Przez kraj Skipetarów/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Przez kraj Skipetarów
Podtytuł Powieść podróżnicza
Rozdział Miridit
Data wydania 1909
Wydawnictwo Wydawnictwo „Przez Lądy i Morza“
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów; Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Durch das Land der Skipetaren
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.
Miridit.

Przebudziłem się dopiero rano, kiedy Halef zapukał do drzwi. Przesunąłem się wzdłuż ściany, by się do nich dostać. Do izby wpadło jasne światło dzienne. Zaspałem, w domu zaś unikano wszelkiego hałasu, by mnie snu nie przerywać.
Krawiec musiał zjeść z nami śniadanie. Po zapłaceniu za rzeczy zjedzone i wypite, gotowaliśmy się do wyruszenia.
Gospodarza nie było przez małą chwilę. Wróciwszy, wygłosił do mnie natch nio ną mowę pożegnalną. Dołączył do niej uwagę:
— Panie, żegnamy się w przyjaźni, chociaż przysporzyłeś mi wielu obaw. Wszystko skończyło się dobrze, chcę ci zatem dać dobrą przestrogę. Byłem właśnie u rzeźnika, gdyż musiałem jako sąsiad wyrazić moje współczucie. Brata zmarłego nie zastałem. Podobno wyjechał. Ale na dziedzińcu widziałem najlepszego z jego koni, osiodłanego i okiełznanego. Tu chodzi o ciebie.
— Może ma jaki interes.
— Nie wierz tylko temu. Skoro jest tak raniony, jak mi to opisał dozorca, to tylko chęć krwawej zemsty mogła go z domu wypędzić. Miej się więc na baczności!
— Jaki to koń?
— Gniady z długą białą łysinką. To najlepszy koń w całej okolicy. Jeśli postanowił cię ścigać, to nie wróci, dopóki nie zginiesz. Wedle prawa byłby bez czci, gdyby ci umknąć pozwolił.
— Przyjm więc moje podziękowanie za przestrogę. Bądź zdrów!
— Bądź zdrów, a nie przestrasz się, wyjeżdżając przez bramę!
— Cóżby mnie miało przestraszyć?
— Zobaczysz i usłyszysz.
Wyruszyliśmy. Teraz dopiero otwarto bramę. Ja jechałem pierwszy. Kiedy znajdowałem się pod łukiem, a głowa ogiera ukazała się po tamtej stronie, rozległ się huk jakby piorunu, poczem nastąpił hałas przerażający.
Kary stanął dęba i zaczął wszystkiemi czterema kopytami walić dokoła siebie. Z niemałym trudem sprowadziłem kopyta jego na ziemię.
Hałas był zaiste piekielny. Chciano nam zagrać fanfarę, piękną, honorową fanfarę. Przed bramą stała wczorajsza muzyka wojskowa. Puzon dokonał pierwszego wstrząsającego grzmotu i grzmiał teraz dalej z towarzyszeniem reszty instrumentów. Wreszcie dał puzonista energiczny znak curną i nastała cisza.
— Effendi — zawołał do mnie jej właściciel — Ponieważ pozwoliłeś nam dostąpić tak wysokich zaszczytów, pragniemy dzisiaj odpłacić równem za równe, stanąć na czele waszego pochodu i towarzyszyć wam aż poza wieś. Spodziewam się, że nie odmówisz tej prośbie.
Bez dalszych ceregieli ruszył korowód w drogą wśród muzycznego hałasu. Za wsią wygłosił Halef mową do tych panów, poczem oni cofnęli się do domu. My zwróciliśmy się ku Warcy, skąd przybyliśmy wczoraj. Tam schodziła dzisiejsza nasza droga z wczorajszej, gdyż udawaliśmy się stąd do Jersely.
Znalazłszy się na moście nad Sletowską, rzekłem do Halefa:
— Jedźcie dalej stępa, ja coś zapomniałem.
Odjechali. Ani mi przez myśl nie przeszło wracać aż do wsi. Miałem zamiar zupełnie inny, o czem nie powinien był wiedzieć krawiec. Był dla mnie jeszcze zbyt obcym, żebym go darzył zaufaniem.
Brat rzeźnika knuł zemstę; to nie ulegało wątpliwości. Jeśli koń jego stał gotów do drogi, to z pewnością wkrótce po nas wyjechał. Należało mi więc zaczekać tylko krótki czas, aby zobaczyć, czy grozi nam co z jego strony. Przez ten most musiał przejeżdżać.
Wpędziłem konia w nadbrzeżne zarośla, które mnie skryły, gdy się tylko schyliłem. Tutaj czekałem.
I nie przeliczyłem się bynajmniej. W pięć minut zaledwie nadjechał kłusem na most, na gniadym z łysinką; u siodła miał strzelbę, a przy boku czekan hajduczy. Twarz była oszpecona plastrem, biegnącym z pod fezu przez czoło nos i policzek.
Nie zachował kierunku do Warcy, lecz ruszył za biegiem rzeki aż do złączenia się jej z Bregalnicą, następnie jeszcze kawałek dalej i zwrócił się potem ku stromym zboczom, na których spoczywa płaskowyż Jersely.
Posuwałem się za nim ostrożnie z dalekowidzem w ręku. Kary niósł mnie tak miękko, że mogłem przez szkła widzieć ciągle ów mały punkt, który tworzył jeździec.
Jechaliśmy drogą, wiodącą przez Karanorman do Warcy, po czem podążyłem za nim przez otwartą łąkę, pokrytą kępami zarośli. Tu niepodobna było już mieć go ciągle na oku, bo wsuwały się pomiędzy nas kępy. Musiałem trzymać się jego śladu, dość wyraźnego.
Po lewej ręce opadały nieco strome zbocza, ku którym ślady prowadziły. Trawnik się skończył i ukazały się jasne osypiska. Zarośla jednak ciągnęły się dalej. Szukanie śladów szło tutaj trudniej, ale mimo to ich nie zgubiłem. Znajdowałem się tuż pod zboczem, wzdłuż którego jechałem.
W tem szarpnąłem karego wstecz, gdyż tuż przed sobą usłyszałem parsknięcie konia, gdy miałem właśnie objechać zarośle. Wyjrzałem ostrożnie i spostrzegłem gniadego, przywiązanego do krzaku. W siodle nie było nikogo.
Ruszywszy koniem jeszcze o kilka kroków, ujrzałem Miridita, szukającego i przyglądającego się ziemi dokładnie. Potem poszedł on dalej i zniknął za krzakiem.
Kogo i czego on szukał? Chętnie byłbym się dowiedział o tem, ale nie mogłem go podsłuchać, gdyż na koniu bałem się za nim podejść, boby mnie bezwarunkowo zauważył, a pieszo teżby się było nie udało, bo kulałem i chodzić nie mogłem.
Ale jedno było wykonalne, jeśli mi na to czasu starczyło: unieszkodliwić jego strzelbę. Wisiała u siodła. Brakło wprawdzie czasu na to, by wyjąć kulę, ale były jeszcze inne sposoby. Gdyby mnie zaś przy tem zaskoczył, to miałem nad nim więcej niż przewagę, jeśli tylko nie było tu jego towarzyszy, których może chciał spotkać.
Zeskoczyłem z siodła, wziąłem do ręki sztuciec, częścią do pomagania sobie w chodzeniu, częścią zaś jak o broń, jedynie zaufania godną. Mogłem się odważyć na tych kilka kroków, dzielących mnie od gniadego. Stanąwszy przy nim, zdjąłem strzelbę z siodła, podniosłem kurek i usunąłem kapslę. Następnie wyjąłem z bluzy szpilkę, których noszę zawsze przy sobie po kilka i wepchnąłem ją głęboko w dziurkę zapału. Krzywiąc ją w prawo i w lewo, złamałem ją i zatkałem otwór tak pewnie, że strzelba była jak zagwożdżona armata. Nałożyłem kapslę na nowo i spuściłem kurek. Powiesiwszy strzelbę napowrót na dawnem miejscu, pokulałem nazad do karego i wsiadłem nań.
Byłem przecież za blizko. Wróciłem o jeden krzak dalej i zatrzymałem się za nim. W kilka chwil usłyszałem tętent koni i głosy ludzkie.
— Było nam już za długo — zawołał ktoś, jeśli się nie myliłem, to był to Barud el Amazat. — Nie chcemy jeszcze przez cały dzień za nimi daremnie się skradać, lecz pojedziemy naprzód i zaczekamy tam na nich. Tymczasem możemy spocząć, dopóki nie nadejdą.
— Te psy wyruszyły za późno — odparł drugi głosem nieznanym, a więc prawdopodobnie Miridit. — Ja także się zniecierpliwiłem. Ale teraz pośpieszę.
— Ale uważaj, żeby się znowu tak nie udało, jak wczoraj.
— To było całkiem co innego; dziś mi się nie wymknie. Nabiłem nawet strzelbę siekańcami.
— Miej się na baczności. Jego się kula nie ima!
— Siekańce, to nie kula!
— Zaiste, może masz słuszność. Powinniśmy byli dawno wpaść na tę myśl!
— Nie wierzę zresztą w tę bajkę.
— Oho! — zabrzmiała odpowiedź Manacha. — Nabiłem wczoraj bardzo starannie, zbliżyłem się do okiennicy i oparłem nawet lufę na murze okiennym. Wymierzyłem mu dokładnie w głowę, a gdy wypaliłem, nastąpił straszliwy huk, a moja strzelba mnie przewróciła. Sam przekonałeś się, że go nie trafiłem.
— Tak, stałem w drzwiach mojego domu. To naprawdę cudowne. Widziałem cię pod światło świecącej się w izbie lampy. Widziałem także tego piekielnego potępieńca, a mianowicie pół głowy jego. Widziałem, jak się złożyłeś i wycelowałeś dobrze w głowę. Wystrzał twój huknął, jak gdybyś nabił funt prochu. Runąłeś na ziemię, a ten człowiek stał w górze wyprostowany i nienaruszony. Dziś jeszcze pojąć tego nie mogę.
— Kula go się właśnie nie chwyta!
— Więc spróbuję siekanym ołowiem, a gdy i to nie pomoże, wezmę się do topora. We władaniu nim jestem mistrzem, a ten Frank nie miał pewnie w ręku takiej broni. Nie zabiję go z tyłu, lecz napadnę nań otwarcie, wolno.
— Nie odważaj się na zbyt wiele!
— Ba! Zginie, zanim znajdzie czas do obrony!
— Ale jego ludzie!
— Ich się nie boję.
— Rzucą się natychmiast na ciebie.
— Nie starczy im na to czasu. Zważcie, że jadę na gniadym! Zresztą wybiorę porosłe zaroślami miejsce, gdzie za krzakami rychło zniknę im z oczu.
— Zapominasz, że jego kary ma nad twym gniadym nadzwyczajną przewagę?
— Co mi kary szkodzi, skoro jeźdźca zgładzę?
— Dosiędzie go drugi i doścignie cię; może ten mały szatan, zręczny i szybki jak małpa.
— Chciałbym tego. A dałbym mu za wczoraj.
— No, życzymy ci szczęścia! Masz pomścić brata, a więc sprawę słuszną, której Allah użyczy zwycięstwa. Jeśli ci się nie uda, ruszysz za nami. Wiesz, gdzie nas szukać i dziś wieczorem postanowi się, jak się zabierzemy do tych zuchów. Teraz rozstańmy się, skoro nam wiadomo, że mają jechać do Uskub.
— Więc wy rzeczywiście nie obierzecie tej drogi, co oni?
— Nie, gdyż pojedziemy przez Engely, a oni jadą przez Jersely. My ich wyprzedzimy.
— No, w takim razie mogę z wami chwilę jeszcze zabawić. Jeśli dzisiaj nie wrócę, to znaczy, że się powiodło i nie ujrzycie już tego effendi, bo będzie gdzieś zakopany. Naprzód!
Usłyszałem znowu tętent, który się odemnie oddalał.
Puściłem karego ostrożnie naprzód i zobaczyłem obydwu Aladżych na srokaczach, Miridita na gniadym, Manacha el Barsza, Baruda el Amazat i starego Mibareka, siedzącego bardzo słabo na koniu i z ręką na temblaku.
Gdyby byli wiedzieli, że znajdowałem się od nich najwyżej o dziesięć łokci! Coby to była za scena! Gdyby mój kary parsknął tylko, byłbym zdradzony. Ale rozumne zwierzę czuło, co to znaczy, gdy mu na chwilę rękę położyłem na nozdrzach. Nie wydało najsłabszego głosu ze siebie.
