Pieśni Petrarki/Rozdział III/§ 2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Felicjan Faleński
Tytuł Pieśni Petrarki
Data wydania 1881
Wydawnictwo nakładem tłumacza
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Indeks stron
§ 2. Gry słów i myśli (concetti). — Symbolika. — Uporządkowanie Pieśniozbioru. — Pożytek a nawet i konieczność trzymania się w tym względzie wskazówek Petrarki. — Przebieg treści Pieśniozbioru. — Zwycięztwa (Trionfi).

Dając całkowity przekład Zbioru pieśni Petrarki, tem samem daje czytelnikowi możność ocenienia na własną rękę wewnętrznych Zbioru tego zalet i usterków. Niemniej, w obec trudności, z których nie jedna w przekładzie całkiem nawet usunąć się nie dała, nie od rzeczy będzie kilkoma słowy objaśnić jeszcze: w jakito sposób utwory te wyłącznie do uczucia Włoskiego przemawiają w pierwowzorze.
Jak wiadomo, z niewielkim wyjątkiem, od początku do końca, mowa tu jedynie o Laurze, lub do niej. Bo nawet i w ustępach nie mających z Laurą nic wspólnego, zawsze tam w zakończeniu zwrot być musi ku temu uczuciu, którego Laura jest wyłączną panią. Imię jej przecież, zaledwie parę razy wyraźnie jest wspomniane[1]. Zwykle zaś nazywa ją Petrarka Donna — co znaczy: pani, a oraz Dama czyjego serca, jak mieć chciało Rycerstwo; indziej znów Mià Donna, co już z całą ścisłością określa: czyją jest Panią; aż wreszcie Madonna, sposobem tak wysokiego uczczenia, jakie jedynie dotąd Najświętszej Pannie tylko służy.
Za to, policzyć niełatwo, ileto razy imię Laury w kunsztownych igraszkach słów bywa ukryte. Najczęściej przedstawia się ono niby jako tchnienie (l’aura). Tchnienie to bywa słodkie (dolce i soave), miłosne, ożywcze. Jest nawet szereg Sonetów (161165), poczynających się od tej gry słów, i tam tchnienie to nazywane jest: rozkosznem, pogodnem, niebiańskiem, tkliwem. Jednocześnie do Laury się wszystko to odnosi. Sąto rzeczy, jak widzimy, niepodobne do otworzenia w przekładzie. Na dowód, weźmy jeden z najpiękniejszych Sonetów (279), w którym poeta opowiada wrażenia widoku okolic Awinionu, kiedy tam po raz pierwszy od śmierci Laury utęschniony przybył. Zaczyna się on od słów następnych: — „Sento l’aura mia antica...“ — Otóż, znaczy to jednocześnie: Wdycham powiewy zamierzchłych lat“ — i zarazem „odczuwam Laurę moją dawną.“ — Widzimy z tego, że tu dla Włochów istnieje piękność myśli podwójnej; przekładca zaś, zmuszony zrobić wybór, przy chęciach najlepszych, zdoła tę piękność oddać tylko w połowie.
Jeszcze w innej formie — i ta już najzwyczajniejszą bywa — Laura jednoczona jest z Laurem (lauro). Tu już w grę wchodzi niemało w owych czasach upodobana Symbolika, a z nią igraszki myślowe tak już z dwuznacznikami słów poplątane, że czasem, zwłaszcza kiedy się do tego okolicznościowe jeszcze (Petrarce tylko i Laurze zrozumiale niegdyś) wzmianki przyłączą — najbieglejszy badacz nie zdoła wybrnąć z ciemności. Za osobliwszy przykład w tym względzie służyć może Canzona I-sza.
Jednak, przesada w Symbolice u Petrarki, ani w części nie dochodzi jeszcze do tego, czego sobie w podobnym względzie Dante, jak wiemy, pozwalał. Weźmy na to szczegół mniej powszechnie znany. W Życiu Nowem wspomina on kochankę przyjaciela swego Gwidona Cavalcanti, która mu niby pierwsza dała przeczucie Beatryczy. Imię jej było poprostu Joanna. Powiada więc, że mu się objawiła jako Jan Poprzedziciel (Joannes Praecursor), prostujący drogę Miłości. Twierdzi jednak, że właściwe jej imię było „Priniavera,“ co znaczy jednocześnie: wiosnę, pierwiosnek i pierwszą prawdziwą. Na tem jużby wreszcie skończyć można — ale Dante śmiało dalej kroczy, wykładając, że nazwa ta zapowiada jeszcze tę, która przyjść ma pierwsza (prima verrá).
