Poeta i świat (Napierski, 1932)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Napierski
Tytuł Poeta i świat
Wydawca Księgarnia F. Hoesicka
Data wydania 1932
Druk „Monolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
STEFAN NAPIERSKI
POETA i ŚWIAT
WARSZAWA — 1932
NAKŁADEM KSIĘGARNI F. HOESICKA

Druk. „Monolit“, Warszawa, Ogrodowa 1, Tel. 701-92.





FÜR HERBERT SCHLÜTER


„Nous ne ferons pas le Parthénon; le marbre nous manque.“

(Renan)

„Wer spricht von Siegen? — Überstehn ist Alles.“

(Rilke)



TREMBECKI.

Najady mchem obrosłe, popękane urny.
Harmat turkoty zmilkły, dudniące po stepie.
Na rozstaju bezzębny dziad pacierze klepie.
Nizko kładą się dymy na sioła. Dzień chmurny.

W okna puste pałacu noc zagląda ciemna,
Która, prócz złych majaków, niczego nie ziści.
— Sztuka jest jak miłostka płocha i daremna,
Słowa nie więcej ważą od szelestu liści.

Wpółwsparty o framugę, pudrowany, siny,
Wygląda tam na ogród... Deszcz o szyby pryska.
— A w parku za mgłą widma: nadobne ruiny,
Jak ziemi, którą wzgardził, ostatnie zwaliska.




KONRAD I LAURA.

W pomroce trzepot mdły łojowej świecy,
chwiany na wietrze i syczenie gazu
w podmuchu — z poza szarej gazy
o, Lauro! widzę twój profil. Nie więcej!

Z bladem czołem on szuka cię w złoceniach loży,
czarny kosmyk przylepia się na białem czole.
Lecz tyś wzleciała wyżej. I nikt nie otworzy
ciemnych trzeszczących schodów! A już grają w dole

harfy! To „Łucji“ cudna uwertura.
Kandelabry zadźwiękły, gasnąc. Podnieś wyżej
wzrok. Teatralna burza i wichura
rozwiana... I czyjś szept na paradyzie.

Więc to ona! Jej oczy, lśniące błyskawice,
albo gwiazdy zimowe, smutne pukle z złota!
— Antrakt. Oto powstają lwy niedbale, lwice
lornetują zawzięcie. Bądź-że jako posąg

marmurowy, w uśmiechu nie zdradź skurczu męki.
Ona wciąż się rozchwiewa wyżej, jeszcze dalej.
Nie myśl, że ma paluszki wróżki, ni sukienki
najtańsze. Nie myśl! — I znowu zagrali!

Że mieszka na Podwalu. — (A ty w faetonie,
gdy lekko skiniesz, dzwonią dandysa breloki.

Nie wstrzymasz ich! Poniosły zapienione konie!
Ku miłości nieszczęsnej i, jak grób, głębokiej!).

Kiedy flety znów dźwięczą, to muśnięciem ręki,
jakbyś ziewanie skrywał, białą rękawiczką
przesłoń wargi! Powraca na falach piosenki,
jako Anioł świetlisty, uśmiecha się czysto —

I kołuje i nęci melodją, wiruje
na stropie malowanym i zrzuca lilije
— czuję woń ich, Konradzie! i róża ta żyje,
którejś nie dotknął, w dłoni i do krwi mnie kłuje.


p. Zofji Nałkowskiej.



∗             ∗

Gdzie stąpniesz, druty, sznury, szpule, zwoje.
Płonie lampa. Telefon dźwięczy. Grzmi antena.
Huczy, szumi i dzwoni: wichr, czy serce twoje?
Włóczysz się po pokojach, jakbyś był poeta.

Poprzez posadzkę mroczną błądzisz w dziwnym śpiewie:
Faluje uwertura młodzieńcza Webera,
Drży, lśni na dachu rdzawym, jak w stuletniem drzewie
— Już warto żyć samotnie, odważnie umierać.

Tak czuły, jakbyś wracał z wiosennej przechadzki,
Słuchasz i ucho czujnie przybliżasz ku ścianie.
Przez zwały czasów słyszysz: tam, na fortepianie,
W swej izdebce paryzkiej gra Juljusz Słowacki.

Jakby w pracowni twojej: zielone firanki,
Bielony nizki sufit ponad szczupłą głową.
Bezdźwięcznie szepcą wargi, dotykając szklanki,
Jak lilja smukła w palcach, kwitnie każde słowo.




EDMUND WASILEWSKI.

Dzisiaj mniej, niźli cieniem, tyle mniej, niż rzeczą,
zanikasz w dziwnej głębi, wczoraj tak namiętny.
Na tej darni nie umiem spocząć. Walą tętna
i trawy się kołyszą, szare wróble skrzeczą.

A, od źdźbeł tych niklejszy, wonią macierzanki,
która w chłodzie jest gorzka, a w zmroku gorąca,
ulatujesz muśnięciem, jak wargi kochanki.
Słychać: dłoń niewidzialna o harfy chmur trąca.

Znów pijany-ś eterem, jak tu: taniem winem,
potykasz się o światy, jak o bruki miasta,
wolne bruki Krakowa! Ponad grodem: gwiazda,
piękny trwasz, posągowy, umarły nad gminem.

Nie wstąpisz już w podziemia, ni do ich Wawelu,
grobowcami pogardzisz nocą księżycową.
Dotkniesz lip. Szumieć będą w przestrzeń bezechową
skargą szczęścia napiętą, lecz głuchą dla wielu;

dla nielicznych znajomą, wiedzących o tobie,
bowiem siebie przejrzeli. Dłoń ich naga, prosta
piszczele z pod murawy, larwy w wrzasku chłosta. —
Nad mogiłą przystają w zadumie, w żałobie.




ŻYTOMIERZ.

Do kąpiel nie pojedziemy już nigdy, panie Józefie!
Nie wyjdzie z lipowej alei rumiany Albin
w tabaczkowym surducie, w złotą stukając tabakierkę
pulchniutkiemi palcami, szarego nie uchyli kapelusza,
nie uśmiechnie się łzawo, nie ukłoni...
Ani Baltazar stateczny, medyk w zapadłem miasteczku,
przedwcześnie wyłysiały, nie zagra w oknie otwartem,
gdy księżyc staje na niebie, sentymentalnego walca...
Ni Jordan z sercem rozdartem nie powionie batystową chusteczką,
skropioną łzami na balu, amant nieszczęsnej Ludmiły,
nie powie z zagryzioną wargą: „ach, jaki bal wspaniały!“...
Nawet cię Longin nie wspomni, o karjerze rojący, fortunie,
o pańskich cugach, stangrecie, o hrabiowskiej koronie dziedziczki,
a teraz suche kartofle zakrapiający siwuchą
w krzywej karczmie u żyda, z cerami na łokciach:
„Tyle zostało z młodości, z uporu, z marzeń przepadłych“...
W grodetiurowej sukni nadchodzi czarna dama,
wodząc pieska za sobą, a ty, o, panie Józefie,
długo ją śledzisz, w jodłach zanikającą,
które tak szumią, jak niegdyś, za farą, w Żytomierzu...
I tylko, wsłuchany w tony — poblizkiej kurkapeli? —
kubek w esy-floresy srebrny do ust podnosisz,
a ja się pochylam nad czarną, nad głęboką cysterną...




ROMANS HISTORYCZNY.

Laudator temporis acti! — przepadła
strzecha, nad szytą z słomy gdy bocian klekoce,
iwina, pochylona przez groblę, wybladłą
w księżycu, rozkrzyczane derkaczami noce!

U Herszka jeszcze świeci się, — za borem
o, niechby nam popasać w karczmie na rozstaju:
zabawimy się w izbie omszałym gąsiorem
i z prochu świetlistego otrzepiem szpargały —

ale wieczoru tego, ot, z bijącem siedzę
sercem, panie Marcinie! układając fraszki
gorzkie... sygnaturki słuchając przez miedzę
dawnej...
W sanockie! Hej! zakładać tam do kałamaszki!




LOULOU.

Jak nowonarodzony, splądrowany, nagi,
Leżałeś, jeszcze lekko gałązki się chwiały,
Tyle zostało życia, wielkości i chwały,
By ukazać, żeś umarł, nie tracąc odwagi.

Ile trzeba, by runąć, gdzie skrwawiona ziemia,
Zryta trawa i ciepła gleba stratowana,
Reszta, synu człowieka! to zmiażdżona rana,
Ułomki kości w miazdzce i pożar cierpienia.

W trumnę z konserw blaszanych, książę! cię zamknięto,
Przewieziono za morze, nakryto sztandarem,
Jak On, widziałeś niebo, spopielone żarem,
Słyszałeś salwy, werble i wojskowe święto.

Nie do ojczyzny-ś wrócił, ponsowy, nie blady,
Nie miał cię kto otulić, zwaliły się trony,
Kiedyś spoczął na łące wiosennej, zielonej,
W obcej ziemi, nieczuły, spragniony parady.

Ta gwiazda, która wzeszła, nazawsze runęła,
Pogrzebałeś nadzieje, zbyt ciężkie dla ciebie,
I przetrwałeś. Gdy świta na wybladłem niebie,
Garstką prochu-ś jest, którą dłoń matki ujęła.




SHELLEY.

Prostoto! słów banalnych pragnąc, słów prawdziwych.
— Jak gwiazda spadająca, srebrem tnąca szafir,
Chłodną u spodu głębię, zieloną napozór,
Pod żaglem, plaskającym na wichrze, stojący
W bryzgach, włosy zlepione, jak harpie, u czoła:
Natchniony!

Oczy wielkie wilgotne, nie widzące fal,
Na których pianę miota kartki z Sofoklesa,
Wydarte siłą wichru, co gra pośród lin,
Burzą burą zelektryzowanych. Już nadciąga! Chmura
Przesłania szczyty błękitne przed chwilą, czarne! Źrenice
Rozszerzone, mgła! I tylko drobne białe dłonie
Ukrywające tomik na sercu.

Przeto
Zamiast surm grających, jak ocean, zamiast
Walących się murów Ilionu w pożodze, gorzka
Sól, źrąca oliwa, wino słodkie, kadzidło
I błękit uciszony, gdzie się kołyszą feluki i mewy
Białe... Zasznurowane mam gardło, niedość słów!




BROWNING.

A kiedy piana ze stromych brzegów,
pachnąca bronzem wodorostów, jodem,
ślizka, przecieka przez palce,
jak księżyc, — barki śpiewają na
oceanie i żagli ostrych wir:
o, jakżeż duszno! o, wielki przestworze!
Na szarych falach pęki lin odbite,
zielone, głuche, nęcące, jak włosy
splątane! Sieci, które wraz porywa
na głębię — pod nią dno kamienne
stopy topielców kaleczy — niechętnie
ciągnione, ciężkie od głazów, korali
i srebrno-płetwych ryb! Zadziwione,
kolczastym grzbietem, jak skały Normandji,
rzną żyły w dłoni, niby krzemień,
który krwi daje ujść łagodnie
na uczcie pośród róż! Onyks!
I perły grabione na mieliznach
przez ostrodziobe łodzie Fenicji!
Chmuro, która przesłaniasz lirę,
w wyprostowanym mym ręku
rdzewiejącą, ukaż, jak ją ugina
wichr! Struny jak giętkie
pręty nadwodnej wierzby, zwisające
od złotych jabłek Hesperyd!
Tu skała. W dali morza błękit uczy,
jak niemowlęcych słów: czystych wierszy.




