Strona:Stefan Napierski - Poeta i świat.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mijali się niedbale stopą lekką,
jak oswojone bestje, swym tanecznym,
sprężonym i drapieżnym krokiem. — Otoś nadszedł.

Wspomniałem cię w tem mieście strasznie cichem,
gdzie, by zaczerpnąć oddechu Hellady,
stanąłeś na wybrzeżu niegościnnem,
w czarnym i rudym Tryjeście, — spokojny!
Piękna szukałeś tu, co cię zabiło,
jako z posągu fałd sztylet rozbłysły,
celnie ostrzony, płaski, niezawodny
puginał! Jak los własny, tak mi-ś blizki!
W bezksiężycową noc dłonią znużoną
nieco papiery odgarnąłeś z stołu
bardzo prostego (gdy przystań smagała
bora wyjąca, zdmuchująca gwiazdy):
wtedy żałobni, biali cię dopadli
młodzieńcy, których zapragnąłeś wskrzesić,
i zbiry.

Tak już zostałeś. Z głową odrzuconą,
bez jednej kropli krwi — w gwiazdy zwróconą,
chmurne i wietrzne, — zastygłą i białą,
jak nieśmiertelny marmur.


Michałowi Choromańskiemu