W dalszym ciągu dwuznaczników związanych z imieniem Laury, w Eklogach łacińskich brzmi ono Laurea, co znaczy: Wieniec[2]. Ów zaś wspomniany wyżej Lauro, w Zbiorze pieśni Włoskich, plącze się nieustannie ze złotem jej włosa (l’auro, po dzisiejszemu l’oro). Bawienie się w grę tę, nastręcza nawet poecie Alliteracye, do których także słabość miał niejaką[3]. Tak w Sonecie 208 czytamy: — „Laura, che’l verde lauro e l’aurea crine... move.“—
Miejsce tu wreszcie ściślej oznaczyć Symbolikę skojarzenia Laury z laurem. Najczęściej rzecz się majak następuje: Laura jest niby to samo co Dafne, przeczysta dziewica. Tę, jak wiadomo. ukochało słońce — król światłości: a ona przed tą miłością zmysłową na kraj świata uciekła, aż ją Miłosierdzie w coś przedziwnie uświęconego zmieniło — i oto, ku Niebu wzniesione jej ręce, Chwałę dziś rozdają — gdyż się stała krzewem niebiańskim wiekuiście zielonym, którego cień błogi od namiętnych żarów zbawiennie chroni; z jego zaś gałązek zaszczytne wieńce dla pieśniarzy kwitną. Tak się przynajmniej rzecz ta przedstawia z najczyściej idealnej, a oraz najbliższej pojęć Chrześciańskich, strony.
Bo zresztą, bywa często do przesytu zamącona poganizmem. Wtedy nie brak tam już Apollina w własnej jego osobie, ani Amora ze strzałami i kołczanem. Choć znowu indziej, ten sam Amor, bywa jedynie szczęśliwem natchnieniem, oderwanem pojęciem piękna, a nawet niby jakimś Aniołem Stróżem czystości uczucia. W ogóle, wszędzie się tu Olimp z Przybytkiem Świętych poufale spotyka, i nic a nic sobie nie szkodzą. Tak np. w Sonecie 4-tym, dowiadujemy się o Chrystusie, że On:

...stworzył jedno i drugie półsferze,
I w nich, Jowiszem, nie zaś Marsem władnie.

W Canzonie zaś II-ej Stolica Katolicyzmu „Przenajświętszym Helikonem“ jest nazwana. W Sonecie 24-ym, Laura o mały włos nie króluje na wysokościach do współki z Jowiszem; po śmierci zaś swojej, stale przebywa w Trzeciem Niebie, które jest według pojęć owoczesnych Sferą Wenery. Dziś się te rzeczy rażącemi wydają; ale wtedy sprzeczności nawet nikt w nich nie dostrzegał. Pozornie, sądzićby można, że ta mieszanina osobliwsza naiwności z pedanteryą, uprawiana była z umysłu, jako coś dającego miarę oczytania się w klassykach, i przeto choć w części ratującego powagę erudyta, który się zniżył do użycia pospolitej mowy. Tak jednak nie było. Poprostu Petrarka, równie jak Dante, i w ogóle wszyscy którym ten zarzut w epoce owej zrobićby można, byli w tem tylko najbliższemi spadkobiercami spuścizny, przekazanej im przez utwory poetyckie pierwszych Wieków Chrześciaństwa[4]. W tym też względzie, działali oni w najzupełniejszej ducha prostocie. Wcale zaś nie tak późniejsi, jak Tasso, Kamoens lub Sannazar, hołdujący sztucznie wytworzonemu poganizmowi Epoki Odrodzenia — choć i ci jeszcze, wiedzieli dobrze, do kogo przemawiają. Na południu, Wiara, do dziś dnia, dziwnie jest poganizmem zakłócona. Dość tu przytoczyć uroczystości Ś-go Januarego w Neapolu, jak również obchody Ś-tej Rozalii w Palermo.
