bez względu na to, że ranili sobie ręce, a parę razy nawet zadrapali twarze. Co parę kroków przystawali, oglądali się wokoło i nawoływali, ale prócz echa nie mieli żadnej odpowiedzi.
— Boże miłosierny, aby tylko nie spadł gdzie ze skały — mówił Pokora.
— Spojrzyjmy jeszcze, ojcze, na «białą ścianę» — radził blady ze strachu Wacek.
Nareszcie dotarli na oznaczone miejsce, weszli na wierzchołek góry, której jeden brzeg strome stanowił urwisko, wystające na kilka łokci pod głębokim jarem.
Pokora spojrzał w dół i krzyknął przeraźliwie:
— Dla Boga, on tutaj!
Wacek pośpieszył za ojcem i nachylił się nad przepaścią. Przytomny ojciec w porę uchwycił go za rękę, bo jedno niebaczne poruszenie, a mógłby przechylić się i runąć ze swym przyjacielem. Straszny widok roztaczał się przed ich oczami: nad samą przepaścią wisiał, głową ku dołowi, młody badacz, mając nogi uwikłane w rosnącej na brzegu tarninie. Widocznie idąc tędy, poślizgnął się i stracił równowagę. Byłby się z pewnością zabił, padając głową na kamienie w wąwozie, gdyby, szczęściem, nogi nie zaplątały się w krzaki. Położenie takie wstrzymało na chwilę wypadek, lecz nie zapobiegało mu wcale, bo ciężar ciała osłabiał moc przyczepienia się korzeni drzewka w ziemi. Musiałyby one ustąpić naporowi, a najmniejsze poruszenie ofiary przyśpieszyłoby katastrofę.
Ujrzawszy to, Wacek zaczął drżeć z przerażenia, a stary Pokora, wobec niebezpieczeństwa i swej bezsilności, stracił na chwilę przytomność umysłu. Wkrótce jednak opamiętał się.
— Do dzieła, póki czas! — zawołał. — A zwróciwszy się do Wacka, kazał sobie podać powrózek, którym się chłopiec opasał, wychodząc z domu, bo wracając wieczorem do domu, miał nazbierać trochę gałęzi i przynieść je na ogień.
Kamieniarz ze słowami: «Boże, dozwól nam uratować tego nieszczęśliwego», zrobił na jednym końcu pętlę, położył się nad przepaścią i ostrożnie, aby nie poruszyć krzaka, podsunął powoli pętlę pod nogi studenta i przeciągnął przez nią koniec wolny. Podczas, gdy ojciec zajęty był ratowaniem, syn ukląkł przy nim na ziemi i z całych sił przyciskał jego nogi, aby wypadkiem ciężar głowy i prawie połowy korpusu nie przeważył.
Przekonawszy się, że sznur jest mocno związany, Pokora odczołgał się od brzegu i ukląkłszy, zaczął z synem wciągać bezwładne ciało na górę. Szło to dosyć trudno, pomimo że student nie był ciężki; obawiali się też poranić go o wystające kamienie.
Skoro tylko można było uchwycić za nogi, Pokora ujął je, a za sznur ciągnął dalej Wacek.
Nakoniec z wielkim trudem udało się wydostać studenta na górę i położyć w bezpiecznym miejscu; nie bez szwanku wprawdzie dla ratowanego, który miał pokaleczoną głowę, twarz i szyję i poszarpane odzienie.
Obaj Pokorowie tak czuli się wyczerpani fizycznie i moralnie, że musieli chwilę odpocząć.
Ocierając pot i oddychając głęboko, spoglądali na leżącego bez ruchu.
— Tatku, on chyba nie umarł? — spytał Wacek.
— Bądź spokojny, czułem bicie serca. Ale biedak, padając, ze strachu, lub może z przyczyny uderzenia krwi do głowy, zemdlał. Skocz po trochę wody, to mu przywrócimy przytomność.
Chłopak lotem strzały pobiegł do robotników, chwycił dzbanek wody, jaką zawsze zabierali z sobą z domu i, nie wdając się długo w opowiadania, aby nie tracić czasu, zawołał, aby za nim pośpieszyli.
Zaciekawieni szczególnym zachowaniem się chłopca, Dąbek i Jędrzej poszli za nim.
Wacek wyprzedził ich o wiele, tak, że gdy dostali się na miejsce wypadku, pan Michalski, trzeźwiony wodą przez Pokorę, otworzył oczy i spytał:
— Gdzie jestem?
— Między nami, kochany profesorze — odpowiedział ucieszony Pokora.
— Ach, przypominam sobie! spadłem ze skały, to wy, drodzy przyjaciele, uratowaliście mnie? Wam więc winienem życie? — pytał, wyciągając ku nim ręce.
Na żądanie studenta Pokora opowiedział mu przygodę.
— Mieliście dużo strachu i trudu, czym ja się wam odwdzięczę?
— Et, zrobiliśmy tylko to, co do nas należało — rzekł Pokora.
Pan Stanisław chciał wstać, ale okazało się, że przerachował się z siłami.
Wtedy Dąbek i Pokora szybko odpasali fartuchy i położywszy je na ziemi, złożyli na nich młodzieńca. Następnie Pokora z Dąbkiem ujęli koniec niższy, a Jędrzej z Wackiem wyższy i lekko unieśli na nich chorego, tak, że z jednego utworzyło się siedzenie, a z drugiego oparcie na plecy. Takim sposobem, przystając od czasu do czasu dla odpoczynku, znieśli chorego na dół.
Michalski pragnął co prędzej dostać się do swego mieszkania, ale ponieważ czuł się bardzo zmęczony, Pokora gościnnie ofiarował mu swoją chatę. Tam więc na świeżym sianie i czystą bielizną zasłanym łóżku złożono «profesora», a Wacek pobiegł natychmiast po lekarza do Kaźmierza.
Tymczasem rozebrano chorego, bolesne miejsca obłożono liśćmi chrzanowemi, które chłodzą doskonale i wyciągają gorączkę, jak zapewniała kamieniarzowa. Wkrótce nadszedł doktór, obejrzawszy chorego, oznajmił, że prócz skaleczeń twarzy i ramion, które po swojemu opatrzył, młody człowiek nie poniósł żadnej szczególnej szkody na ciele. Zalecił mu tylko, aby chwilowo zaniechał przeniesienia się do miasteczka, a parę dni spokoju wróci mu zdrowie.
— Ależ ja tym zacnym ludziom będę ciężarem — ubolewał Michalski.
— Żartuje pan chyba, my nie posiadamy się z radości, że panu kąta użyczyć możemy — rzekli oboje Pokorowie.
Aby chory miał więcej spokoju i powietrza, wyniosła się matka z dziećmi na siano nad obórką, a tylko ojciec usłał sobie kożuch na ławce pod piecem, na wypadek, gdyby chory w nocy potrzebował jakiej usługi.
Spokój, jak zapewnił lekarz, i opieka dobrych ludzi sprawiły, że pan Stanisław po trzech dniach wstał z łóżka, a po tygodniu, pożegnawszy się serdecznie ze swemi opiekunami, wyjechał do gubernji Kieleckiej.





