Strona:Stefan Napierski - Poeta i świat.djvu/37

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    POWROTNA LEKTURA

    Ach! jakże dawno prozy nie czytałem,
    ciemnej, jak wino, aksamitnie-groźnej
    i melodyjnej: Fryderyka Hebbla.
    Czemuż wspomniałem ją dzisiaj? — Wiatr szumi
    i supła liny deszczu, jak okrętu,
    co w przeszłość sunie, rozwinąwszy żagle
    rude; gałązki o szyby kołaczą,
    jakby od marnych łez młodości mokre,
    jako wilgotne drobne piąstki dzieci,
    nieutulonych w szlochu, wystających,
    aby je wpuścić nocą, drżące — ogrzać.
    Czemuż dygocę, przyłożywszy czoło
    do tafli czarnej, jakbym patrzał w studnię
    i śledził pręgi srebrne, księżycowe
    na dnie wabiącem, śpiewnie-obłąkanem,
    jakbym wstępował w muły jezior mrocznych
    i zmartwychwstawał, nagi i w torturze?

    Pamiętam: szczupły tomik w karminowej,
    w ciemno-wiśniowej okładce. O, zmierzchy,
    o, rąbki cienia na stole otwartym
    — jak plastry rany nigdy niezamknionej,
    sączącej krew niechętną, jak gangrena —
    o, zwolna przesuwalne pasma lampy,
    gdy, wsparty w muszli dłoni, jakbym słyszał,
    mamlałem obce, wspaniałe wyrazy,
    obiecujące wszechświat, śmierć i miłość;