WINCKELMANN.

Pod arkadami, gdzie mnie namydlono
pianą, goryczą migdałów pachnącą
świeżych, — gdy balwierz pod godłem, brzęczącem
w wietrze, co jodem zalatywał z portu,
wecował brzytwę spłaszczoną i tępą:
wieczór dogasał wśród lamp mlecznych zdala,
jak puls przestrzeni drgał, albo jak wargi
jaskrawe, jadem karminu barwione,
wpół-rozchylone śpiewem ku powiewom,
które muskały żagle rudziejące
na burej fali; wśród gnijącej woni
melonów, rozłożonych i otwartych
na ślizkich brukach, szedłem krok za krokiem
ku wylotowi uliczki: ku molo.

Tam przekreślały kadłuby okrętów
lśniących perspektyw trójkąt rdzewiejący,
czarne na srebrze sinem; tam syreny,
krwawe i piękne, niby płeć rozwarta,
wabiły; suche w łachmanach żebraczki
i chłopcy, twarze kryjący zbyt białe
pod murem domostw, z których płaty tynku,
jak strupy, opadały, — jakby cienie
tu ocierały się o mnie. — Wybiegłem!

Na mokrym brzegu kamiennym wysmukli,
o zwisających dłoniach marynarze

mijali się niedbale stopą lekką,
jak oswojone bestje, swym tanecznym,
sprężonym i drapieżnym krokiem. — Otoś nadszedł.

Wspomniałem cię w tem mieście strasznie cichem,
gdzie, by zaczerpnąć oddechu Hellady,
stanąłeś na wybrzeżu niegościnnem,
w czarnym i rudym Tryjeście, — spokojny!
Piękna szukałeś tu, co cię zabiło,
jako z posągu fałd sztylet rozbłysły,
celnie ostrzony, płaski, niezawodny
puginał! Jak los własny, tak mi-ś blizki!
W bezksiężycową noc dłonią znużoną
nieco papiery odgarnąłeś z stołu
bardzo prostego (gdy przystań smagała
bora wyjąca, zdmuchująca gwiazdy):
wtedy żałobni, biali cię dopadli
młodzieńcy, których zapragnąłeś wskrzesić,
i zbiry.

Tak już zostałeś. Z głową odrzuconą,
bez jednej kropli krwi — w gwiazdy zwróconą,
chmurne i wietrzne, — zastygłą i białą,
jak nieśmiertelny marmur.


Michałowi Choromańskiemu



MŁODY GOETHE.

W oknie, przez drobne szyby,
gdzie wystawałeś, młody!
spoglądam w dół, jakgdybym
źródlanej dotykał wody.

W martwem przeglądam się lustrze,
chucham na ślad warg pobladłych,
w czyjeś oczy, coraz pustsze,
patrz bez kropli krwi w twarzy.

Wielkości! ty, co usta ścinasz
w grymas niechęci... Warga krwawi.
— — — — — — — —
Kurantem rdzawa szeleści sprężyna,
laur szumi, srogi i śniady!




JEAN — PAUL.

Humorysto! twoje łzy przemieniają się w amorki
o różowych skrzydłach. Kiedy pociągasz cybuch, w lulce
bulgocą oceany śpiewne. Zrywasz skryte przy drodze niezabudki
i zakładasz je za uszy chłopcom, fikającym kozły.
A gdy dyliżans wywraca się do rowu, wyjmujesz
z połów surduta chustę kraciastą i zamiast
wytrzeć twe łyse czoło, lśniące w południe:
zatrzymujesz się, jak żóraw, w zachwycie nad biało-czarnemi
bawełnianemi pończochami i otrzepującej kurz Floryndzie
podasz bukiecik uszczkniętych fiołków. Wtedy uśmiech ponad białością dróg
obejmie horyzont, kwefiony chmurkami, ponad którym drżą gwiazdy pełne rosy w odwieczerz,
a wzrok, zbyt wiele naraz widzący, przekreśla liryczny trójkąt ptaków w odlocie,
jak winieta nieśmiertelnego romansu anioł, gałąź i lira.




EICHENDORFF.

Apollo ma wargi spękane
i krwawe, — w złotej opasce
czoło strome i białe
nad krzewy lauru bure;

pluszczą fontanny melodją,
zasłyszaną u pocztyljona,
który w róg mroczny uderza
pod sierpem księżyca widnym;

o, fosy, splątane cierniami,
różami, co wonią dyszą,
ptaki się wzbijają pionowo,
zakreślając wielkie koło;

nad basztą, porosłą bluszczem,
nad ruiną zamku sceniczną
— za kulisami Apollo
na złotostrunej gra lirze;

a struga do wtóru gędzi,
na dnie lustrzanem lśniąca,
głazy o głazy trąca,
i rozpyla się pianą, uśmiecha...

ku czarnym jodłom żałobnym,
nieruchomo stojącym na straży,
rycerzom zamyślonym,
co miecz wpół wyrwali z pochwy!




PARK HUMBOLDTA.

Obok pałacu, o przyjacielu, przeszliśmy nieuważnie
białego, gdzie we wnękach stoją ślepe posągi,
zarzuciwszy fałdy na strome ramiona
togi, która opada, przesłaniając zlekka
domyślną harmonję boskich członków.
Niebacznie pominęliśmy nas samych, młodzieńcze,
żywopłotem lśniącym, jak z czarnego lakieru,
odmierzając kroki zwolna i z namysłem,
by nie spłoszyć spojrzeń, śledzących daleki trójkąt
ptaków, odlatujących na północ, ponad czubami
drzew, zielonych i ciemnych, i kołyszących się ledwo
widzialnie... By mocniej nie splątać myśli, bijących w nas, jak struga
z nadłamanej cembrowiny, pokrytej mchem rudawym
zbliżającej się, przejrzystej, jak czara powietrza, jesieni...
By omylić powrót poprzez łąki, obramione
berberysem, późno wydającym karminowe owoce,
koło ławki darniowej, i runią przystrzyżoną, bardzo
miękką w dotknięciu stopom przyciszonym, jakby
w locie wstrzymanym, a z ciężarem milczenia, nadto słodkim, w ustach:
aż ku jasnemu wylotowi drogi, pobok cmentarzyka
i płotu z rdzewiejącego drutu, który, nawołując radośnie,
nerwowy przesadzał wyżeł... aż do tego placyku
napowrót przed pałac, gdzie powitałyby nas,
niczyjem nie zadziwione przyjściem, bez uśmiechu,
o twarzach, powleczonych tynkiem, niebaczne posągi,
które ustawił przed wiekiem sądzący sprawy świata Aleksander Humboldt.




E. T. A. HOFFMANN

W ponczu oparach, dusznych i gorących,
a tak gryzących, jak łzy, kiedy płomyk
modry trzepoce, niby w zmierzchu motyl
— tu, pod sklepieniem nizkiej tej piwnicy,
w mroku, o łuki ostre przełamanym,
pod skrzydłem cieni, pod okiem demona,
jest jakby harfa. Kiedyż zagra na niej?

Wsparty o zydel, wyciągnąwszy nogi,
przegięty ekstatycznie, jakby tonął,
albo jakgdyby śmiał się, z wzrokiem lśniącym,
z szklistą, zmartwiałą, szczęśliwą źrenicą,
z cybucha pyka zwolna (ten bulgoce),
o! nie pijany, ale zstępujący
w piekło: w tych dymach, co się wiążą, kładą
tam pod pułapem, jak szorstki sznur stryczka,
ileż zjaw! ileż tonów! ileż śmierci!

Gdy się odśmiechnąć pragnie — z takim trudem,
jak dziecko, które płakać już przestaje,
i usta ściska i zaplata rączki
bezsilne — widzi dzioby! żmije! knieje!
A potem gruzy: te mroczne ruiny
wizji strzaskanej w purpurowym zmierzchu;
monstra w kadłubach okrętów; ondyny,
trenem białawym, zbyt długim, wabiące,
w rozwianej luźnej szacie, w księżycowej

zieleniejące melodji. Straszliwe
węże w koronie złoto-szmaragdowej,
jak trupy, żółto fosforyzujące,
wpół-przechylone z mogiły, jak trąby
u warg Anioła, przeraźliwie-srebrne,
i pękające, jak puls, jak krew ciemna,
wzburzona trunkiem, co tętna rozsadza.
I obce, smutne, dziecinne zabawki,
a błaho-groźne, w których oczach płaskich
ciekawa pustka mieszka, jak w grobowcach.
O, sarkofagi miast! Dzwony, dudniące
oceanicznie! O, tarczo zegarów,
po których czas przesuwa sztywny palec!

A potem automaty dźwięczeć będą,
jak szelest strugi o dno, bardzo cicho,
o gładkie drobne kamyczki prąd piany,
jak wiekuista pokusa powierzchni:
ach, tak lustrzana! ach, i tak bezdenna!
I wszystkie ptaki przemówią głosami
drewnianych papug, zapylonych starców,
chrypiąc: mechanizm, który klucz zagubił
— z trzaskiem wirują sprężyny, chargocząc,
i kółka trzeszczą rdzawo, i łańcuchy
pękają, obłąkane, w wielkim werku
wszechświata, z dysonansem zawsze nowym,
jak trzaskające struny smukłej harfy,
co smaga w wichrze muzyki i kraje
pierś, jak z kryształu promień, i jak lancet,
że opadają ręce.




WRACAJ ZANIM ŚWIECA ZGAŚNIE.
„Ty jeden, zacny Hermanie, potrafiłbyś to ocenić!” (Hauff)

W Europie znużonej, w dysonansie trąbek
ochrypłym samochodów, w dziwnej aureoli
usychasz. Poza ścianą tej krzykliwej głuszy,
poza kurtyną kurzu, targanego wiatrem,
jak dłonią reżysera, który zwątpił w siebie,
a teraz się zaplątał w ciężar fałd, jak posąg,
ciemnych fałd, — już za chwilę, w blasku reflektorów,
wypadnie w pierwsze rzędy i tam gwizdać pocznie,
lśniący, dłonie złożywszy w muszlę: Amfitryta!
Poza murem ruchliwym cieni, za drzewami,
co stoją nieruchomo, jak mokre cyprysy,
jak pnie, wilgotne jeszcze od farby, od światła
lamp księżycem srebrzystym na szczycie:
dekoracje! Za gwizdem żelaznym ekspresów,
co tnie, jak drut najcieńszy, jak kraniec ostrzony,
w pustkę, skąd głosy nocy wołają, nim ścichną,
jak wąż, który pożera swój ogon, w rozpaczy!
Poza światem i jego centrum, w tem więzieniu,
z którego wyjmiesz wszystkie przedmioty, jak klocki,
u dna perspektyw, które nagle się zwężają:
biją kaskady! — Wracaj, nim zagaśnie świeca.