W Warszawie.

Wakacje miały się ku końcowi, a oczekiwana odpowiedź od majstra rzeźbiarskiego nie nadchodziła. Wacek zaczął już się martwić, czy w osta- teczności nie wypadnie mu iść do terminu do garbarza. Wtym przyniesiono list z poczty. Ojciec odpieczętował i dał czytać Wacławowi.

Drodzy przyjaciele!

Nie myślcie, że choć się nie odzywałem, zapomniałem o danym przyrzeczeniu co do dalszego kształcenia się Wacka. Przyjechawszy do domu, rozmówiłem się w tym względzie z moją kochaną mateczką, która z największą chęcią przystała na moją propozycję, zwłaszcza, gdy się dowiedziała, że jestem waszym dłużnikiem za ocalenie mi życia i pielęgnowanie w chorobie. Otóż rzecz się ma tak: niech ojciec bezzwłocznie przyjedzie z Waciem do Warszawy. Umieszczę chłopca w szkole rzemieślniczej, gdzie sobie wybierze fach, jaki zechce. Mieszkanie i życie dostanie u nas, a jeżeli się dobrze uczyć będzie, o czym nie wątpię, może być uwolniony od opłaty szkolnej.

Zasyłając pozdrowienia całej waszej rodzinie i sąsiadom, czekam waszego przybycia.
Stanisław Michalski.