Powiedziałem to już powyżej, że Petrarka, w ostatnich latach swego życia do Arquy się schroniwszy, tam z wielką starannością pisma swoje porządkował. W tym względzie, nie pominął także i Zbioru Pieśni Włoskich. Owszem, tak jak one do dziś dnia, wzorem wydań pierwotnych, kolejnem następstwem po sobie idą, tak właśnie życzył sobie Petrarka, i sądzę, że tę wolę jego ostatnią raz na zawsze uszanować należało. Dla tego bałamuctwa wierutnego dopuścił się Marsand, rozgatunkowawszy je samowolnie, i policzbowawszy inaczej niż wprzód było; bo ty sposobem do niczego tam już trafić nie można — a przecięż, tak jak je Petrarka uporządkował, stanowią niby ciąg pamiętnikowy, z którego bardzo dużo dowiedzieć się można. Bowiem, nie tylko, że wiele z nich datami, ale niektóre nawet uwagami opatrzył[5], które nieraz istotnie na poufne wyglądają zwierzenia. Tam on nas wtajemnicza: w jakich okolicznościach co tworzył — czy był z tego zadowolony, czy nie — kiedy co zaczynał, kiedy dopełniał lub wykończał i t. p. — Ale co rzecz nierównie ważniejsza, i co na korzyść owego układu stanowczo przemawia — to, że z niego stopniowe doskonalenie się geniuszu poety, a bodaj nawet istotne dzieje jego uczucia, odgadywać można. Chociaż w tej mierze ostrożnie postępować nie zawadzi. Znajdzie się i tu kilka rzeczy z wiedzą czy bezwiednie zmylonych — któż dziś zgadnie? — w każdym razie, przywracać porządek, wyszłoby na jedno, co wprowadzić nieporządek; bo wtedy znówby zmienić wypadło ustalone już od wieków liczbowanie, które w braku nadpisów nad poezyami, stanowi tu jedyną możność ich odszukania.
Owo zgoła, razem wziąwszy, liczy Pieśniozbiór utworów 366 — w liczbie tej samych Sonetów 317 — reszty zaś dopełniają Canzony, Sestiny i Ballaty. Poprzez ten nie przerwany wątek miłosny, przewijają się tu i owdzie poetyczne zwroty do przyjaciół, oraz kilka hymnów obywatelskiego nastroju. To jednak trafia się tylko w pierwszej części — gdyż jest ich dwie. Jedna opiewa chwałę Laury za życia (in vita), druga opłakuje ją po śmierci (in morte di Madonna Laura). Godnie wieńczy Zbiór cały prześliczna do Najświętszej Panny Modlitwa (Canzona XXIX), którą po śmierci poety znaleźć miano w osobnej skrzyneczce.
Sprobujmy przebiedz pokrótce ciąg całości Pieśniozbioru.
Na wstępie, smutnie wyznaje poeta całą błahość uczucia, któremu przecie całe życie poświęcił. Dbał też o rozgłos — i to go na śmieszność naraziło. Ale dziś, widzi jasno, że wszystko na świecie, bo nawet i chwała, jest marnością jedynie. — Rozpoczyna ją się dzieje Miłości. Zrazu, klassycznym trybem, z pomocą Amora Złośnika. Opowiada poeta: kiedy mianowicie poraź pierwszy ujrzał Laurę? Stało się to w Wielki Piątek (podobnie i Dante w Wielki Piątek mistyczną wędrówkę swoją rozpoczął). Zresztą — ósmego Kwietnia to było. Ten ósmy Kwietnia, dziwnego odtąd w życiu jego nabiera znaczenia. Ósmego Kwietnia powziął Petrarka pomysł do „Afryki,“ za którą go też ósmego Kwietnia uwieńczono. Ósmego Kwietnia Laurę wreszcie stracił. — Idźmy dalej. — Ten Chrystus, który jest takim potulnym Jowiszem, sam urodziwszy się nie w Rzymie ale w skromnym Nazarecie — Laurze, pani świata, dał się urodzić w dość podrzędnym Awinionie (Sonet 4-ty). Następuje wykład tajemniczego znaczenia wyrazu: Laura. Coraz mocniej niepokojony poeta, do Wokluzy