Do skrzynki, rysowanej kozikiem, brunatnej,
gdzie nieudolnej farby bąble się sklejają,

kiedy drzwiczki otwierasz ostrożnie, z obawą;
tam zostały pamiątki, pewnie zapach przetrwał:
pierwszy pieniądz okrągły, który się nie skruszył,
listy na ćwiartkach bladych papieru, obcążki,
łańcuszek od zegarka, w rumianej okładce
cienki zeszyt, skrywany i w kąt najciemniejszy
odsunięty: egzemplarz „Juliusza Cezara“!

Tej książki nie odrzucaj spośród tylu innych,
ni opowieści Hauffa. Schodzisz po tych stopniach
butwiejących wciąż niżej, pod łuki sklepione
piwnic. Północ na wieży ratuszowej dzwoni,
przez sztaby widzisz: czarne dygocą gałązki,
na kościele blaszane skrzeczą chorągiewki,
i ramieniem tak mocnem, jak śmierć, cię otacza
prostota. Tylko nie patrz na drogę: tam, w kurzu,
zamiast wina, coś rozlał w noc jasną, wrześniową,
z beczek pradawnych, zamiast róż spóźnionych,
co uginają się z murów szczerbatych: kałuża
krwi. I obok rzucony kapelusz.




ELEGJA NA ŚMIERĆ KLEISTA
„... sich aufzuopfern, ganz für das, was man liebt, in Grund und Boden zu gehen: das Seligste, was sich auf Erden erdenken lässt“
(Heinrich von Kleist)

Henryku! jeśliś ty z dwojga miłości
silniejszą obrał, jeżeliś pierwszeństwo
dał tej, która zabija nagle, tej zaświatów
żądzy, przed którąś, kochający tutaj,
uciekał, wiedząc, że ucieczki niema:
składając wargi, aby mogły dotknąć
ust ludzkich, jak bezsilne wargi dziecka,
kiedy zsiniałe były i bezkrwiste
od pocałunku Muzy, co wysysa
krew i śmiertelnych zamienia w posągi,
co patrzą w gwiazdy, nawet ich nie widząc;
gdy powleczone były szronem brzasku,
fioletowe, nieme, zagryzione
do krwi, by jękiem śpiewnym nie rozdarły
pancerza, który serce tak zamyka,
jak szklana trumna, samotna i widna;
by nie zbudziły źródła, które biło
na kryształowem dnie, jak lira z głazu,
na dnie ostatniem, gdzie już dłoń nie sięga,
cofając się przed lodowatą tonią,
ni wzrok najbardziej rozszerzonych źrenic;

by promień blasku nawet nie powrócił,
jak nóż, krający tafle przezroczyste,
i nie rozigrał powierzchni pokusą
fal rozedrganych, jako srebrne płetwy:
— więc zatrzasnąłeś światło bardzo blade,
bardzo złociste, czarne i zielone,
w sobie, jak wieko.

Boś o to walczył, łamał się z przemocą
liści i kwiatów i srebrnego nowiu
— maleńkich czarnych liści w noc srebrzystą,
słowików, co kląskają bezpamiętnie! —
boś o to walczył z potęgą korzeni,
zarytych w głębie ziemi, wiecznie płodnej,
z runią, zieloną ledwie, z szumnym kłosem:
abyś nie musiał śpiewać! O toś walczył
z ulewą mroku, ognia i powietrza,
z ciszą i wichrem, z gwiazdami i morzem,
i o toś złamał twą szpadę, młodzieńcze!

Bo nie o serce ludzi. Znałeś kruchość
serc; ich bezdenną płynność; ich niemożność
sprostania losom, co je w popiół kruszą
i przepalają, że się rozsypują
w dłoni, jak od dotknięcia płomieni; nie o nie.
I nie o zdradę. Bo i któż jej sprostał?
Tyś ją podźwignął. U dna namiętności,
co w jedno wiąże dwoje ciał samotnych,
że się szamocą, jako ryby ślepe,
gdy je zalewa zabójczy powietrza
przestwór, pękają tętna: u dna tego
dojrzał-ś ją. Aleś oczu nie odwrócił: —
od paleniska najbardziej skrytego,

gdzie żużle sypią się w dół nieskończony,
nieludzko-martwe, nareszcie spokojne.
Tedy uniosłeś ją nad wszystkie gwiazdy,
tam, gdzie już niema skarg, nad głosy ludzi,
co, wymawiając najczulsze wyrazy,
kłamią! (Anioły możeby zdołały
wymówić prawdę warg swych płomieniami!):
nad dłonie, które krzywoprzysięgają,
nad przyjaciela palce, drżące w twoich,
by, zamiast róży, podać ci goryczy
napój: zaiste nieśmiertelny piołun;
tys ją wraz z sobą uniósł, gdzie nas niema.

Jeżeliś dotknął głową roztrzaskaną
tej wielkiej ziemi, która nas wydała,
nas, urodzonych późno; jeśliś wiedział,
że tam jest także ziemia i bez końca
jest tylko ona; że śmierć — to braterstwo
z nią, ciemną matką, która nas zrodziła,
aby nas przyjąć z powrotem do łona:
nareszcie pojednanych; jeśliś wolał
z nią wspólnie istnieć, niżeli samotnie
żyć tutaj: pozwól, że dłoń mą bezsilną
wyciągnę — ty jej, cieniu, nie odtrącisz!
Twoja prawica będzie, jak Anioła
ręka walcząca i ona wybaczy,
żem dotąd przetrwał.


Tymonowi Terleckiemu



HARRY

Którymi-ś wzgardził, od żywych, daleko
odszedłeś; od nich, przejrzanych za młodu,
o, nadto wcześnie! Wśród zboczy łagodnych,
kiedyś z pod sklepień wychodził cienionych,
czarnych, spadzistych, znanych ostrołuków
miasta Gentygi: świeży wietrzyk letni
rozrzucał włosy lśniące, ciemne, bujne
nad bladem czołem. Do warg, rozchylonych
dziwnym uśmiechem ironji smutnawej,
do ust, spragnionych w białym pyle drogi,
na ganku, bluszczem gęstym oplecionym
(a każdy listek dygotał na wietrze,
igrając): kubek podnosiłeś wina,
które chłodziło, choć zdało się cierpkie.
W spiece przysiadłeś na stopniach; na róże
zaledwoś spojrzał: były zbyt płomienne
i tak kuszące, jak miłość; sukienka
z batystu, wonna, jak obłoczek, nagle
na tej zieleni zaświeciła plamą.

Lecz wzrok już szklisty miałeś, jakbyś słuchał.
Jakbyś usłyszał wichr, szumiący w żaglach,
i rwący liny napięte, jak struny.
I jakbyś czekał burzy. Nawałnicy,
co kruszy skały, dudniąc; sercem ludzi,
jak suchym liściem, miota. Jakbyś słyszał
tę pieśń olbrzymią skargi wszechstworzenia,

którą pochwycić trzeba w flet dziurawy
i na wesołe przemienić piosenki,
by nie zabiła. Słuchałeś, nie słysząc,
drzew, rozedrganych falą ciemnych cieni,
tuż ponad głową, niby krwią zieloną,
ni w drżącej siatce powietrza owadów:
ale oczami ogarniałeś gwiazdy,
na pustym dzwonie niebios ponad morzem
zwieszone, czarnem, pianą rozełkanem:
horyzont, cięciem błyskawic łamany
na tafle widne, jak kawały lodu:
tam zaczerpnąłeś powietrza, milczący!

Tedy wracałeś po stokach przyjaznych
zwolna, znużonym krokiem, ścieżką wązką,
która w noc wiodła, w otchłań zamyślenia;
ku szybom, co tak mrugały i gasły,
jak oczy dziecka przed snem, i nęciły
do wypoczynku bez myśli, ni trwogi,
wśród nich! Tam, w cieple swojskiem swem, mieszkali,
a tyś, samotny, w dół zstępował; oni:
profesorowie, rajfurki, studenci,
krzywoprzysiężcy, szulerzy, turyści
w kratkę, mówiący: „ach!”; i bawidamki,
giełdziarze, literaci, jezuici,
opoje i Werthery podstarzałe;
i Klary tłuste i ckliwe Małgosie;
filozofowie, kutwy, hipokryci
i neofici: ci najmilsi bliźni
pod księżycową gwiazdą, która wzeszła
skrzywiona, jakby ją bolały zęby:
tak beznadziejnie ludzcy! I ty jeden,
wiedzący o ich małości — i własnej,

nieuleczalnie wiedzący, podobny!
Więc nie zadrżała ci ręka, poeto,
kiedyś odchodził od nich; kiedyś wolność,
tę sobiepańską i nie do zniesienia,
na wyślizganych parkietach, w poblasku
dzwoniących kandelabrów, przed ministrem,
któremuś schlebiał, zaciskając zęby,
i przygryzając w uprzejmym uśmiechu
wargi, w swym szarym fraku bardzo smukły,
lok czarny odrzucając z czoła, — gdyś zaprzedał!

I od umarłych, którzy byli blizko,
odszedłeś; nocą, na głuchych wieżycach,
kiedy dzwoniły zegary: wracali,
zlekka muskając płomień świecy, trwali,
a tyś nie zadrżał; z uśmieszkiem triumfu,
jakgdyby w kole poświęconej kredy,
z wargą drgającą, wzrokiem nieprzytomnym,
kułeś i giełeś, jako klingę szpady,
strofy hartowne, niezłomne, zabójcze,
i celne, jakbyś samo serce świata
przebijał! Bo odszedłeś od umarłych:
od mrocznych sprzętów frankfurckich kantorów,
od mebli, które trzeszczały życzliwie,
od poczerniałych, przychylnych portretów,
od starych, złotych, okrągłych dukatów,
obciętych z jednej strony, brzękających
na ladzie. Rozmawiałeś w puste noce
i odpowiedzi słyszałeś olbrzymie,
których nie było, o, wielki aktorze!
Wreszcie pojąłeś, że to jest monolog.

I rozmawiałeś dalej. Cóż zostało

prócz wierszy? Oprócz psa, który w twej dłoni
pysk ciepły chował? Prócz samotnej drwiny?
Prócz tej, która zdradziła; prócz przyjaciół,
których zdradziłeś; prócz daremnej sławy
i kołdry, gdzie twe ręce coraz bledsze
już nie szukały niczego, drgające,
kiedyś paznogcie gryzł w noce bezsenne
i księżycowe, jako w twej młodości,
u palców coraz chudszych, na pięterku
piątem, w poddaszu, nad ogromnem miastem,
które huczało, jako samo piekło!

O, pozwól. Dzisiaj morze, jak przed wiekiem,
szumi. Jest tylu bezdomnych na ziemi,
którzy gdzie głowy złożyć swej nie mają.
Pachnie ziołami wód, gorzkim i chłodnym
mułem. Gwiazdy świecą tak niebacznie!
Nie wracaj. Drogi powrotu tu niema,
a, jeśli jest, to zamilcz ją, poeto.