Niepodobna opisać radości, jaka była u Pokorów po przeczytaniu tego listu. Matka zajęła się natychmiast przygotowaniem skromnej wyprawy dla syna. W nowo uszyty siennik upakowała mu poduszkę, dwa prześcieradła, do trzech jego koszul dodała dwie ojcowe, z białej poszewki poszyła mu chustki do nosa, włożyła świąteczne ubranie. Franio zaś przyniósł mu jeden woreczek ulęgałek i orzechów, oraz wsunął z dziesięć rzep ze swego ogródka.
Widząc to Antolka koniecznie chciała mu darować gęsie jajko, które w niedzielę od chrzestnej matki dostała. Dopiero na usilne tłumaczenie matki, że się w worku zgniecie, pozwoliła je ugotować i dołączyć do zapasów na drogę.
Ojciec sięgnął do skrytki pod łóżkiem, wyjął parę krwawo oszczędzonych rubli i sprawił mu w miasteczku porządny garnitur u Mośka i buty u Fajfla. I tak dopiero zaopatrzonego syna odwiózł do Warszawy.
Michalski dotrzymał słowa i oddał Wacka do szkoły.
Pokora zabawił w gościnie u pana Stanisława całe dwa dni, których użył na zwiedzanie osobliwości miasta, rano towarzyszyła mu zacna matka studenta, a po południu sam «profesor». Poczym kamieniarz, zostawiwszy swego syna pod jak najlepszą opieką, wrócił do domu.
Dzień za dniem szybko upływał wszystkim naszym pracowitym znajomym. Wacław uczył się dobrze w szkole, a w warsztacie bardzo pilnie przykładał się do ślusarstwa, które sobie wybrał. Co miesiąc pisywał długie listy do domu, donosząc, jak mu się powodzi i zapytując, co porabia rodzina. A choć mu się w Warszawie bardzo podobało, tęsknił za swojemi i czekał z niecierpliwością wakacji, które z «profesorem» rok rocznie miał spędzać w Kaźmierzu.
W roku, w którym Wacław miał kończyć szkołę, ojciec jego padł ofiarą swego powołania, ulegając okrutnemu wypadkowi. Wiadomość o tym wypadku przyniosła mu matka, a nie zastawszy syna u pani Michalskiej, opowiedziała jej, jak się to stało.
Pewnego razu Pokora, jak zwykle, miał świdrować otwór w skale, a ponieważ miejsce było spadziste, opasał się sznurem, którego wolny koniec przymocował do stojącego w pobliżu drzewa. Tymczasem podczas roboty powróz niespodziewanie pękł, a nieszczęśliwy kamieniarz spadł ze znacznej wysokości.
— Gdyby był tylko złamał rękę lub nogę, to mógłby leczyć się w domu — narzekała z płaczem Pokorowa, — ale nastąpiło prócz tego uszkodzenie kręgosłupa i nasz doktór kazał go odwieźć do Warszawy. Właśnie umieściłam męża w szpitalu i chciałam się z synem zobaczyć.
— Mój Boże, co za nieszczęście! Wacek się bardzo zmartwi. Jakże mi was żal — pocieszała ją matka Stanisława. — Odpocznijcie trochę, zaraz nadejdą nasi synowie — dodała, podając jej krzesło.
Wacek na razie ucieszył się bardzo, ujrzawszy matkę, ale jej niespodziewane przybycie i zapłakane oczy przeraziły go.
— Co się stało w domu?... Mamo! — zawołał.
Pani Michalska, chcąc oszczędzić matce powtarzania smutnej historji, powoli opowiedziała mu o zaszłym wypadku.
— Gdzie jest ojciec? chcę go zobaczyć! — domagał się przerażony chłopiec.
— Czekaj, Waciu, pójdziemy tam wszyscy troje po obiedzie — rzekł pan Stanisław, który jednocześnie z nim wrócił do domu.
Ale podczas obiadu ani Pokorowa, ani jej syn nic wziąć do ust nie mogli. Gdy wreszcie przybyli do szpitala i weszli na salę, ujrzeli chorego, któremu już nałożono nowe opatrunki. Wacek padł przy łóżku na kolana i głośno zapłakał.
Student rozmówił się z lekarzem, który nie ukrywał, że stan jest groźny, ale nie wyklucza wyzdrowienia.
— Zostaniecie u nas, Pokorowo, póki mąż nie wróci do przytomności, a doktorzy nie uznają, że mu się polepszyło. Z niepewnością o zdrowiu męża nie puścimy was do domu. Prawda, mamo? — mówił Stanisław po powrocie ze szpitala.
— Naturalnie, naturalnie! Będziecie mogli przynajmniej odwiedzać męża codziennie — przyświadczyła dobra pani.
I dobrze się stało, bo zaraz nazajutrz chory odzyskał przytomność, a po kilku dniach siostra miłosierdzia zwiastowała im wesołą nowinę, że lekarze po naradzie zapewnili, że chory wyzdrowieje, choć jeszcze nieprędko.
— Drogi panie — mówił nazajutrz Wacek — niech pan będzie łaskaw znaleźć dla mnie miejsce w jakiej fabryce. Już umiem trochę rzemiosła, cokolwiek zarobić mogę. Szkoły nie mam czasu kończyć, gdyż nie mogę pozwolić, aby ojciec nadal pracował w łomach.
— Dobry z ciebie syn, mój Waciu! Ale widzisz, teraz przed egzaminami szkoły rzucić ci nie pozwolę; musisz otrzymać świadectwo, które ci się w życiu przydać może, choćby na to, żebyś dostał większą zapłatę jako skończony ślusarz. Co do ojca, to już o nim pomyślałem. Po takiej chorobie do ciężkiej pracy wrócić nie może, dlatego też wystarałem mu się o miejsce odźwiernego w fabryce naszego krewnego, który i ciebie od Św. Jana obiecał przyjąć do warsztatu.
— O nasz dobrodzieju, Bóg ci zapłać! Co ja mogę więcej powiedzieć na to wszystko, co pan dla nas zrobił — wyrzekł przejęty wdzięcznością chłopak — i z uczuciem synowskim chwycił rękę młodego badacza i przycisnął ją do ust.
Rozczulony Michalski uścisnął go serdecznie.
W pół roku potym Wacek z rodzicami i rodzeństwem mieszkał w skromnej, lecz czystej izdebce odźwiernego, przy fabryce żelaznych wyrobów. Sam pracował tam jako ślusarz i nieźle nawet jak na początek zarabiał.
Franio chodził do szkoły ogrodniczej przy muzeum pszczelniczym, gdzie mu się znowu Michalski wystarał o bezpłatną naukę, a Antolka, już teraz 10-letnia dziewczynka, uczyła się w szwalni, w której umieściła ją matka pana Stanisława.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: anonimowy i tłumacza: Antonina Smišková.