się chroni. Zaczynają się skargi i zapasy z sobą. Odjechać musi — odjeżdża — odjechał i tęschni zdala. Tęschni również z bliska — wyrzeka, walczy, błogosławi, cieszy się i smuci — nawet rozpacza. Zbiera wspomnienia mętne, których znaczenia nikt dziś już nie dojdzie (Canzona I-sza). Tylko co nie stracił Laury, skutkiem jakiejś groźnej choroby (S. 24). Nic tu jeszcze nie zdradza głębszego uczucia — same szukane dowcipy, przesadne obrazy, chłodna pedanterya. Wreszcie do Apollina się zwraca, błagając go o zdrowie Laury w sposób dziwaczny (S. 27). — Dopiero w Canzonie IV-ej, zdala od Laury, w podróży po Francyi i Niemczech, budzi się w nim żywsze uczucie. Już tu i polot poetycki szczerszy i swobodniejszy — już tu ani przyborów klassycznych, ani szukanych nie spotyka się dowcipów — już tu Petrarka zaczyna być sobą. Z powrotem, doznawszy obojętności ze strony Laury, skarży się na to; następnie w nauce szuka uspokojenia, i to go znowu czas jakiś klassycyzmem i dziwactwem chłodnem zaraża. — Znów zdala — w podróży do Hiszpanii — staje się sobą. Już to rok dziesiąty, jak Laurę kocha — a zmiękczyć jej nie może! — Z powrotem ztamtąd, zniechęcony, a raczej zapewne zachęcony przez Laurę, w wir polityczny się rzuca, Rienzego wyzywając w jednej z najpiękniejszych Canzon, w której wyjątkowo nie spotyka się miłosnego ku końcowi zwrotu. — Nareszcie nadchodzi chwila dziwnego przełomu. Poeta sądzi zrazu, że się już wyleczył z miłosnego szału. W istocie, jak się zdaje, w stosunek swój z Laurą, aż po tę chwilę, więcej on wyobraźni wkładał, niż serca. Na raz — ile z niewyraźnych wzmianek wnosić się godzi — przyszło pomiędzy niemi do jakiegoś wytłómaczenia, skutkiem którego Laura cofnęła się na wyżynę, z której jedynie królować może Petrarce, ale nigdy dla niego obowiązków nie poświęci. — Odtąd, widoczny jest zupełnie nowy zwrot w życiu poety — uczucie jego się wyszlachetnia, a z niem i natchnienie. Godnie się to poczyna od pięknego Sonetu (47), który tak słusznie Mickiewicz wyborem swoim zaszczycił. W nim, tkliwie błogosławi poeta wszystkie szczęścia, jakie mu kiedykolwiek za sprawą Laury życie opromieniły. Potem niebu się na nią skarży — bo oto lat już jedenaście jest jej wierny, a ona go odpycha. — Wreszcie, przebaczyła mu — on jednak próbuje znów się od niej oddalić. Więc najprzód do Wokluzy (Sestina III-cia), a następnie do Rzymu się udaje, ale niebawem wraca — bo gdzież on od niej uciecze? W Sonecie 56-ym, jeszcze raz opowiada, jak Laura stanowczą dała mu odprawę — on przecięż odstręczyć się nie dał — bo już bez niej życia dla niego niema. — Snadź, chcąc go pocieszyć, Laura popiersie swoje zrobić dla niego pozwoliła. — Idą dalej zwykłą koleją: skargi ku Bogu, otuchy, tęschnoty. Z Sonetu 69-go dowiadujemy się, że już Laura piękną być przestała. Jednak, dosięgliśmy tu zaledwie piątej części Zbioru Pieśni ku jej uczczeniu. Więc istotnie przyznać wypadnie, że miłość Petrarki arcy czystą, Laura zaś przedziwnie jej godną być musiała. — Cóżkolwiekbądź, w Canzonie XI-ej, gorzko na nią wyrzeka — snadź się poróżnili. Poczem znów się w jakąś podróż puścił — czy nie do Neapolu i do Rzymu, gdzie wreszcie uwieńczony został? Ale darmo to wszystko. Z drogi już, błaga Sennuczia del Bene o pośrednictwo, i jakiekolwiek od niej wieści. Wraca znów — jakże