Teraz mogłem wrócić do towarzyszy, którzy już dawno minęli Warcy. Skręciłem w prawo tak, że nie wstępowałem wcale do tej miejscowości.
Strony te były mi zupełnie obce, a z W arcy do Jersely nie prowadziła droga utorowana. Słyszałem o tem od krawca. Znalazłem jednak ślady towarzyszy mniej więcej o trzy kilometry na zachód od wsi i pojechałem za nimi. Wiodły mnie przez dziką, głazami usianą, dolinę w górę do lasu, gdzie na miękkim, trawiastym, gruncie stały się takie wyraźne, że nie natężając oczu, ruszyłem już prędzej. Niebawem doścignąłem towarzyszy.
— Miałem właśnie zamiar zażądać, żeby zaczekali na ciebie — rzekł Halef. — Co zapomniałeś?
Zanim na to odpowiedziałem, rzuciłem badawcze spojrzenie na krawca. Zdawało się, że bynajmniej nie jest ciekawy mej odpowiedzi.
— Chciałem zobaczyć, co dzieje się z Miriditem, bratem rzeźnika — odrzekłem. — Słyszałeś przecież od gospodarza, że ci bracia to Miridici.
— Co nas ten Miridit obchodzi?
— Bardzo dużo. Postanowił zastrzelić mnie po drodze siekanym ołowiem, albo uśmiercić hajdnczym Czekanem.
— Ty wiesz o tem?
— On sam zapewnił o tem naszych dobrych przyjaciół, którzy tak gorąco pragnęli głodem nas zamorzyć.
Opowiedziałem wszystko, jak się stało, ale nie wspominałem nic o tem, że zagwoździłem strzelbę Miridita. Przytem wzrok zwróciłem na krawca. Zrobił minę rzetelnego zdumienia i rzekł w końcu:
— Effendi, cóż to za ludzie? Czy mogą rzeczywiście istnieć tacy bezbożni?
— Jak słyszysz.
— O Allah, nie miałem o tem pojęcia. Cóżeście im winni?
— Dowiesz się przy sposobności, gdy dalej z nami pojedziesz, gdyż nie zatrzymamy się w Uskub. Przejedziemy tylko przez to miasto, a potem prędko przez Kakandelen do Prisrendi.
— A więc do moich stron ojczystych? Bardzo mnie to cieszy. Dowiedziałem się dzisiaj od parobków o tem, co się wam wczoraj zdarzyło. A dziś znowu śmierć wam grozi. To może człowieka przestraszyć i zatrwożyć!
— Możesz rozstać się z nami!
— Ani mi się śni. Kto wie, czy tylko odemnie nie zależy, żebyście uszli szczęśliwie. Poprowadzę was tak przez górskie łąki i pola otwarte, że was ten Miridit nie znajdzie. Potem spuścimy się na słynną urodzajną równinę Mustafa, ciągnącą się od Uskub na południowy wschód aż przez Kyprili, gdzie budują kolej żelazną. Tam kraj otwarty. A jeśli wam to na rękę, to i za Uskub będę waszym przewodnikiem.
— To nas niezmiernie cieszy. Widocznie jeździłeś bardzo daleko.
— Tylko w tych stronach, które jednak znam wyśmienicie.
— Jesteśmy tutaj obcy, a słyszeliśmy czasem o człowieku, który się Szut nazywa. Kto to jest? — spytałem od niechcenia.
Karzeł podniósł brwi i odpowiedział:
— To osławiony rozbójnik. — Oglądnął się trwożliwie i dodał: — Niebezpiecznie o nim mówić. Ma wszędzie swoich ludzi. Za najbliższem drzewem może któryś z nich siedzieć.
— Czy ma bandę tak liczną?
— Utrzymuje wszędzie stosunki, w każdej wsi i w każdem mieście. Najwyższy sędzia i najpobożniejszy iman bywa członkiem tej bandy.
— Czyż nie można sobie z nim dać rady?
— Nie. Ustawy nic nie wskórają. Nie jestem znawcą Koranu, Sunny i ich objaśnień, ale słyszałem, że ustawy nasze są tak ciemne i wieloznaczne, iż nawet tam, gdzie je można wykonać, więcej szkody niż pożytku przynoszą. Sędzia potrafi takie prawo tłómaczyć najrozmaiciej.
— Niestety, zbyt to prawdziwe.
— Co dopiero ma być, gdzie prawo wogóle pozbawione jest egzekutywy, gdzie, jak u nas, nikt się o prawa nie troszczy? Weź tylko na uwagę tych Albańczyków, Arnautów, Skipetarów, Miriditów i wszystkie te ludy i plemiona, z których każde rządzi się swojemi własnemi ustawami i zwyczajowemi prawami. Oto pole dla takiego człowieka, jak Szut. On się śmieje z wielkorządcy i urzędników, wyszydza sędziów i władze, policyę i żołnierzy. Wszyscy oni nie mogą jemu nic zrobić. Tu każda wieś żyje w niezgodzie z sąsiednią. Każda miejscowość ma z drugą do wyrównania jakąś kradzież, jakiś rabunek, lub krwawą zemstę. To wieczna wojna, a najgwałtowniejszy i największy złoczyńca odnosi zwycięstwo. Ale effendi, ja nic nie powiedziałem. Jestem biedny i nie chcę bardziej się unieszczęśliwić, niż jestem.
— Czy obawiasz się, że zdradzę twoje słowa?
— Nie, jesteś na to zbyt szlachetny, ale drzewa mają uszy, a powietrze wszystko słyszy.
— Gdzieindziej niemożliwe byłyby takie stosunki.
— Czy w innych krajach niema rozbójników?
— Bywają, lecz tylko przez krótki czas, ponieważ prawo wyposażone jest tam w dostateczną moc, aby ich prędko unieszkodliwić.
— O chytrość czasem siłę przewyższa!
— W takim razie zwalcza się chytrość chytrością. U nas nie zdarza się zbrodniarz tak chytry, żeby jaki policyjny urzędnik nie był od niego chytrzejszy. Gdyby taki tu przybył, wynalazłby Szuta w krótkim czasie!
— Ba! Szut poznałby go prędzej, niż on Szuta. I co potem?
Wydawało się, że krawiec chciał słowom swym nadać jakieś szczególne znaczenie. Brzmiało to niemal jak szyderstwo. Może się pomyliłem?
— W takim razie tajny ajent byłby zgubiony — odparłem — ale inni zajęliby jego miejsce.
— Zniknęliby tak samo jak on. Wedle tutejszego stanu rzeczy nie można nic zrobić Szutowi. Najlepiej wcale o nim nie mówić. Przerwijmy więc naszą rozmowę. Mimo moje ubóstwo strach mnie zbiera, gdy o nim pomyślę. Zarabiam pieniądze na para i dużo nigdy nie składam. Musiałem jednak zebrać kilka piastrów dla cudotwórcy, który będzie mnie leczył. Gdyby na mnie ci zbóje napadli i zabrali owoce mej pracy, nie miałbym nawet za co lekarstwa kupić.
— Czy ten cudotwórca jest sławny?
— Szeroko i daleko.
— Więc i wieś twoja niezawodnie jest znana?
— Pewnie. Zapytaj o nią tylko.
— No, słyszałem już o Wejczy i słynnym chanie, który się znajduje w pobliżu.
— Jak się nazywa?
— Nie pamiętam dobrze. Zdaje mi się, że było w tem słówko kara.
Popatrzył bystro na mnie. Z oczu jego wypadło szybkie nieopatrzne spojrzenie, jak gorąca błyskawica. Wnet jednak przybrało ono poprzednią łagodność.
— Kara, kara, hm! — rzekł po chwili. — Pamięć mi nie dopisuje. Gdybyś znał całe słowo, przyszedłbym może na to.
— Może sobie przypomnę. Kara... kara... Halefie, ty słyszałeś także to słowo. Czy nie przychodzi ci na myśl?
— Karanorman? — odrzekł hadżi, gdyż rozumiał mnie dobrze.
— Tak, tak. Karanorman — chan! Czy znasz go, Africie?
Zdawało się, że się namyśla przed odpowiedzią.
— Tak, teraz wiem, o co ci chodzi, ale to nie jest wielki chan, lecz ruina. Nikt tam nie mieszka. Niegdyś, przed wiekami był to wielki karawanseraj. Potem zrobiono z tego karauł, strażniczą wieżę dla żołnierzy pogranicznych, a teraz leży już w gruzach. Co mówiono o tej miejscowości?
— Że tam podobno Szut grasuje.
Po jego łagodnej twarzy przemknęło drżenie; zdawało się, że walczy z nagłem wewnętrznem wzruszeniem. Potem spojrzał mi w twarz tak samo spokojnie i łagodnie, jak przedtem i odpowiedział:
— Kto wie, czy cię w tym wypadku nie wzięto na fundusz.
— Takie twoje zdanie?
— Tak. Ja znam doskonale to miejsce. Bywałem tam o wszystkich porach dnia i nocy i nie zauważyłem nic, coby świadczyło o tem, że to podanie oparte na prawdzie. W całej okolicy także nic o tem nie wiedzą. Twierdzą nawet, że właśnie tam mniej o Szucie wspominają niż gdzieindziej.
— Niewątpliwie wystrzega się drażnić ludność właśnie tam, gdzie sam przebywa.
— To możliwe. Widzę, panie, że jesteś przebiegły i łatwo docierasz do dna rzeczy. Ale to może się stać zgubą dla ciebie. Wiesz, ja podejrzewam cię, iż szukasz Szuta?
— Ach! Skądże ci to przyszło na myśl?
— Naprowadza na to całe twe zachowanie.
— Słuchaj! Przekonywam się, że i twoja bystrość nie jest bez wprawy. To może tak samo łatwo ciebie zgubić.
— Żartujesz. Jestem ubogim krawcem, a ty, jak słyszałem, już od szeregu dni ścigasz sprzymierzeńców Szuta i czynisz to w dalszym ciągu. Muszę cię uważać za policyanta, tak chytrego, o jakim przedtem wspomniałeś.
— Tem nie jestem!
— Jednak tak wygląda. Może szukasz Szuta w Karanorman-chan. Ale nie dojdziesz tam.
— Czemu?
— Bo przedtem zostaniesz zamordowany. Szut zna już całkiem twoje zamiary. Śmierć nie minie ciebie.
— Zobaczymy!
— Gdy to zobaczysz, ratunek już będzie niemożliwy.
— Powtarzam, że nie jestem ani urzędnikiem, ani policyantem. Szut i jego ludzie niech mnie zostawią w spokoju.
— A ty ich także!
Te cztery słowa wypowiedział w tonie rozkazującym. Głos jego drżał i brzmiał jak w chrypce. Widocznie był podniecony. Ten karzeł, który nazywał siebie Afritem, olbrzymem, nie był tem, za co uchodzić się starał; mogłem na to przysiąc teraz; posiadał tylko w wysokim stopniu dar maskowania się. Ten mały wróbel umiał stroić się w pióra synogarlicy. Może był to przecież ów Suef, który miał mnie oddać w ręce moich wrogów.
To jednak wydawało mi się dlatego nieprawdopodobnem, że kiaja znał tego krawca i jego imię. A może to tylko członkowie stowarzyszenia nazywali go Suef? Czyżby podróżował jako ubogi, rzetelny krawiec, aby zbójom ułatwiać wykonywanie ich rzemiosła. Musiałem się zachowywać wobec niego bardzo ostrożnie. Odpowiedziałem mu:
— Ja ich zostawiam w spokoju. Nie troszczyłem się o Aladżych, ani o innych, dopóki nie dali mi do tego powodu.
— Więc zrób tak, jak gdybyś nie miał powodu!
— Nie, mój kochany, tego nie zrobią. Kto mi w drodze staje, tego ja tratują, choćby to nawet Szut był. Jeśli ma odwagę zetrzeć się ze mną, niechaj spróbuje. Pokaże się dopiero, kto gorzej na tem wyjdzie.
Krawiec podniósł głową i wyciągnął szyję, jak gdyby chciał śmiechem wybuchnąć. Widziałem, że ten śmiech miał być szyderczy, bardzo szyderczy. Ale Afrit opanował się i rzekł tonem przestrogi:
— Żadna władza sułtanska nie poradzi nic przeciwko niemu; nawet wojsko za słabe. A ty sam jeden i obcy mu grozisz?