TEODOR STORM

Ostre oczy, błękitne, a hardo-łagodne,
barki szerokie, dłonie szlachetne w przegubie;
niezgrabne kroki chłopów; dziewczęta dorodne,
jak klacze rodne, rosłe, jak cheruby —

i szorstki wichr i żagli trzepot
szarych, płóciennych pod chmurami,
i ptaków morskich dziwny klekot,
ten skwir samotny nad falami, —

a, kiedy słońce znów przebłyska,
tam, u zielonej tej sztachety,
siądziemy — starzy już ludziska! —
pykać z fajeczki i jeść wety

miodne, złociste na białawej
ławeczce, albo też na darni,
wspominać miłość gorzką, sławę
dziką, jak w sztormie czarci czarni,

lub, gdzie ponsowe płoną róże
i lilje, bielsze, niż marmury —
wikingi! wzywający burzę,
na niebo czyste sine chmury!




GRILLPARZER

Pod obłok bury żagle wzdęte
pianę rysują coraz czyściej,
gdy opadają rude, zmięte
na skronie pochylone liście.

Nie zdołasz zmierzchem przejść aleją:
pijanyś! Mdło wonieją lipy!
Zadławić żółtą chcą zawieją.
Schną wrzosy lila. Uschły skrzypy.

Słaniasz się jeszcze... Lepkie pyły
wpychają się w zawarte wargi.
Gęstym wydechem się upiły.
Kasztany pękły. Jęczą skargi.

Minąłeś rdzawe winogrady.
Z lewady konie gonią chłopcy.
W podcieniu sieni stajesz, śniady,
w cieniach i plamach, równie obcy.

Ta noc... Ta parność... Czarna smoła.
Gwiazdy. Zmoczone potem włosy.
I nikt z ojczyzny nie zawoła.
I szumi rzeka. I niebiosy.

Czytasz nowelę Grillparzera
o sandomierskim wojewodzie.
Młodości! Jeszcze raz umierasz
na mrocznej i na srebrnej wodzie.




POWROTNA LEKTURA

Ach! jakże dawno prozy nie czytałem,
ciemnej, jak wino, aksamitnie-groźnej
i melodyjnej: Fryderyka Hebbla.
Czemuż wspomniałem ją dzisiaj? — Wiatr szumi
i supła liny deszczu, jak okrętu,
co w przeszłość sunie, rozwinąwszy żagle
rude; gałązki o szyby kołaczą,
jakby od marnych łez młodości mokre,
jako wilgotne drobne piąstki dzieci,
nieutulonych w szlochu, wystających,
aby je wpuścić nocą, drżące — ogrzać.
Czemuż dygocę, przyłożywszy czoło
do tafli czarnej, jakbym patrzał w studnię
i śledził pręgi srebrne, księżycowe
na dnie wabiącem, śpiewnie-obłąkanem,
jakbym wstępował w muły jezior mrocznych
i zmartwychwstawał, nagi i w torturze?

Pamiętam: szczupły tomik w karminowej,
w ciemno-wiśniowej okładce. O, zmierzchy,
o, rąbki cienia na stole otwartym
— jak plastry rany nigdy niezamknionej,
sączącej krew niechętną, jak gangrena —
o, zwolna przesuwalne pasma lampy,
gdy, wsparty w muszli dłoni, jakbym słyszał,
mamlałem obce, wspaniałe wyrazy,
obiecujące wszechświat, śmierć i miłość;

od obietnicy aż tak pękające,
jak strąk od ziaren, i jak pomarańcza,
sycona słońcem, soków brzemiennością,
która goryczą cierpką, ściąga gardło
i bliznę, nigdy nie zarastającą,
na podniebieniu narysuje płasko,
jak nóż! — gdy wkrótce gnijącą jeść będziesz.

Wązki był ganek po prawej (pamiętam),
lecz długi, dziwnie szary; wybiegałem,
z włosem rozwianym, z pałającem licem,
aby je chłodzić o wichury ziemi,
wstające w świerkach i gąszczach szumiące,
jak zew, muzyki pełen i błagania.
Tam biegłem w dżdżysty dzień; sunęły chmury,
strzępione, jako serce; tam, na rogu,
pluskały strugą rynny, jak okrągłe
wargi trytonów, napół-rozchylone
i w marmurowej plujące harmonji.
Biegłem, wracałem. Jeszcze mogłem wracać.

Cóżże zostało z wielkiej obietnicy,
o, Fryderyku Hebblu? Oto kłamię,
aby módz przetrwać, jako ty, słowami.
Góry nad nami, a ludzie pod nami,
i nie czekamy niczego, spokojni.
Lecz jaka gorycz, większa od harmonji,
lecz jakaż miłość, większa od miłości,
pali me wargi i mówić zabrania?
Przy oknie stoję, skronie zapadnięte
ku szybie chylę, na nich krople potu
chłodne (nie zbierze ich niczyja chusta,
ni dłoń, — jeżeli: to ta niewidzialna,

a ona będzie krająca, jak wawrzyn,
ostry, złocony, martwo szeleszczący!).
Oto nam ziemia pod usta podpływa,
morza, posągi, gwiazdy przyzywają,
a my stoimy, bardzo nieruchomi,
jak na pokładzie wielkiego okrętu.

Znów pod rękami dziś wyciągniętemi
czuję parapet, chwiejny, jako struna,
koniuszczkiem palców ledwo go dotykam,
jakbym się wspierał.




FONTANE

Baron Botho słyszy krzyk żórawia,
wspominając młodość nadaremną,
przechylony oknem w noc szemrzącą,
nad potokiem, w tataraku pluszczącym, —

czarne czółna suną między trzciny,
płaskie, bezpowrotne, widmowe, —
on przyciska, zacinając wargi,
order srebrny na samem sercu;

Effi Briest z bledziutkim uśmiechem
umiera w jesiennem słońcu,
długiemi palcami muskając
astry pod zegarem rezygnacji;

Matylda tłumi jęk chusteczką
batystową pod gerydonem,
by nie ujrzano przez palmy,
że na ustach zwisa krwi kropelka;

w świec płomieniach, w śpiewie organów,
przed ołtarzem staje Korynna,
wyrzekszy się pańskich cugów,
zamieniwszy je na skromne serce;

o, Marceli, mój imienniku,
rozmarzony prowincjale,

dostrzegamy w chmurach ciągnących,
jak kroczy, szczupły i dumny,

poprzez cienie, na piachach malowne,
beznadziejny szum, trzeszczący w sosnach,
oglądając z ironiczną dobrocią
trawy, do nóg pochylone pochyło!




PAUL HEYSE

„Z winem spienionem wznoszę czaszę!“
O, roztęczona ma paleto! —
Triumfy jednodniowe nasze
i ciebie wspomnę, mój poeto,

pysznemi upojony słowy,
z głową, wieńczoną płochą sławą,
(ów laur podeptał przysłowiowy
domowy pies z nogą kulawą);

w rozwianej kroczysz pelerynie,
nad morza szum z dostojną brodą
i korab szczęścia w lazur płynie
i nimfy pluszczą srebrną wodą!

Faun wśród cyprysów gra na flecie,
aż jęk w fujarce nagle pęknie!
W gwiazdami roziskrzonym świecie
roisz o mocy i o pięknie!

Uroczej, lśniącej, bardzo czystej
melodji słuchasz. Na atłasy
narzuca wieczór płaszcz gwiaździsty,
treny powłócząc przez tarasy!

O, gorycz źrałej pomarańczy,
„wiecznie-kobiece“ błogie linje,

któremi noc italska tańczy,
błyskawicami łamiąc pinje!

Rola skończona. Zagram jeszcze
pośród lampionów, na estradzie.
Poeto! czuję dawne dreszcze,
gdy ołów się na góry kładzie.




SILS — MARIA

Nie dekoracje, — lepiej
w szum oddalonych zamkniętym strumieni
żyć. Wśród traw skąpych o wczesnej jesieni
kamienie sypią się z pod nóg. To krzepi.
Gdzie nad urwiskiem jodła, tam jałowa
skała, pradawna gleba, obnażona,
gładzona wodą. Okrutna zielona
jeziorna głębia! W zieleni
niematerjalnej, jak muzyczne linje,
puszyste lekko rozwieszają igły
modrzewie!
Gór rozmowa
nagich z wichrem, który pochyla wraz z ich cieniem zioła
nad tonią, która skrycie ich odbicie chowa.
Nie zamyślenia czas jest dziś, zwycięstwa! Sprzeczne
myślom daremnym kroki stanęły na ziemi,
w niciach kaskad bijących, wśród olbrzymich cieni
chmur, gnanych wichrem, na niej dawnej, na niej
spoczęły: na pomoście ku głębszej otchłani,
ku łukom gwiazd żyjących, co nas sądzą wiecznie.
Przetrwają! jak chwała
ponad czas, który kruszy w zawiei
stuleci nieodparte skały:
spensjonowanego profesora z Bazylei.




CORBIÈRE.

Poranek mglisty gdy dzień dusi, jak świeczkę,
jak niedopałek, jak ogarek nocy bezsennej,
cień wygięty na ścianie
chropowatej, szarej i ślizkiej: — Tristanie!
z mgły żółtej skacze na placyku
w ostrym krzyku jaskółek, wokół
harmonji schrypłej, na szczudłach
Don Quichotta figura wychudła,
przechadza się, przyzywa wielkiemi gestami.
Niebo jak sadza czarna, wodę gwiazda plami:
piana, róża w ciemności, grymas warg, pogarda!
Szczur dwoma patyczkami gra marsza! Warta
widmowa na kryjącym się w chmurę balkonie:
księżyc! Tam statek zielonkawy w wichrach — jękach tonie,
obmyty z grzechów trup! Meduza wielooka,
kurek na wieży trajkoce, drwiąco i głęboko.
Zpoza szumiących firanek, biały
puch mew kwilących — samotny, samotny! —
huk rozbijający skały
morza.




MORÉAS W NADRENJI.

Winnicami chodził tu Moréas
w podługowatych lakierkach,
rzucając monokl do oka
na żałobnej plecionce z jedwabiu.

Faliste oglądał linje
przez romantyczno-drwiące
szkiełko, za którem zalotnie
ukrywał gorycz serca.

Pod kwadrą srebrzystą i łzawą
na szafirowej głębi,
śmieszny pod latarniami,
przesmutnie deklamował.




APOLLINAIRE.

Z pod muru szczelin ciepłego, jak za Hellady
czasów, wybiega chyża jaszczurka. Fala dogasa blado-
granatowa pod żaglem. Wracają z połowu.
Wpięty u szczytu cyprysa żółto księżyc na nowiu
wraz z żałobnych chwieje się czubem płomienia.
W lakierowanej, coraz czarniejszej, zieleni
żywopłotu pustym wzrokiem spoziera jarko-biały Apollo.
— W leżaku nad homarem opasły rozsiadł się Apollinaire.




VALÉRY NA RENIE.

Anglik siwy w czarnych okularach
niespokojnie drepce po pokładzie
i powoli obiera pomarańczę,
poruszając wargami jak dziecko;

czyżby to Paul Valéry, najczystszy poeta,
którego fotografję z dedykacją
widziałem w Heidelbergu pod oknem,
w które wlewał się pejzaż fantastyczny?

