Strona:Stefan Napierski - Poeta i świat.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Obfity w strugi, ani
Inni jakowy ostrów,
Wspaniale nie dźwiga się Patmos.

Ale gościnny
W każdem uboższem domostwie
Jest jednak.
Tak, kiedy korab rozbiwszy, lub skargę wznoszący
O domowe ognisko, albo
Przyjaciela, z którym skazano go na rozłąkę,
Zbliża się kto
Z obcych, chętnie go wysłucha; a jego dzieci,
Głosy gajów gorących,
I tam, gdzie piaszczyste wybrzeże opada i rozdwaja się
Pól płaszczyzna, brzmienia tych głosów
Nasłuchuję go i miłujący odzywa się oddźwięk
Skargom owego męża. Tak piastował
Ongi ulubionego bóstwu
Zwida, który w błogiej młodości
Odszedł
Wraz z Najwyższego synem, nierozdzielny; albowiem
Ów, dźwigający burze, miłował prostotę
Ucznia, a ten baczny mąż
Pilnie oglądał oblicze Boga,
Kiedy u tajemnicy szczepu winnego
Wespół siedzieli porą wieczerzy,
I, w wielkiej swej duszy przeczuwający zgon,
Wypowiedział-to Pan i ostatnia miłość; nigdy bowiem podówczas
Dość wypowiedzieć nie zdołał o słów dobroci
I rozweselać niemi, gdy widział przed sobą
Zagniewanie świata.
Gdyż wszystko jest dobre. Poczem zmarł. Wiele-by trzeba