— On jest tak samo jeden, jak ja, i obcy dla mnie, jak ja dla niego. Jeśli się z nim kiedy zderzę, rozstrzygnie między nami jego i moja siła, zręczność i chytrość.
— Widzę, że postanowiłeś istotnie Szuta wyśledzić.
— Jestem zbyt dumny, by się tego wypierać.
— Ach! I chcesz z nim nawet walczyć?
— Stosownie do okoliczności. Jestem cudzoziemcem i nie zależy mi nic na tutejszych osobach i stosunkach. Czy tu jaki Szut istnieje, czy nie, czy jest o jednego rozbójnika więcej, czy mniej, to mi obojętne. Ja chcę przedstawić mu osobiste żądanie. Jeśli usłucha mojego nakazu, to...
— Jeśli spełni twą prośbę, chciałeś powiedzieć panie?
— Nie. Uczciwy stoi wyżej od łotra i może mu rozkazywać. A więc, jeśli posłucha mojego nakazu, to rozstanę się z nim i ani włos mu z głowy nie spadnie. W przeciwnym razie, będzie po Szucie!
Widziałem, że jego mała, wązka pierś pasowała się z brakiem oddechu. Zbladł jak trup. Był wysoce rozdrażniony, ale się opanował i rzekł spokojnie:
— Zachowujesz się, jak gdyby ciebie nie można było zranić i jak gdybyś nie bał się tysiąca Szutów.
— Tak też jest rzeczywiście — odrzekłem, uderzając się dłonią w kolano, że aż klasnęło. — Jest nas tylko czterech mężów. Mamy z Szutem rachunki. On i jego towarzysze drżeć przed nami muszą, a nie my przed nimi. Wszystkich tych drabów jednem tchnieniem zdmuchnę z mej dłoni na ziemię!
Dmuchnąłem przytem w swoją dłoń otwartą. Daleki byłem od bufonady i bohaterstwa na gębę. Udając, że jestem tak silny, miałem określony psychologiczny zamiar. Chciałem karła doprowadzić do wściekłości, żeby stracił panowanie nad sobą i pozwolił się przejrzeć. Ale okazało się, że on miał w tym względzie nademną przewagę. Łypnął ku mnie okiem wesoło i rzekł:
— Dmuchaj sobie, dopóki ciebie nie zdmuchną. Jestem twoim przyjacielem. Przyjąłeś grzecznie ubogiego krawca i ugościłeś. Jestem ci za to wdzięczny i pragnę uchronić cię od złego; dlatego cię przestrzegłem. Ty jednak nie zważasz na moje słowa i dlatego niema ocalenia dla ciebie. Obiecałem zaprowadzić cię do Kakandelen, ale teraz jestem pewien, że nie ujrzysz tego miasta nigdy w życiu, bo życie twoje na tę podróż za krótkie.
— Będę tam za dwa, albo najpóźniej za trzy dni.
— Będziesz już wtedy w mieście umarłych.
— Wiesz to tak pewnie? Brzmi to tak, jak gdybyś był nadzwyczajnym zaufanym Szuta.
— Ty sam nie myślisz tego naprawdę. Mówię to bo widziałem w podobnych wypadkach, że Szut nie pozwala ze sobą żartować.
— O, ja ze szwagrem Dezelima nie będę robił żadnych zachodów.
— Panie, kto ci to zdradził? — zawołał spiesznie.
Teraz go złapałem wbrew jego przebiegłości i zdolności udawania. Znał Dezelima i wiedział, że to był szwagier Szuta; teraz wyszło na jaw. Ja jednakże nie dałem nic poznać po sobie, gdyż skoroby tylko poczuł, że go przejrzałem, nie mógłbym z niego nic więcej wyciągnąć.
— On sam nie krył się z tem przedemną — odparłem.
Padło na mnie iskrzące spojrzenie, które jednak spłynęło po mnie natychmiast. Odbiła się w niem wyraźnie nienawiść. Wiedział, że Dezelim kark skręcił przezemnie. Wywnioskowałem to z tego wzroku. Ten mały, uprzejmy i uniżony człowiek był moim wrogiem śmiertelnym.
— To było bardzo nieostrożne z jego strony — zauważył grzecznie. — Ale czy Dezelim wie, co robi jego szwagier i że to Szut?
Ach, pojął błąd swój i starał się go teraz naprawić, udając dziecięcą prostotę.
— Naturalnie, że wie, bo nie powiedziałby mi o tem — odparłem.
— Jak to od niego wydobyłeś?
— Podstępem.
— Na Allaha, ty jesteś niebezpieczny człowiek! Gdybym był Szutem, musiałbyś umrzeć natychmiast, ponieważ jednak jestem tylko ubogim krawcem i uczciwym człowiekiem, cieszę się, że są ludzie rozumni, zdolni do wyprowadzenia złych w pole. Gdy to jednak wiesz, to znasz tajemnicę wysoce niebezpieczną dla ciebie. Szut musi ciebie zamordować, aby siebie ocalić.
— Ba! W ostatnim tygodniu groziła mi kilkakrotnie śmierć. Wczoraj tylko dwa razy i onegdaj i przed dwoma dniami. Dzisiaj postanowił mnie Miridit zastrzelić siekanym ołowiem, albo zabić toporem.
— Jakże mogłeś odważyć się na to, by jechać za nim?
— Ja jeździłem już za innymi zuchami!
— Gdyby się był odwrócił, byłbyś zgubiony!
— Przeciwnie, on byłby stracił życie!
— Nie myśl tak! To Miridit, czyli waleczny!
— A co ja jestem, o tem się dzisiaj przekonasz. Jadąc za nim, miałem go ciągle przed sobą. Czy nie mogłem w dowolnej chwili wpakować weń kuli? Czy on był w mojej mocy, czy też ja w jego?
— Dziś życie jego zależało od twojej woli, jeśli jesteś dobrym strzelcem, ale jeśli się dzisiaj spotkacie, będziesz ty w jego mocy.
— Wątpię.
— O, z pewnością! Zaczai się na ciebie i pośle ci kulę kiedy i gdzie mu się spodoba; ani się tego spodziejesz. Nie dojrzysz go i będziesz trupem.
— A ja ci powiadam, że jeśli się ośmieli podnieść przeciwko mnie swą strzelbę, będzie po nim!
— Panie, Allah mi świadkiem, że to zuchwalstwo! — zawołał gniewnie.
— To nie zuchwalstwo. Ja wiem, co mówię!
— A ja cię zapewniam, że gdyby cię nawet nie dosięgła jego kula, to zginiesz od czekana. To mistrz w władaniu tą bronią. Czy ty kiedy rzucałeś toporem hajduczym?
— Nie.
— W takim razie zginiesz. A jeżelibyś nawet uniknął śmierci, to znajdą się inni, którym wczoraj umknąłeś. Mogą za każdym krzakiem czatować na ciebie.
— To niemożliwe!
— Czemu?
— Bo pojechali do Engely; gdyby zaś byli tutaj, to byłyby także ich ślady. Mój koń poczułby ich i parskaniemby mi to oznajmił, a ja poznałbym ich zdaleka, bo oczy moje przywykły już oddawna do lasu.
Był przekonany, że za godzinę już umrę, więc go to gniewało, że tak lekceważąco wyrażałem się o swoich wrogach.
— Powtarzam ci — rzekł — że już niema rady dla ciebie. Nie wierzysz nawet prawdzie, że jest prawdziwą!
— Jeśli prawda domaga się dopiero, żeby w nią wierzyć, to właśnie nie jest prawdziwą! Przestańmy teraz mówić o tem. Poznasz nas jeszcze lepiej, niż dotychczas. Jeśli zechcę, strzelba Miridita zupełnie nie wypali, choćby się najbardziej wysilał.
— Czyżbyś umiał rzeczywiście czarować?
— Nie potrafię więcej od drugich ludzi, ale zaglądałem w oczy już innym, niż ten brat rzeźnika i wiem, jak się bronić przed nim. Halefie, gdy mnie napadnie, zostawcie go mnie samemu.
— Jak chcesz, zihdi — rzekł hadżi spokojnie.
Strome zbocza płaskowzgórza Jersely pokryte są lasem, sam zaś płaskowyż ma wspaniałe pastwiska i pola orne. Przebyliśmy pas drzew i wjechaliśmy na równinę, pokrytą krótką trawą, o cienkich źdźbłach. Czasem zarośla przerywały widok w dal.
Zobaczyliśmy ślady konia, przechodzące tu z lewej strony i skręcające w tym samym, co my, kierunku. Zatrzymałem się i przypatrzyłem, pochyliwszy się z siodła.
— Czego tu szukasz? — spytał krawiec.
— Chcę odgadnąć, kto tędy jechał — odrzekłem.
— Jak to poznasz?
— Swoim sposobem, którego ty oczywiście nie znasz. Widzę, że to był Miridit. Był tu przed kwadransem.
— Tego bezwarunkowo twierdzić nie możesz!
— O przeciwnie! Zdeptana trawa oznacza mi czas całkiem dokładnie. Jedźmy dalej!
Miałem teraz pilnować i śladów i krawca. Poznałem, że owładnął nim jakiś niepokój, a wzrok jego stał się niepewny i bystrzejszy zarazem. Patrzył to w prawo, to w lewo i wydało mi się, że szczególnie rzucał okiem na zarośla, które mijaliśmy właśnie.
Czyżby to miało powód ściśle określony? Badałem teraz pilniej zarośla i zauważyłem, że Miridit wydał krawcowi tajne polecenia.
Raz z prawej, to znów z lewej strony leżała jakaś złamana gałązka, oznaczając kierunek naszego marszu.
Umówili się o to i sądzili z pewnością, że powzięli plan ogromnie rozumny. Mogłem skorzystać z tego spostrzeżenia, nie wspominając o tem ani słowem; ale chciałem, żeby ten krawiec nie śmiał się z nas w duszy. Jak on przewidział napad, tak ja postanowiłem go przepowiedzieć.
Toteż kiedy dojechaliśmy do nowego znaku, powiedziałem do Halefa, wskazując na gałązkę:
— Hadżi, czy widzisz tę gałązkę złamaną?
— Tak, panie.
— Kto ją mógł złamać?
— Jakieś zwierzą.
— Musiałoby to być duże zwierzą i ślad jego byłby widoczny.
— Trawa znów się podniosła tak, że ślad już znikł.
— W takim razie byłyby gałązki zostały złamane przed wielu godzinami, a płaszczyzna w złamaniu byłaby już zaschnęła. Tymczasem jest tak wilgotna i świeża, że od jej powstania może zaledwie kwadrans upłynął.
— Co nas to obchodzi, kto spowodował złamanie? Czemu zajmujesz się tem tak bardzo?
— Bo to mi opowiada całą historyę.
— Historyę? Zihdi, ja wiem, że umiesz czytać w śladach, jak nikt na świecie. Wpadliśmy tylko na trop Miridita, ale czy mamy zaprzątać sobie głową temi gałązkami?
Krawiec przystanął z boku i przypatrywał mi się pozornie spokojnym wzrokiem. Tylko jeden kącik ust był z lekka otwarty, co twarzy nadawało ledwie dostrzegalnego wyrazu tajonego szyderstwa.
— Jeśli ty tego nie wiesz — rzekłem — to może nasz przewodnik Afrit będzie bystrzejszy od ciebie i powie nam, o czem świadczy ta gałązka.
Krawiec przybrał zaraz miną zdumienia i odpowiedział:
— Panie, ja nic nie wiem, nic nie przeczuwam, a i ty z pewnością nie rozumiesz znaczenia tej gałązki, jeśli ona wogóle posiada jakie znaczenie.
— Owszem.
— Tak. Głosi znikomość wszystkiego, co ziemskie. Wczoraj jeszcze zieleniła się, a dzisiaj musi więdnąć i usychać.
— A zarazem przestrzega, że i ja ofiarowany już jestem na śmierć.
— Jakto? Nie pojmują tego.
— No, jestem przekonany, że to Miridit ją nadłamał.
— Czemu?
— W pewnym celu. Czy nie zauważyłeś więcej tak złamanych gałązek?
— Nie, panie.
— Ta będzie już jedynasta.
— To przypadek.
— Można, idąc lub jadąc w zamyśleniu, złamać tu i ówdzie jedną gałązkę, ale jedynaście to z prawej to z lewej strony, to może się stać tylko w ściśle zamierzonym celu.