Zasiadł tam, jak ambasador ducha,
z skamieniałą twarzą męczennika —
wicher siwe rozwiewa kudły
tam, na skale, nad oceanem.

A tu ledwo powłóczy nogami,
dłoń koścista wargi zakrywa,
i, coś mamlący szczękami,
obiera gorzką pomarańczę.




COCTEAU.

O przyjaźń moją jałową tak wielu zabiega ludzi,
choć wierność ta podobłoczna dla żywych nadto jest płocha,
a dla Aniołów zbyt ciężka. Przeto nadarmo się trudzi,
kto sędzi, że zjednał me serce, które niczego nie kocha.

Jeśli czego, miłości pragnę ujść, co śmiertelna.
Dłonie gwiazdom nie mogą, wargi słowom podołać.
— Cisza trwa triumfalna, ukośna, okropnie niedzielna,
w której waży się zwolna lot niezgrabnego Anioła.




SPOTKANIE.

Dziś w Heidelbergu z wieczora
spotkałem pana Swanna,
przed oświetloną witryną
objaśniał sztychy kochance.

Głosem dyskretnie stłumionym
wspomniał o szarym ich tonie,
zlekka siwe miał skronie,
źrenic kolor wyblakły.

Pod niebem łagodnie rozwianem
lirycznie podpatrujący —
Swann smutny z gwiazdą na czole,
z sygnetem kosztownym na palcu.




SAINT-LOUP.

Na ławkach restauracji biegnąc wzdłuż, jak anioł,
któremu skrzydła podcięto, jak ekwilibrysta,
na wąskich szczupły, — drobnemi raniący
stopami lustra, gdzie wzlatujesz, czysty,

w blasku: w słodkich mgłach Paryża
ginący! ku mnie lotu aż nie zniżaj.

Zachwycasz, zwolna zstępując na bruki
ślizkie, w dłoniach masz różę,
jak wagę serca. Z Saint-Cyr uczniaku
z puchem białym na czapie (znów skrzydła)
— oto cię w sieci przemyślne chwycę,
jak Erosa wlokę przez puste ulice
nad ranem, co fioletem powleka ci usta:
trup!

To kula z szronu, z piór, z płatków: pusta,
nie z karabinu! Jeszcze wyżej mierzę,
jak nagle padający o świcie żołnierze.




II
PRZEKŁADY

Fryderyk Hölderlin
POŁOWA ŻYCIA.

Żółtemi gruszami zwisa
I pełne dzikich róż
Wybrzeże w głębię jeziora.
Wy, nadobne łabędzie,
Pijane od pocałunków,
Nurzacie wzniosłe łby
W święte i trzeźwe wody.
Biada mi, skąd wezmę, gdy
Zapada zima, kwiatów, i skąd
Słoneczny blask
I cienie ziemi?
Mury sterczą
Bezmowne i zimne, na wietrze
Brzęczą chorągwie.




FRAGMENT.

Ongi muzy spytałem, a ta
Odparła mi,
przy końcu odnajdziesz nareszcie.
O najwyższem zamilczę.
Wzbronionym owocem, jak wawrzyn, jest wszakże
Najbardziej ojczyzna. Niechże tej zakosztuje
Każdy w ostatku.




ŹRAŁE SĄ, W OGNIU NURZANE...

Źrałe są, w ogniu nurzane, warzone
Owoce i doświadczane na ziemi, a jest to prawem,
Iż wszystko przenika w głąb, podobne żmijom,
Proroczo, śniąc
Na wzgórzach niebios. A wiele,
Jak na barkach brzemię
Zatraty, należy
Podźwignąć. Lecz ścieżki
Złe są. Omylnie bowiem,
Niby rumaki, kroczą usidlone
Żywioły i pradawne
Prawa ziemi. A zawsze
W niespętanie jedna z tęsknot przenika. Lecz wiele
Zdzierżeć należy. I trzeba wierności.
Naprzód wszelako ani za siebie nie
Wglądajmy. Kołyszmy się, jak
Na chybocącem czółnie jeziora.




PAMIĄTKA.

Z północo-wschodu dmie
Z wichrów najmilszy mi,
Ognistego ducha
I jazdę pomyślną
Zwiastuje żeglarzom.
Lecz idź-że teraz i pozdrów
Piękną Garonnę
I ogrody Bordeaux,
Gdzie ponad spadzistem wybrzeżem
Wije się ścieżka i w toń
Głęboko opada potok, a nad nim
Szlachetna pogląda para
Dębów i topól srebrzystych.
Pomyślcie o tem jeszcze, o, sprzyjający, i jak
Szerokie czuby chyli
Wiązów gaj ponad młynem,
W dziedzińcu zaś wzrasta figowiec.
W święta stąpają tutaj
Brunatne kobiety
Na jedwabnej glebie,
W porę marcową,
Kiedy dzień równa się z nocą,
A nad powolnemi ścieżkami,
Od złotych snów ociężałe,
Upojne kołyszą się wiatry.

Tedy niech mi kto poda,
Pełen blasku ciemnego,

Woniejący kubek,
Iżbym spoczął; błogie albowiem
Byłoby pod cieniem uśnięcie.
O, nie jest dobrze,
Bezdusznie od śmiertelnych
Wolnym być myśli. Lecz dobra
Jest pogawędka i wysłowienie
Zamiaru, w sercu skrytego, usłyszeć wiele
O dniach miłości
I czynach, które się dzieją.

Lecz gdzież-że są przyjaciele? Bellarmin
Wespół z druhami? Niejeden
Nie ośmiela się podejść do źródła;
Rozpoczyna się bowiem dostatek
W morzu. Oni,
Jakby malarze, gromadzą
Piękno ziemi, a także nie gardzą
Uskrzydloną wojną, ani
Pomieszkaniem samotnem, przez lata,
Pod masztem, z liści odartym, gdzie nocy nie przeszywają
Blaskiem dnie świąteczne miasta,
Ani strun gędźba i przyrodzony taniec.

Lecz powędrowali oto
Mężczyźni ku Indier,
Tam, na powietrzny szczyt
Stokami winnic, skąd
Wycieka Dordona
I wespół z wspaniałą Garonną
Szeroki, jak morze, kończy się potok. Lecz morze
Przyjmuje pamięć, zwraca,
A także miłość pilnie wlepia swe oczy.
Gdy to, co przetrwa, w niebo dźwigają poeci.




PATMOS.
Landgrafowi Homburga.

Bliski jest
I do ujęcia trudny jest Bóg.
Lecz gdzie jest niebezpieczeństwo, wzrasta
Także to, co ocala.
Mroki zamieszkują
Orły, i bez trwogi stąpają
Synowie Alp ponad otchłanią
Na mostach lekko wzniesionych.
Tedy, skoro spiętrzone są wokół
Wierzchołki czasu
I najukochańsi mieszkają w pobliżu, słabnący
Na górach, najbardziej rozdzielonych oddalą,
O, daj wody niewinnej,
Skrzydlisk użycz-że nam, najwierniejszym, wspomóż
Na tamtą stronę przejść oraz zpowrotem nawrócić.

Tak rzekłem, i oto mnie uprowadził
Szybciej, niźlim przypuszczał,
I w dal, gdziem nigdy nie sądził,
Iż wkroczę, genjusz jakowyś
Z domu mego własnego. Lśniły zmierzchowo
W pół-zmroku, kiedym tak kroczył,
Bór cienisty
I tęskniące potoki
Ojczyzny; nigdym nie zaznał tych krain.
Lecz w świeżym już blasku niebawem

Tajemniczo
W złotawym dymie rozkwitło,
Wyrosło, o, jak szybko,
Wraz z krokami słońca,
Pachnąc tysiącem szczytów.
Ku mnie, o, Azjo, rozwarta przede mną, i, oślepiony, szukałem
Czegoś, com znał, gdyż nienawykłem
Do tych ulic przestronnych, skąd
Opada stromo z Tmolusa
Paktol, zdobiony złotem,
I Messogis się dźwiga i Taurus,
A, w kręgu rozkwieconych ogrodów,
Cichy płomień. Ale na świetle
Kwitnie wysoko srebrzysty śnieg,
I, świadek nieśmiertelnego życia,
Na niedostępnych murach,
Wzrasta pradawny bluszcz, a wspierane
Są kolumnami żywemi, cedrami oraz wawrzynem,
Dostojne,
Niby przez bogów wzniesione, pałace.

Ale wokół bram Azji,
Wijąc się tam i sam,
W niepewnej morskiej dolinie, szumi
Wiele gościńców bez cienia.
Lecz znajome są wyspy żeglarzom.
A, żem posłyszał,
Iż jedna, w pobliżu leżąca,
To Patmos,
Tedym wielce zapragnął,
Tam-oto zażyć gościny i tam-to
Do ciemnej zbliżyć się groty.
Gdyż, nie jak Cypros,

Obfity w strugi, ani
Inni jakowy ostrów,
Wspaniale nie dźwiga się Patmos.

Ale gościnny
W każdem uboższem domostwie
Jest jednak.
Tak, kiedy korab rozbiwszy, lub skargę wznoszący
O domowe ognisko, albo
Przyjaciela, z którym skazano go na rozłąkę,
Zbliża się kto
Z obcych, chętnie go wysłucha; a jego dzieci,
Głosy gajów gorących,
I tam, gdzie piaszczyste wybrzeże opada i rozdwaja się
Pól płaszczyzna, brzmienia tych głosów
Nasłuchuję go i miłujący odzywa się oddźwięk
Skargom owego męża. Tak piastował
Ongi ulubionego bóstwu
Zwida, który w błogiej młodości
Odszedł
Wraz z Najwyższego synem, nierozdzielny; albowiem
Ów, dźwigający burze, miłował prostotę
Ucznia, a ten baczny mąż
Pilnie oglądał oblicze Boga,
Kiedy u tajemnicy szczepu winnego
Wespół siedzieli porą wieczerzy,
I, w wielkiej swej duszy przeczuwający zgon,
Wypowiedział-to Pan i ostatnia miłość; nigdy bowiem podówczas
Dość wypowiedzieć nie zdołał o słów dobroci
I rozweselać niemi, gdy widział przed sobą
Zagniewanie świata.
Gdyż wszystko jest dobre. Poczem zmarł. Wiele-by trzeba

Rzec o tem. I dojrzeli go jeszcze, jak spoglądał zwycięsko,
Przyjacioły, przy końcu, gdy był najbardziej radosny.

