Strona:Stefan Napierski - Poeta i świat.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


WINCKELMANN.

Pod arkadami, gdzie mnie namydlono
pianą, goryczą migdałów pachnącą
świeżych, — gdy balwierz pod godłem, brzęczącem
w wietrze, co jodem zalatywał z portu,
wecował brzytwę spłaszczoną i tępą:
wieczór dogasał wśród lamp mlecznych zdala,
jak puls przestrzeni drgał, albo jak wargi
jaskrawe, jadem karminu barwione,
wpół-rozchylone śpiewem ku powiewom,
które muskały żagle rudziejące
na burej fali; wśród gnijącej woni
melonów, rozłożonych i otwartych
na ślizkich brukach, szedłem krok za krokiem
ku wylotowi uliczki: ku molo.

Tam przekreślały kadłuby okrętów
lśniących perspektyw trójkąt rdzewiejący,
czarne na srebrze sinem; tam syreny,
krwawe i piękne, niby płeć rozwarta,
wabiły; suche w łachmanach żebraczki
i chłopcy, twarze kryjący zbyt białe
pod murem domostw, z których płaty tynku,
jak strupy, opadały, — jakby cienie
tu ocierały się o mnie. — Wybiegłem!

Na mokrym brzegu kamiennym wysmukli,
o zwisających dłoniach marynarze