— W takim razie ciekaw jestem, jaki to zamiar.
— Uważaj tylko. Zobaczymy prawdopodobnie więcej jeszcze takich znaków, a przekonasz się, że wszystkie wskazują jeden kierunek.
— Naturalnie, bo zwierzę tak biegło.
— O zwierzynie mowy niema. Złamania są właśnie tak wysoko, jak sięga ręka dorosłego człowieka na koniu. Tak wysoko nie sięgnie sarna, ani nawet rogi jelenia. Ponadto zaś prowadzą ślady Miridita wprost do zarośli na prawo lub lewo, tam gdzie znak przytwierdzono.
— Ależ, panie, skoro jesteś już tak bystry, to powiedz, jaki on w tem cel miał!
— Czy nie znasz przypadkiem człowieka, zwanego Suef?
Ten karzeł, nazywający siebie uparcie biednym krawczykiem, musiał przecież posiadać olbrzymią zdolność panowania nad sobą, gdyż ani drgnął na twarzy. Gdyby nie coś jak cień, co przemknęło mu przez oczy, pomyślałbym, że się mylę.
— Suef? — powtórzył. — Już słyszałem to imię, ale nie znam nikogo, ktoby się tak nazywał.
— Sądziłem, że tobie, jako znającemu te strony, nie obcy będzie ten człowiek.
— Nie znam go. Kto to jest?
— Stronnik Szuta. Polecono mu podprowadzić nas dziś Miriditowi pod strzelbę.
— Panie, co sobie uroiłeś?
Teraz wystąpiło na jego twarzy jeśli nie trwoga, to zaniepokojenie, którego jednak mógł doznać zarówno ze swego, jak z mojego powodu.
— Ja wiem o tem — ciągnąłem dalej. — Postanowiono wczoraj, żeby ten Suef spróbował wkraść się w nasze zaufanie i zawieść nas w pułapkę.
— Panie, ty wyglądasz na wszechwiedzącego!
— Jestem tylko uważny i nic poza tem.
— Skąd ty wiesz o tem?
— O tem zamilczę. Przywykłem wszystko obserwować i wyciągać wnioski z tego. O tym zwyczaju moim pouczą cię te gałązki.
— A czy ten Suef przybył istotnie?
— Nie. Miał się do nas wprosić na przewodnika. Szczęściem spotkaliśmy pierwej ciebie, a ten Suef zobaczył, że już zbliżyć się do nas nie może.
— Ale jaki to ma związek z gałązkami?
— Miridit chce wskazać Suefowi, jak ma jechać.
— W takim razie Miridit nie wie chyba, że ten Suef nie towarzyszy nam.
— Oczywiście, że nie. Szpieg i zdrajca chciał się pewnie po drodze do nas przyłączyć. Ale ze swej kryjówki zobaczył ciebie i poznał, że nam przewodnika nie potrzeba. Pewnie jednak skrada się gdzieś za nami.
Na to rozjaśniło się oblicze krawca, Obawiał się już istotnie, że poznano jego rolę, ale uspokoił się, ponieważ ja sądziłem, że Suef jest za nami. Musiałem go zostawić w tem mniemaniu.
— Ja jednak myślę, że jesteś w błędzie — zaczął na nowo. — Podejrzenie twoje fałszywe.
— Jak to?
— Na co miałby Miridit łamać gałązki? Ten zdrajca Suef poznałby przecież ślady. Skoro ślad jest tak dokładny, to zbyteczne są znaki osobne!
— O przeciwnie! Nie zna się jeszcze dobrze okolicy, przez którą się przechodzi. Grunt może być twardy i nie przyjmować śladów; na to są inne znaki.
— Ale tu przecież miękki. Jeśli łamanie ma istotnie ten cel, który przedstawiasz, to należałoby go tu zaniechać.
— Także nie, bo ślady mogliby zatrzeć inni ludzie, którzy by tędy przed nami przechodzili, a wówczas nie dałoby się rozróżnić śladów Miridita. Uważał więc te znaki za konieczne. Ale to dla mnie zawsze nie jest rzeczą główną.
— Masz więc jeszcze coś więcej?
— Tak, a ty mnie zrozumiałeś fałszywie. On nie chce tymi znakami wskazać, jak sam jechał, lecz jak Suef powinien nas prowadzić.
— Czy to nie wszystko jedno?
— Wcale nie. Jestem pewien, że znaki te odłączą się wkrótce od jego tropu.
— Allah! Coza głowa z ciebie, panie? — zawołał.
Było to zdumienie nieobłudne. Trafiłem więc widocznie w sedno i odrzekłem:
— Moja głowa nie jest lepsza od twojej. Ja tylko rozważam to sobie dokładnie. Widzę w duchu Miridita, czekającego tu na nas i nas nadjeżdżających pod przewodnictwem zdrajcy Suefa. Jeśli pierwszy z nich postanowił mnie zabić, to musi się na mnie zaczaić. Będzie więc siedział gdzieś z boku w zaroślach, a w tym celu musi zboczyć z poprzedniej drogi. Czy to uznajesz?
— O tak!
— Musi więc wpierw dać znak, żeby Suef nie szedł od tej chwili za jego tropem. Ten znak znajdziemy niebawem. Teraz jedźmy dalej!
Gdy przynagliliśmy konie do ruchu, rzekł krawiec:
— Jestem ogromnie ciekawy, czy masz słuszność.
— A ja jestem pewny, że się nie mylę. Wiem bardzo dobrze, że na razie zbyteczna wszelka obawa. Dopiero, gdy się oba kierunki rozejdą, nastąpi napad. I tak jak ci udowodniłem, że z gałązek wyczytałem wszystkie myśli i zamiary Miridita i Suefa, tak samo wiem już więcej rzeczy oddawna, niż ty przypuszczasz i możesz się domyślić. Szut nie jest dla mnie bynajmniej niebezpieczny.
Przejechaliśmy jeszcze obok kilku złamanych gałązek. Zwróciłem na nie uwagą krawca i wykazałem mu, że koń Miridita trzymał się zawsze linii krzaków.
Dostaliśmy się następnie do miejsca, które mu przepowiedziałem. Trop konia skręcał na lewo, a znaki na dwu przeciwległych krzakach wskazywały naprzód.
— Patrz, oto miejsce, które miałem na myśli — powiedziałem. — Miridit zjechał na lewo, aby wyszukać miejsce do zasadzki, Suef natomiast ma nas dalej prowadzić między tymi krzakami. Czy nie jesteś tego samego zdania?
— Panie, ja ci odpowiedzieć nie mogę. Myśli twe są zbyt wysokie.
— Wyjaśniłem ci przecież wszystko dokładnie.
— Tak, ale mimoto nie mogę iść za tobą we wnioskach. Sądzę, że się mylisz.
— Ja się nie mylę.
— Cóż uczynisz? — Najpierw kazałbym tego Suefa na tom miejscu tak wybatożyć, żeby wstać nie zdołał.
— Słusznieby go to spotkało! Niestety niema go.
— Jest za nami z pewnością. Mam wielką ochotę zaczekać na niego.
— To słuszne, panie!
— Czy sądzisz, że sto batów wystarczy?
— Nie. Skoro ci w ręce wpadnie, każesz go na śmierć zaćwiczyć, bo zdrajca zawsze gorszy od sprawcy.
— Całkiem słusznie, ale pięćdziesiąt dość.
— To byłaby nadzwyczajna łagodność i łaska z twej strony, panie.
— Zapamiętaj sobie swoje słowa i nie proś mnie potem o łaskę dla niego. Ale o tem później. Obecnie mamy teraźniejszość przed sobą.
— Tak, zihdi, nie możemy tu przecież pozostać! — napominał Halef. — Może ten Miridit siedzi tu gdzieś niedaleko.
— Tego się nie obawiam. Pojedziemy dalej, ale nie w tym samym zupełnie kierunku, jaki podają gałązki, lecz cokolwiek na prawo. W ten sposób zdobędziemy miejsce pomiędzy nim a sobą... Ja zostanę tu na kilka chwil, ale rychło będę już z wami. A jeszcze jedno, Halefie! Weź do rąk strzelbę. Nie wiadomo, co się stać może. Miridita biorę sam wyłącznie na siebie. Gdybyś jednak spostrzegł w jakiś sposób tego Suefa, to pakuj mu natychmiast kulę w głowę.
— Zgoda! — rzekł Halef.
— Ponieważ zaś nasz zacny Afrit jest nieuzbrojony, obowiązkiem naszym jest pilnować go. Osko i Omar wezmą go między siebie, a ty pojedziesz z tyłu, abyś był pod ręką na wypadek czegoś podejrzanego.
— Nie bój się, effendi! Będę zaraz przy Suefie!
Hadżi mnie zrozumiał zupełnie. Nie wątpiłem, że zastrzeliłby krawca natychmiast, gdyby mu przyszło na myśl uciekać. Ten zaś patrzył na mnie badawczym, pełnym obawy wzrokiem i powiedział:
— Effendi, nie obawiajcie się o mnie!
— To nasza powinność. Jesteś z nami, a więc jesteś wrogiem naszych wrogów. Za takiego cię będą uważać. Trzeba cię zatem wziąć, w opiekę. Nie oddalaj się jednak od moich towarzyszy, bo mogłoby ci się zdarzyć coś, za co nie bylibyśmy odpowiedzialni. Z nimi jesteś bezpieczny.
— A ty z nami nie jedziesz?
— Zostanę w tyle na chwilę.
— Naco?
— Z tchórzostwa. Niech Miridit was wystrzela, zanim mnie trafi. Naprzód!
Halef zaśmiał się z tej odpowiedzi i skinął okiem w stronę śladów Miridita. Odgadł, że chcę za nim się udać.
Zaczekałem, dopóki nie przeszli pomiędzy krzakami i pojechałem wolno za śladem.
Oczywiście należało mieć teraz wszystko na oku. Miridit mógł mnie spostrzec o wiele prędzej niźli ja jego. Dlatego usunąłem się z tropu jeszcze nieco dalej na lewo i jechałem z nim równolegle.
Zarośla stały w dość regularnych odstępach, mniej więcej o piętnaście do dwudziestu łokci. Ilekroć dojechałem do krzaka, zatrzymywałem się, aby się z poza niego ostrożnie rozglądnąć.
Wtem usłyszałem przeraźliwy gwizd. Pochodził stamtąd, gdzie teraz najprawdopodobniej byli moi towarzysze. Kto go wydał? Czy Halef, aby mnie ostrzec i dać znak? Nie, on inaczej by się odezwał. A może krawiec? Czyżby się umówił z Miriditem, że w ten sposób oznajmi mu o naszem zbliżaniu się? W takim razie byłoby to z jego strony najwyższe zuchwalstwo, zwłaszcza że wiedział, iż cały plan już zdradzony przedemną.
Ledwie gwizd przebrzmiał, usłyszałem za krzakiem odgłos, jak gdyby ktoś wymówił słowo „el hassil — nareszcie“. Usłyszałem tętent nie jasny, lecz głuchy z powodu właściwości gruntu i podniosłem się w siodle, aby rzucić okiem poza krzak, za którym się zatrzymałem.
Istotnie ujrzałem Miridita, który siedział na trawie przy koniu, a teraz wskoczył na siodło. On także stanął w strzemionach i patrzył za nami.
Przyznać muszę, że miejsce wybrał bardzo dobre, nadające się doskonale do zamierzonego celu. Miridit mógł wypaść na nas błyskawicznie z krzaków i zniknąć równie szybko za nimi. Jego nagłe, niespodziane zjawienie się przed nami musiałoby nas było stropić. Zanimbyśmy się opamiętali, zastrzeliłby mnie lub zabił, a potem ukryłby się bezpiecznie, zanim przerażeni towarzysze zdołaliby o pogoni pomyśleć.
Wszystko to było wcale ładnie obmyślane, ale rachunek zrobiony był bezemnie i aby go przekreślić, odwinąłem w ostatnich dwu minutach lasso.
Broń ta, straszna w ręku wprawnego przeciwnika, nie jest, jak sądzi wielu, wyłącznie amerykańską. Wszystkie ludy koczownicze, wypasające trzody bydła, posługują się nią w rozmaitej formie i na rozmaite, im właściwe, sposoby. Czikosz używa do chwytania sznura lub rzemienia tak samo, jak rosyjski tabunczik. Turkomani mają także swoje długie, giętkie kaji jak Mongoli, Ostiacy, Tungnzi i Kirgizi, którzy pętlą do rzucania wybierają z trzód poszczególne zwierzęta.
