Pieśni Petrarki/Canzona XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Francesco Petrarca
Tytuł Pieśni Petrarki
Data wydania 1881
Wydawnictwo nakładem tłumacza
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Felicjan Faleński
Źródło Skany na commons
Indeks stron
Canzona XXI.

Idę dumając. Chmurne myśli moje
Niepokój wzburza — serce ból mi miota —
A duszę dręczy tęschnota
Nie ku miłosnym sprawom, lecz ku skrusze —
Jakbym już stawał przed Wieczności wrota!

Błagałem Pana o tych skrzydeł dwoje,
Któremi w Niebios podwoje
Wolną zmaz ziemskich wznieść człek może duszę —
Lecz snadź niegodnym Łaski tej być muszę —
Bo choć się modlę, choć się w prochu korzę,
Widzę się zewsząd opuszczony srodze,
Jak ktoś, co z cudzej winy padł na drodze,
A o swej własnej sile wstać nie może!
Wiem: że dziś — jutro — o Boże!
W tobie pozyskam dróg mych przewodnika —
A jednak dreszcz mię przenika:
Aby tymczasem żądz mych obłęd luby
Nie zdołał marnie przywieść mię do zguby!

Z jednej mi strony szepcze duch bez ciała.
— Stój! Nie goń cienia! Wróć się z dróg rozpaczy!
Nędzny! czyż wzrok twój nie baczy:
Że czas ci drogi ulatuje marnie?
Raczej się cofnij w porę! Pomyśl raczej:
Czy warta życia żądza ta zuchwała,
Co, niżby szczęście ci dała,
Spokój wszelaki precz od ciebie garnie?
Gdyś nic nie zyskał dotąd nad męczarnie
Ten ognik błędny goniąc, toż ci prościej
Już nie iść dłużej tam, gdzie czyha zdrada —
Bo któż nadzieje swoje w tym pokłada,
Co sam spokoju nie zna ni stałości?
Ach! póki duch w tobie gości,
Nikt ci twej woli panem być nie broni —
Więc dziś ją w silnej zbierz dłoni —
Bowiem jest biada temu, komu zda się
Zaczynać wtedy, gdy już jest po czasie!

Wiem, jako wzrok twój olśnął, patrząc w zorzę
Błogiego blasku tej, co chcąc być szczerą,
Na dobrą sprawę, dopiero
Winnaby była przyjść po twoim zgonie!
Miłość, co szczęścia była ci przecherą.
Jej obraz w serce wryła ci w tej porze,
W której, nie łatwoby może

Żar jak ie inne w niem zażegły dłonie,
Ileż lat odtąd serce ono płonie,
Ułudnie tęschniąc ku sposobnej dobie,
Która, gdy szczęściem zwleka przyjść — ty przeto
Myśli szczytniejszą wzbiwszy w lot podnietą,
W Niebo spójrz, które zwraca się ku tobie
W swej nieśmiertelnej ozdobie.
Pomyśl — gdy tutaj, z łaski twej zdrajczyni,
Tyle szczęśliwym cię czyni
Spojrzenie, uśmiech, słowo — pomyśl proszę
Czemże te Rajskie muszą być rozkosze! —

Z drugiej znów strony, błoga myśl o chwale
Dziwnie kuszących pełna żądz, przebojem
W łonie rozsiadłszy się mojem,
Ni spać mi daje, ni się sama zdrzemnie,
Tak, że Miłości jej krzepiony znojem,
Czy chłodem cierpię, czy się ogniem palę,
Nie wiem, i nie chcę znać wcale.....
Tak jest. I zresztą walczyć z nią daremnie!
Bo odkąd światłom ujrzał, ona we mnie
Z dnia w dzień z mym wzrokiem razem podrastała
I choć ztąd zawód mam i wiele nędzy.
Myślę, że może żądza ta, nie prędzej
Aż razem z duszą wyjdzie z mego ciała.....
A jednak — cóż mi za chwała
Jeśli po śmierci mojej mię kto wspomni?
Więc wiedzcie o tem potomni:
Że w chwili, w której zgon za życie mienia,
Człek prawdzie służyć chce, nie złudom cienia!

Więc znów miłosna żądza którą płonę
Tamtej mię Wielkiej odejmuje Sprawie —
I chociaż śpiewem ją sławię,
Ni spokój z tego mam, ni powab Chwały!
Gdyż mię ku Laurze oczu jej bezprawie,
Chmur niepogodą nigdy nie zmącone,
Uparcie wabi w jej stronę.....
Zaczem — gdzież moce, coby dokazały
Nie dać mi tego: że się ja niestały

Tu ku Miłości, to ku Sławie chylę?
Tak wiecznie życia mego okręt kruchy
Targają srogo dwóch tych żądz podmuchy!
O ty! co wszelkie więzy masz w Swej sile
Powiedz mi: — czemu mąk tyle
Od dwóch Miłości cierpię jednocześnie?
Bom jest jak człek, który we śnie
Tu i tam pierzcha, iż śmierć za nim goni —
I chciałby walczyć z nią — lecz me ma broni!

Jednak, co czynię, wiem — nie będąc w biedzie
Co do tej prawdy, izmie zmusza błogo
Ciągle zaszczytną iść drogą
Ta Miłość, której bodaj nadto wierzę!.....
Bo gdy uczucia ukryć się nie mogą.
Raz po raz ona z serca mi dobędzie
Myśl, która zawsze i wszędzie
Na czole mojem da się czytać szczerze:
Iż rzecz śmiertelną kochać w takiej mierze,
W jakiej jedynie Bóg być winien czczony.
Im pożądańszy dank tem cięższa zdrada!
To zaś, choć głośno w duszy mej się gada —
Rozum gnębiony zmysłów złych brzemiony,
Gdy w woli nie ma obrony.
W słodkich nawyknień swoich brnąc bezprawia,
Tę wiecznie oczom przedstawia,
Z której mi przeto duszy śmierć i ciała,
Iż mnie i sobie zbyt się podobała.

Nie wiem, jak długo mam na ziemi srodze
Wlec jeszcze życie — odkąd mi wypadło
Wycierpieć walkę zajadłą.
Którą sam z własną duszą stoczyć miałem —
Ni ostatecznej chwili mi widziadło
Nie świta jeszcze ku Wieczności drodze —
Lecz wiem, że w lata zachodzę,
Skłonny wziąść, rozbrat z życiem rozszalałem.
Więc, na wypadek wszelki, jeśli z ciałem
Wprędce się rozejść duszy mej znaczono,
To, chcąc najmądrzej skończyć byt jak mogę,
Jąłem wspominać: gdziem to rzucił drogę

Wiodąc prosto w przystań upragnioną?
I oto, za ową stroną
Żal stęschnionemi ciągnie mię oczyma —
Cóż, kiedy w miejscu mię trzyma
Żądza tak silna w nawyknienie młode,
Że nawet z śmiercią wchodzić chce w ugodę!

Pieśni! już po mnie! Ledwie w sobie żywię
Ducha, okrzepłego złych podmuchów mrowiem —
I wiem: że życia mego w Park przędziwie
Nic już jest wielce krótka niewątpliwie;
A jednak słuchaj mej spowiedzi — bowiem
Nie do pojęcia rzecz powiem: —
Oto: — z mych cierpień mogąc wyjść obłowu
By w Niebo wzlecieć, ja znowu
Chcę żyć, by dalej wieść mą smutną dolę.....
Ztąd — znam co lepsze, gorsze jednak wolę! —[1]




Przypisy

  1. Owidiuszowe: — video meliora proboque, deteriora sequor.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Francesco Petrarca i tłumacza: Felicjan Faleński.