Lecz, ożałobieni, zasmucali się nad nim, gdy oto
Wieczór już zapadł, zdumieni,
Gdyż w duszach postanowili to, co wielkie, mężowie,
A przecie miłowali pod słońcem
Życie i opuścić nie chcieli
Oblicza Pana
Oraz ojczyzny. Wszczepione
Było to w nich, jak płomień w żelazo, a u boku ich
Kroczył cień miłowany.
Tedy zesłał im
Ducha, zaprawdę
Zatrząsł się dom i gromy Boga,
Hucząc zdala,
Toczyły się ponad przeczuwającemi głowami,
Gdy, zadumani kamiennie, zgromadzeni byli
Heroje śmierci,
Teraz oto, kiedy rozstając się,
Raz jeszcze im się pojawił.
Gdy oto zgasło słońce dnia,
Królewskie, i złamało
Promieniejące-prosto
Berło, cierpiąc bosko, nieprzymuszone;
Albowiem powrócić miało
O wyznaczonym czasie. Straszliwe-by potem
Było i nagle urwane, niewierne
Dzieło człowieka, a stało się radością
Od teraz oto
Zamieszkać w miłującej nocy i zachować
W oczach naiwnych niezachwiane

Otchłanie mądrości. A zielenią się
W głębi na stokach gór żywe zarówno obrazy.

Jednak straszliwe jest, kiedy tu i ówdzie
Bóg nieskończenie rozprasza to, co jest żywe.
Gdyż to już znaczy porzucić oblicze
Druha drogiego
I w dal poza turnie się wspiąć
Samemu, gdzie, rozpoznany dwojako,
W jeden głos zestrojony niebiański był duch; a nie był on zwiastowany, lecz porwał
Za kudły, obecny,
Kiedy znagła,
Uchodząc w dal, wstecz spojrzał ku nim Bóg,
I, przysięgający,
Aby je ujął, jakby związani
Linami złotemi, odtąd
Zło nazywając imieniem, dłonie sobie podali.

Ale, gdy umrze niebawem
Ów, któremu piękno
Najbardziej wierne było,
Iż sama postać jego
Cudem była i owi wszyscy niebiańscy
Ukazywali nań, a, kiedy wieczną zagadką będąc wzajem dla siebie,
Nie mogący wzajem ująć się,
Którzy żyli pospołu
W pamięci; a duch nietylko piasek,
Albo wierzby unosi z sobą i świątynie
Porywa, kiedy rozwiewa się
Cześć pół-boga i jego bliskich,
A nawet Najwyższy odwraca oblicze,

Że nigdzie niepodobna ujrzeć w niebiosach
Ani na ziemi zielonej
Tego, co jest nieśmiertelne: cóżże to jest?

To rzut siewcy, kiedy szuflą podbiera pszenicę
I ku klarowności dorzuca, kołysząc ją ponad klepiskiem.
Plewy do stóp się sypią, ale
Przy końcu wyłuska się ziarno.
A nie szkoda, jeśli conieco
Zatraca się i z wieści
Przebrzmiewa żywy dźwięk:
Albowiem dzieło boskie jest podobne naszemu.
Nie pragnie wszystkiego naraz dokonać Najwyższy.
Wprawdzie szyb dźwiga żelazo
A rozżarzone żywice Etna;
Tedy miałbym dostatek,
By ukształtować obraz i podobnym ujrzeć
Takiego, jakim był, Chrystusa.

Jeśli jednak jakowyś samby siebie rozniecił,
I, przemawiając smutnie, po drodze, gdy jestem bezbronny,
Gdyby mnie napadł, iżbym się zdumiał i zapragnął
Naśladować ten obraz Boga, ja, rab —
W gniewie widziałem raz jeden
Widzialnego Pana niebiosów: nie, iżbym miał być czemś, lecz
Bym się pouczył. Są dobrotliwi oni, ale najbardziej im nienawistne
Jest, dopóki władają, to, co fałszywe, a wtedy
Wśród ludzi to, co jest ludzkie, już jest bez znaczenia.
Gdyż nie oni to rządzą, ale on rządzi,
Los śmiertelny, i przeobraża ich dzieło
Samo z siebie i spiesznie skłania je ku zakończeniu.
Kiedy bowiem wyżej wznosi się niebiański

Wchód triumfalny, nazwany jest słońcu równy
Przez silnych — weselący się syn Najwyższego.

On, hasło; a tutaj
Skłania się w dół berło śpiewu.
Gdyż nic pospolite nie jest. Wskrzesza
Z martwych umarłych, co nie są jeszcze w niewoli
U rubaszności. Ale czeka wiele
Oczu lękliwych,
By ujrzeć światło. Niechętnie
Zakwitnąć muszą na ostrym promieniu,
Aczkolwiek odwaga dzierży złote wędzidło.
Lecz, jeśli kiedy
Zapomniana od wzdymających się powiek
Świata,
Cicho lśniąca opada moc z świętego pisma, niechże,
Radujący się łaską, ćwiczą się
W cichem wejrzeniu.

A, jeśli teraz niebiańscy,
Tak, jak w to wierzę, miłują mnie,
Ileż bardziej ciebie;
Bowiem wiem jedno,
Że wola Ojca przedwiecznego
Wiele tobie oznacza. Cichy jest jego znak
Na piorunującem niebie. A jeden, a któryś, pod nim
Całe swe życie stoi; gdyż jeszcze żyje Chrystus.

A bohatery — to Jego synowie,
Wywodzący się z Niego i litery święte
Z Niego, a błyskawicę tę
Po dziś dzień objaśniają wszystkie czyny ziemi,

Gonitwa niepowstrzymana. A on jest przy tem, gdyż dzieła Jego
Są mu świadome od samego początku.
Za długo, za długo już
Niewidzialna jest cześć niebiańskich.
Gdyż niemal-że wieść nas muszą
Za palce i haniebnie
Serce wydziera nam jakowaś potęga.
Wszelkiej bowiem ofiary pragnie każdy z niebiańskich.
A, gdy zaniedbano jakiej, to
Nigdy nie zaowocowało dobrem.
Służyliśmy matce ziemi
I służyliśmy potąd słonecznemu światłu,
Niewiedzący. Lecz Ojciec, co włada nad wszystkiem,
Najbardziej pragnie, miłując, iżby strzeżono
Utrwalonej litery i to, co ma przetrwać,
Wyłożono, jak trzeba. W ślad za tem śpiew kroczy Germanów.




Stefan George
PORTA NIGRA
Ingenio Alf: Scolari

Żem też się zbudzić musiał w waszym czasie,
Którym znał przepych miasta Transteveru,
Siostrzycy chwałę gdy dzieliła: Romy.
Gdy wzrok płonący wielki legij szyki
Pancernych widział. Kiedy na arenie
Frankowie jaśni zadławiali lwy.
Przed pałacami trombity — i bóstwo:
August na złotej w purpurze kwadrydze!

Wśród willi lotnych ciekła tu Mozella...
Jakiż upojny dźwięk przy winobraniu!
Dziewczęta niosły urny, drżące życiem —
Ledwo-m rozeznał te ruiny. Szczątki
Murów cesarskich oblizują mgły.
Święte znamiona w trumnach zbeszczeszczone.
Obok zaryte jamy barbarzyńców...
Tylko się dźwiga brama, którąm kochał!

W żałobnej krepie czasów ale z pychą
Ze setek okien miota swą pogardę
Na wasze nędzne lepianki (zerwijcie
Co nie przestaje z was szydzić!), na ludzi:
Książąt, kapłanów, żołdaków jednakich,

Na wzdęte larwy z zagasłem wejrzeniem,
Niewiasty, które rab‘by nasz odtrącił —
Cóż znaczą sprawy, które wy sławicie:

Najszlachetniejsze zatracono: krew...
My, cienie, silniej dyszymy! żyjące
Widma! śmieje się chłopiec Manlius...
Potrząsać berłem nad wami nie pragnie,
Który najniższym parał się zarobkiem,
Którego nazwać się lękacie — szedłem
Namaszczon olejkami wokół bramy
Noc sprzedający najemcom Cezarów!




Hugo von Hofmannsthal
PRZEŻYCIE.

Srebrzysto-szarą wonią wypełniona
była dolina zmierzchu, jakby księżyc
przez chmury się przesiewał. Lecz nie była noc to.
Wraz z szarosrebrną wonią tej doliny
ciemnej, zmierzchając, myśli me spływały
i cichom tonąć począł w tem przędzącem,
przezroczem morzu — opuszczałem życie.
Jakżeż cudowne były tutaj kwiaty
płonące kielichami! Gąszcz roślinny,
w które blask żółto-krwawy, jak z topazów,
w strugach przenikał ciepłych, żarzył się. A całość
sute, głębokie wypełniało tlenie
smętnej muzyki. I otom ja wiedział,
choć nie pojmuję, ale to wiedziałem:
że to jest zgon. Przemienił się w muzykę,
potężnie tęskniąc, słodki, ciemno-płonąc,
krewny najgłębszej melancholji.
Dziwne!
Nostalgja bezimienna cicho łkała
w duszy mej, pragnąc życia, łkała,
jako ten szlocha, który na korabiu
w żaglach olbrzymich, pożółkłych, z wieczora
na toni modro-głębokiej swe miasto,
miasto ojczyste mija. Tedy widzi
zaułki, słyszy studzien szum i wdycha

woń bzowych krzewów, postrzega sam siebie,
jak stoi na wybrzeżu dzieckiem, z czułym wzrokiem,
co jest zlękniony i płakać pragnie, widzi
poprzez otwarte okno blask w swej izbie —
lecz wielki korab unosi go dalej,
na toru modrej, głębokiej, bez szmeru
sunąc w pożółkłych, niepojętych żaglach.




Reiner Maria Rilke
REQUIEM
za przyjaciółkę.

O, mam umarłych moich, i zwracałem
im własną wolność, i zdumiony byłem,
jak utuleni są, jak w tem umarciu
zadomowieni szybko, sprawiedliwi,
jak od opinji swej różni. Ty jeno,
ty wracasz; muskasz mnie, okrążasz, pragniesz
potrącić o coś, by zabrzmiało tobą,
by cię zdradziło. Och, ty nie wydzieraj,
czego się uczę zwolna. Ja mam słuszność;
mylisz się, kiedy, wzruszona, zatęsknisz
za jaką rzeczą. My ją przemieniamy;
tutaj jej niema; rzutujemy z głębi
bytu naszego ją, odzwierciadlamy
ją tutaj, gdy ją tylko rozpoznamy.

Znacznie cię dalej sądziłem. Przelęka
mnie, że to właśnie ty błądzisz i krążysz,
któraś przeobraziła więcej, niźli
jaka kobieta inna. Nie to, żeśmy
strwożyli się, kiedyś umarła; nie,
że mocna śmierć twa ciemno nas przecięła,
to, co aż było dotąd, odrywając
raptem od tego, co nadeszło potem:
to nas obchodzi: to włączyć w ordynek

jest pracą naszą, którą czynim z wszystkiem.
Lecz, żeś się sama strwożyła i teraz
drgasz trwogą tam, gdzie lęku już nie zaznać,
że z twej wieczności tracisz okruszynę
i wkraczasz tutaj, przyjaciółko, tutaj,
gdzie wszystko jeszcze nie jest; że w wszechświecie
raz pierwszy rozdrobniona, połowiczna,
drabiny nieskończonych natur tak
nie uchwyciłaś, jak rzecz wszelką tutaj;
to, że z koliska, co cię już przyjęło,
ciążenia siła głucha niepokoju
jakiegoś ściąga cię w dół w czas znaczony —
nocą mnie często budzi, jak włamywacz.
Ach, gdybym wyrzec mógł, że jeno raczysz,
że z łaskawości przybywasz, z nadmiaru,
gdyż takaś sama w sobie upewniona,
że stąpasz wokół, jak dziecko bez drżenia
przed miejscem, w którem ukrzywdzić je mogą —
lecz nie: ty prosisz. To mnie tak przerzyna
po same kości i szarpie, jak piła.
Ten wyrzut, który skrywałabyś, widmo,
zapamiętała mi, kiedy się nocą
w płuca me cofam, w trzewia, w tę ostatnią
nędzną komorę tego serca mego,
ten wyrzut nie byłby aż tak okrutny,
jak to chodzenie po prośbie. Cóż prosisz?