To też bynajmniej nie była śmieszną myśl zabrania lassa w podróż ze sobą. Stykałem się przeważnie z koczownikami, a mój pleciony, trzydzieści stóp długi, rzemień wyświadczył mi kilkakrotnie doskonałe przysługi. Wiadomo, że go niedawno pociąłem i zużyłem, należy więc wspomnieć, że uplotłem sobie z rzemieni nie takie dobre wprawdzie, ale nowe lasso.
Przymocowałem teraz jeden koniec do przedniej kuli u siodła. Chciałem Miridita pochwycić. Lassa pewnie nigdy jeszcze nie widział i nie miał chyba pojęcia, jak się przed niem bronić. Aby go nie uprzedzić przedwcześnie co do mego zamiaru, nie wziąłem pętli do ręki, lecz powiesiłem ją na guziku u siodła. Natomiast wziąłem do rąk rusznicę. Była to jedyna broń, którą mogłem spróbować odbić topór. Na tę sztukę może sobie tylko ten pozwolić, kto wyćwiczył się w odbijaniu tomahawka strzelbą tak, że spada na bok, nie zadając silnej i niebezpiecznej rany, jakie są zawsze skutkiem niepewnego parowania. Idzie nie tylko o to, żeby zobaczyć, gdzie ma topór uderzyć, lecz należy mimo wielkiej szybkości kolistego wiru, w jakim broń nadlatuje, rozróżniać dokładnie między żelazem a trzonkiem, bo w przeciwnym razie siekiera okręci się o lufę i w cel ugodzi Przedewszystkiem trzyma się strzelbę oburącz, bo uderzenie jest nadzwyczaj silne i można dostać w twarz strzelbą i toporem razem. Następnie trzeba jej nadać położenie ukośne, żeby topór pod ostrym kątem uderzył, a pod rozwartym się odbił. Konieczne są do tego: siła fizyczna, ćwiczenie i bardzo bystre oko.
Sytuacya była teraz następująca: Ja stałem z koniem tak, że miałem przed sobą kierunek, w którym znajdować się musieli moi towarzysze. Na lewo był Miridit. Spojrzałem ku niemu i dostrzegłem, że się starał zobaczyć jeźdźców.
Nagły ruch zdradził jego gniew z tego powodu, że Suef nie jechał we wskazanym sobie przez gałęzie kierunku. Gdybym nie był polecił Halefowi skierować się więcej na prawo, byliby minęli Miridita w oddaleniu o wiele bliższem. Tak jednak jechali brzegiem równiny, co czatującemu niewątpliwie szczególnie było nie na rękę.
W tem ujrzałem ich nadjeżdżających. On także niezawodnie ich spostrzegł. Stojące tu i ówdzie zarośla uniemożliwiały mu dokładne rozróżnienie osób. Nie mógł się zatem przekonać o tem, czy ja jestem między nimi. Ale że się tego spodziewał na pewno, ruszył z miejsca najpierw powoli, a następnie prędzej, aż koń jego przeszedł w kłus szybki.
Ruszyłem za nim z rusznicą w prawej ręce i starałem się, by nas zawsze rozdzielały zarośla. To było zbyteczne, bo uwaga jego była tak bardzo naprzód zwrócona, że mu ani przez myśl nie przeszło oglądnąć się poza siebie.
Miękki grunt tłumił odgłos kopyt mojego konia, przyczem widocznie szmer, spowodowany przez jego własnego konia, nie pozwolił mu na to, by mnie słyszał za sobą.
Rozstrzygnięcie musiało nastąpić za kilka sekund. Nie bałem się ani trochę. Groźną wydała mi się chyba tylko jego siekiera. Miał przejechać jeszcze obok dwu krzaków. Od ostatniego popędził na równinę, wydając przeraźliwy okrzyk, by nas przestraszyć. Wstrzymując konia, podniósł strzelbę, ale nie wypalił, nie wymierzył nawet, tylko wzniósł drugi okrzyk, spowodowany niespodzianką i gniewem. Zobaczył, że mnie nie było.
Towarzysze stanęli także, a Halef wybuchnął głośnym śmiechem.
— Czego chcesz od nas, człecze? — zapytał. — Dlaczego robisz miny, jak gdybyś połknął własną głowę razem z plastrem.
— Psy! — zgrzytnął Miridit.
— Złościsz się? Zapewne z tej przyczyny, że nie znajdujesz tego, którego szukasz. Popatrzno poza siebie!
Miridit odwrócił się w siodle i dostrzegł mnie w oddaleniu piętnastu kroków od siebie.
— Mnie szukasz? — zapytałem.
Zdarł ku mnie konia, podniósł znów strzelbę i odpowiedział:
— Tak, ciebie szejtanie! Czy znasz mnie?
Skinąłem tylko głową na potwierdzenie.
— Zamordowałeś mi brata! Podpadłeś zemście krwi. Niechcę cię zastrzelić skrytobójczo i z tyłu, lecz jak mąż, z przodu!
— Nie strzelaj, bo nas wszystkich się kula nie ima!
— Zobaczę! Ruszaj do dżehenny!
Pociągnął za cyngiel, kapsla trzasnęła, ale strzał nie padł.
— A widzisz! — zaśmiałem się. — Ostrzegałem cię, a teraz jesteś moim!
Podniosłem rusznicę jakby do strzału. Wtem wyrwał on z za pasa topór hajduczy i wrzasnął wściekle:
— Jeszcze nie! Jeśli kula nie chwyta, to cię topór dosięgnie!
Okręcił siekierą do koła głowy i rzucił nią w moją głowę. Z tak małego oddalenia musiałaby mi czaszkę rozłupać, gdybym tylko o włos fałszywie cios odparł.
Przez chwilę, przez małą tylko chwileczkę, słyszałem świst toporu. Był przeraźliwy. Szeroko otwartemi oczyma uchwyciłem ruch ręki Miridita. Wyprężyłem się w siodle, trzymając rusznicę oboma rękoma. Potem pchnąłem ją błyskawicznie szybko ku górze, topór ugodził w lufę i odleciał. Byłby mnie trafił w samo czoło.
Miridit wypuścił z lewej ręki cugle ze zdumienia. Nie miał przy sobie innej broni prócz pistoletów, a tych ja się nie obawiałem.
— Widzisz, że gardzę także twoim toporem! — zawołałem doń. — Teraz dosięgnie ciebie moja zemsta. Uważaj!
Złożyłem się do niego ze strzelby, a to przywróciło mu ruchy. Pochwycił cugle, szarpnął konia wstecz i pognał równiną zupełnie tak, jak się spodziewałem.
Podjechałem ku Halefowi i oddałem mu rusznicę, bo mi teraz zawadzała. Wziął ją, ale szybko zawołał:
— Prędko, prędko, bo umknie!
— Tylko cierpliwości! Mamy czas. Niech ten zacny, biedny, krawiec Afrit zobaczy raz jeźdźca, z którym Szut się pewnie nie zmierzy. Jedźcie za mną cwałem!
Na krótki gwizd Rih się zerwał.
Położyłem mu cugle na szyi i podniosłem się w strzemionach, pomimo że mi przeszkadzała chora noga.
W biegu obwinąłem lasso o lewy łokieć, rozciągnąłem ostatnią pętlę i zdjąłem potem wszystkie z łokcia na lewe przedramię tak, że się swobodnie mogły odwijać. Całe ująłem potem w prawą rękę.
Nie kierowałem karego ani cuglami, ani nogami. Rozumne zwierzę wiedziało, o co idzie.
Miridit uciekał najpierw prosto, co było z jego strony głupotą, bo mogłem go kulą dosięgnąć, gdyż cel miałem łatwy w razie, gdybym chciał strzelać.
Ponieważ jednak w tym kierunku równina coraz bardziej się rozszerzała, skręcił zaraz na lewo, gdzie się znajdowały zarośla, mogące mu dać ochronę, a może nawet ocalenie.
Rih, jak dobry pies myśliwski, pognał zaraz za nim na lewo, gdzie były także zarośla, aby przeciąć drogę gniademu. Teraz poznałem, że jednak zbyt długo zatrzymałem się z Halefem. Gniady był doskonałym biegunem, ale nawet za pięćdziesiąt takich łysych nie sprzedałbym mego karego. Mimoto byłem pewien, że dopadnę Miridita, chociażby nawet przedemną dostał się do zarośli. Ale na to musiałem nie pozwolić. Mogłem przecież użyć sekretu Riha.
On tymczasem robił już swoje. W trzech zgrabnych susach tyle przebiegł przestrzeni, na ile potrzeba było czterech natężonych skoków gniadego. Ale odległość była już zbyt wielka. Mogłem go dopaść tylko przy pomocy sekretu.
Tym, którzy nie wiedzą, co jest na tym sekrecie, powiem, że każdy Arab, właściciel konia pełnej krwi, uczy go pewnego znaku, którego jeździec używa tylko wówczas, gdy idzie o wytężenie ostatnich sił konia.
Prawdziwy arabski biegun nawet w najszybszym cwale bawi się tylko swojemi siłami. Umie on przewyższyć samego siebie, gdy się tego znaku użyje. Dzieje się to oczywiście tylko w wyjątkowych wypadkach, w największem niebezpieczeństwie, kiedy już tylko szybkość konia może ocalić.
Są to jazdy zaiste śmiertelne. Koń nie biegnie już wówczas, lecz leci. Szybkość jest tak wielka, że nóg końskich nie widać. Gdy jeździec ten znak wymówi, znikają w kilka sekund koń i człowiek, jak czarny puukcik.
Znak ten nazywa się sekretem, bo go właściciel nie powierza nikomu. Nie zdradzi go nawet przed żoną, synem, jedynym spadkobiercą, przed najlepszym przyjacielem. Wyjawia go tylko kupującemu, a na łożu śmierci temu, w czyje posiadanie koń przechodzi. Poza tem żadna męka, śmierć nawet, nie wydrze mu tajemnicy. Ona ginie z nim razem.
Otrzymawszy Riha, dowiedziałem się oczywiście także o znaku. Polegał na tem, że kładło mu się dłoń między uszy i wołało go po imieniu „Rih“. Kilkakroć musiałem się uciec do tego i skutek był zawsze nie do uwierzenia.
Nie groziło mi teraz tak wielkie niebezpieczeństwo, żeby skorzystanie z sekretu było uzasadnione, ale Halef miał odemnie konia dostać. Miał tylko jeszcze przez niewiele dni być moim, można więc to usprawiedliwić, że życzyłem sobie jeszcze raz się na nim „przelecieć“.
Położyłem mu dłoń między małe uszy i powiedziałem „Rih“.
Zatrzymał się w skoku, wydał ze siebie głos, jakby zakaszlał i ruszyliśmy naprzód. Co tu słowa poradzą! To się właśnie nie da opisać. Nie siedziałem na koniu, lecz leciałem powietrzem na strzale. Dostałem się do punktu w zaroślach, do którego zmierzał Miridit, o wiele wcześniej od niego. Między nami było może czterdzieści końskich długości. Miridit zawrócił więc konia i pognał znów na równinę.
Popędziłem za nim, ale już bez tego nadużycia sił konia. Dałem mu łagodnem głaskaniem po szyi do zrozumienia, że jestem z niego zadowolony i że może zaprzestać pędu tak szybkiego. Zwolnił też, ale w kilka sekund byłem od Miridita o dwie długości.
— Zatrzymaj się! Rozkazuję! — krzyknąłem.
Odwrócił się do mnie. Miał już przygotowany pistolet i strzelił. Po mierzeniu poznałem, że mnie nie trafi i okręciłem lassem dokoła głowy.
Miridit już pierwej obrabiał konia harapem, aby go wysilić do ostatka. Teraz odrzucił z przekleństwem pistolety, dobył noża i wbił go koniowi w mięso. Zwierzę stęknęło głośno i spróbowało biegnąć prędzej, ale daremnie.
Teraz rzuciłem pętlę. W chwili, gdy zawisła jak pierścień nad głową jeźdźca, wstrzymałem mego konia i szarpnąłem go wstecz. Za jednem szarpnięciem okrzyk i Miridit znalazł się na ziemi z pętlą, ściągniętą silnie dokoła ramion i reszty ciała. Wyrwało go z siodła i wielkim łukiem rzuciło nim o ziemię. Rih stał na miejscu, gniady pędził dalej.
