Strona:Stefan Napierski - Poeta i świat.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z wyjątkiem twego patrzenia; zostało
ono tam, przed niem, wielkie, i nie rzekło:
otom jest ja; przeciwnie: oto jest.
Tak ciekawości wyzbyte przy końcu
było patrzenie twe, ubóstwa pełne,
że nie pragnęło nawet ciebie: święte.

Tak cię zachować pragnę, jakeś sama
w lustrze się ustawiła, w wnętrzu głębi
i od wszystkiego zdala. Czemuż schodzisz inna?
Dlaczegoż odwołujesz siebie! Czemu
wmówić mi pragniesz, że w kulach bursztynu
wokół twej szyi coś-nie-coś ciężaru
było: ciężkości, której nigdy niema
w obrazach, które zaświat już ukoił;
przecz mi postawą zwiastujesz złą wróżbę;
cóż nakazuje ci kontury ciała
wykładać, jakby linje jakiej dłoni,
iż widzieć muszę je pełne przeznaczeń?

O, podejdź w światło świecy. Wpatrywania
w zmarłych nie strwożę się. Kiedy nadchodzą,
w naszem spojrzeniu zatrzymać się mają
prawo, podobnie, jak inne przedmioty.

Chodź tutaj; pozwól, chwilę się uciszmy.
Spójrz-że na różę tę na mojem biurku;
czyż nie jest światło wokół niej tak samo
onieśmielone, jak wokoło ciebie:
i jej tak samo trwaćby tu nie wolno.
Powinna zostać była tam w ogrodzie,
nieprzemieszana ze mną, lub zawiędnąć, —
i oto trwa tak: czem jej ma świadomość?