Strona:PL Rodzina kamieniarza.pdf/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
 — 24  —

a obrabiać — to zupełnie co innego. Zresztą mamy czas jeszcze, przyjedzie nasz pan profesor na lato, to się go poradzimy.




Gość oczekiwany.

Po południu pierwszej lipcowej niedzieli rodzina kamieniarza zebrała się przed chatą. Wszyscy byli i obuci i w świątecznym odzieniu. Wacek trzymał w ręku książkę i palcami przebierał kartki.
— Czy mogę zacząć? — spytał ojca.
— Sądzę, że niedużo przeczytałbyś przed przybyciem pana profesora; odłóżmy więc to czytanie na przyszłą niedzielę.
— Omało nie zapomniałam, że oczekuję takiego rzadkiego gościa. Skoczę wstawić wody na kawę, której umyślnie na jego przyjęcie kupiłam.
— Pośpiesz się, moja droga, żeby długo na podwieczorek nie czekał. Taki wykształcony pan profesor z Warszawy, którego wszyscy otaczają szacunkiem, a nie wstydzi się prostemu kamieniarzowi, jak ja, podać rękę na powitanie. Żebyś ty wiedziała, jak się ludzie przed kościołem patrzyli ze zdziwieniem, gdy po sumie profesor podszedł do mnie i przywitał mię, jak jakiego kolegę. Potym zwrócił się do dzieci, spytał o ciebie, a skoro dowiedział się, że mamy dla niego nazbierane różne skamieniałości, obiecał, że nas dziś odwiedzi. Niech mu Bóg wynagrodzi, że ubogiemi nie gardzi.
— I ja się dziwiłem, że pan profesor dla nas jest taki łaskawy, ale on mi wytłumaczył, mó-