Strona:Stefan Napierski - Poeta i świat.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


by promień blasku nawet nie powrócił,
jak nóż, krający tafle przezroczyste,
i nie rozigrał powierzchni pokusą
fal rozedrganych, jako srebrne płetwy:
— więc zatrzasnąłeś światło bardzo blade,
bardzo złociste, czarne i zielone,
w sobie, jak wieko.

Boś o to walczył, łamał się z przemocą
liści i kwiatów i srebrnego nowiu
— maleńkich czarnych liści w noc srebrzystą,
słowików, co kląskają bezpamiętnie! —
boś o to walczył z potęgą korzeni,
zarytych w głębie ziemi, wiecznie płodnej,
z runią, zieloną ledwie, z szumnym kłosem:
abyś nie musiał śpiewać! O toś walczył
z ulewą mroku, ognia i powietrza,
z ciszą i wichrem, z gwiazdami i morzem,
i o toś złamał twą szpadę, młodzieńcze!

Bo nie o serce ludzi. Znałeś kruchość
serc; ich bezdenną płynność; ich niemożność
sprostania losom, co je w popiół kruszą
i przepalają, że się rozsypują
w dłoni, jak od dotknięcia płomieni; nie o nie.
I nie o zdradę. Bo i któż jej sprostał?
Tyś ją podźwignął. U dna namiętności,
co w jedno wiąże dwoje ciał samotnych,
że się szamocą, jako ryby ślepe,
gdy je zalewa zabójczy powietrza
przestwór, pękają tętna: u dna tego
dojrzał-ś ją. Aleś oczu nie odwrócił: —
od paleniska najbardziej skrytego,