Strona:PL Rodzina kamieniarza.pdf/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
 — 22  —

sie wycieczek zbiegły wakacje z wielką korzyścią dla chłopców, którzy się dużo nauczyli, i dla młodego badacza, który zebrał całą skrzynkę bardzo ciekawych okazów, jakie zamierzał przez zimę uporządkować i opisać.
Przed odjazdem przyszedł pan Michalski do Pokorów pożegnać się. Poczęstowali go twarogiem ze szczypiorkiem i świeżym chlebem, a on odchodząc, dziękował im za przyjęcie i wsunął każdemu z chłopców po rublu, mówiąc:
— To macie na zelówki do butów, które zdarliście, chodząc ze mną.
Chłopcy spojrzeli na ojca, a ten, odebrawszy im pieniądze, zwrócił je studentowi.
— Niech łaskawy pan nas biedaków nie krzywdzi. Nie pan nam, ale my panu powinniśmy zapłacić za to, co się dzieci od pana nauczyły. Pan wie, ze my nie jesteśmy w stanie tego uczynić, niechże więc pan przyjmie od nas tę ich usługę, że go w noszeniu kamieni wyręczali.
— No, to pozwólcie przynajmniej, że im parę książek zostawię — rzekł pan Michalski — ciesząc się ze szlachetnych zapatrywań tych ludzi.
Pożegnany serdecznie przez wszystkich, a szczególnie przez chłopców, odjechał następnie do Warszawy.
Przy pracy i nauce i zima przeszła, jak z bicza trząsł, i znowu powiał cieplejszy wietrzyk od Krakowa, słonko przygrzało, lód na Wiśle skruszał, popękał i wezbrana rzeka uniosła go do morza.
W wąwozach, na południowych stokach zakwitły przylaszczki, pierwiosnki i wilcze łyko, okryły się czerwonemi baźkami leszczyny, a białym, puszystym kwieciem osypane tarniny przypominały niedawno znikły śnieg. Wkrótce potym zazieleniły się trawy, listki na drzewach zaczęły