Strona:Stefan Napierski - Poeta i świat.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


HARRY

Którymi-ś wzgardził, od żywych, daleko
odszedłeś; od nich, przejrzanych za młodu,
o, nadto wcześnie! Wśród zboczy łagodnych,
kiedyś z pod sklepień wychodził cienionych,
czarnych, spadzistych, znanych ostrołuków
miasta Gentygi: świeży wietrzyk letni
rozrzucał włosy lśniące, ciemne, bujne
nad bladem czołem. Do warg, rozchylonych
dziwnym uśmiechem ironji smutnawej,
do ust, spragnionych w białym pyle drogi,
na ganku, bluszczem gęstym oplecionym
(a każdy listek dygotał na wietrze,
igrając): kubek podnosiłeś wina,
które chłodziło, choć zdało się cierpkie.
W spiece przysiadłeś na stopniach; na róże
zaledwoś spojrzał: były zbyt płomienne
i tak kuszące, jak miłość; sukienka
z batystu, wonna, jak obłoczek, nagle
na tej zieleni zaświeciła plamą.

Lecz wzrok już szklisty miałeś, jakbyś słuchał.
Jakbyś usłyszał wichr, szumiący w żaglach,
i rwący liny napięte, jak struny.
I jakbyś czekał burzy. Nawałnicy,
co kruszy skały, dudniąc; sercem ludzi,
jak suchym liściem, miota. Jakbyś słyszał
tę pieśń olbrzymią skargi wszechstworzenia,