Widziałem, że się przeciwnik nie rusza i nie zsiadłem z konia. Umknąćby nie mógł.
Zbliżywszy się doń, spostrzegłem, że ma oczy zamknięte. Zemdlał. Zostałem na siodle i pieściłem konia z wdzięcznością za wysiłek. Kary był bardzo czuły na takie pieszczoty. Zgiął ku mnie szyję i chciał mię polizać, lecz nie dosięgnął językiem. Widząc, że się to nie udaje, próbował mnie przynajmniej dotknąć ogonem. Aby mu zrobić tą uciechę, przegiąłem się w tył i wyciągnąłem rękę, w którą uderzył mnie z dziesięć razy swym wspaniałym ogonem i zarżał głośno z zadowolenia.
Niebawem nadjechali towarzysze. Zdziwiłem się przytem, widząc, jak lekko biegł stary, wychudły człapak Afrita. Wydawało się, że stara szkapa ma w tem przyjemność, że może się raz porządnie wygalopować.
A jak ten chudzina siedział na siodle! Zdaje, się że człapak był takisam obłudnik, jak jego pan.
— Czy nie żyje? — zapytał Halef, przybywszy.
— Nie wiem. Popatrz się!
Zeskoczył i zbadał leżącego.
— Panie, on śpi tylko troszeczkę. Masz tutaj jego czakan.
Halef podał mi przepyszną broń, którą był podniósł poprzednio. Uwity trzonek pokrywała gęsto perłowa skóra rybia; topór sam był starej, wspaniale cyzelowanej roboty. Na jednej stronie był napis: „Li ma ak kelimet — mam słowo dla ciebie“, na drugiej zaś: „Awasi chatrak — na zdrowie, żegnaj“. Artysta, który to wykonał, miał cokolwiek kolczasty charakter.
— No, Halefie i cóż Rih?
Hadżi zaczerpnął głęboko powietrza i odrzekł z błyszczącemi oczyma głosem, pełnym zachwytu:
— Cóż mam rzec, zihdi! Powiedziałeś mu tajemnicę?
— Tak.
— Wyobrażałem sobie. Leciał najpierw jak strzała, a potem jak myśl. Z daleka wyglądało, jak gdyby się składał tylko z tułowia, nogi zniknęły. Zaledwie pomyślałem, był już tam koło zarośli. A popatrz na niego, jak stoi! Czy jest na nim choć kropla potu?
— Nie.
— Albo płatek piany na pysku?
— Także nie.
— Albo czy ciężko oddycha? Czy widzisz ruch jego płuc, albo jak robi bokami?
— Ani śladu.
— Tak, stoi tu spokojnie i rzeźko, jak gdyby wstał ze snu przed chwilą. To był niezrównany widok. Nawet prorok nie miał takiego konia. Szkoda, że to nie klacz, lecz ogier. To jego jedyny błąd, ale całkiem jedyny. Dam mu dzisiaj wieczór w nagrodę placek kukurudziany, oblany raki, bo to jego przysmak największy; to smakosz.
A zwróciwszy się do krawca dodał:
— No, Africie, ty olbrzymie, czy czujesz respekt dla tego konia?
— On niepospolity. Nie widziałem jeszcze takiego — odparł zapytany.
Przypatrywał się ogierowi oczyma znawcy. Czy mógł ubogi krawiec zdobyć się na takie spojrzenia? Nie! Biła z nich żądza nie do ukrycia. Chciał posiadać ogiera. Widać to było po nim mimo wysiłku, by to zataić.
— Pięknie! — odparł Halef, zadowolony tą pochwałą. — Ale co powiesz o jego panu?
— Godzien posiadać takiego konia. Dobrze jeździ.
— Dobrze? Człowiecze, co sobie myślisz! Ty także dobrze jeździsz, ale w porównaniu z nim wyglądasz, jak żaba na grzbiecie wołu. Kto cię o to pytał, jak jeździ? Miałem całkiem co innego na myśli. Czyż nie dotrzymał słowa świetnie?
— Oczywiście przyznaję to.
— Oczywiście? Musisz to przyznać, musisz. Czy nie dowiódł, że Miridit to dziecko w porównaniu z nim, chłopak, który jeszcze bluzy sobie zapiąć nie umie. Jak go wspaniale wywiódł w pole! Czy przypuszczałeś, że go znowu podejdzie?
— Nie.
— Ja wiedziałem o tem zaraz. Twój mózg podobny do placka; zeschnięty i poczerniały z gorąca tak, że go spożyć nie można. Jak zdumiał się Miridit, nie widząc go razem z nami, jak się przeraził, ujrzawszy go poza sobą! Jak pewnie weń potem mierzył! A czy wiesz, dlaczego mu strzelba nie wypaliła?
— Odmówiła.
— Nie, bo nas się kula nie ima. Rozumiesz, ty najbiedniejszy ze wszystkich biednych krawców! A potem ten rzut czakanem! Czy potrafiłbyś odbić taki topór?
— Nie, na moją biedną duszę, nie!
— Swoją biedną duszą wogóle nigdy nic nie osiągniesz, bo dusza twoja to coś długiego i nieporadnego jak glista, wijąca się w tobie daremnie, aby jakąś myśl mądrą ująć. A potem ta gonitwa! Czy widziałeś już kiedy, jak się rzemieniem zrzuca jeźdźca z konia?
— Nigdy.
— Przypuszczam. Ty wogóle jeszcze wielu, bardzo wielu rzeczy nie widziałeś, co my umiemy i możemy. Co wskóra twój Szut wobec naszego effendi? Nasz podstęp i męstwo wgryzą mu się w ciało jak śruba.
— Mojego Szuta? Nie mów tego!
— Przecież go bronisz!
— Ani mi się śni!
— Czyż nie zapewniłeś, że on ma nad nami przewagę i że nas zgubi?
— Powiedziałem to, aby was ostrzec serdecznie.
— Więc powiadam ci tak samo serdecznie, że na przyszłość masz stulić gębę. Nie potrzeba nam żadnych przestróg. Sami wiemy, co robić, a czego zaniechać, bo znamy siebie, ale i naszych wrogów. Są wobec nas jako źdźbła zeschłej trawy wobec palm, kąpiących w chmurach swe głowy. Szut legnie u naszych stóp, jak ten Miridit na ziemi. Wszystkich zaś, którzy mu służą, pochłoniemy jak tabakę, którą z tabakiery do nosa się wpycha.
— Hadżi, cóż uczyniłem, że mówisz do mnie tak gniewnie i surowo?
— Wyniosłeś ponad nas Szuta! Czy to nie dość? Nie widziałeś nigdy jeszcze sławnych bohaterów, ale tu stoją przed tobą mężowie i bohaterowie, zważający na Szuta, tyle co na muchę. Łowi się ją ręką i rozgniata!
Nie chcąc hadżemu, który już się rozpędził, pozwolić, żeby dalej udawał bohatera, przerwałem mu:
— Gdy byłem za Miriditem, słyszałem gwizd. Kto go wydał?
— Krawiec.
— Naco?
— Powiedział, że pies biegł przez zarośla.
— Tak, panie, widziałem go wyraźnie — tłómaczył się zdrajca gorliwie.
— Co ciebie obchodziło to zwierzę?
— Zgubił się zapewne. Mogliśmy go zabrać ze sobą do najbliższej wsi, dokąd niewątpliwie należy.
— Tak! Miridit znał jednak ten gwizd.
— O, z pewnością nie.
— Zerwał się natychmiast z ziemi i wskoczył na konia.
— To był przypadek.
— Naturalnie! Zdaje się jednak, że się z Suefem umówił, iż nasze zbliżanie się oznajmi takim gwizdem. To wielka głupota z ich strony, bo musieliby się zdradzić w ten sposób, że byli w porozumieniu. Mam nadzieję dostać go w ręce, a wówczas zwrócę jego uwagę na to głupstwo.
— Czy nie popatrzysz na Miridita? On się rusza.
Leżący ruszył nogami, aby zmienić położenie. Zobaczyłem, że ma oczy otwarte i patrzy na mnie groźnie.
— No — spytałem — jak ci się podoba koniec twojej przygody?
— Bądź przeklęty! — odpowiedział.
— Z ust twoich nie płyną błogosławieństwa, a jednak ja miałem dobre względem ciebie zamiary.
— Wiem, jakie to dobre zamiary!
— Co wiesz?
— Że mnie zabijesz.
— Mylisz się. Gdybym tego chciał, byłbym to mógł kilka razy z łatwością uczynić.
— Więc masz jeszcze gorsze zamiary.
— Czego się obawiasz?
— Można w rozmaity sposób uczynić nieszkodliwym wroga, nie zabijając go odrazu.
— Zostawia go się naprzykład na pastwę głodu tak, jak wy postanowiliście zrobić z nami.
— Szejtan was stamtąd wyzwolił!
— Nie, gdyby on miał nam pomagać, wolelibyśmy byli w piekle pozostać.
— A jednak wy macie dyabła, bo was się kula nie chwyta!
— Czy sądzisz, że do tego pomocy dyabła potrzeba? To można zrobić samemu. Trzeba tylko być mądrym i nauczyć się czegoś. Oczywiście nie boimy się ani twej kuli, ani siekańców, którymi tak starannie strzelbę dzisiaj nabiłeś.
— Ach ty masz moją strzelbę?
— Nie, wisiała u siodła, a koń z nią uciekł.
— Skąd możesz wiedzieć, że nabiłem siekańcami?
— Wiem zawsze wszystko, co wiedzieć muszę. Teraz nie możesz jechać do domu, lecz do sprzymierzeńców stosownie do umowy z nimi.
— Ja? Dokąd?
— Wiesz to dokładnie. Czy nie pojechali naprzód do Engely?
— Panie, kto ci o tem powiedział?
— Sen. Widziałem ich we śnie, czekających na ciebie na wzgórzu po drugiej stronie Warcy. Przybyłeś, zsiadłeś z konia, odszukałeś ich, by im donieść, że nareszcie opuściliśmy Zbigancy. Potem wyruszyliście razem. Ty odłączyłeś się od nich bardzo prędko, by tu przyjechać, gdzie Suef miał cię nas wydać w twe ręce.
— Suef? — zawołał ze strachem.
Spojrzenie jego pobiegło ku krawcowi. Udałem, że nie widzę ostrzegawczego znaku, danego mu przez karła. Uspokoił on widocznie Miridita, bo ten zapytał:
— Kto to jest Suef?
— Twój przyjaciel.
— Nie znam żadnego Suefa.
— No, może go poznasz, jeśli go, jak mam nadzieję, każę wytrzepać w twoich oczach. Umówiłeś się z towarzyszami, że ja nie będę już żył, gdy do nich nie wrócisz, że zaś przyjedziesz, gdyby ci się napad nie udał. To drugie się stało: czy powracasz?
Nie wiedział, co o mnie sądzić i rzekł głosem ponurym:
— Nie mam pojęcia, skąd wiesz o tem wszystkiem, ale nie potrzeba mi tego. Spraw się krótko i zabij!
— Dlaczegożbym cię miał zabijać?
— Bo godziłem na twoje życie.
— To dla mnie jeszcze nie powód, gdyż jestem chrześcijaninem i złego złem nie odpłacam.
— A więc nie znasz praw krwawego odwetu?
— Znam.
— Wiesz zatem, że przez całe życie muszę się starać zabić ciebie.
— Tak.
— I mimoto nie zamordujesz mnie teraz?
— Nie. Broniłem się tylko przed tobą i nic mi zrobić nie mogłeś. To wystarczy. My chrześcijanie nie znamy krwawej zemsty i dlatego mord jest u nas zbrodnią, godną kary śmierci. Ciebie natomiast prawo zmusza do zemsty krwawej, to też gniewać się na ciebie trudno, że chcesz być prawu posłusznym.
Spojrzał na mnie jak we śnie. Nie mógł pojąć słów moich.
— Ale — mówiłem dalej — zważ, czy zasłużyłem na zemstę z twojej strony. Byłem zamknięty i musiałem się uwolnić. W tym celu strzeliłem, nie wiedząc, że brat twój tam siedzi na górze. On sam temu winien, że go kula moja dosięgła. Wiedział, że mieliśmy broń przy sobie. Było to z jego strony głupotą, że tam usiadł na górze.
— Panie, słowa twoje zawierają sporo kropel prawdy!