Powiedz, pojechać-że mam? Czyż gdziekolwiek
pozostawiłaś przedmiot, co się dręczy,
i pragnie iść za tobą? Czyliż mam się
w kraj udać, niezaznany, choć był tobie
tak krewny, jak połowa druga zmysłów?

Na rzekach jego chcę żeglować, pragnę
przybić do brzegu, o dawny obyczaj
pytać, gawędzić z kobietami we drzwiach
i patrzeć, jak swe dzieci przywołują.
I zapamiętać chcę, jak krajobrazem
przy dawnej się robocie otulają
na łąkach i na polach; chcę zażądać,
by przed oblicze stawiono mnie króla,
i chcę kapłanów podżegać przekupstwem,
by mnie rzucili przed najsroższe bóstwo,
poczem odeszli, drzwi świątyń zawarli.
Zapragnę jeszcze, gdy dowiem się wiele,
poprostu przypatrywać się zwierzętom,
aby cokolwiek z ich ruchów w me stawy
spłynęło; krótkie zechcę mieć istnienie
w ich oczach, co mnie chwilę zatrzymają
i zwolna cicho uwolnią, bez sądu.
Chcę, aby ogrodnicy po imieniu
wiele mi kwiatów nazwało, bym w szczątkach
tych pięknych nazwań jakby drobną resztkę
ich wielolitych zachować mógł woni.
I chcę owoce kupować, owoce,
gdzie jest raz jeszcze ziemia — aż po niebo.

Gdyż pojmowałaś to: prężne owoce.
Na czary układałaś je przed siebie
i barw ciężarem je równoważyłaś.
I, jak owoce, widziałaś podobnie
kobiety, oraz dzieci, równie z wnętrza
pędzone w kształty, w kształty ich istnienia.
Ujrzałaś siebie wreszcie, jako owoc,
wyjęłaś siebie z sukien, przed zwierciadło
siebie zaniosłaś, w nie się zapuściłaś

z wyjątkiem twego patrzenia; zostało
ono tam, przed niem, wielkie, i nie rzekło:
otom jest ja; przeciwnie: oto jest.
Tak ciekawości wyzbyte przy końcu
było patrzenie twe, ubóstwa pełne,
że nie pragnęło nawet ciebie: święte.

Tak cię zachować pragnę, jakeś sama
w lustrze się ustawiła, w wnętrzu głębi
i od wszystkiego zdala. Czemuż schodzisz inna?
Dlaczegoż odwołujesz siebie! Czemu
wmówić mi pragniesz, że w kulach bursztynu
wokół twej szyi coś-nie-coś ciężaru
było: ciężkości, której nigdy niema
w obrazach, które zaświat już ukoił;
przecz mi postawą zwiastujesz złą wróżbę;
cóż nakazuje ci kontury ciała
wykładać, jakby linje jakiej dłoni,
iż widzieć muszę je pełne przeznaczeń?

O, podejdź w światło świecy. Wpatrywania
w zmarłych nie strwożę się. Kiedy nadchodzą,
w naszem spojrzeniu zatrzymać się mają
prawo, podobnie, jak inne przedmioty.

Chodź tutaj; pozwól, chwilę się uciszmy.
Spójrz-że na różę tę na mojem biurku;
czyż nie jest światło wokół niej tak samo
onieśmielone, jak wokoło ciebie:
i jej tak samo trwaćby tu nie wolno.
Powinna zostać była tam w ogrodzie,
nieprzemieszana ze mną, lub zawiędnąć, —
i oto trwa tak: czem jej ma świadomość?

Nie przeraź się, gdy pojmę teraz, ach,
oto się dźwiga we mnie: zrozumienie,
muszę je przyjąć, chociażbym miał umrzeć.
Pojąć, że jesteś tutaj. Już pojmuję.
Jak ślepiec po omacku rzecz pojmuje,
czuję twój los i nie znam dlań imienia.
Pozwól, iż razem będziemy się żalić,
że ktoś cię wyjął z lustra. Zdołasz płakać?
Nie umiesz. Napływ, moc łez przemieniłaś
w dojrzałe, trwałe zapatrzenie twoje,
i z trudem każdy twój sok przesączyłaś
w istnienie silne, co wznosi się, krąży,
i równowagę utrzyma, naoślep.
A wtedy traf cię, twój traf już ostatni,
wyrwał, zawrócił z twego najdalszego
postępu w świat ów, gdzie soki wciąż pragną.
Nie całkiem wydarł; naprzód kawalątko,
lecz wokół tego strzępa gdy z dnia na dzień
tak rzeczywistość obrastać poczęła,
że zaczął ciążyć, wówczas całą siebie
zużyć musiałaś: temu się poddałaś,
z mozołem wyłamałaś się w okruchach
z prawa, albowiem całej siebie było
ci trzeba. Wtedy siebie przekopałaś
i wygrzebałaś z ciepłej ciemnej gleby
twojego serca zaledwie zielone
nasienie, z niego zakiełkować miała
śmierć; własna śmierć twa, śmierć dla twego życia.
I jadłaś je, te ziarna twojej śmierci,
jak wszystkie inne, spożyłaś jej ziarna,
i miałaś w sobie posmak jej słodyczy,
tej nieczekanej, miałaś słodkie wargi,
ty: co już z wewnątrz, w zmysłach, byłaś słodka.


O, pozwól nam się skarżyć. Wiesz-że, jako
z niezrównanego krążenia krew twoja
niechętnie, wzdragająca się, wracała,
gdyś odwołała ją? Jak, pomieszana,
niewielki obieg ciała znów podjęła;
jako, nieufna wielce i zdumiona,
w łożysko płci przenikła i tam, nagle,
znużyła się powrotem swym olbrzymim?
Tyś przynaglała ją, naprzód ją gnała,
szarpałaś ją do miejsca grozy, jak
stado się zwierząt ciągnie do ołtarza;
przyczem pragnęłaś, by radosna była.
I wymusiłaś to wreszcie: szczęśliwa
była, nadbiegła i wszerz się rozlała.
Tobie, przywykłej do innych miar, że-to
na chwilę tylko, zdało się: a przecie
w strumieniu czasu brnęłaś: czas jest długi.
I czas przypływa i wzbiera i czas
jest jako nawrót przewlekłej choroby.

Jak krótkie było twe życie, jeżeli
przyrównasz je godzinom, gdyś siedziała
i liczne moce rozlicznej przyszłości
zginałaś, milcząc, ku zarodzi dziecka,
co w los się przemieniło znów. Bolesny trudzie.
O, praco ponad siłę wszelką. Tyś
dzień po dniu ją czyniła, tyś się wlokła
i z kołowrotka wyciągałaś piękny
wzór, wszystkie nici wiążąca odmiennie
twoje. A wreszcie, już przy samym końcu,
odwagi ci starczyło do zabawy.

Albowiem, kiedy dokonane było,

nagrody zapragnęłaś, jako dzieci,
co słodko-gorzką wypiły herbatę,
która ozdrawia może. Tak się nagradzałaś:
od wszystkich ludzi bowiem zbyt daleko
nawet i teraz byłaś; niktby nie potrafił
miłej dla ciebie wymyśleć nagrody.
Wiedziałaś o tem. Zasiadłaś na łożu,
przed tobą stało zwierciadło, to, które
wróciło tobie wszystko. Oto teraz
to wszystko było tobą, a tam wewnątrz
tylko złudzenie, owa piękna złuda
kobiety wszelkiej, co chętnie w klejnoty
stroi się, włosy czesze i poprawia.

I tak umarłaś, jak niegdyś kobiety
marły, umarłaś w ciepłym swoim domu
położnic śmiercią, co pragną zpowrotem
zamknąć się i już nie mogą, albowiem
ta ciemność, którą urodziły wespół,
raz jeszcze wraca i pili i wkracza.
A czyliż wtedyby nie należało
jednak odnaleść było płaczek? Kobiet,
co za pieniądze wrzeszczą, które można
płacić, by całą noc szlochały w ciszy?
Obrządków! My nie mamy dość obrządków.
Wszystko przemija, przegadane wszystko.
Tedy, umarła, nadejść musisz, ze mną
by powetować skargi. Słyszysz, jak się skarżę?
Pragnąłbym głos mój narzucić, jak chustę,
na druzgi twojej śmierci i ją szarpać,
aż się rozleci w kawały, i wszystko,
co mówię teraz, niechajby w łachmanach
przez głos ten przeszło, trzęsące się z zimna;

gdybyż na skargach poprzestać. Lecz oto:
oskarżam. Nie jednego tego, który
ciebie z twej własnej wydobył łupiny,
(już nie odróżnię go, jest on jak wszyscy)
lecz wszystkich w nim oskarżam jednym: męża.

Jeśli gdziekolwiek we mnie bardzo dawne
dziecięctwo w głębi wznosi się, a nie znam
go jeszcze, może najczystsze dziecięctwo
dzieciństwa mego: niechaj nie wiem o niem.
Nie patrząc, pragnę urobić Anioła
zeń, poczem rzucić w najpierwsze szeregi
Aniołów w krzyku, by przypomnieć Bogu.

Gdyż to cierpienie trwa już nadto długo
i nikt nie zdoła mu sprostać, za ciężkie
jest dla nas zaplątane to cierpienie
zafałszowanej miłości, co, wsparte
na przedawnieniu i na nawyknieniu,
prawem się zwie, a karmi się bezprawiem.
Gdzie jest mężczyzna, który miałby prawo
do posiadania? Któż posiadać zdoła,
co samo siebie nie ma, jeno czasem
pochwyci siebie błogo, by odrzucić,
jak dziecko piłkę? Jako wódz podobnie
nie zdoła Niki na dziobie okrętu
wstrzymać, tajemna lekkość jej boskości
gdy nagle wznosi ją w jasny wichr morski:
podobnie nikt z nas nie może kobiety
przywołać, która już nas nie postrzega
i na wąziutkiem pasemku istnienia
odchodzi cudem, niepokaleczona:
chyba, że zrodziłby się ów złoczyńcą.


Gdyż to jest winą, jeśli co jest winą:
wolności tego, co się ukochało,
o całą wolność własną nie pomnożyć,
na którą zdobyć się można. My przecie,
kiedy miłujem, mamy jedno tylko:
wzajem opuścić siebie; że się dzierżym,
to jest nam łatwo: uczyć się nie trzeba.

