Strona:Stefan Napierski - Poeta i świat.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tajemniczo
W złotawym dymie rozkwitło,
Wyrosło, o, jak szybko,
Wraz z krokami słońca,
Pachnąc tysiącem szczytów.
Ku mnie, o, Azjo, rozwarta przede mną, i, oślepiony, szukałem
Czegoś, com znał, gdyż nienawykłem
Do tych ulic przestronnych, skąd
Opada stromo z Tmolusa
Paktol, zdobiony złotem,
I Messogis się dźwiga i Taurus,
A, w kręgu rozkwieconych ogrodów,
Cichy płomień. Ale na świetle
Kwitnie wysoko srebrzysty śnieg,
I, świadek nieśmiertelnego życia,
Na niedostępnych murach,
Wzrasta pradawny bluszcz, a wspierane
Są kolumnami żywemi, cedrami oraz wawrzynem,
Dostojne,
Niby przez bogów wzniesione, pałace.

Ale wokół bram Azji,
Wijąc się tam i sam,
W niepewnej morskiej dolinie, szumi
Wiele gościńców bez cienia.
Lecz znajome są wyspy żeglarzom.
A, żem posłyszał,
Iż jedna, w pobliżu leżąca,
To Patmos,
Tedym wielce zapragnął,
Tam-oto zażyć gościny i tam-to
Do ciemnej zbliżyć się groty.
Gdyż, nie jak Cypros,