— A dlaczego chciał mię głodem zamorzyć? Co ja mu złego wyrządziłem? Czy obraziłem go, czy okradłem, czy ograbiłem? Nie. Przybyłem, aby się o Szucie dowiedzieć. Mógł mi powiedzieć, albo nie i pojechałbym był dalej w spokoju. Czemuż stał się mym wrogiem?
— Ponieważ jego przyjaciele są twoimi wrogami i ponieważ chcesz zgubić Szuta.
— I tego nie chcę.
— Szukasz go i zabiłeś jego szwagra Dezelima. Podpadasz krwawej zemście i ulegniesz jej.
— Nie zabiłem Dezelima. Ukradł mi konia, spadł zeń i kark sobie skręcił. Czy ja jestem mordercą?
— Powinieneś mu był dać uciec, ty natomiast ścigałeś go, pędziłeś za nim.
— Ach, więc podpadam krwawej zemście za to, że nie pozwoliłem ukraść sobie konia? Słuchaj, czułem dla was szacunek, bo sądziłem, że jesteście waleczni i otwarci. Teraz jednak widzę w was tchórzliwych, podstępnych drabów. Wyście złodzieje, nędzni złodzieje, a gdy się wam łup wasz wydrze, powiadacie, że podpadamy prawu krwawego odwetu. Plunąć na was za to! Pfui szejtanim! Wasz Szut jest dla mnie teraz tylko nędznym nicponiem, a jego pomocnicy, to pożałowania godne łajdaki, z których kpić sobie będę. No, wstawaj i zmykaj! Ja się ciebie nie boję. Strzelaj do mnie, ilekroć ci się spodoba. Halefie, rozwiąż mu lasso!
— Zihdi — zawołał mały z przestrachem. — Czyś ty oszalał?
— Nie, rozpętaj go!
— Tego nie zrobię!
— Czy może ja mam to zrobić? Nie strzelił do mnie z tyłu, lecz wystąpił otwarcie. Zanim wypalił, wygłosił piękną przemowę, podczas której mogłem jemu kulę posłać ze śmiertelnym skutkiem, gdyby mi się było spodobało. To nie skrytobójca i dlatego nie chcę z nim postępować jak z takim. Rozwiąż mu lasso!
Halef posłuchał i uwolnił z więzów Miridita, który natychmiast podniósł się z ziemi. Przypuszczając, że czemprędzej ucieknie, pomyliliśmy się. Wyciągnął ręce, które przedtem ciasno były przywiązane do ciała i przystąpił do mnie:
— Effendi — rzekł — nie wiem, co twoje postępowanie oznacza.
— Wszak powiedziałem!
— Czy jestem wolny?
— Tak i możesz się udać, gdzie chcesz.
— I niczego odemnie nie żądasz?
— Nie.
— Nawet przyrzeczenia, żeby ciebie oszczędzać?
— Ani mi się śni!
— Ależ ja muszę ciebie zabić!
— Spróbuj tylko!
— Sam wiesz, że mam się dziś wieczorem udać do towarzyszy.
— Wiem i nic nie mam przeciwko temu.
— Czy wiesz także, gdzie oni na mnie czekają? W twarzy jego zaznaczyły się objawy walki wewnętrznej. Duma i łagodność, nienawiść i wzruszenie walczyły z sobą. Potem powiedział:
— Czy nazwiesz mnie tchórzem, jeśli przyjmę od ciebie wolność?
— Nie. Ja uczyniłbym to także, a uważam siebie mimoto za odważnego człowieka.
— Dobrze, więc przyjmę życie od ciebie. Niktby mnie już nie dotknął, gdybym je sobie pozwolił darować przez mordercę brata, aby zemsty zaniechać. Krwawa zemsta dzieli nas nadal, ale niech zamilknie na razie. O to tam mój czekan leży na ziemi. Podnoszę go i daję ci, chociaż jest właściwie twym łupem prawowitym. Czy wiesz, co to znaczy?
— Nie.
— To znak, że krwawy odwet pozostaje w zawieszeniu na razie. Skoro mi oddasz siekierę, rozpocznie się na nowo.
— A więc dopóki ją zatrzymam, nie będzie walki między nami?
— Tak. Czy przyjmujesz?
— Biorę.
— Gdzie mój koń pobiegł?
— Pasie się tam pod zaroślami.
— Więc idę. Effendi, podałbym ci chętnie rękę na pożegnanie, ale na niej krew mego brata. Mogę cię tylko dotknąć w celu zabicia. Bądź zdrów!
— Bądź zdrów!
Odszedł. Zdaleka jeszcze raz się odwrócił i skinął nam na pożegnanie, poczem dosiadł konia i odjechał.
Czakan mam jeszcze do dzisiaj. Zemsta krwi drzemie dotychczas i już się prawdopodobnie nigdy nie przebudzi.
Mały krawiec przypatrywał się wszystkiemu z największą uwagą. Widać było po nim, że mimo pierwszych słów moich sądził z całą pewnością, że każę zabić Miridita. Czy jednak był zadowolony z zakończenia sprawy czy nie, tego po minie jego poznać nie było można. Nie wyrażała nic prócz niezmiernego zdziwienia.
Halef był widocznie niezadowolony. Dla niego byłoby największą przyjemnością, gdybym mu był polecił wyliczyć Miriditowi pięćdziesiąt odlewanych i wypuścić go potem. Ale, pomijając ordynarność takiego postępowania, zyskałbym sobie przez to podwójnie zajadłego śmiertelnego wroga, gdy tymczasem teraz nie miałem się czego obawiać.
Ponieważ hadżi nie odważył się robić mi jakichkolwiek wyrzutów, wywarł swe niezadowolenie na krawcu.
— No i cóż ty, mistrzu igły i nici, stoisz tak i patrzysz w powietrze, jak gdyby wielbłądy z nieba spadały? Czemu się dziwisz tak bardzo?
— Effendiemn.
— Ja także.
— Mógł kazać go zabić.
— I ciebie do tego!
— Mnie! A to zaco?
— Powiem ci to kiedyś, gdy ci to będę mógł dać zarazem na piśmie.
— Wówczas utracilibyście przewodnika.
— Byłaby zaiste szkoda!
— I kto wie, coby was jeszcze w drodze spotkało!
— Gorszych rzeczy nie spodziewamy się tak z tobą, jak bez ciebie. Czy znasz panujące tu prawa krwawej zemsty?
— Znam.
— Czy to prawda istotnie, że ten spór ustał?
— To prawda napewne, dopóki czekan nie będzie zwrócony. Odnosi się to jednak jedynie do krwawego odwetu, do niczego więcej.
— Jak to pojmujesz?
— Może was naprzykład napaść, by was ograbić i zabić przytem. W takim razie zabiłby was dla rabunku, nie z zemsty.
— Allah jest wielki, ale rzetelność wasza tutaj jest mała — odparł Halef. — Jaką korzyść mieć będzie mój sąsiad, jeśli przyrzeknę nie kraść mu harbuzów, a następnej nocy pozabieram melony? Jesteście łajdaki wszyscy razem!
Przerwałem tę rozmowę pytaniem:
— Jak daleko jeszcze do Jersely?
— Mała godzinka.
— Więc możemy się tam zatrzymać, aby się posilić. Czy jest tam chan?
— Tak, znam gospodarza.
— A gdzie radzisz nam noc przepędzić?
— W Kilissely; znam tamtejszego gospodarza.
— Jak tam daleko?
— Z Jersely cztery dobre godziny.
— Czemu tę właśnie wieś wybierasz?
— To bardzo piękna miejscowość, położona w dolinie Mustafy, gdzie obficie i tanio można dostać wszystkiego, czego dusza zapragnie.
— A jak daleko stamtąd do Uskub?
— Ośm godzin.
— Dobrze, zostaniemy w Kilissely.
Krawiec jechał przodem jako przewodnik, nie troszcząc się o nas zupełnie. Ponieważ Osko i Omar byli tuż za nim, mogłem o nim pomówić z Halefem, nie podsłuchiwany przez niego.
— Zihdi — rzekł Halef z zaciekawieniem — ty sądzisz także, że to Suef?
Skinąłem tylko głową, on zaś pytał w dalszym ciągu, mrugając do mnie z boku:
— Ale dotrzymasz słowa co do owych pięćdziesięciu batów?
— Dostanie je, ale nie teraz.
— A zasłużył na nie uczciwie. Zdziwiłem się, że powiedziałeś mu tyle, chociaż wiesz, że jest po stronie naszych wrogów.
— Zrobiłem to umyślnie.
— Tak, ty masz zawsze swoje tajemnicze zamiary. Ty patrzysz dalej, niż my i dlatego udajesz, że darzysz zaufaniem krawca. Ja natomiast kazałbym go dobrze oćwiczyć i zostawić na los szczęścia.
— I zebrałbyś liche owoce. Dopóki będzie z nami, będziemy wiedzieli, co zamierzają jego sprzymierzeńcy. Dziś wieczorem wykonają napad, który uważają za ostatni, bo spodziewają się, że będzie skuteczny. Dziś mają wymordować nas wszystkich. W jaki sposób, tego nie wiem jeszcze.
— Ale dowiemy się o tem.
— Oczywiście! Za pośrednictwem krawca. Musimy go skrycie obserwować, żeby się nie połapał, bo miałby się na baczności. Z jego postępowania będziemy mogli wnosić, co się ma stać.
— Będę miał oczy bardzo otwarte.
— Proszę cię też o to, bo sam nie zdołam troszczyć się o wszystko. Nie będę mógł z powodu nogi wychodzić z pokoju. Co się będzie zewnątrz działo, na to wy trzej uważajcie. Musimy się przedewszystkiem dowiedzieć, gdzie są obaj Aladży, Barud i reszta i gdzie się chcą z krawcem rozmówić, oraz kiedy i gdzie mamy ponieść śmierć z ich ręki.
— Zihdi, tu trzeba wiele wywąchać. Czy Aladży także tam będą? Wszak jechali przez Engely!
— Z Engely do Kilissely mogą się udać gościńcem Istibsko-uskubskim. Będą tam już przed nami. Idzie o to, żeby wyśledzić ich kryjówkę. Teraz oczywiście nie możemy jeszcze wytworzyć sobie planu ściśle określonego, musimy dopiero zobaczyć, jakie tam zastaniemy miejscowości i stosunki. Najważniejsza rzecz to, żeby krawca ani na chwilę nie spuszczać z oka.
— Tego podstępnego szelmę! Wydawał się takim wiernym poczciwcem! Z jakiego powodu mógł się wybrać w te strony?
— Przypuszczam, że Szut darzy go największem zaufaniem i że dał mu ważne zlecenia.
— Dowiemy się o tem, zihdi. Na teraz możemy się cieszyć, żeśmy się pozbyli jednego wroga i to najgroźniejszego.
— Masz na myśli Miridita?
— Tak. On pewnie dziś wieczorem nie przyjdzie.
— A ja sądzę, że przybędzie z pewnością.
— By pomagać Aladżym?
— Przeciwnie, aby nas bronić przeciw nim.
— Ach, w to nie uwierzę!
— A ja wierzę. To Miridit i do tego rzetelny. Jest moim wrogiem dlatego tylko, że kula moja trafiła jego brata przypadkiem, a nie z powodu Szuta. Sądzę, że nas teraz szanuje, a pogardza podstępnem, złośliwem zachowaniem się tamtych. Wie, że darowałem mu życie. Który człowiek nie kocha swego życia? Dlatego poczuwa się do obowiązku wdzięczności.
— A tamtych nie oszczędzałeś, a jak ci podziękowali?
— Tak, ale też to tylko nędzne łajdaki. Gdyby mieli jego charakter, jego otwartość, bylibyśmy z nimi już dawno gotowi. Jestem całkiem pewien, że przyjdzie i że jego obecność nam się przyda.
Jak powiedział krawiec, dojechaliśmy do Jersely mniej więcej za godzinę. Była to górska wieś, o której nic się nie da powiedzieć. Zatrzymaliśmy się w chanie i kazaliśmy sobie podać przekąskę: kwaśne mleko i placki kukurudziane. Konie też napojono.
Uderzyło nas to, że krawiec, gdyśmy się do wsi zbliżali, ruszył naprzód, aby, jak twierdził, zamówić dla nas posiłek. Halef popatrzył na mnie, wzruszył ramionami i zapytał:
— Czy wiesz dlaczego?
— Aby gospodarz nie nazywał go Suef, lecz Afrit.
— Ja także tak myślę. Ale w takim razie musiałby był przedtem także uprzedzić oberżystę w Zbigancy!
