Pieśni Petrarki/Canzona I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Francesco Petrarca
Tytuł Pieśni Petrarki
Data wydania 1881
Wydawnictwo nakładem tłumacza
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Felicjan Faleński
Źródło Skany na commons
Indeks stron
Canzona I.

Poemat ten mocno dziś ciemny, symbolizuje dzieje miłości poety, uosabiając je w rozlicznych przemianach. Najprzód staje się poeta laurem, następnie z kolei łabędziem, skałą, źródłem żywej wody, krzemieniem, potem na chwilę samym sobą — żeby się znów przeobrazić w jelenia. Pomimo dziwactwa pomysłu, wdzięczna tu miejscami poezya.

Ponieważ pieśnią boleść się rozpędza,
Śpiewać więc będę: jakem żył w swobodzie,
Pod życia słodki brzask, co sam jedynie
Oglądał wzrosłą a raczej w zarodzie
Tę srogą żądzę, z której mi jest nędza,
Podczas gdym nie rad miłość miał w gościnie.
Potem, w rozgłośnej skardze się rozwinie:
Jej gniew ztąd dla mnie, co się zeń zyskało?
I jak mieć wielu przykład ze mnie mogą?
Choć moją mękę srogą
Spisano indziej, aż się piór nie mało
Zdarło, i niemal na tym tu padole
Wszystkim się w serca jęk mych westchnień garnie,
Świadcząc o życiu, którem wiódł w rozpaczy.
I jeśli pamięć pomódz mi nie raczy,
Niech za wymówkę służą mi męczarnie,
I myśl, co sama już mi daje bóle
Takie, iż wszelkie inne od nich wolę —
Gdyż zostawiając ciało, wziąwszy duszę,
Sprawia, iż siebie sam zapomnieć muszę!


Od lat gdy pierwsze na mnie niepokoje
Tchnął Amor, wiedzcie, iż tak liczne zbiegą
Dni, żem młodości pozór zmienił wcale.
I skrzepłe myśli w koło serca mego
Zdziałały niby dyamentową zbroję
Wykutą w męztwie. jakby twardej skale.
Piersi mi jeszcze nie kąpały fale
Łez, ni sen truły, i com nie miał we mnie
To mi u drugich zdało się widziadłem.....
Czem byłem, w co popadłem!
Zgon życie wieńczy, dzień wieczorne ciemnie.....
Bowiem okrutnik com go rzekł w tej chwili,
Wiedząc, iż dotąd ostre jego strzały
Z po za mej zbroi najmniej mię nie ranią,
Wziął sobie w pomoc przepotężną panią,
Wbrew której rzadko starczą lub starczały:
Przebiegłość, siła lub pieśń która kwili.
I wspólnie tym mię jakim jest zrobili —
Gdyż mię z żywego człeka w laur przemienią,
Co liść swój próżno chciałby strząść z jesienią!

Łatwo jest pojąć, skoro się spostrzegłem
Przeistaczanym, wrażeń moich dzieje!
Z włosów zieloność wraz mi kwitnie żywą,
Com z niej mieć wieniec kiedyś miał nadzieję:
Stopy, któremi stałem, szedłem, biegłem,
(Gdyż członek każdy z duszą w zgodzie bywa),
Dwoma korzeńmi wstrzęgłe, po nad szkliwa
Nie wód Penea, lecz dumniejszej głębi[1],
I każde z ramion wrosłe w konar kruchy!.....
Niemniej też dreszcz mię ziębi
Być przyodzianym później w śnieżne puchy,
Gdy się już zdało: gromem śmierci padnie
Nadzieja moja, co zbyt sięgła śmiało!
Bowiem niewiedząc, gdzie mi ją i kiedy

Odnajść? sam jeden błądzę wśród mej biedy
Tam gdziem ją stracił, dzień i noc też całą.
Po brzegach fał szukając, to znów na dnie.
Odtąd też milczeć: jak ją wzięto zdradnie.
Ni mogę, ani język mój nie będzie —
Zkąd mi wraz z głosem barwy też łabędzie.

Tak żebrząc łaski wzdłuż lubego brzega,
Śpiewać (choć tylko mówić chcę) zmuszony,
Dziwnym się głosem skarżąc, szedłem dalej.
Niewiem, w tak słodkie wzruszające tony
Czy się miłosny kiedy jęk rozlega.
By skruszyć serce z twardej, srogiej stali!
Cóż czuć dopiero, co już wspomnieć pali!.....
Lecz raczej, niźli to co przyszłość chowa.
O słodkim, chociaż przemyślnym w katusze
Wrogu mym, mówić muszę,
Jakbądź go żadna nie wypowie mowa!
Ta więc co duszę kradnie mgnieniem śmiałem,
Pierś mi otwarłszy, serce ręką wzięła.
Mówiąc mi: — o tem nie dasz dźwięczyć słowu.
— W tem ją w odmiennej szacie ujrzę znowu,
Tak, żem nie poznał (istne czarów dzieła!).
Owszem, ze strachu prawdę jej wyznałem.
— A ona znagła własnem stając ciałem,
Zrobi niestety! iż się ze mnie stała
Pół żywa, całkiem przerażona skała.

