Strona:Stefan Napierski - Poeta i świat.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nieuleczalnie wiedzący, podobny!
Więc nie zadrżała ci ręka, poeto,
kiedyś odchodził od nich; kiedyś wolność,
tę sobiepańską i nie do zniesienia,
na wyślizganych parkietach, w poblasku
dzwoniących kandelabrów, przed ministrem,
któremuś schlebiał, zaciskając zęby,
i przygryzając w uprzejmym uśmiechu
wargi, w swym szarym fraku bardzo smukły,
lok czarny odrzucając z czoła, — gdyś zaprzedał!

I od umarłych, którzy byli blizko,
odszedłeś; nocą, na głuchych wieżycach,
kiedy dzwoniły zegary: wracali,
zlekka muskając płomień świecy, trwali,
a tyś nie zadrżał; z uśmieszkiem triumfu,
jakgdyby w kole poświęconej kredy,
z wargą drgającą, wzrokiem nieprzytomnym,
kułeś i giełeś, jako klingę szpady,
strofy hartowne, niezłomne, zabójcze,
i celne, jakbyś samo serce świata
przebijał! Bo odszedłeś od umarłych:
od mrocznych sprzętów frankfurckich kantorów,
od mebli, które trzeszczały życzliwie,
od poczerniałych, przychylnych portretów,
od starych, złotych, okrągłych dukatów,
obciętych z jednej strony, brzękających
na ladzie. Rozmawiałeś w puste noce
i odpowiedzi słyszałeś olbrzymie,
których nie było, o, wielki aktorze!
Wreszcie pojąłeś, że to jest monolog.

I rozmawiałeś dalej. Cóż zostało