jest szczęśliwy! — Laura przyjaźnie go powitała. W przepełnieniu serca, opowiada ukochanemu swemu Sennucciowi, wszystkie błogie szczęścia swego strapienia. Ten piękny Sonet (89-ty), w którym się to czyta, również miał szczęście Mickiewiczowi się podobać. — Dalej, wypadkami jakiemiś zgorszony, z Awinionu do Wokluzy się chroni. Tam, w łagodnej zadumie, rozpamiętywa szesnaście lat już trwającą dolę i niedolę. Następnie, w pięknej Canzonie (XII-ej) zwierza się z tajemniczej serca swego spowiedzi. — Zrazu Sława go tylko nęciła; ta jednak wprędce dała mu poznać starszą, i o wiele piękniejszą od siebie siostrę, Cnotę. Cóż, kiedy one obie, w tych czasach smutnych, nie mając już komu królować, do Nieba wrócić są zmuszone! Więc go przynajmniej pocieszyły przywiązaniem do Laury, w której on i Cnotę i Chwalę odnalazł. — W Sonecie 97-ym wylicza już siedmnasty rok swojej wierności. Snadź Laura jest mu łaskawą — gdyż, jakbądź w oddaleniu od niej, coraz tkliwiej, coraz kunsztowniej o niej śpiewa. Tu także przypada przepyszna Canzona (XVI-ta), arcydzieło braterskiej miłości, chłoszczącej prywatę Włoskich Panów. — W następstwie, zapewne dużo w podróżach rozlicznych bywał, bo coraz rzadziej o Wokluzie wspomina. Niemniej, krzepi się jak może, skarby wspomnień gromadzi, niemi sobie dodaje otuchy, wśród nich żyje — bo i Laurę też coraz rzadziej już ogląda. — Znagła, na wiadomość o jej niezdrowiu, doznaje pierwszej trwogi, że ją stracić może. — W czas jakiś sen ma o tem niedobry (S. 157-my). Widział ją w postaci łani białej; znikła mu w błękitach, on zaś w zdrój się roztopił. W Sonecie 177-ym wyrzeka, że już lat dwadzieścia cierpi. — Stopniowo, upadły na duchu, rozlicznemi niepowodzeniami zniechęcony, osmutniały, poczyna rozmyślać: coby się stało, gdyby jeszcze Laurę stracił? Więc wraca do niej — bodaj czy już nie poraz ostatni. Widzi ją, i radby się szczęściem swojem z całym światem podzielić. Cóż z tego? — znów ją opuścić musi. Niestety! ona także niedobre miała przeczucia (S. 211-ty).— Odtąd, złowróżbne jakieś widzenia sen mu trują. Ciągnie się tu szereg Sonetów (do 217-go), przepełnionych rozdzierającą boleścią. Następnie, w tkliwej Canzonie (XXI-ej) sam siebie oskarża, uczucie swoje pod rozbiór bierze, rozpamiętywa korzyści jego i straty. — Życie całe marny tylko cień uganiał. Dziś, przewidując kres niedaleki, winienby raczej myśl ku rzeczom nietutejszym zwrócić. Bo jeśli tyle go tu uszczęśliwiało jedno spojrzenie lub uśmiech ukochanej osoby, to cóż dopiero być muszą tam — wiekuiste w Niebie rozkosze! I nie byłożto grzechem, stworzenie tyleż kochać, ile to jedynie Stworzycielowi należy? Sławy także szukał — cóż mu z tego? Jest i ona cieniem tylko, równie jak wszystko na ziemi. Chciałby się szczęścia nawet wyrzec w zamian za spokój — ale za późno już. Zresztą, czyżby potrafił? Uczucie w nałóg mu już weszło, i on, z całą samowiedzą, ku zgubie własnej dąży, jakby kto drugi ku zbawieniu! — Smutna ta pieśń, zdaje się do dna rozwierać głębie duszy człowieka, zbolałego rozlicznemi zawody. Wiemy, też zkądinąd, że to były właśnie chwile, w których obywatelskie uczucia Petrarki najsroższej doznały były porażki. W następnym jeszcze Sonecie, z goryczą na okrucieństwo Laury wyrzeka — niestety! — śmierć niebawem o wiele okrutniejszą dlań się stała!