— Jam nie jest czem mię sądzisz! — (twarz jej łzawa,
Gdy to mówiła, wskroś mię dreszczem wzruszy
W mojej opoce). Słysząc tę przestrogę:
— Rozmiękczonemu przez nią — rzekłem w duszy —
Żadne już życie przykrem się nie zdawa,
Boże mój! daj, niech znowu płakać mogę! —
W tem — jak? sam nie wiem — pomknę z miejsca nogę.
Żem był pół żywy cały dzień i zgoła
Pół trup, to tylko wina mnie samego!
Lecz chwile szybko biegą!
Pióro mej chęci sprostać nie podoła!
Ztąd, jakbądź wiele w pamięci zaznaczem,

Mijając resztę, tylko to wymieniem,
Czemu się słuchacz słusznie zdziwi siła:
Oto mi wężem serce śmierć obwiła,
A jam z jej rąk go nie mógł wziąść milczeniem,
Ni głos dać z piersi, ani nawet płaczem
Wzmódz siły wielce wyczerpane; zaczem
Piórem na karcie kreślę drżąc jej winę:
— Przez cię jam nie mój! Biada ci gdy zginę! —

Tak z niegodnego, wziąłem znów nadzieję,
Stać się w jej oczach godnym zmiłowania.
Lecz tem w otuchę wzbiłem się daremnie!
Bowiem pokora nieraz gniew rozrania,
Zamiast go zgoić. Wiem że tak się dzieje —
Bom był zbyt długo pogrążony w ciemnie,
Gdy na głos próśb mych pierzchł mój blask odemnie;
Gdy mi zaś ani stóp jej ślady żadne
Świetnieją, ni jej choćby cień znachodzę.
Jak człek snem zdjęty w drodze,
Znagła bezsilny na murawę padnę,
Jęcząc, że brzaski znikły mi jedyne.
W tem mi się boleść moja w łzy wylała,
I gdy im wodze puszczam nieroztropnie,
Nigdy od słońca szybciej śnieg nie topnie,
Jak ja, gdym uczuł, że topnieję z ciała,
I u stóp buku w zdrój bieżący płynę.
Och! jakże długą trwało to godzinę!
Któż słyszał: by się rozlał w zdrój byt człeczy?
Jednak to jawne i wiadome rzeczy.

Dusza przez Boga obdarzona godnie,
(Gdyż nie zkądinąd Łaska ta wykwita)
Naturę z Stwórcą swoim wspólną chowa.
Ztąd nigdy nie jest przebaczenia syta,
Jakbądźby wielką kto popełnił zbrodnię,
Gdy się skruszona schyli przed nią głowa.
A jeśli kiedy błagalnego słowa
Żąda, by grzechu człek się lękał szczerze,
To i w tem tylko Boga swego słucha;
Bowiem czyż to jest skrucha,

Wśród jednej z drugą winą mieć przymierze?
Więc gdy wzruszona pani, sercem całem
Raczy w iną stronę zwrócić wzrok łaskawy,
Widząc że kara równa się grzechowi,
Znów mię czem byłem zrobić postanowi.
Lecz strzeż się mędrcze ufać w świata sprawy!
Jeszcze ją błagam, gdy z kośćmi i ciałem
W krzemień mię zmieni, i tak pozostałem
Z brzmieniem (za cały dawny byt) grobowem,
Ją i śmierć tylko zdolny nazwać słowem.

Pomnę jak niegdyś duch zbolały srodze,
Długo przez kniei dzikich ćmy złowieszcze,
Łzami chuć płacąc niehamowną, błądzę.
Lecz i tych cierpień kres ujrzałem jeszcze,
I wnet znów w członki ciała mego wchodzę,
Na to, bym żywiej boleść czuł, jak sądzę!
I tylem nawet podbiegł moją żądzę,
Iż raz polując, jako zwyczaj miałem,
Spojrzę, aż sroga piękność ta i dzika,
Bez szat, u wód strumyka
Stoi, pod słońca złotych strzał upałem.
Ja, wszelkie inne mając precz ponęty,
Wryty w nią patrzę; więc spłonęła w krasie,
I chcąc się zemścić, czy też skryć zawiśnie,
Znagła mi dłonią wodę w oczy pryśnie.
W tem (prawdę powiem, chociaż kłamstwem zda się)
Samemu sobie czuję się być wzięty,
I jak samotny jeleń strachem pchnięty,
Z gęstwiny w gęstwę szybkim krokiem śpieszę,
Gdyż własnych moich psów mię straszą rzesze!

Pieśni! jam nie ten obłok, co był w prawie
(Spłynąwszy później w szczerozłote deszcze)
Grom Jowiszowy zgasić; ale byłem
Tym, co spojrzeniem Laury spłonął miłem;
I górnolotnym ptakiem byłem jeszcze,
Bym z tą szedł w niebo, którą w rymach sławię;
Anim też w mojej nowej mógł postawie

Rzucić laur dawny, gdyż sam cień kochania
Wszelkich mi innych uciech w sercu wezbrania. —




Przypisy

  1. Peneos, potok Tessalski, ojciec Dafny; pod nazwą zaś dumniejszej od niego głębi, rozumie tu poeta pewnie Sorgę, ponad którą Laurę widywał, jak to nieraz dalej i nierównie wyraźniej opiewać będzie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Francesco Petrarca i tłumacza: Felicjan Faleński.