Czyż tutaj jesteś jeszcze? W jakim kącie? —
Tyś o tem wszystkiem tak wiele wiedziała
i tyleś mogła, skoroś tak odeszła,
jak dzień wschodzący, otwarta wszystkiemu.
Kobiety cierpią: kochać — to być samym,
artyści zaś niekiedy pośród pracy
to przeczuwają, że przetwarzać muszą,
kiedy kochają. A tyś rozpoczęła
jedno i drugie; to bowiem i tamto
w tem się zawiera, co teraz twa sława
paczy, ta sława, która cię okrada.
Ach, tyś daleka była wszelkiej chwale.
Tyś niepozorna była; swą urodę
przyjęłaś lekko w siebie, jak chorągiew
zwija się w szary ranek w dniu roboczym,
i tylko pracy długiej tyś pragnęła, —
co nie jest dokonana: mimo wszystko.

Jeśliś jest jeszcze tu, jeśli w ciemności
tej jakie miejsce jest, kędy wrażliwie
zjawa twa współdrga płaskim falom dźwięku,
które rozbudza głos samotny nocą
w prądzie wysokiej komnaty: o, słuchaj:
pomóż mi. Widzisz, my się tak zsuwamy,

nie wiedząc kiedy, z powrotem z postępu
naszego w coś, czego nie zamierzamy;
zaplątujemy się w tem, jako we śnie,
i umieramy w tem, nieprzebudzeni.
Nikt nie wykroczył poza to. Każdemu,
kto krew swą dźwignął w dzieło, które przetrwa,
zdarzyć się może, że go nie utrzyma
na wysokości już i że opadnie
własnym ciężarem, bez wszelkiej wartości.
Skrywa się bowiem gdzieś pradawna wrogość
pomiędzy życiem a olbrzymią pracą.
Obym ją pojął, wspomóż — ty mnie — rzekła.

Nie wracaj. Jeśli wydołasz, pozostań
umarła pośród umarłych. Umarli
są zatrudnieni. Ale tak mi pomóż,
by nie rozproszyć się na cały wszechświat,
najdalsze jak wspomaga czasem: we mnie.




Reiner Maria Rilke
REQUIEM.
Za Wolfa hrabiego von Kalckreuth.

Zaprawdę, nie widziałem ciebie nigdyż? Serce
tak mam ciężarne tobą, jak przez nadto
ciężki początek, który się odracza. Niechbym
rozpoczął ciebie, umarły, wymawiać, ty, coś
umarły jest; ty chętnie, ty namiętnie
umarły. Byłoż to ci taką ulgą,
jakeś osądził, albo zali jednak
to już-nie-życie wciąż dalekie jeszcze
od umarłości było? Tyś przypuszczał,
że tam prawdziwiej posiądziesz, własności
gdzie nikt nie ceni. Zdało ci się: w dali
tamtej od wewnątrz wsnuty będziesz w pejzaż,
co tu przed tobą kroczył wciąż, jak obraz,
i w ukochaną przenikniesz od wnętrza,
przejdziesz przez wszystko, silny i skrzydlaty!
Och, obyś teraz twych lat pacholęcych
pomyłki nadto długo nie wetował.
Obyś, rozpłynion na prądach żałości,
porwany przez nie i w pół tylko świadom,
w ruchu okrężnym wokół gwiazd dalekich
odnalazł radość, którąś stąd przełożył
w umarłość twoich snów. Jakże blisko, miły,
byłeś jej tutaj. Jak zadomowiona

była ta, którąś mniemał: twej tęsknoty srogiej
poważna radość. Gdyś zarówno szczęściem,
jak i niedolą gdy rozczarowany,
ryłeś się w siebie i kiedyś z przejrzeniem
mozolnie wracał, pod uciskiem niemal
skruszon ciemnego twego znaleziska:
wtedyś ty dźwigał ją, nierozpoznaną,
radość: drobnego twego Zbawiciela
brzemię przez krew dźwigałeś i ponad nią.

Czemuś nie czekał, aż ciężkość się stanie
nie do zniesienia: wtedy się przemienia,
i tak jest ciężka, gdyż tak jest prawdziwa.
Widzisz, to może twa najbliższa chwila
była; we włosach wieniec układała
może przed drzwiami, kiedyś ty je zawarł.

O, huk ten, jakżeż przenika on wszechświat,
gdy kędyś ostry twardy niecierpliwy
przeciąg na rygiel zatrzaskuje zamek.
Któż zaprzysięgnie, że zdrowe nasiona
nie popękają przezeń w głębi ziemi;
któż zbadał, czy w zwierzętach oswojonych
rozkosz zabicia nie zadrga lubieżnie,
gdy to szarpnięcie w mózg im padnie blaskiem
błyskawicowym? Któżże wpływ rozezna,
co z działań naszych przeskakuje w ostrze
bliskie, i któżże zdołałby nareszcie
wieść go do końca, kiedy wszystko wiedzie?

To, żeś ty zburzył. Że po koniec czasów
to jedno trzeba będzie rzec o tobie.

A, jeśli zrodzić się będzie bohater
miał, co znaczenie, które my przyjmujem
za rzeczy samych oblicze, jak larwę,
zedrze i kiedy on-to, oszalały,
oblicza nam odkryje, których oczy
znieruchomiałe zdawna są wpatrzone
w nas poprzez szpary, dotąd maskowane:
to jest obliczem raz na zawsze, nigdy
się nie przemieni: żeś zburzył. Tu spoczywały
głazy, a na powietrzu wokół nich już rytm ten,
ledwo wstrzymany, drgał przyszłej budowli;
błądziłeś wokół, ale ich porządku
nie postrzegałeś, każdy ci przesłaniał
następny; każdy zdał się wkorzeniony,
kiedyś, przechodząc, próbował nieufnie,
czy nie podejmiesz go. I wszystkieś podjął
w twej desperacji, ale tylko poto,
by je napowrót zawalić w ziejący
ów kamieniołom, w który już nie wejdą,
twem sercem rozszerzone. Gdyby jaka
kobieta lekką dłoń na twego gniewu
tak wątły jeszcze początek złożyła;
gdybyż ktoś, wielce zajęty, w najgłębszem
zajęty wnętrzu swojem, gdyby ciebie
bez słowa spotkał, gdy niemy wyszedłeś
w świat czyn ów spełnić —; gdyby choćby ścieżka
twa mimo wiodła w pobliżu warsztatu
czujnego, gdzie mężczyźni kują, gdzie z prostotą
urzeczywistnia się dzień; gdyby w twem wejrzeniu,
po brzegi wypełnionem, choćby tyle
przestrzeni pozostało, iż odbicie
żuka, co się mozoli, wejść weń mogło:
nagle, ujrzawszy jasno, przeczytałbyś

pismo, którego znaki od dzieciństwa
powoli rytowałeś w sobie, próbujący,
czy jakie zdanie od czasu do czasu
samo nie złoży się: ach, niedorzeczne
zdało się tobie. Wiem; o, wiem; leżałeś
przed niem i palce zdzierałeś o bruzdy,
jak po omacku wyczuwa się napis
na płycie grobu. Co ci się zdawało,
iż płonie jarko, dzierżyłeś, jak żagiew,
przed owym wierszem; ale płomień gasł,
zanim pojąłeś, być może oddechem
stłumiony, może dygotem twej dłoni;
a może z siebie sam, jak to płomienie
niekiedy gasną. Nigdyś nie przeczytał.
My się zaś czytać już nie ośmielamy
z oddali nadto wielkiej, przez ból wszystek.

Tylko się wierszom tym przypatrujemy,
co słowa twe unoszą dobierane
w dół, z prądem twego czucia zawsze jeszcze.
Nie, nie wybrałeś wszystkich; często bowiem
powierzon ci był początek, jakgdyby
gotowa całość, której zawierzałeś,
jak powołaniu. I zdał ci się smutny.
Ach, obyś nigdy był go nie usłyszał.
Anioł twój zawsze jeszcze woła głośno
i tekst ten sam inaczej akcentuje,
a we mnie radość bezmierna wybucha,
gdy słyszę, jak on wymawia: nad tobą
zachwyt: albowiem to własności twoją
było jedyną: iż kochania godne
wszystko od ciebie znowu odpadało,
iż wyrzeczenie pojąłeś w nauce

długiej widzenia, a w śmierci twój postęp.
To jeno twojem było, ty, artysto;
te trzy rozwarte formy. Oto odlew,
o, spójrz, tej pierwszej: obszar wokół twego
uczucia; z drugiej tej oto wykuję
patrzenie, które nic już nie pożąda,
wielkiego wzrok artysty; a zaś w trzeciej,
którą przedwcześnie sam pogruchotałeś,
gdy w nią pokarmu ledwo pierwszy drżący
z rozpalonego do białości serca
haust wniknął, — śmierć starannie wykończona
była, głębokim ukształcona dłutem,
śmierć własna, której tak bardzo nas trzeba,
gdyż my ją żyjem, a której przenigdzie
tak blisko nie jesteśmy, jako tutaj.

To wszystko było twym dobytkiem oraz
przyjaźnią twoją; częstoś to przeczuwał;
lecz potem próżnia form cię tych strwożyła,
sięgnąłeś w nie i zaczerpnąłeś pustkę
i wzniosłeś skargę. — O, dawne przekleństwo
poetów, co się skarżą, miast wymawiać,
co sąd sprawują nad swojem uczuciem
wtedy, gdy winni je kształtować; którzy
wciąż jeszcze myślą, iż to, co w nich smutne,
albo radosne, znają: że im wolno
żalić się nad tem w wierszu lub je sławić.
I używają mowy tak, jak chorzy,
utyskujący, aby opisywać,
gdzie też ich boli, zamiast się przemienić
twardo w wyrazy, jak się przeobraża
kamieniarz w głazu obojętność, kiedy,
zawzięty, ciosa sklepienie katedry.

To był ratunek. Gdybyś choć raz jeden
ujrzał, jak los przenika w strofy, stamtąd
już nie powraca, jak się wewnątrz staje
obrazem, tylko obrazem, podobnie,
jak przodek, który, gdy wzniesiesz niekiedy
źrenice, w ramach zda ci się ten samy,
to znowu inny —: byłbyś wytrwał.
Jednak
jest małostkowe to, co się nie stało,
myśleć. A także jest pozór wyrzutu
w tem porównaniu, co cię nie dotyczy.
To, co się dzieje, tak bardzo wyprzedza
mniemanie o niem, że go nie dogonim
nigdy, nie pojmiem, jako wyglądało
w rzeczywistości przenigdy.
O, nie bądź
zawstydzon, kiedy cię muskać umarli
będą, ci zmarli inni, którzy aż do końca
wytrwali. (Cóżże znaczy słowo koniec?).
Spokojnie wymień, jak jest we zwyczaju,
spojrzenie z nimi, wcale się nie lękaj,
iż żal za tobą nasz tak cię obarczy
dziwnie, że spojrzą zanadto uważnie.
Z tych czasów wielkie słowa, gdy zdarzenia
widzialne jeszcze były, nie są dla nas.
Któż o zwycięstwie rzekł? Przetrwać jest wszystkiem.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Marek Eiger.