Sprowadzajac[6] rzecz do stanowiska praktycznego, nie waham się mniemać, że ostatnie dziesięć Sonetów tego Działu, co do swego uporządkowania, najmniejszej nie przedstawiają pewności. Przypuszczam, że je poeta znacznie już później pojedynczo poodnajdywał — a mianowicie w czasie, kiedy już całą tę część uzupełniwszy i policzbowawszy, tym sposobem pozbawił się możności wstawienia ich na właściwe miejsca. Zresztą, mógł i pozapominać, do jakich okoliczności się odnosiły. W istocie bowiem, panuje tam niepojęte zamieszanie. Utwory najrozmaitszych czasów, usposobień, nawet oddawna już pozarzucanych przez poetę stylów, potrącają się tu w sposób krzyczący, i przy najlepszej chęci, ciągu w nich upatrzyć niepodobna. Wreszcie, Sonet ostatni, opatrzony najwyraźniej datą roku 1342, najdobitniej za mojem twierdzeniem przemawia.
W drugiej części Pieśniozbioru, jak wiadomo. Laury już niema — a raczej, tu ona dopiero właściwie występuje jako Madonna. Całe życie była dobrym duchem poety — to cóż dziwnego, że kiedy do Nieba odeszła, ztamtąd mu ona w światłach Archanielskich dnieje, nawiedza go i pociesza, męztwo w nim krzepi, do wytrwania go umacnia, serce mu rozdarte balsamem Wiary goi, myśl jego ku nadziemskim pociąga tęsknotom. Skargi tu, jeśli są jakie, to już tylko na okrucieństwo śmierci. Zresztą: łagodne marzenia, ciche żale, rzewne boleści — z rzadka, i to jedynie w początkach, zaprawne rozpaczą — oto treść tych smutnych poezyj; cechą zaś ich ogólną: pomiarkowanie jest, powaga i prostota — słowem, w myśli i w formie, niezrównane rzec można, udoskonalenie. — Ciąg wypadków, bardzo tu już skromny. Poeta widzi przed sobą cmentarzysko, usiane kośćmi wszystkich najdroższych jego sercu. Więc tak osamotniały, gdyby jeszcze Lamy swojej w sobie nie miał — to cóżby się z nim stało? W początkach, życie mu nawet niemiłe. Stopniowo, uspakaja się dobroczynnym wpływem tej myśli, że Laura, więcej jeszcze niż wprzódy, duszy jest jego Aniołem Stróżem. Do miejsc niegdyś jej upodobanych tęschni, tam ją po dawnemu w marzeniu ogląda. Coraz mu ona widoczniej sza, coraz częściej go nawiedza — zrazu w snach, potem w przywidzeniach na jawie. O! jakąż mu to jest pociechą! — Wreszcie, raz jeszcze w życiu, w bolesną wybiera się pielgrzymkę do miejsc tych, gdzie Laurę miał i gdzie ją stracił. Ogląda je. Ileżto łez w tych dwóch Sonetach! (279 i 280). — Zaraz potem, na zachętę Jakuba Colonny, ażeby w poezyi szukał pociechy — odpowiada przecząco. Z tego wnosićby można, że za życia poety, najbliższym nawet serca jego przyjaciołom, ten dział pieśni lub wcale znanym nie był, albo bardzo mało. Poeta sposępniał, zodludniał, zdziczał — jak sam to (w S. 265-ym) powiada, i do niczyjego współczucia już nie tęschnił. Więc żale swoje, mocą tylko serca potrzeby, dla uspokojenia własnego, w słowa wcielał; a także na chwałę tej Laury jedynej, która na to tylko odeszła, aby go swoim śladem od ziemi oderwać. — W Sonecie 305-ym ma przeczucie, że się z nią niebawem połączy. — O kilka pieśni dalej, pociesza go Laura, że choćby na to i liczne przyszło mu poczekać lata, tem większą znajdzie pociechę, im dłużej do niej tęschnił. — W Sonecie 312-ym wylicza już poeta lat dziesięć swego osamotnienia. — Żył jeszcze potem lat szesnaście. — W ciągu tego czasu, do Zbioru przybyło już tylko sześć pieśni. Z tych ostatnia, prześliczna Canzona na cześć Najświętszej Panuy, jest niejako serdeczną duszy spowiedzią, z którą, wzmiankowana powyżej Rozmowa z Ś-tym Augustynem, najlżejszego nawet nie wytrzyma porównania.
