Strona:Stefan Napierski - Poeta i świat.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


E. T. A. HOFFMANN

W ponczu oparach, dusznych i gorących,
a tak gryzących, jak łzy, kiedy płomyk
modry trzepoce, niby w zmierzchu motyl
— tu, pod sklepieniem nizkiej tej piwnicy,
w mroku, o łuki ostre przełamanym,
pod skrzydłem cieni, pod okiem demona,
jest jakby harfa. Kiedyż zagra na niej?

Wsparty o zydel, wyciągnąwszy nogi,
przegięty ekstatycznie, jakby tonął,
albo jakgdyby śmiał się, z wzrokiem lśniącym,
z szklistą, zmartwiałą, szczęśliwą źrenicą,
z cybucha pyka zwolna (ten bulgoce),
o! nie pijany, ale zstępujący
w piekło: w tych dymach, co się wiążą, kładą
tam pod pułapem, jak szorstki sznur stryczka,
ileż zjaw! ileż tonów! ileż śmierci!

Gdy się odśmiechnąć pragnie — z takim trudem,
jak dziecko, które płakać już przestaje,
i usta ściska i zaplata rączki
bezsilne — widzi dzioby! żmije! knieje!
A potem gruzy: te mroczne ruiny
wizji strzaskanej w purpurowym zmierzchu;
monstra w kadłubach okrętów; ondyny,
trenem białawym, zbyt długim, wabiące,
w rozwianej luźnej szacie, w księżycowej