Strona:PL Felicyana przekład Pieśni Petrarki.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Cnotę. Cóż, kiedy one obie, w tych czasach smutnych, nie mając już komu królować, do Nieba wrócić są zmuszone! Więc go przynajmniej pocieszyły przywiązaniem do Laury, w której on i Cnotę i Chwalę odnalazł. — W Sonecie 97-ym wylicza już siedmnasty rok swojej wierności. Snadź Laura jest mu łaskawą — gdyż, jakbądź w oddaleniu od niej, coraz tkliwiej, coraz kunsztowniej o niej śpiewa. Tu także przypada przepyszna Canzona (XVI-ta), arcydzieło braterskiej miłości, chłoszczącej prywatę Włoskich Panów. — W następstwie, zapewne dużo w podróżach rozlicznych bywał, bo coraz rzadziej o Wokluzie wspomina. Niemniej, krzepi się jak może, skarby wspomnień gromadzi, niemi sobie dodaje otuchy, wśród nich żyje — bo i Laurę też coraz rzadziej już ogląda. — Znagła, na wiadomość o jej niezdrowiu, doznaje pierwszej trwogi, że ją stracić może. — W czas jakiś sen ma o tem niedobry (S. 157-my). Widział ją w postaci łani białej; znikła mu w błękitach, on zaś w zdrój się roztopił. W Sonecie 177-ym wyrzeka, że już lat dwadzieścia cierpi. — Stopniowo, upadły na duchu, rozlicznemi niepowodzeniami zniechęcony, osmutniały, poczyna rozmyślać: coby się stało, gdyby jeszcze Laurę stracił? Więc wraca do niej — bodaj czy już nie poraz ostatni. Widzi ją, i radby się szczęściem swojem z całym światem podzielić. Cóż z tego? — znów ją opuścić musi. Niestety! ona także niedobre miała przeczucia (S. 211-ty).— Odtąd, złowróżbne jakieś widzenia sen mu trują. Ciągnie się tu szereg Sonetów (do 217-go), przepełnionych rozdzierającą boleścią. Następnie, w tkliwej Canzonie (XXI-ej) sam siebie oskarża, uczucie swoje pod rozbiór bierze, rozpamiętywa korzyści jego i straty. — Życie całe marny tylko cień uganiał. Dziś, przewidując kres niedaleki, winienby raczej myśl ku rzeczom nietutejszym zwrócić. Bo jeśli tyle go tu uszczęśliwiało jedno spojrzenie lub uśmiech ukochanej osoby, to cóż dopiero być muszą tam — wiekuiste w Niebie rozkosze! I nie byłożto grzechem, stworzenie tyleż kochać, ile to jedynie Stworzycielowi należy? Sławy także szukał — cóż mu z tego? Jest i ona cieniem tylko, równie jak wszystko na ziemi. Chciałby się szczęścia nawet wyrzec w zamian za spokój — ale za późno już. Zresztą, czyżby potrafił? Uczucie w nałóg mu już weszło, i on, z całą samowiedzą, ku zgubie własnej dąży, jakby kto drugi ku zbawieniu! — Smutna ta pieśń, zdaje się do dna rozwierać głębie duszy człowieka, zbolałego rozlicznemi zawody. Wiemy, też zkądinąd, że to były właśnie chwile, w których obywatelskie uczucia Petrarki najsroższej doznały były porażki.