Dla uzupełnienia całości opisu pozostałej po Petrarce spuścizny Włoskiej, z kolei rozpatrzmy jeszcze tak zwane Zwycięztwa (Trionfi). Nie wchodzą one w skład Pieśniozbioru; jednak, ponieważ ze wspomnieniami o Laurze się łączą, więc choćby tylko z tego względu pominąć ich niepodobna. Przedewszystkiem posłuchajmy, co o nich sam poeta mniemał. — „Kiedy pomyślę kim jestem, wstyd mię rzeczy te pisać — tak powiada[7] — jednak je piszę — ale raczej... jakby to nie ja, tylko ktoś inny.“ — Trudno o trafniejsze ocenienie. W istocie, poemata te pracowicie są „pisane,“ i to już jakby nie przez Petrarkę. W starości je rozpoczął, w roku śmierci skończył. Twierdzą niektórzy, że w nich śladem Dantego poszedł: zwrot to mógł być chwalebny, gdyby nie to, że zapóźny. Cóżkolwiekbądź, oprócz tercyny, nic te Tryumfy z Dantem wspólnego nie mają. Z pewnością zaś, jestto najsłabszy wytwór samodzielnej wyobraźni Petrarki. Symbolikę posunięto tu do ostatecznego nadużycia. Język nawet zciemniał, zgrubiał, forma skulawiała. Wykonanie zresztą bardzo nierówne. Znać tu już, to lepsze, to gorsze usposobienie — ale zwłaszcza zapóźniony wiek poety. Ciężarem lat i zawodów ku ziemi przygięty, ożywia się tylko jeszcze o Laurze swojej wspominając. Wtedy to, wyjątkowo, i ogień dawny, i uczucie tkliwe, z pod pióra mu się niejako wykrada.
Jest tych Zwycięztw Sześć. Pierwsze, w czterech Rozdziałach, opiewa Królowanie Miłości. Rodzajto pochodu za przewodem Amora, ciągnącego ku Cyprowi. Z nader mozolnym popisem erudycyi, wyszczególnieni tu są wszyscy kochankowie, którzy kiedykolwiek na ziemi słynęli, a między niemi i sam poeta, jako jeniec Laury. Stanąwszy na miejscu, Amor wyzywa do walki Laurę, która z niej wychodzi zwycięzko i to stanowi Tryumf Czystości. — Ztąd, już nie pod wodzą Amora lecz Laury, zdąża się ku Bajom — następnie do Rzymu. Pełno wszędzie niesmacznego uzmysłowiania uczuć, wrażeń, przymiotów i cierpień duszy, przypominającego opłakanie nudną machinę Henryady. — Dalej, w dwóch Rozdziałach, ciągnie się Zwycięztwo Śmierci. Laura tu z Rzymu do Prowancyi wraca, aby z kolei w śmierci przemoc znaleźć. Ku końcowi, w bardzo pięknym ustępie, opowiada Petrarka swoje widzenie skonania Laury, nocy tej samej, kiedy zdala od niego żyć przestała. — „Śmierć — mówi — dotknęła tylko jej słonecznych splotów, i oto padł ten kwiat cudowny... Nie zgasła — tylko zwolna się wytliła... Rozradowana dusza jej odeszła w spokoju... Nie bladą była, ale białą, jak bywa śnieg spadły wśród ciszy... Spoczęła tylko, jak ktoś utrudzony... Zdawało się, że to tylko sen przymyka jej oczy — a ona już zbudzić się nie miała... Doprawdy — śmierć wydawała się piękną na jej pięknej twarzy...“ — Dodaje, że tegoż dnia i o tej godzinie ją stracił, kiedy i ujrzał po raz pierwszy. — Idące potem w trzech Rozdziałach Zwycięztwo Sławy, jest tylko rozwlekłem wyliczeniem wszelkiego rodzaju znakomitości ziemskich: wojowników, dziejopisarzy, mędrców i poetów — Greckich, Rzymskich, Biblijnych, barbarzyńskich, i wreszcie nowszych. Wpośród tych ostatnich, mieści Petrarka ukochanego swego Króla Roberta, o którym twierdzi, że — w szlachetnem działaniu, miał wzrok nietylko orli, ale i argusowy“ — a także Kardynała Jana Colonnę, Wspaniałego — jak powiada — szlachetnego, niezłomnego, hojnego.“ — Dalej, przez cały jeden rozdział, rozprawia jeszcze słońce o swojem długotrwaniu, i to stanowi Zwycięztwo Czasu, aż wreszcie godzi rzecz całą Tryumf Wieczności, której nic już zwalczyć nie jest w stanie. — Dodać tu należy, że przez cały ciąg tych Zwycięztw, przyjaciel jakiś Petrarce za towarzysza i objaśniacza służy — co jest jedynym rysem podobieństwa z odpowiednim pomysłem w Boskiej Komedyi. Układ całości tego poematu przedstawia myśl ogólną następną. Poetę zwyciężyła Miłość Ziemska — tę znowu Laura czystością swoją zmogła — ale sama zmuszona została uledz śmierci. Od śmierci jednak Sława jest potężniejszą — tę zaś Czas, prędzej czy później, w zapomnienie spycha — ale znów od niego Wieczność trwa dłużej, bo do nieskończoności.