— Może go tam znają jako Afrita.
Albo gospodarz nie był również wobec nas szczery.
— Także możliwe, ale wątpię.
Po spożyciu przekąski, pojechaliśmy dalej i przybyliśmy niebawem, zjeżdżając zachodnią stroną płaskowyżu, na wspomnianą już dolinę Mustafy, długą i szeroką na kilka godzin drogi. Przez urodzajne niwy, z których zbiory były już w domu, prowadził gościniec z Engely do Komanowy, a w cztery godziny potem ujrzeliśmy przed sobą Kilissely.
Była to okolica urocza. Gór tu nie było, ale tem żywiej przemawiały do nas leżące po obu stronach drogi liściaste lasy, w których znajdowały się drzewa wiecznie zielone. Mijaliśmy wspaniałe sady, gdzie południowe owoce dojrzewały na wolnem powietrzu. Po prawej i lewej stronie rozciągały się bogate, ogołocone już teraz ze zbóż pola. Przybywszy do wsi, ujrzeliśmy wielki staw rybny, w którego kryształowej wodzie odbijały się drzewa dużego ogrodu. Należał on do budynku, podobnego do zamku i imponującego w tym kraju nędznych budowli.
— Co to za budynek? — zapytałem krawca.
— To zamek.
— Do kogo należy? Do oberżysty, u którego przenocujemy.
— Ależ, jak mi się zdaje, ten zamek nie jest publiczną gospodą?
— O nie.
— A mówiłeś przecież o chanie!
— Myślałem, że to wszystko jedno, czy powiem chan, czy konak. Znam właściciela. Chętnie widzi gości u siebie i przyjmie was z rozkoszą.
— Kto on jest?
— Turek z Salonik, który tu wypoczywa po trudach swego zawodu. Nazywa się Murad Habulam.
— Jak wygląda?
— W wieku średnim, o długiej chudej postaci i niezarosłem obliczu.
Nie miałem nabożeństwa do długiego, chudego Turka bez zarostu. Nie mogę sobie dzielnego, uczciwie myślącego Turka wyobrazić jako cały, albo pół szkieletu i doświadczyłem już sam, że w państwie otomańskiem należy się mieć na baczności przed każdym, kto ma wzrost więcej niż średni, a ponadto, gdy nie ma zarostu. Zrobiłem widocznie minę niekorzystną, bo krawiec zapytał:
— Czy ci to nie na rękę, że was do niego prowadzę?
— Nie, bo uważam to za nieprzyzwoitość wpraszać się w pięciu na gości do człowieka nieznanego zupełnie.
— To nie wy się wprosicie, lecz on was zaprasza.
— O, to coś nowego.
— Tłómaczę ci to w ten sposób, że on bardzo chętnie widzi gości u siebie. Przyjeżdżam często do niego, a on nakazał mi raz na zawsze sprowadzać obcych, którychby nie potrzebował się wstydzić. Lubi cudzoziemców i jest człowiekiem uczonym, zwiedził sporo świata jak i ty. Spodobacie się sobie nawzajem bardzo. Prócz tego jest tak bogaty, że nie robi mu to żadnej różnicy przyjąć u siebie choćby dwudziestu gości.
Człowiek bardzo uczony i znający świat, to było ponętne. Aby mnie jeszcze więcej skłonić, dodał krawiec:
— Zobaczysz wspaniałe mieszkanie z haremem, parkiem i wszystkiem, co tylko może mieć człowiek bogaty.
— Czy ma także i książki?
— Cały wielki zbiór.
To usunęło już wszelkie wątpliwości; wysłałem więc krawca, żeby nas oznajmił.
Podczas gdy gwarzyłem z Halefem o uczonym tureckim bogaczu i wypowiedziałem przypuszczenie, że niepotrzebne było wcale oznajmianie nas, bo on dowiedział się już o nas od Aladżych niezawodnie, spłoszył się koń hadżego.
Jechaliśmy właśnie tuż nad brzegiem stawu, a po jego powierzchni płynęła wprost na nas łódka. Siedziała w niej młoda dziewczyna i wiosłowała silnemi rękoma.
Miała na sobie strój niezamężnej Bułgarki, a z pod czerwonej chusty na głowie zwisały dwa długie, ciężkie warkocze.
Niewątpliwie bardzo się spieszyła, gdyż nie przywiązawszy wcale czółna, wyskoczyła i chciała nas minąć czemprędzej. Czerwona odzież, pośpiech, czy coś takiego, przestraszyło konia Halefa. Skoczył naprzód, zaczepił o dziewczynę kopytem i przewrócił ją.
Mój kary zląkł się też trochę i stanął dęba. Bułgarka próbowała się podnieść, ale uczyniła to w stronę przeciwną, dostała się pod mego konia i krzyknęła głośno ze strachu.
— Cicho! Ty tylko konie nam płoszysz! — krzyknąłem.
Kary tańczył jeszcze trochę, ale jej nie przydeptał i wreszcie mogła się podnieść. Chciała już uciec, kiedy na nią zawołałem:
— Stój! Zaczekaj chwilę! Jak się nazywasz?
Zatrzymała się i spojrzała ku mnie. Była to typowo bułgarska, młodociana twarz, miękka, okrągła i pełna, z małym nosem. Była bosa, a koń Halefa uderzył ją zapewne, bo podnosiła jedną nogę.
— Nazywam się Anka — odrzekła.
— Czy masz rodziców?
— Tak.
— I rodzeństwo?
— O bardzo dużo!
— I narzeczonego?
Głęboki rumieniec okrył jej świeżą twarz, lecz odpowiedziała mimoto prędko:
— Tak, ślicznego!
— A jakże on się nazywa?
— Janik. Jest parobkiem.
— Więc oboje nie jesteście bogaci?
— Gdybyśmy mieli majątek, byłabym już dawno jego żoną. Ale my składamy pieniądze.
— Ile?
— On tysiąc piastrów i ja tysiąc.
— A co potem poczniecie?
— Osiedlimy się w pobliżu Uskub, gdzie mieszkają jego i moi rodzice i wynajmiemy sad. Jego ojciec jest ogrodnikiem, mój także.
— Jakżeż tam idzie to składanie? Czy suma rośnie?
— Bardzo powoli, panie. Wynagrodzenie moje takie małe, a chciałabym czasem dać coś i ojcu, który także tylko dzierżawi ogrody.
Ucieszyło mnie to. Bułgarka wyglądała tak poczciwie i prostodusznie. Dawała ojcu ze swego wynagrodzenia, chociaż przez to odwlekała tak upragnione szczęście.
— Czy zrobiłaś co sobie? — zapytałem.
— Koń mnie potrącił.
Niebyło to takie straszne, bo stała już zupełnie prosto, ja jednak sięgnąłem do kieszeni, wydobyłem jakich pięćdziesiąt do siedmdziesięciu piastrów i podałem jej, mówiąc:
— Więc musisz pójść do lekarza i aptekarza, żeby ci ranę zgoili. Masz tu coś na zapłacenie obydwu.
Chciała to wziąć czemprędzej, lecz cofnęła rękę natychmiast i rzekła:
— Ja tego przyjąć nie mogę.
— Czemu nie?
— Kto wie, czy wogóle będzie potrzeba lekarza i apteki; nie śmiem więc wziąć tych pieniędzy.
— Przyjm je zatem jako podarunek odemnie.
Zakłopotała się prześlicznie i spytała:
— A to zaco? Nie wyświadczyłam ci jeszcze żadnej przysługi.
— Przy podarunku wcale się też tego nie żąda. Dodaj je do swoich oszczędności, lub poślij ojcu, który potrzebuje ich pewnie.
— Panie, słowo, które mówisz, jest dobre. Poślę to ojcu, a on modlić się będzie za ciebie do Matki Boskiej, chociaż ty jesteś muzułmanin.
— Nie jestem muzułmanin, lecz chrześcijanin.
— W takim razie cieszy mnie to jeszcze bardziej. Jestem kycyl elma katolika[1], a mój narzeczony jest tego samego wyznania.
— No, a ja byłem w Rzymie i widziałem baba mukkades[2], otoczonego wysokimi kardnalalar[3].
— O gdybyś mi to mógł opowiedzieć!
Życzenie to płynęło trochę z ciekawości kobiecej, ale wychodziło z dobrego serca. Czytałem to z jej otwartych, błyszczących oczu.
— Uczyniłbym to chętnie, ale nie zobaczę cię już prawdopodobnie.
— Jesteś tu obcy, jak widzę. Jak długo i gdzie chcesz tu pozostać?
— U Murada Habulam.
— Tanry walideji aziza — Święta Matko Boża — zawołała z przestrachem.
Przystąpiła do mnie pośpiesznie, pochwyciła pas od strzemienia i odezwała się głosem stłumionym:
— Czy to ty może jesteś effendim, oczekiwanym tu z trzema towarzyszami?
— Jestem effendi i mam trzech towarzyszy, ale czy mnie tu oczekują, tego już nie wiem.
— Czy przybywasz dzisiaj ze Zbigancy?
— Tak.
— Więc to ty jesteś.
Podniósłszy się na palcach, szepnęła mi jeszcze ciszej niż przedtem:
— Miej się na baczności!
— Mów głośno, Anko. Ci trzej mogą wszystko słyszeć; to moi przyjaciele. Przed kim mam się strzec?
— Przed Muradem Habulam, moim panem.
— Więc ty służysz n niego?
— Tak, Janik także.
— Czy masz jaki powód do tej przestrogi?
— Godzą na wasze życie.
— Wiem już o tem. Czy potrafisz mi powiedzieć, jak to uczynią?
— Jeszcze nie. Podsłuchiwałam, a Janik także. Słyszeliśmy coś niecoś, z czego wnosimy, że ma was spotkać coś złego.
— Czy chcesz nas bronić?
— Chętnie, bardzo chętnie, bo jesteś moim współwiernym i widziałeś Ojca Świętego. Będę cię strzegła, choćby pan mój miał nas nawet napędzić.
— Jeśli to zrobi, to ja zajmę się wami.
— Naprawdę, effendi?
— Daję słowo.
— I dotrzymasz go, bo jesteś chrześcijanin. Nie mogę cię teraz już o niczem więcej pouczyć; nie mam czasu i muszę już iść do kuchni, bo pani wyjechała w odwiedziny do Uskub. Musiała jechać natychmiast, skoro tylko nadeszła wiadomość o waszem przybyciu. Strzeżcie się Humuna, naszego pana służącego i powiernika, który mnie nienawidzi, ponieważ Janik mi jest milszy od niego. Będziecie mieszkali w kulle jaszly anaja[4], a ja postaram się, żebyście dostawali wiadomości. Jeślibym sama nie mogła, przyślę do was Janika, któremu możecie ufać.
Powiedziała to z wielkim pośpiechem i popędziła do domu.
— Panie, co usłyszeliśmy tutaj! — rzekł Osko. — Coza niebezpieczeństwo nam grozi? Czy nielepiej byłoby pójść do oberży?
— Nie, tam groziłoby nam ta k samo i nie moglibyśmy się bronić. Tu zaś mamy pomocników i od nich się dowiemy, co czynić.
— Zihdi ma słuszność — potwierdził Halef. — Allah zesłał nam na obronę tę przyjaciółkę i jej narzeczonego. Chrześcijaństwo musi przecież być dobrem, skoro tak łączy serca odrazu. Ponieważ jestem muzułmanin, nie mogę być chrześcijaninem, ale gdybym nie był muzułmaninem, zostałbym wyznawcą Izy Ben Marryam[5]. Patrzcie, tam daje nam znaki ten zdrajca krawiec!
Doszliśmy do rogu muru ogrodowego i jechaliśmy wzdłuż jednej strony. W jednej z bram czekał na nas już krawiec.
— Chodźcie, chodźcie — wołał. — Przyjmą was chętnie, a pan czeka już na was!
— Czy nie może sam wyjść naprzeciw nas?
— Nie, on chory na nogi.
— A więc przeszkadzamy mu i nabawiamy kłopotu.
— Nie, on się cieszy, że ma ludzi w swej samotności, z którymi może pomówić. Najgorszą w jego chorobie jest nuda.
— No, na to można poradzić. Rozerwiemy go i damy mu zajęcie.


Przypisy

  1. Rzymska katoliczka.
  2. Ojciec święty.
  3. Kardynałowie.
  4. Wieża pramatki.
  5. Jezusa, Syna Maryi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.