W miejscu tem, doszliśmy do kresu, u którego się kończy zawód Petrarki.
Niebawem, spełniło się wreszcie, czego długie lata pragnął — połączył się on z Laurą swoją na wieki. Któż ich i dziś jeszcze w pamięci rozdzielić potrafi? A jednak, pytam znowu — podobnaż tu rozstrzygnąć, po czyjej stronie zasługa większa — czy tego poety, który bezwiednie (nawet jak wiemy mimochętnie) wiekopomną sławę z miłości swojej zyskał — czy tej kobiety cichej, mało znanej, prawie już legendowej, która przecież tak potężne natchnienie, w zamian za przywiązanie do siebie, dać zdołała?...
Myślę, że miał słuszność w tym względzie Franciszek I-szy, ten burzliwy bohater, który, w chwilach wolnych od zaprzątnień wojowniczych, niekiedy także i poetą bywać raczył. On bowiem, odwiedziwszy grobowiec Laury, zostawił na nim napis następujący:

En petit lieu compris, vous pouvez voir,
Ce, qui comprend beaucoup par renommée.
Plume, labenr, la langue et le sçavoir,
Furent vaincus par laymant de l’aymee.
O! gentil âme, étant tant estimée,
Qui te pourra loner — qu’en se taisant?
Car la parole est tonjours reprimée,
Quand le sujet surmonte le disant.


Z równąż słusznością, sądzę, żyjący w sto lat potem bezimienny poeta (być może Jan Grotkowski, do którego jeszcze wrócimy), przypisując Władysławowi IV-mu swój przekład Tryumfu Miłości, sprawę tę na stronę Laury rozstrzyga w sposób następujący:

Masz tu oręże, postrzały i rany
Masz brańce, masz i pęta, łańcuchy, okowy,
Fortele i przebiegi.....

I wszystko, czem Miłości słynie król surowy —
I boski i też ludzki rodzaj zhołdowany —
Szczęśliwa Lauro! przez cię tryumf taki staje!...





Przypisy

  1. Właściwie cztery razy — z tych, w zdrobnieniu (Laureta), w Sonecie 5-ym. Tam jednak jestto tylko Anagram następnego znaczenia: „Czcij królowanie jej i milcz!“
  2. Myśl te nawet Petrarka z życia swego najgoretszem związał pragnieniem. Wspomniałem już powyżej, że tylko z powodu Laury, lauru, a jak tu wieńca, sobie życzył.
  3. Przytaczam tego parę przykładów:

    Di me medesmo meco mi vergogno.
    Del fiorir queste innanzi tempo tempie...
    Morte m’ha morto, e sola puδ far morte.
    Delle catene mie gran parte porto.
    Meco di me mi maraviglio spesso.

  4. Ta niepozbyta pamięć zamarłych już bezpowrotnie Symbolów przeszłości — powiada Ozanam — niewątpliwie doprowadziła sztukę do nagannej przesady; niemniej poszanowania jest godną; ludzie bowiem owych wieków mniemali, że wielkie niegdyś dawnych Rzymian czyny, koniecznie iść musiały w parze z tem w co oni wierzyli.
  5. Choć znowu nic w takiej mierze jak Dante, bo ten w „Życiu Nowem“ każdy Sonet, każdą najdrobniejszą Ballatę, tak szczegółowo na części retoryczne dzieli, tak pracowicie objaśnia — że chyba żaden z najpedantyczniejszych jego komentatorów nicby tam już swojego dodać nie potrafił.
  6. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Sprowadzając.
  7. Po śmierci poety, znaleziono te słowa, zapisane jego ręką na rękopiśmie Tryumfów.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Felicjan Faleński.